Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.57 – Ręce trzymać przy sobie


Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Przebudzony ze snu Korin począł poprawiać służącą za poduszkę torbę, kiedy wytoczyła się z niej duża, ludzka czaszka. Wrzask jaki się rozległ w podziemnym korytarzu postawił wszystkich na nogi i ściągnął strażników sprzed wejścia. Haeri poznał czaszkę bez problemu, była to ta, którą odrąbał od reszty szkieletu leżącego w sarkofagu. Zdarzenie wzbudziło pewien niepokój, ale szepty i uśmieszki Maynarda i Montcorta mogło powiedzieć co nieco o “magicznym” sposobie w jakim ten artefakt przywędrował do torby młodego złodzieja. Reszta nocy upłynęła bez dodatkowych zdarzeń.

W środku nocy Korin budzi wszystkich okropnym wrzaskiem, z niezrozumiałych przyczyn odnalazł w swoim worku podróżnym czaszkę pochowanego w grobowcu wojownika.
Haeri zastanawiając się – Ja znam ten uśmiech…

Rankiem drużyna przejrzała swój sprzęt, zdobyczne skarby i w krótkiej dyskusji zdecydowała, że zanim wrócą do Rogatego Koźla, sprawdzą ostatnią odnogę korytarza, jak również tarczę z brązu, której dwa otwory kryły manipulatory w kształcie litery T. Niestety pociągnięcie ich za pomocą rzemienia nie dało żadnych efektów, jak również nie stało się zupełnie nic, kiedy brawurowo Maynard włożył ręce do środka i przekręcił oba kurki.

W jedynym nie sprawdzonym korytarzu była zapadnia, co boleśnie wspomniał Keffar. Tym razem przygotowani i zabezpieczeni bohaterowie zaklinowali pułapkę i ruszyli dalej, aby na końcu korytarza stanąć na galeryjce znajdującej się kilka metrów nad komnatą, której jedynym wystrojem był wysoki kamienny posąg wojownika dumnie prezentującego miecz. Przy ścianach po obu stronach galeryjki znajdowały się mniejsze, brązowe maski, z oczami z zielono połyskujących kamieni. Thatelach po jednym rzucie okiem stwierdził, że są to chryzoberyle i mogą być co nieco warte. Nie było tylko jednej rzeczy, zejścia na dół z galeryjki do komnaty, jedynym sposobem wydawało się przesadzenie barierki i skok w dół.

Bohaterowie stoją na galeryjce. Po bokach we wmontowanych w ściany maskach lśnią klejnoty, pod spodem stoi potężny kamienny posąg.
Haeri – a moze bysmy wydlubali te rubinki?
Maynard – Wszystko ma swój czas.
Haeri – No właśnie i ja bym zaczął od rzeczy ważnych.

Maynardowi wyraźnie nie dawały spokoju kurki w tarczy pierwszej komnaty. W końcu wydawało mu się, że odkrył ich znaczenie i pobiegł w ich kierunku, aby otworzyć pozostałym awanturnikom zejście do komnaty. Niestety przekręcanie manipulatorów nadal nic nie dawało, ale Maynard zdał sobie nagle sprawę, że nie pociągnął ich po tym, jak już je przekręcił. Postanowił to zrobić teraz. Cóż z tego, skoro do kurków nie były przypięte już rzemienie i zrobił to własnymi rękoma. Szczęk metalu, i nagle wszystko puściło, a dokładniej to ręce Maynarda zostały nagle uwolnione. Wojownik patrzył przez ułamek sekundy na kikuty obu rąk nim wrzasnął przeraźliwie i osunął się na ziemię tracąc przytomność.

