Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.58 – Oddajemy ciała ziemi


Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Ocucony dziki w strachu o swoje życie zaczął mówić. Na polecenie Ninezziego (maga, który uciekł w las podczas ostatniej potyczki) , awatara ducha lasu o imieniu Maximalth, kopali dół, który miał posłużyć podczas odprawiania kolejnego rytuału, w którym składano ofiary z ludzi, czy jak to powiedział dziki “oddawano ich ciała ziemi”. W ten sposób mieli wzmocnić ducha, który w zamian otaczał mieszkańców lasu swoją ochroną i nagradzał ich swoimi łaskami. Dzieci miały zostać zabrane do wsi dzikich, która jednak liczyła zbyt dużo ludzi, aby ot tak sobie do niej wmaszerować i zażądać powrotu mieszkańców Rogatego Koźla. Drużyna postanowiła udać się po pomoc drwali.

Haeri nie do końca może się pogodzić, że drużyna ciągnie za sobą złapanego dzikiego.
Haeri – A może byśmy go tak zabili?
Montcort – Tak bez broni?
Haeri – Dam mu topór.
Montcort – Ja nie mogę tak bezbronnego.
Haeri – To się odwróć.

Alers i reszta drwali dość szybko przystali na plan awanturników, kiedy tylko okazało się, że mogą zemścić się za śmierć swoich towarzyszy. Wkrótce sporawy już oddział twardych ludzi, prowadzony przez niezbyt chętnego swojej roli Rewilla (tak nazywał się dziki, którego udało się schwytać na kopaniu dołu) przemierzał las. Nim grupa dotarła do wsi dzikich, Arenii, zdążył zapaść zmrok. Próba podkradnięcia się do osady zaowocowała wpadnięciem na młodocianych wartowników, mieszkańców wsi i nim bohaterowie zorientowali się, stali oko w oko z wysokim, przystojnym i dobrze zbudowanym mężczyzną, który przedstawił się jako Cenbeorth.

Z niezrozumiałych dla większości powodów, dziki rozpoczął rozmowę z Keffarem tak, jakby się już znali a mówili o sprawach sobie dobrze pojętych, a będących niejasnymi dla reszty grupy. Nie czas było jednak na pytania. Cenbeorth okazał się niechętnie nastawionym do Ninezziego i jego idei “karmienia” ducha lasu. Zaproponował, że zaprowadzi awanturników w miejsce odprawiania rytuału i pomoże pokonać maga, ale ostrzegł, że krew Ninezziego nie może dotknąć ziemi, grozić to ma czymś niezwykle groźnym. Na prośbę o wskazanie im maga pośród dzikich, zdziwił się bardzo, bo przecież wszyscy dobrze sami go znali. Magiem był nie kto inny jak Eldad, półgłówek z Rogatego Koźla.

Różne były plany jak podejść dzikich. Jednym z nich było podanie się któregoś z bohaterów za czempiona Maximalthea.
Montcort – Słuchajcie aby udawać czempiona Maximathea, to musiała by być to osoba nie myśląca o swojej przyszłości, konsekwencjach a nawet szalona… Patrzę na Haeriego.

Minęła już północ, kiedy awanturnicy dotarli na miejsce przyszłego rytuału i zwiadowcy wpatrywali się w przygotowania toczone w niewielkiej niecce między wzgórkami. Dwa tuziny dzikich śpiewało i kiwało się rytmicznie nad wykopanym w ziemi dołem, ich postaci oświetlało kilka rozpalonych tu i ówdzie, niewielkich ognisk. W pobliżu dołu udało się dostrzec Ninezziego i dwójkę dzieciaków z Rogatego Koźla.

Żywiołowa dyskusja z trudem zamieniła się w plan, a raczej iluzję planu, co miało się wkrótce boleśnie okazać w praktyce. Rozdzielone grupy wojowników otoczyły dzikich, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd, z lasu wypadł Keffar, a zaraz za nim Cenbeorth i Haeri. Na oczach bezbrzeżnie zdziwionych towarzyszy, ostrojczyk przedarł się pomiędzy mieszkańcami lasu i natarł na Ninezziego, kiedy jego towarzyszę zajmują się walką z dzikimi. Nim minął pierwszy szok i resztą awanturników, przy wsparciu drwali ruszyła do walki, przy dole zrobiło się już naprawdę gorąco.

