Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.38 - Pustelnia pod korzeniami

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Hobgobliny minęły ukrytych za skalnymi kolumnami Haeriego i Montcorta i szły wprost na Keffara, Simeona i Bjorneia, rozmawiając ze sobą we własnym języku. Dwa z nich, zdecydowanie młodsze, odziane w proste, skórzane koszulki i spodnie, niezwykle ostrożnie obchodziły się z glinianymi garncami niesionymi w objęciach przed sobą. Nagle z ciemności wystąpił Keffar z włócznią skierowaną ostrzem w pierś trzeciego z hobgoblinów, głośno domagając się poddania. Przeciwnik wyszarpnął zza pasa poszczerbioną maczetę i odpowiedział agresywnie niezrozumiałymi słowy. Po czym łamanym argadyjskim rzucił “wszyscy śmierć!”.

W tym samym momencie z tyłu do stworzeń postanowił podkraść się Haeri, tak jednak nieszczęśliwie, że w ciemności zderzył się ze stalaktytem przysparzając sobie bólu i hałasując niemiłosiernie. Hobgobliny odwróciły się gwałtownie na ten dźwięk, w przerażeniu dostrzegając kolejne niebezpieczeństwo. W tym momencie Keffar w dwóch długich krokach dopadł przeciwników z zamiarem ogłuszenia jedynego uzbrojonego wroga. Nieszczęśliwie zahaczył jednak o drugiego hobgoblina i cios mierzony w głowę spadł z dużą siłą na plecy potwora powalając go na ziemię.

Haeri próbuje podkraść się do Hobgoblinów, niestety ma fatalnego pecha i oczywiście z zaskoczenia wychodzą nici.
Montcort – To Ostrojski Ninja! Zagłusza swoje kroki waleniem w tarcze!

MG – Hobgobliny spłoszone hałasem jaki narobił Haeri odwracają się w jego kierunku i widzą straszliwie wykrzywioną twarz Ostrojczyka. Tylko on wie, że mina ta to grymas bólu po tym jak przed sekundą wyrżnął twarzą w stalaktyt.

Montcort ani myślał czekać na dalszy rozwój wypadków, szybko napiął łuk, lecz nim wypuścił strzałę, cięciwa z głośnym świstem pękła o mało nie raniąc go w twarz. Sokolnik schował się za kolumną i w przyspieszonym tempie zaczął naciągać nową cięciwę na broń, w tym czasie Avelox doskoczył do wrogów i wycelował włócznię w jednego z młodzików z glinianymi garncami. Drugi straszliwie przestraszony przypadł plecami do ściany i zbladły ze strachu ściskał swój garniec.

Kiedy Avelox gestem nakazał hobgoblinowi odłożenie garnca, z ziemi poderwał się jego towarzysz uzbrojony w maczetę, lecz czujny Keffar potężnym ciosem pięścią usadził go ponownie. Kolejne sekundy spowodowały prawdziwą tragedię. Próba wyrwania garnca z rąk młodzika spowodowała, że rzucił się on do walki i został natychmiast przekłuty włócznią przez Aveloxa. Idący z pomocą swojemu pobratymcowi hobgoblin z maczetą został odepchnięty w stronę Keffara i potknął się tak nieszczęśliwie, że lecąc głową w dół nadział się na kolano atakującego Ostrojczyka. Coś nieprzyjemnie chrupnęło i na ziemi leżały już dwa martwe hobgobliny.

Po rundzie walki z hobgoblinami, gdzie średnia rzutów wynosiła 1 na k20.
MG – Rzucimy sobie na morale… No i morale niestety pękło, moi drodzy…
Bjornei – Po takich naszych rzutach?
Keffar – No nasze pękło…

Trzeci młodzik blady ze strachu wciąż opierający się o ścianę patrzył na to ogromnymi z przerażenia oczyma. To ku niemu skierowała się drużyna domagając się odłożenia garnca, ale w jego obronie stanął Bjornei zabraniając znęcania się nad wrogiem. Kiedy część drużyny zaczęła się spierać o to co uczynić dalej, Montcort postanowił zadbać o bezpieczeństwo towarzyszy i przyjął pozycję zwiadowcy-wartownika, Avelox zaś postanowił splądrować ciała zabitych. Obok kilku znalezisk w postaci woreczków z talizmanami, dziwnego narzędzia i pokrowca z kościanymi igłami różnej wielkości, czarodziej odkrył niewielkie kamienie półszlachetne osadzone w skórze na piersiach hobgoblinów. Za pomocą noża szybko usunął potencjalnie wartościowe przedmioty, starając się aby nie zobaczył jego działania żaden z towarzyszy.

Bohaterowie postanowili ruszyć dalej. Hobgoblin wzięty na sznur szedł nie opierając się, wciąż ściskając w rękach garniec. Simeon, który badał zawartość garnców odkrył tam oleisty płyn nieznanego pochodzenia. To właśnie alchemik zabrał drugi garniec nie wiedząc za bardzo co z nim zrobić?

Po kolejnych kilkuset metrach korytarza, bohaterowie docierają do rozgałęzienia o czterech odnogach, na środku którego ustawiono kopiec z kamieni a na szczycie postawiono bielejącą czaszkę, prawdopodobnie właśnie hobgoblińską. Przyglądając się kopcowi bohaterowie dochodzą właśnie do wniosku, że ostrzega przed północną odnogą, kiedy do ich uszu dochodzą wyraźne dźwięki równego i mocnego kroku kilku istot dobiegające z południa. Drużyna czym prędzej kryje się we wschodnim korytarzu zmuszając swojego więźnia do ciszy przykładając mu broń do gardła.