Krzyk zwabił do komnaty resztę drużyny, która wpadając do środka zobaczyła broczącego krwią towarzysza. Simeon rzucił się do pomocy, Montcort dedukując bezbłędnie, korzystając z podpowiedzi w postaci szlaków krwi, odnalazł obie dłonie Maynarda tkwiące w otworach tarczy z brązu. W rosnącej panice i przerażeniu drużyna postanowiła przyłożyć dłonie do kikutów towarzysza, kiedy Simeon wygrzebywał z torby najlepszy ze swoich leczących napoi, przyrządzony przy użyciu niezwykle rzadkich ziół. Kiedy alchemik wlał dekokt w usta Maynarda, nagle na oczach zdumionych awanturników, dłonie zaczęły na powrót przyrastać do ciała. Po kilku minutach tylko czerwone, nabrzmiałe szramy wokół nadgarstków świadczyły o tragedii jaka tu się rozegrała.

Maynard nie odzyskał jednak przytomności. Szok musiał być zbyt wielki. Simeon pozostał z nim przy ognisku w okolicach korzeni drzew, kiedy reszta wróciła zbadać ostatnią komnatę podziemi. Montcort przez cały ten czas zwracał baczną uwagę na Haeriego, jednak Ostrojczyk zachowywał się niezwykle poprawnie. Zaproponował nawet, aby przy użyciu wszelkich środków ostrożności, wydłubać szlachetne kamienie z masek na galeryjce. Wszyscy wstrzymali oddech starając się znaleźć z dala od miejsca rażenia ewentualnej pułapki, a Haeri z całkowitym spokojem wydłubał wpierw pierwszy klejnot, po chwili drugiej i kiedy wszyscy odetchnęli już z ulgą, jednym zwinnym ruchem przesadził barierkę galeryjki i skoczył w dół.

Montcort ma trochę dość tłumaczenia Haeriemu wszystkiego, za to Simeon, również znający język ostrojski czuje się trochę niedoceniany.
Simieon z wyrzutem – Ja też mogę tłumaczyć!
MG – Oni się boją, że w trakcie tłumaszenia przeintelektualizujesz.

Kiedy tylko stopy Ostrojczyka dotknęły posadzki, z przeraźliwym zgrzytem ruszył się posąg wojownika stojący na środku komnaty. Ogromny, dwuręczny, kamienny miecz runął na Haeriego, który zanurkował pod nim intuicyjnie. Miecz uderzył w ścianę rozsypując się na kawałki. Ciężko powiedzieć czy kamienny wojownik zdziwił się nagłą stratą broni, bo ruszył natychmiast do ataku na Haeriego atakując kamiennymi pięściami, w tym zaś czasie z galeryjki skakali już w dół Thatelach i Keffar, idąc na ratunek towarzyszowi. Keffar wybił się z barierki atakując w locie dziką szarżą, Thatelach po prostu grzmotnął o ziemię całym swoim ciężarem. Walka rozgorzała na dobre. Otoczony ze wszech stron i rażony strzałami Montcorta z galeryjki posąg począł pękać i w końcu rozsypał się w pył.

Kiedy wojownicy szukali sposobu na dostanie się z powrotem na galeryjkę, Montcort postanowił wydłubać pozostałe dwa kamyki z drugiej brązowej maski, jednak zanim do niej dotarł “znalazł” kolejną zapadnię, kiedy podłoga galeryjki otworzyła się pod nim i wylądował całym swym ciężarem na plecach Thatelacha, szukającego tajnych drzwi, czy nowych pułapek.

Tego wszystkiego było już dość bohaterom. Postanowili w końcu opuścić to przeklęte i co tu dużo mówić, ogołocone ze wszystkiego co cenne miejsce. Niestety do ciężaru zabranego z grobowca srebra, rozłożonego na części rydwanu, dochodził obecnie ciężar Maynarda, który nadal nie odzyskał przytomności. Co było robić, drużyna zostawiła rydwan w korytarzyku mając w planach wrócić po niego później, zaś Maynard wylądował na własnej pawęży, służącej jako prowizoryczne nosze.

Ciężko ranny Maynard jest problemem dla drużyny, postanawiają nieprzytomnego nieść go na pawęży.
Maynard niesie dobrą radę – A może byście mi do pawęży koła z rydwanu doczepili?

