Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.21 - Ogniu krocz za mną

Udział wzięli: Finor, Keffar, Nuadu, Simo

Resztę dnia zajęły czynności obozowe i studiowanie odnalezionej w loszku księgi. Na szczeście elf zdawał się zdrowieć po kuracji zadanej przez Simeona. Nawet alchemik wydawał się być nieco tym faktem zdziwiony. Wieczorem udało się nawet nawiązać pierwszy kontakt, ale tylko na tyle, aby dowiedzieć się, że elf nazywa się Morhile. Tłumaczem był Nuadu, choć nie była to prosta sztuka, bo dialekt elfów z Rocranon, różni się od tego, którego sam się niegdyś uczył.

Niestety złe wieści przyszły z wieczorem, pogoda zaczęła się załamywać. Temperatura szybko spadała w dół, zaczął padać deszcz, który wktóce przerodził się w śnieg z deszczem i w końcu w gęsty śnieg. W środku nocy postanowiono przenieść cały obóz, razem z rannym elfem i mułem Ignocem, do pierwszej komnatki w podziemiach. Całą operacja potrwała przeszło godzinę, ale wkrótce pomieszczeniu wyłożonym wiklinowymi, ściennymi matami zrobiło się ciepło i przyjemnie.

Kiedy przed świtem na polowanie wyszedł Nuadu, śnieg leżał już do wysokości połowy łydek i ciągle padało. Nie udało się złowić nic na śniadanie, więc trzeba było zadowolić się zapasami. Tymczasem elf nieco bardziej przytomny opowiedział w bardzo krótkich słowach, jak stał się więźniem podziemi. Został ranny strzałą i znalazł wejście do kompleksu, a kiedy się ocknął drzwi nie udawało się już otworzyć, czemu z pewnością winna była woda, która zalała pomieszczenie. W ten sposób znaleźli go bohaterowie.

Przegląd ran i otarć budził zadowolenia, wszystko ładnie się goiło i nie powinno stanowić większego problemu czy zagrożenia. Tylko Simeon z niepewnością patrzył na własną dłoń w miejscu gdzie smagnęła ją macka fioletowego grzyba. Pręgi, które u innych zaczęły już powoli blednąć, u niego nabierały niepokojącej, fioletowej barwy. Rana nie bolała i jeszcze nie było powodu do paniki, ale też z pewnością nie było się z czego cieszyć.

Nie można było już dalej odsuwać penetracji loszku, zwłaszcza że drużyna, nieco wbrew swoim planom znalazła się w jego środku. Po cichu i szybko zbadano wcześniej eksplorowane komnaty, chcąc się upewnić, że nie pojawiło się w nich nic nowego, potem swoje kroki poszukiwacze skierowali ku miejscu gdzie poprzedniego dnia podpalili wojujące z nimi grzyby. Nim dotarli do tego miejsca po raz kolejny stanęli oko w oko z tymi wielkimi, wściekłymi szczurami, które tak dotkliwie pokąsały Keffara. Tym razem obyło się bez poważniejszych obrażeń, ale nie uniknięto ich całkiem i Nuadu przeklinał gryzonia, który dobrał się do jego nóg.

Po grzybach nie zostało wiele śladów, niestety ogień, który rozniecili bohaterowie objął też część ścian, skrzyń i beczek, które znajdowały się w komnacie, która niegdyś musiała być magazynkiem. Oglądanie ścian nie przyniosło żadnych rezultatów, ale w skrzyniach, prócz narzędzi znaleziono jakieś drobne monety, które z pewnością zostały wykute na długo przed urodzeniem bohaterów. Przyszedł czas na spenetrowanie dalszej części loszku.

W korytarzu, w którym bohaterowie już dwukrotnie natrafili na żarłoczne szczury odkryte zostały nory, z których te stworzenia musiały wychodzić. Przy niewielkim wysiłku postanowiono je zapchać i zobaczyć, czy to pomoże zabezpieczyć się przed kolejnymi atakami. Skrzyżowanie naturalnych korytarzy pozwalało na wybranie dwóch dróg. Z jednej z nich wyraźnie biło ciepło i lekko opalizująca poświata, tę postanowiono zostawić na później. Drużyna ruszyła w przeciwnym kierunku.

