Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.14 - Śpiący wije się w swoim leżu

Udział wzięli: Finor, Keffar, Koukash, Nuadu, Simo

W środku na wpół naturalnej, na wpół będącej dziełem czyichś rąk komnaty panowała dość nieprzyjemna atmosfera. Powiedzmy sobie wprost, coś tu po prostu cuchnęło. Jako, że jedynym wyposażeniem pomieszczenia były tłuste od jakiegoś śluzu beczki, podejrzenie, słusznie, padło na nie. Nuadu na samym sobie przetestował, czy śluz nie niesie jakiegoś bezpośredniego zagrożenia dla ludzi, po czym otworzono jedną z beczek. Odór zgniłych liści uderzył w nozdrza bohaterów. Zawartością beczek była jakaś galaretowata substancja, o tym wielce oryginalnym zapachu.

Stojąc przy beczkach ze szlamem.
Keffar: Nie, nie, nie! To się nam może przydać!
Koukash: Pali się?
Keffar: Nie. Śmierdzi!

Bohaterowie nieco rozczarowani opuścili pomieszczenie i poczęli się spierać, czy lepiej pójść dalej, czy też wrócić na barykadę. Jako, że większość była za dalszym badaniem „zagrożeń płynących ze strony potencjalnych mieszkańców jaskiń” (wcale nie chodziło tu o skarby i obudzone do życia, awanturnicze dusze) drużyna postanowiła zbadać kolejną odnogę podziemnego labiryntu. Oprócz odkrycia jeszcze większej ilości rosnącego tu bujnie mchu i kilku podziemnych strumyczków przecinających podłogę pieczary natrafiono tylko na kolejne przejścia.

Tego było już dosyć Nuadu, który przypomniał, że ich podstawowym obowiązkiem było niedopuszczenie do wydostania się z podziemi istot zła, takich jak koboldy, które spotkali wcześniej tego dnia. I zadeklarował powrót na barykady. Do łowcy dołączył tylko Dwieman Studnia, i wkrótce grupa rozdzieliła się na dwie części.

Kiedy pierwsi zwiadowcy wracali do obozu, nienasyceni poszukiwacze przygód zagłębili się w kolejne korytarze i jaskinie. Tu znów trafili na ślimaki, różnej wielkości, które jednak wcale nie zwracały na przybyszów uwagi, co było im wielce na rękę. Kolejny korytarz okazał się być innym niż dotychczasowe. Poszerzył się i zaczął łukiem opadać w dół. Spadek był na tyle znaczy, że odczuł go od razu każdy z bohaterów. Nie tylko to było dziwne. Wkrótce okazało się, że gdzieś w dole znajdować się musi jakieś inne źródło światłą, co potwierdziło przygaszenie latarni, w świetle której podróżowali bohaterowie. Gdzieś w dole, pełgało lekko opalizujące, niebieskie światło.

Im dalej posuwała się ekipa badawcza, tym bardziej nasilał się nieprzyjemny zapach, który znali już wcześniej, z komórki z beczkami. Lekko zaniepokojeni, ostrożnie i tak cicho jak to tylko możliwe, drużyna dotarła do końca tunelu, który otwierał się na nową jaskinię. Tę oświetlało lekkie niebieskie światło, które wkrótce okazało się mieć źródło w nocnym niebie majaczącym setki metrów w górę, na końcu ogromnego, naturalnego komina. To jednak nie było jedyne odkrycie.

Podłogę jaskinii pokrywał mech, mnóstwo śluzu i resztki jakichś istot. Tu bielały kości jakiegoś nieszczęśnika, który skończył życie tak głęboko pod ziemią, tam, połowicznie zakopana w zieleni leżała czeladnicza torba ze skóry. To znów gdzieś błysnęła metalowo zapinka do płaszcza. Nagle jednak to wszystko okazało się nieistotne, bo skalny wał, przecinający jaskinię poruszył się nieznacznie udowadniając że jest gigantycznym ślimakiem, zapewne gospodarzem tego miejsca. Bohaterowie szybko wycofali się w głąb korytarza, ale opowieść Koukasha o tym, że na skórzanej torbie widział jakiś herb, pobudziła wyobraźnię Keffara, który postanowił zakraść się jeszcze raz do leża gigantycznego zwierzęcia i uprowadzić cenny łup.

