Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 103 - Nad żywym stawem


Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
5 lvl

11 dzień Narodzin

Na pole bitwy zaczyna padać śnieg, przesypując szybko delikatną kołderką trupy, wiele ludzkich ale zdecydowanie więcej potwornych ryboludzi.

Po wygranej bitwie z ryboludźmi następuje narada polowa. Trwogę w szeregach wzbudza w szczególności żrąca wydzielina wystrzeliwana przez ogromne potwory z głębin. W razie kolejnego ataku należy opracować metody radzenia sobie z tym kwasem, można ewentualnie pomyśleć o jego przyszłym bojowym zastosowaniu. Podczas narady padają oskarżycielskie słowa paladyna Guiosy pod adresem Nuadu, którego to oskarża o swoje ogromne straty, gdyż jak twierdzi wpadł w pułapkę z braku wiedzy o rozmieszczeniu sił ryboludzi. Według niego winny temu jest Nuadu, który odmówił złożenia mu raportu, na, jak to wyraził się paladyn, “wyraźne, aczkolwiek uprzejme prośby straży obozowych”. W obronie Nuadu staje Montcort, który, jak reszta drużyny, nie pała miłością do samolubnego paladyna. Montcort w celnych słowach wytyka nieostrożność i brak taktycznego planowania ze strony Guiosy, jego gorącą głowę i próżna chęć zdobycia sławy. Guiosa, czerwony na twarzy rzuca młodemu rycerzowi, że taka zniewaga wymagałaby tu i teraz obrony honoru na ubitej ziemi, jednak ze względu na czas wojny paladyn powstrzyma swój gniew, dla dobra całego Sotham. Montcort w tej chwili jeszcze bardziej podgrzewa atmosferę wypominając krewkiemu rycerzowi jego brak troski o Sotham w dniach pierwszego szturmu ryboludzi, kiedy to drużyna i podlegli jej żołnierze dzielnie stawiali opór, a Guiosa odmówił przyjścia z pomocą. Doprowadzony do ostateczności, Guiosa w gniewie opuszcza naradę. Ostatnim punktem narady są raporty. Drużyna dowiaduje się, że siły ryboludzi na wybrzeżu liczą około tysiąca wojowników, jednak są rozproszone w kilku punktach, co daje nadzieję na ich pokonanie.

Po naradzie Simeon wypytuje zarówno dowódców jak i zwykłych żołnierzy, pochodzących z okolic Maladom o dziwne zwyczaje, festiwale, obeliski, miejsca kultu. Dowiaduje się, że szamanistyczne rytuały są głęboko zakorzenione w okolicy i poznaje lokalizację trzech miejsc kultu. Szybko dokonuje analizy porównawczej i odrzuca pierwsze z nich związane z dawną historią miłosną. Niedaleko wioski Korynny występuje kult przodka-założyciela. Człowiek, który przybył w te strony jako pierwszy, założył osadę, uczył ludzi jak przetrwać w dziczy, karczował lasy pod uprawy, walczył z potworami i ochraniał wioskę. Jest wspominany przy końcu zimy podczas radosnego festiwalu. Ten kult także nie wydaje się być związany z poznaną wcześniej przez drużynę legendą. Ostatni z kultów dotyczy grupy ludzi, którzy wspólnie walczyli kiedyś pod wodzą szczególnego człowieka, mają swój odrębny język, a młodzi mężczyźni przechodząc w wiek dorosły przystępują w szeregi tajnego bractwa, o którym niewiele wiadomo, choć mówi się, że kultywuje ono tradycje rycerskie. Wspomniana odrębna grupa żyje w wiosce Lepisz. Ten trop jest obiecujący, drużyna postanawia przyjrzeć się tej wiosce bliżej w przyszłości.