Pierwszym znaleziskiem, które podniosło gotowość awanturników były ciała kolejnych dwóch nieszczęśników, pozostawione tu po ich nagłej śmierci. Ciała to za dużo powiedziane, były to powiem wysuszone szkielety, zawinięte w pozostałości swoich ubrań. Drobne monety, pas z narzędziami, to wszystko co można było przy nich znaleźć. Kiedy korytarz zagrodziły solidne drewniane drzwii, w drużynie zapanował nastrój podniecenia. Czy już za nimi odkryją jakąś tajemnicę? A może niebezpieczeństwo?

Za drzwiami, które otworzyły się z żałosną skargą dawno nieoliwionych zawiasów był jednak korytarz o kamiennych ścianach i podłodze, kolejne ciała i cała ściana drewnianych tabliczek, jak z galerii myśliwskich trofeów. Różnicą było to, że były mniejsze i pozbawionego tego, czym szczycili się ich właściciele. Kolejne drzwi prowadziły do ostatniego pomieszczenia w tym korytarzu, pracowni jubilerów-kamieniarzy. Solidne stoły, częściowo wyposażone w narzędzia i materiały do delikatnej pracy, kawałek dawno wykonywanej biżuterii, kilka kamyków półszlachetnych. Nic bardzo cennego na pierwszy rzut oka.

Nie pozostało nic innego jak wrócić do korytarza, z którego na podziemny kompleks promieniowało ciepło. Zaglębiając się w niego robiło się coraz cieplej, aż w końcu temperatura wzrosła do blisko 30 stopni a przed bohaterami pojawiły się schody, prowadzące łagodnie w dół. W szyku ubezpieczającym awanturnicy zeszli na dół, wprost do komnaty w kształcie z grubsza przypominającej podkowę, która zdecydowanie była kuźnią-pracownią. Spore palenisko na środku pomieszczenia, dwa średniej wielkości kowadła, mnóstwo stołów – blatów i porozrzucanych narzędzi, oraz kolejne ciała, które nosiły ślady gwałtu, jakie zadano niegdyś ich właścicielom.

Przede wszystkim jednak w oczy rzucała się spora, kamienna misa znajdująca się w końcu komnaty. To z niej dobywało się pomarańczowe światło, zapach zwęglonego drewna i ciepło. Po niepewnym zlustrowaniu tego miejsca, nogi w końcu oderwały się od podłoża i drużyna powoli zaczęła wchodzić do wnętrza komnaty. NIe uszli jednak nawet kilku kroków, kiedy z kamiennej misy wzniosły się w powietrze trzy jasno błyszczące świetliki. Komenda “wycofać się!” padła niemal natychmiast i wszyscy zaczęli cofać się rakiem w stronę drzwi, Ubezpieczani przez zasłoniętego tarczą Keffara. Kiedy małe, latające śiatełka zbliżyły się, można było odkryć, że są to jakiegoś rodzaju owady, “płonące” w jakiś nienaturalny sposób żarem, który wkrótce okazał się być diablo bolesny jak na takie małe stworzonka.

Pierwszy z owadów zaplątał się gdzieś pod brodą Keffara powodując ból jak przy dotknięciu rozgrzanym żelazem. Rozpaczliwie machającego rękoma łowcę dopadł jeszcze jeden taki owad powodując kolejny wybuch bólu. Trzeciego już przezornie udało się rozgnieść tarczą o ścianę. Pozostawił na metalu dymny, węglowy ślad. Drużyna postanowiła się wycofać do obozu i przemyśleć dalszą strategię działania.