Kilka nerwowych minut później łowca był już z powrotem przy swoich towarzyszach, pod pachą ściskając zdobycz. Ślimak chyba nawet nie dostrzegł, że ktokolwiek go odwiedził. Jakież było jednak zaskoczenie, kiedy okazało się, że torba nie posiada żadnych symboli i wygląda bardzo pospolicie. Po krótkiej wymianie żali, zwiadowcy postanowili udać się w ślady Nuadu i wrócić do obozu. Jeszcze tylko rzucili okiem w kolejny korytarz i wrócili znanym sobie tunelem na barykadę.

Tymczasem w obozie, do którego wrócił już Nuadu i Dwieman, pojawił się Eigon, chłopak, którego wysłano po południu z informacją o odwiedzinach koboldów, ku głównej bramie. Wielce rozemocjonowany opowiedział, że udało się zawalić główną bramę, ale w walce z goblinami rannych zostało kilku wojowników, w tym sam Agavin Smutny. Po błyskawicznej naradzie Simeon postanowił wspomóc rannych wojowników swoją medyczną wiedzą. Szybko spakował swoją torbę i wraz z Eigonem jako przewodnikiem, ruszyli w drogę.

Okazało się, że niemłode już oczy Simeona widzą gorzej w ciemności niż oczy młodego chłopaka, a nogi nie niosą go tak raźnie. Po przeszło dwóch godzinach stanęli jednak pod zawaloną bramą. Jaka była rozpacz Simeona kiedy okazało się, że to miejsce jest już opuszczone. Co robić? Wracać? Czy zebrać jeszcze w sobie siły i ruszyć w dalszą drogę? W końcu zwyciężyła potrzeba niesienia pomocy. Po szybkim przeszukaniu rumowiska, które niegdyś było główną bramą prowadzącą w głąb płaskowyżu Tafli, zaopatrzeni w pochodnie, ruszyli dalej.

Powietrzna brama to posterunek elfów Filandara, i to właśnie elfi zwiadowca zatrzymał podróżników. Korzystając z uniwersalnego języka gestów Simeon i Eigon wytłumaczyli co ich tutaj sprowadza i zostali zaprowadzenie do obozu, który mieścił się w głębi powietrznej bramy, na szczycie rumowiska, do którego trzeba było z mozołem się wspinać. Trwały tutaj prace budowlane.

Simeon szybko rozeznał sytuację i zaczął opatrywać rannych. Jeden z wojowników zdecydowanie nie nadawał się do dalszej walki, a i rana wodza wyglądała paskudnie. Tę udało się zniwelować magią mikstury leczącej, którą przyniósł Alchemik. Kiedy Simo skończył swoje dzieło, poczuł jaki jest zmęczony. Padł na przygotowane mu posłanie i zapadł w głęboki, ale niespokojny sen.

Tymczasem do obozu przy wodnej bramie wrócili pozostali zwiadowcy. Wypytywani przez swoich towarzyszy chętnie opowiadali o tym co znaleźli w kompleksie jaskiń. W końcu też przyszedł czas na zbadanie znalezionej torby, jednak jej zawartość nie zachwyciła bohaterów. Kilka sztuk srebra, trochę miedzi, a do tego zdekompletowany zestaw do wspinaczki. Kto wie, co się może w przyszłości przydać. I tu zmęczenie dało o sobie znać, oprócz tych, którym przypadły warty, reszta obrońców wodnej bramy położyła się spać.