Mabon w tym czasie postanawia wykorzystać znane tylko sobie metody zdobywania wiedzy. Przeprowadza rytuał, aby skontaktować się z babcią (jej duchem) w sprawie Ningali i zawiłości ich języka. Rytuał jest skomplikowany, wymaga ścisłego postu całodziennego (drużyna zauważa, że Mabon staje się nieznośna), a następnie wykorzystania specjalnej mieszanki ziół, aby wprowadzić się w trans. Widok jest zgoła niezwykły, gdy młoda szamanka zaczyna dziwny, płynny taniec wokół ogniska, z zamkniętymi oczyma, wyśpiewując sylaby w języku, którego nikt nie rozumie. Mimo, że Mabon ustawiła swoje stanowisko z dala od obozu, to i tak znalazło się kilku gapiów, w szczególności żołnierzy patrolujacych perymeter obozu. Część z nich przygląda się w nabożnym skupieniu, część z nich, zapewne wyznających wiarę Ostatecznego Porządku wykonuje gesty odczyniające klątwę, pluje przez lewe ramię i odżegnuje się od sił demonicznych. Tymczasem Mabon przenosi się w swojej wizji w przeszłość, gdzie widzi swoją babcię, w ogrodzie przy stoliku. Widzi siebie, jako małą dziewczynkę, która czyta coś z wielkiej, oprawionej w skórę księgi. To chyba lekcja czytania, zawiłe symbole alfabetu paezurkiego. Mabon wytęża siłe woli, litery w księdze wiją się, zmieniają pod jej rozkazem. Wzrok jej pada na uformowane słowo. Ningale. “Babciu, a co to są Ningale?” – pyta. Babcia z wizji nie wie, ale wysyła Mabon do gabinetu ojca po słownik. Mabon biegnie ochoczo, jednak zatrzymuje się nagle przed samymi drzwiami. Przypomina sobie, że papa nie chce żeby ktokolwiek tam wchodził bez pytania. Rozgląda się więc ostrożnie dookoła, żeby nikt nie widział, zagląda do środka przez dziurkę od klucza, i gdy widzi, że gabinet jest pusty wchodzi do środka. Jakże jest zdziwiona, gdy nagle zostaje złapana za połę kubraczka i postawiona na baczność przez ukrytego za drzwiami ojca! Chwila konsternacji, może strachu, czy będzie kara? Nie, tato jest w świetnym humorze i zaczyna droczyć się z ukochaną córką. Przy ognisku, Mabon zamiera na chwilkę, uśmiechając się, a łzy płyną jej po policzkach. W wizji, po spotkaniu z ojcem, Mabon wraca do babci, z księgą w jednym, a w drugim z cukierkiem. Analiza słownika pokazuje, że przedrostek “Nin” oznacza małą drobinkę, odprysk szkła. Ponieważ o wspólnym członie “Nin-” wspomniał Simeon, staje on przed oczyma Mabon. Gdy mabon podnosi wzrok znad książki, jest już sobą, dorosła osobą. Widzi opuszczony ogród, drzwi domu zabite deskami. Nie ma nikogo oprócz niej. Jej serce truchleje… nagle wraca do obozu, i gdy odzyskuje zmysły, pada na ziemię pochlipując lekko.

Mabon wprowadza się w trans i cofa się do czasów dzieciństwa. W transie mała Mabon rozmawia z ojcem, który pyta z błyskiem w oku:
– A co wzięłaś z mojego gabinetu?
– Nic, papo. Tylko miętówkę. – Odpowiada niewinnie dziewczynka.
Nagle z offu słychać głos Keffara, przypominającego sobie o żarłoczności koleżanki:
– A może pół świniaka?

Towarzysze pomagają jej dotrzeć do posłania i otulają dodatkowym kocem, z troska wypisana na twarzach. Sami też szybko zasypiają w swoich posłaniach, ze względu na trudy, których doznali tego dnia.

12 dzień Narodzin

Kolejny dzień drużyna rozpoczyna lekkim śniadaniem i rusza na patrol na pobliskie wzgórza. uwagę drużyny wkrótce przyciąga odległy staw, na powierzchni którego unoszą się przedziwne kształty. Dodatkowo, poruszają się one przeciwnie do wiejącego wiatru. Czyżby żywe istoty? Z bliska okazuje się, że są to jednak chmury dziwnych oparów. Mabon wykorzystuje swoje zdolności, aby zobaczyć całą okolicę w spektrum duchowym. Okazuje się, że jest ona pełna życia, rozkwitająca, mimo, że dla zwykłego wzroku bajorko jest wypełnione zieloną, mulistą wodą. Okazuje się ona jednak zdatna do picia, w szczególności łowcy znajdują ogromną ilość śladów zwierząt małych i dużych, które muszą często korzystać z tego wodopoju. Keffar zauważa, że na północ wiodą ślady dużych, ciężkich, dzikich koni (możliwa opcja zarobku / zdobycia wierzchowców?).

Czas podjąć decyzję co dalej. Keffar wykonuje swój klasyczny manewr i kamieniem sprawdza chmury nad jeziorem. Okazują się niegroźne, w związku z czym zaprawiony w mroźnych kąpielach ostrojczyk postanawia zażyć kąpieli. Brodząc w mulistej wodzie, palcami wymacuje jakiś dziwny naszyjnik z kamieni, z wyżłobionymi tajemniczymi symbolami.