Pada propozycja, żeby dalej wędrować przez korytarze gdzie widziano śladz prawdopodobnie zostawione przez wielkie ślimaki.
Bjornei – O tak, chodzmy do ślimaków, na slimkach jeszcze nie zrobilismy złego wrazenia…

Nie trzeba długo czekać, kiedy z korytarza na południu wyłania się oddział 6 hobgoblinów, równo, po wojskowemu wybijają rytm swoimi krokami. Drogę oświetlają sobie czerwono opalizującym kamieniem, takim samym jaki drużyna zabrała pobitym istotom przed kilkudziesięcioma minutami. Te istoty niemal w niczym nie przypominają trójki, na którą drużyna wpadła ledwo co. Dobrze zbudowani, obleczeni w skórzane, czarne zbroje z metalowymi guzami i prawym naramiennikiem przypominającym kolczastego jeża, z twarzami poddanymi skaryfikacjom. Sprawiają groźne wrażenie, z całym swoim niebezpiecznie wyglądającym żelastwem dyndającym u wojskowych pasów. Na szczęście oddział skręca ku zachodowi i wkrótce kroki wojowników cichną w oddali.

Bohaterowie postanawiają nie ryzykować i ruszają w głąb korytarza, w którym się ukryli. Nagle z zaskoczeniem odkrywają, że nie znajdują się już w podziemiach, ale na trawiastej łące pod otwartym niebem. Chwilowa konsternacja przechodzi w niepokój. Za plecami drużyny widać wylot korytarza, którym tu przybyli, znajdujący się we wzgórzu, od którego grupa się oddala. Niepewnym wzrokiem bohaterowie spoglądają po sobie, starając się wyczuć czy wszyscy doznają tego samego.

Łąka faluje zielonymi długimi trawami, pośród których żółcą się i czerwienią kwiaty. Wkoło bzyczą wesoło owady, a nieodległy zagajnik zaprasza cieniem. Tyle, że w oczach Simeona i Bjorneia miejsce to wygląda zgoła inaczej. Trawy są szare i wydają się być łamliwe, pomiędzy wysokimi jej kępami bieleją kości a chmary much unoszą się nad niesmacznie wyglądającymi kopczykami nieznanego pochodzenia. Nim jednak awanturnikom udaje się zastanowić nad tym co ich spotkało, zauważają długowłosego mężczyznę odzianego w przednie szaty, który z daleka wita przybyszów na “swojej łące” i zaprasza do dołączenia do niego w jego szałasie.

Haeri nie zastanawiał się ani przez chwilę nad tym, że rozumie język nieznajomego i z radością przyjmuje jego zaproszenie. Tymczasem Simeon i Bjornei z osłupieniem patrzą na mężczyznę, bo w ich wizji jest starcem, okutanym w stare łachmany, z twarzą i dłońmi zawiniętymi w coś na kształt bandaży, spod których cieknie jakiś obrzydliwy płyn. Drużyna skupia się nieopodal szałasu nieznajomego bojąc się porozumieć między sobą i nerwowo rozglądając się wkoło, zwłaszcza kiedy mężczyzna wspomina, że wkrótce na obiedzie stawią się jego dzieci.

Przybysz przedstawia się imieniem Behirtio i proponuje drużynie grę w zagadki. Jeśli pokonają go chętnie podzieli się z nimi swoją wiedzą. Simeon zastanawia się, czy ten mężczyzna mógłby pomóc w odnalezieniu Kwiatu Awicenny? Behirtio nie czekając na zgodę zadaje pierwszą swoją zagadkę. Awanturnicy nagle zdają sobie sprawę, że nie wiedzą też co stanie się jeśli przegrają. W tak nietypowej sytuacji postanawiają odpowiedzieć na zagadki mężczyzny. Okazuje się, że radzą sobie świetnie i po dwóch zadanych zagadkach Behirtio krzywiąc się niemiłosiernie mówi, że musi zająć się obiadem, bo jego dzieci już prawie tu są. Drużyna postanawia uciekać.

Ledwo grupa zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ich rozmówca znika w szałasie i nagle znów wszystko się zmienia. Światło przygasa i grupa znów znajduje się pod ziemią w promieniach światła pochodni i zabranego hobgoblinom, czerwono opalizującego kamienia. Wkoło kołyszą się szare, pozornie pozbawione życia, długie źdźbła traw, gdzieniegdzie spośród nich wystają rosnące na długiej łodydze, mięsiste kapelusze nieznanych roślin. Co jednak najważniejsze, to w miejscu gdzie znajdował się szałas Behirtia rośnie ogromne, wiekowe drzewo, z pniem o średnicy blisko 10 metrów. Przerażający jest fakt, że to co pierwotnie można było wziąć za koronę gałęzi drzewa jest tak naprawdę plątaniną korzeni. Drzewo rośnie korzeniami w górę, przebijając podłoże jednocześnie nie będąc w nim jasno osadzonym.

Z osłupienia wszystkich wyrywa Avelox wskazując na coś zbliżającego się w stronę bohaterów. Pośród traw, powoli pełzną olbrzymie, czerwone robale, przypominające nieco dżdżownice. Ich mięsiste, pierścieniowe cielska sięgają 50 centymetrów wzwyż. Drużyna daje znak do odwrotu.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.