Simeon zerwał się z posłania po pięciu godzinach snu i opatulił mocniej kocem. Musiał wracać do swoich, wiedział to. Wkrótce wraz z Eigonem znów byli w drodze. Tymczasem przy wodnej bramie rozpoczęły się prace. Wieśniacy poinstruowani przez Heingrina zaczęli stawiać stemple mające podtrzymywać strop korytarza. Pracom z ciekawością przyglądali się wojownicy. Kiedy w otworze wejściowym jaskini stanął Simo, w końcu drużyna była znów w komplecie.

Szybka narada zaowocowała pomysłem zbadania tajemniczej komnaty z hieroglifami na ścianach, którą odnaleziono w czasie wczorajszej wyprawy, tym razem przy obecności Simeona, który jako człowiek uczony mógłby rzucić nieco więcej światła na to, z czym tutaj mają herosi do czynienia. Jak uradzono tak zrobiono, wkrótce wyprawa z Nuadu na szpicy, jako zwiadowcy, ruszyła w głąb korytarzy. Ledwo kilkanaście metrów dane było ujść poszukiwaczom, kiedy Nuadu usłyszał dźwięki kroków i stanął twarzą w twarz z parą czerwonoskórych goblinów.

Istoty te sięgające mniej więcej 120 centymetrów wzrostu, ubrane były w proste skórzane ubrania, gdzieniegdzie ozdobione fragmentami ludzkich ubrań, czy metalowych przedmiotów. Długie czarne włosy sięgały ich pasów. Obie strony sięgnęły po łuki. Nuadu był szybszy, ale jego strzała złamała się na ścianie, tuż ponad uchylającym się przed strzałem goblinem. Strzał potwora był celniejszy i wydawało się że przebił brzuch łowcy, ale szczęśliwym trafem wbił się tylko w ubrania, niegroźnie go kalecząc. Tym razem Nuadu przycerował dokładniej i goblin charcząc, ze strzałą wbitą w pierś osunął się na ziemię. Jego towarzysz już uciekał w kierunku, z którego przyszedł.

Drużyna nieco zaskoczona spotkaniem ryknęła wściekle i rzuciła się za uciekinierem, tylko po to, aby stanąć jak wryci za zakrętem korytarza. Przed nimi, ciemności podziemi rozświetlało kilkanaście pochodni, a kilkadziesiąt par oczy wpatrywało się w nich ze zdziwieniem. Jak jeden mąż bohaterowie obrócili się na pięcie i z wrzaskiem „_Goobliiiinyyy_!!!” rzucili się w stronę barykady, za którą stali ich zdezorientowani towarzysze niedoli.


Ależ mieliśmy pecha z połączeniem internetowym tego dnia. Czy to zainteresowanie końcem świata i obciążenie łącz dało nam tak popalić, a może to zmiany wprowadzane w roll20 nie dawały nam swobodnie pograć. Dość tego, że roll20 po raz pierwszy od początku naszego grania został wyłączony i korzystaliśmy wyłącznie ze Skype’a i Google Docks. Nie powiem, korzystanie z rysunków w tym serwisie jest wcale wygodne!

Trochę boję się, patrząc na ostatnie prace prezentowane na Roll20.net, że strona wzbogaca się o coraz więcej wodotrysków, niekoniecznie potrzebnych do gry, a przez to staje się mniej wydajna. Mam nadzieję jednak, że to tylko przypadek i zrzucę wszystko na Flasha, który od pewnego czasu staje się coraz mniej user friendly, właściwie gdziekolwiek jest zastosowany. Przeczekać! Cóż nam pozostaje.

Gra „zawiesiła” nam się w bardzo ciekawym momencie i następna sesja może być mocno taktyczna, bądzie na to gotowi. Nim to jednak nastąpi, zaglądajcie na Obsidian Portal, do naszej Wikii, mam zamiar zamieścić tu kilka nowych artykulików!

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.