Keffar zdejmuje buty i onuce, aby wejść do dziwnego, mistycznego stawu. Po wejściu do wody wojownik zauważa, że coś pływa mu między stopami. Czy to coś groźnego? Potwór z głębin? Montcort próbuje podtrzymać dzielnego kolegę na duchu:
- Może to te rybki, co obskubują stopy?
- Taaak… – odpowiada nieprzekonany Keffar i zerka na MG, który podejrzanie się uśmiecha. – Do kości…

Pozostali bohaterowie drwią sobie z higieny Keffara i prorokują, że zaraz wytruje wszystko, co żyje w stawie. MG opisuje:
– … i nagle nadeptujesz na coś dziwnego i regularnego, sięgasz dłonią pod wodę i wyjmujesz prosty naszyjnik, wykonany z pospolitych kamieni i rzemienia…
Montcort rzuca:
– Patrzcie! Mieszkańcy stawu zapłacili mu, żeby już wyjął nogi z wody!

Feste widząc, że keffar coś znalazł, sam też chciałby się przyjrzeć znalezisku z bliska, ale bez wiedzy Keffara. Ten jednak zauważa zakusy ciekawskiego łotrzyka i zgrabnym ruchem wciąga go za karę pod wodę. pozostali towarzysze śmieją się serdecznie, patrząc na machającego rozpaczliwie rękami i plującego zieloną wodą Festego. Resztę wieczoru drużyna spędza przy ognisku susząc ubrania i kurując Festego ziołami, aby nie złapał przeziębienia.

13 dzień Narodzin

Kolejny dzień patrolowania przynosi niespodziewane spotkanie z grupą psiopodobnych stworzeń – klasycznych Gnolli. Człekopodobne istoty są uzbrojone i okutane w skórzane, nabijane kolcami zbroje. Przywódca grupy ma wiele złotych pierścieni w postrzępionych od ugryzień uszach. O dziwo Keffar zamiast rzucać kamieniem postanawia się z istotami dogadać. Niestety tamci mają zupełnie inne plany i rozpoczyna się walka. Strzały Montcorta i Festego pudłują, gdy tymczasem jeden z gnollich łuczników zadaje poważną ranę Keffarowi, który odgania się od przeważających sił szerokimi zamachami topora. Mabon swoimi siłami magicznymi wyrywa ogromny kawał sił życiowych wodzowi Gnolli, ten jest jednak nieugięty, walczy dalej. Gnolle nie mogą zblizyć się do rozwcieczonego Keffara, dlatego zalewają go falami strzał. Drużyna przejęta strachem, gdy Keffar pada na jedno kolano. Interwencja zdolności magicznych Mabon stawia go jednak na nogi. W tym czasie drużynowi strzelcy powoli, ale systematycznie zdejmują kolejnych przeciwników. Zdolności Mabon nie uchodzą uwagi przeciwników i ich ogień koncentruje się na niej, otrzymuje poważną ranę i musi się wycofać, choć ostatkiem sił jeszcze wzmacnia siły życiowe Keffara, który podejmuje walke na nowo. Gnolle zaczynają ogarniać drużynę, tak iż Feste musi uciec się do użycia oręża w walce wręcz. Udaje mu się w ostatniej chwili odrzucić procę i wyszarpnąć miecz wystawiając go ostrzem przed siebie – wprost na skaczącego w ataku gnolla. Przeciwnik umiera, nabity siłą grawitacji na ostrą klingę łotrzyka. Montcort specjalną techniką strzelecka paraliżuje przeciwników. Szala zwycięstwa przesuwa się na stronę drużyny, gdy pod ciosami Keffara pada wódz gnolli. Do walki włącza się Simeon, taktycznie obchodząc pozycje łuczników gnolli w ukryciu i rzucając w nich miksturę trującego gazu, która zabija jednego rannego gnolla i rani dwóch pozostałych. Tego jest już za wiele i gnolle rzucają się do panicznej ucieczki, jednak dosięga ich szał rannego Keffara i celne strzały Montcorta. Po tej ciężkiej, okupionej licznymi ranami walce drużyna znajduje wśród trupów kosztowności warte 29 skrzeli i 3 ości, 3 złote pierścienie oraz nieco broni ręcznej słabej jakości, solidną włócznię i kilka średniej jakości łuków.

Drużyna decyduje się wstrzymać patrol i rozłożyć obóz w bezpiecznym miejscu w celu wyleczenia ran. Kolejnego dnia bohaterowie udają się w dalszą drogę. Ich celem jest Sotham a w planach – załatwienie paru spraw i krótki odpoczynek od zawieruchy wojennej.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.