Keffar pewnie natarł na maga, ten jednak początkowo zaskoczony i raniony, począł zwinnie unikać kolejnych razów wojownika. W końcu sięgnął po swój mroczny kunszt i jednym zaklęciem oczarował Keffara, powodując zamęt w jego głowie. W tym samym momencie strzała wystrzelona przez Bjorneia musnęła maga, który postanowił rejterować. Wyrzucając z siebie kilka słów mocy zniknął nagle z oczu zdziwionych bohaterów.

Tymczasem Keffar począł rozglądać się wkoło i jego wzrok padł na walczących Thatelacha, Cenbeortha i Haeriego. Ruszył z impetem w ich kierunku, szarżując zaskoczonych towarzyszy. To moc Ninezziego spowodowała, że do tej pory ostoja drużyny, zmieniła nagle front. Impet i umiejętności łowcy poczuł na swojej skórze Cenbeorth, początkowo broniący się i próbujący oddawać razy, legł wkrótce martwy pod ciosami swego przeciwnika. Oczy Keffara spoczęły na kolejnym towarzyszu, lecz w tym momencie z dalszej walki wyłączyły go ogłuszające strzały, wystrzelone spod pewnych palców Montcorta.

Haeri otoczony przez kilku dzikich początkowo ulegał nie radził sobie najlepiej, po raz kolejny zahaczony toporem wroga krwawił z kolejnych ran. Młody ostrojczyk czuł narastający w sobie gniew, który nagle eksplodował dzikim rykiem i szaleńczym atakiem. W jego wnętrznościach płonął ogień, w mózgu zagnieździła się jakaś dzika istota, która pragnęła tylko zabijać. Pod błyskającym wkoło żeleźcem topora zaczęli padać jeden po drugim przeciwnicy, niezdolni do powstrzymania potężnej siły, która ogarnęła Heriego.

Gorzej miała się sytuacja na lewej flance, gdzie wspierani przez strzały Korina drwale zaczęli oddawać pola mieszkańcom Arenii. Choć sami razili wroga, zaczęli padać martwi, aż w końcu żaden z trzech toporników, nie stał już na nogach. Dzicy rzucili się wspomóc swoich walczących z pozostałymi drwalami, Thatelachem i Haerim, jednak jeden z dzikich zauważył, jak korzystając z zamieszania dzieciaki uciekają gdzieś na południe. Zakręcił w miejscu na pięcie i ruszył za nimi, co nie umknęło uwadze Maynarda. Wojownik skoczył ku dzikiemu, przecinając mu drogę i dając czas na ucieczkę dzieciom. Wymiana ciosów była zajadła, pawęż Maynarda raz po raz przyjmowała potężne ciosy topora, w końcu jeden z ciosów dzikiego przebił się przez zasłonę wojownika, który upadł martwy na ziemi, z bronią przeciwnika sterczącą z piersi.

Gdybyż jeszcze chwilę Paezurczyk dał radę wytrzymać… Nagle morale dzikich zostało złamane ponoszonymi stratami i niedobitki dzikich rzuciły się do panicznej ucieczki, a za nimi w las pobiegł opętańczo wrzeszczący Haeri. Zwycięstwo należało do drużyny, ale straty jakie zostały poniesione były straszliwe. Większość towarzyszy ranna, martwy Maynard, Cenbeorth i trójka drwali, nieprzytomny Keffar i zagubiony gdzieś w lesie Haeri. Wkoło leżało jednak blisko dwadzieścia ciał mieszkańców Arenii, z czego trójką jeszcze żywych zajął się Simeon, zaraz po tym kiedy pomógł swoim towarzyszom.

Montcort skrzyżował na piersiach ręce Maynarda, oddając mu hołd. Kiedy podniósł się z klęczek spojrzał w mokre oczy Thatelacha. Żaden z nich nie potrafił zrozumieć co tu się stało tej nocy, ani dlaczego?

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.