To była ciężka uciążliwa podróż w wilgotnym lesie, w końcu jednak awanturnicy stanęli u bram Rogatego Koźla. W osadzie wrzało. Kiedy mieszkańcy zobaczyli powracających awanturników, z już przytomnym Maynardem, zdało się, że spadli wieśniakom z nieba. Na przemian opowiadali o tym, że ich dzieci zostały porwane, że może już nie żyją. Kiedy nagle Hames, zauważył dźwiganą przez Keffara i Montcorta skrzynię i oskarżył, że nieszczęście wsi jest ich winą, bo zbeszcześcili jaskinię.

Rozmowa o tym, jak naprawić rydwan i czy są jeszcze “rydwanoroby” na świecie.
Montcort – Bjornei przywołuje duchy. Niech przywoła ducha rydwanoroba!
Maynard – Tylko takiemu duchowi wszystko z rąk leci.
Bjornei – Przywołamy ducha i wmontujemy w Haeriego.
Maynard – To najpierw trzeba wypędzić te, które już tam są. Chociaż to zależy kto kogo wypędzi najpierw.

W dość burzliwej i pełnej krzyków, straszenia i błagań rozmowie, okazało się, że wieśniacy wiedzieli o dołach z krwią więcej niż chcieli mówić. Wiedzieli o składanych ofiarach, wiedzieli też, że odpowiedzialni za nie są dzicy ze wsi Arenia i że to zapewne oni porwali dzieci.

Szybko, nim jeszcze ślad ostygł Montcort ruszył odnalezionym tropem przez las, a za nim reszta drużyny. Obok śladów kilku dorosłych osób, wyraźny był trop dwójki, może trójki dzieci. W pewnym momencie jednak trop się rozdzielał. Część śladów, w tym dwójki dzieci ruszyła na północ, ku domniemanej wsi dzikich, reszta nadal szła na zachód. To tym drugim tropem postanowiła podążać ekipa i wkrótce okazało się, że trafili na miejsce, gdzie kolejny dół w ziemi kopie prymitywnymi łopatami dwójka dzikich.

Zaskoczeni kompletnie przez Maynarda kopacze w pierwszym momencie nie wiedzieli jak zareagować na pojawienie się wojownika, w końcu jeden z nich rzucił się z łopatą na wojownika, został jednak powalony celnie wypuszczoną strzałą przez ubezpieczających pawężnika towarzyszy. Niemal w tym samym momencie zza pobliskich drzew, w stronę bohaterów pofrunęła magiczna iskra zaklęcia rzucona przez ukrytego maga, a przedziwna istota szarżując rzuciła się ku Haeriemu. Maynard ruszył za magiem, który jednak zrejterował, szybko gubiąc wojownika pośród drzew.

Haeri starł się z istotą, która od dawna spędzała sen z powiek bohaterom. Jak okazało się to nie ptasia noga, lecz odkryta, kościana stopa zostawiała charakterystyczne, niepokojące ślady. Jednak reszta, obleczonego w skórzane łachmany ciała była równie obrzydliwa. Stworzenie składało się jakby z ciął kilku innych, o różnych kolorach i teksturze skóry, zaś głowa na wpół była nagą czaszką jakiegoś humanoidalnego stworzenia, na wpół żaboidalną twarzą łypiącą na wrogów wielkim, wodnistym okiem. Stworzenie atakowało długimi, brudnymi szponami wyrastającymi z czteropalczastych dłoni. Te jednak nie wystarczyły na dwóch Ostrojskich wojowników, którzy dość szybko poradzili sobie z przeciwnikiem. Odrażające ścierwo legło na ziemi, obok zabitego dzikiego i tuż przy ogłuszonym, drugim z kopaczy.


Trochę miałem problem z tym przyrastaniem dłoni przyznać się muszę, bo czar leczenia zranień wydawał mi się ciut za słaby dla takiego zastosowania, ale sam pomysł tak mi się spodobał, rany były proste i czyste, a Simeon dodatkowo powiedział, że używa tego napoju z najlepszych (bardzo rzadkich) ziół, że stwierdziłem, co mi tam. Trochę to zburzyło koncepcję bezwzględnego i mocno achirurgicznego świata, ale mam nadzieję, że nie będziecie się za bardzo do takich akcji przyzwyczajać :).

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.