Te trzy maleńkie owady napędziły nieco strachu awanturnikom. A co jeśli jest ich tam setki w tej kamiennej misie? Przed taką ilością, nie tak łatwo będzie uciekać. Zaczęto się zastanawiać czy pomoże polewanie wodą, czy wyrwa w ścianie, którą się tutaj bohaterowie dostali nie będzie problemem w przypadku potrzeby szybkiej ewakuacji, zwłaszcza z mułem i rannym elfem? Postanowiono ze starych barłogów zrobić nosze dla rannego, a Keffar zadeklarował, że czas sprawdzić, czy metalowe drzwi odnalezione w loszku nie są przypadkiem oryginalnym wyjściem z kompleksu.

Planowanie jak sobie poradzić z płonącymi owadami, może użyć ratunkowych wiader z wodą?
Keffar: No! Będę biegł a magowie będą czekali z wodą do polewania!
Nuadu: Polewajcie mnie, polewajcie!

Kiedy Keffar wyszedł na zewnątrz, okazało się, że śnieg sięga już powyżej kolan i w zadynce nie widać dalej niż na kilka metrów.. Mniej więcej wyobraził sobie w którym miejscu zbocza powinno być wejście, którego szuka i wymacując drogę włócznią ruszył po pochyłości. Niestaty okazało się, że wąski korytarzyk, który prowadził do wrót przed laty zarósł straszliwie krzewami i drzewkami, a na nich osiadł padający śnieg. Kiedy włócznia Keffara zatrzymała się na czymś twardym, nie mógł wiedzieć, że to korzeń krzaka, niestety jego stopa stanęła na fragmencie zieleni, która nie mogłą go unieść i nagle poczuł jak ziemia usuwa mu się spod stóp i leci na łeb na szyję w dół. Odruchowo zasłonił prawą ręką głowę i kiedy jego ciało zetknęło się z ziemią usłyszał bardzo nieprzyjemny trzask.

Tymczasem reszta drużyny nieco zaniepokojona dłuższą nieobecnością łowcy postanowiła go poszukać i dowiedzieć się jakie czyni postępy. Wkrótce zamiast tego usłyszeli jego błagalny krzyk i wydobyli go z jamy w którą wpadł. Ręka była złamana bez dwóch zdań. Nieco znieczulony wódką pozwolił Simeonowi nastawić sobie rękę i unieruchomić ją w temblaku. Tym samym drużyna straciła dużo ze swojego potencjału obronnego.

Śnieg sypał coraz mocniej i nie wyglądało, żeby miał zamiar przestać, dwóch rannych cierpiało ból i potrzebowało innych warunków do zdrowienia niż wilgotny, zimny loszek. Czas było podjąć decyzję. Ostatnia próba zajrzenia do komnaty z kamienną misą pełną żar-owadów. Nuadu powstrzymał przed wejściem do środka swoich towarzyszy i sam niezwykle ostrożnie i po cichu zakradł się do środka. Chwila wstrzymywania powietrza i okazało się, że nic się nie dzieje. Nie ma więcej owadów, w komnacie panuje niezmącona niczym cisza. Ostrożnie, trzymając się od misy przynajmniej dwa metry Nuadi zaczął oglądać wnętrze. Przyjrzał się szkieletom zabitych, narzędziom, udało mu się nawet odnaleźć trochę biżuterii i kamyków jubilerskich. Już miał wychodzić kiedy…

… Z przerażeniem zobaczył, że do misy podchodzi, wiedziony ciekawością uczonego Finor. Z początku nic się nie stało. Finor stanął nad wypełnionym lawą pojemnikiem i zaczął podziwiać symbole wyryte po jej wewnętrznej stronie. Lawa, która delikatnie falowała w oparach gorąca nagle jakby poruszyła się i zaczęła falować. Finor z zafascynowaniem wpatrywał się jak z czarnych i czerwonych smug twozy się twarz o twardo ciosanych rysach, szerokich nozdrzach nosa, potężnym podbródku. Twarz otworzyła swoje płomienne oczy i rzygnęła prosto w Finora gorącą jak samo piekło lawą. Mag ryknął krótko i przerażająco i upadł u podstawy misy.

W tym momencie Simeon już biegł w stronę wyjścia z kompleksu, podnosząc poły swojego płaszcza tak aby nie zaplątać się w nie. “W nogi!” wrzeszczał Nuadu i za Simeonem rzucił się do ucieczki Keffar. Nuadu przesadzał po dwa schodki wybiegając z komnaty. Na szczycie schodów odwrócił się jeszcze tylko aby sprawdzić, czy Finor nie daje śladów życia. Ale zobaczył tylko jego bezwiednie leżące zwłoki i lewitującą nad nimi niewysoką, humanoidalną postać zbudowaną z poczerniałej lawy poprzecinanej pasami rozżażonej czerwoności. W obozie w minutę zapakowano wszystko co mieli bohaterowie i cała gromada wyszła w śnieg.

Stanęli gotowi do walki wpatrując się w ciemne wyjście z podziemi i czekając. Czy coś stamtąd wyjdzie? Co to będzie? Czy dadzą temu radę? Czy choć uda im się uciec?

Minęło piętnaście minut kompletnego bezruchu…


Ech, drużyna w rozsypce. Mało znów nas ostatnio bywało, a tu jeszcze straty takie jak te! Ileż to razy Finor zaklęciem ratował drużynę, teraz jego ciekawość i potrzeba zrozumienia świata przyprowadziły go do śmierci.

Nuadu po sesji zadeklarował, że będzie chciał zajrzeć jeszcze raz do środka. Czy to nadal aktualne? Mamy dwa dni na ogarnięcie epilogu i zadecydowanie co dalej.

Comments

aktualne,
robie dokładnie to o czym rozmawialiśmy , jeśli pamietasz :)

 

Ja pamiętam, zależy mi, żebyś ty to tutaj napisał, wtedy inni gracze (całych dwóch) będzie mogło zareagować :).

 

Jesli skradanie się Nuadu nic nie da, ja mam dwie propozycje:
1) Zostawić loch, może zamknąć drzwi w pierwszej komnacie i udać się do Trzewi a potem do Talzanii a tam poszukać Nogliphusa Maga Chaosu. Na ile to sie uda i na ile do niego kontak mają mieszkańcy – tego nie wiem, ale tylko on wpada mi do głowy ze spotkanych osób, które mogłyby nam cos o zywiołaku powiedzieć – byc może udałoby sie go przekonać do pójścia z nami – kto wie. Moznaby także zapytac o złamana rękę Keffara – a nuz potrrafiłby ją jednym zaklęciem zagoić. W ten sposób w ciągu moze tygodnia udałoby nam sie wrócić do lochu i byc moze rozprawic się z żywiołakiem lub chociaż odzyskać ciało Finora i go godnie pochować.
2) Jeśli nie zalezy nam na tym lochu i na ciele finora, a tylko na w miarę godnym pochówku, tak aby jego ciało nie stało się żerem dla tamtejszych szczurów, to proponuje zalać jaskinię. Przynajmniej tyle mozemy dla niego zrobić. Ale to jest rozwiązanie ekstremalne, i pewnie zostanie oprotestowane :)

Kiedy juz zdecydujemy co rzobic dalej, ja proponuje wracać do wioski, najlepiej jeszcze zachaczyc o zielarza, aby zabrac potrzebne zioła, byc może bedzie nam w stanie powiedzieć cos o tych grzybach i leczeniu tych siwiejących ran. Elfa mamy zanieść do Żaglownika, byc może kiedy wyzdrowieje, będzie mógł nam pomóc, np. kontaktując z jakimiś ichniejszymi wysokopostawionymi osobami (kto wie?) moze jacyś magowie? Albo chociaż opowie nam coś o swoim ludzie, albo nauczy Nuadu (a może i mnie?) podstaw języka elfów na Rocranonie? Później Trzewia, gdzie może rozliczymy się z Lucą, a potem do Talzanii w poszukiwaniu Nogliphusa. W wolnych chwilach chciałbym zająć się księgą z lochu, przestudiowac dokładnie, moze uda się dobrac do nowych kart, byc może znajde coś co dotyczy tego zywiołaka? To chyba wszystko co narazie mozemy zrobić.

 

właściwie, to miałem na mysli, żeby nie mieli nic do powiedzenia w tym temacie :D

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.