Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 91 - Furia dzika


Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

23 dzień starości

W czasie, gdy elfim pasterzom drzew nie spieszy się na spotkanie, bohaterowie są coraz bardziej niespokojni. Czas ucieka, a oni zmuszeni są do gnuśności. Nic dziwnego, że szukają jakiegokolwiek zajęcia. Na ten przykład Mabon postanawia zbadać dokładniej fosforyzujące dziwnie, ogromne i prastare drzewa. Kontakt fizyczny z nimi jednak kończy się bardzo szybko, gdy magiczna energia niewiadomej natury przeskakuje na szamankę, mocno wstrząsając jej wewnętrzną aurą i zsyłając na nią niepokojącą wizję. Od tego czasu staje się nieco osowiała, co oczywiście rozpętuje w obozie dyskusję i niepokoje – jeszcze niedawno podobne wydarzenie doprowadziło do znacznych perturbacji charakterów Festego i Simeona. Mabon jednak uspokaja towarzyszy, że wszystko tym razem jest w porządku.

Wkrótce zjawiają się długo oczekiwani elfowie. Montort, Keffar i Halden na spółkę wyjaśniają istotę misji z którą przybyła drużyna, nawzajem uzupełniając wszelkie szczegóły. Po wysłuchaniu relacji bohaterów delegacja udaje się na naradę ze starszyzną, w czasie której drużyna zostaje uraczona posiłkiem. Apetyt jednak nie do końca dopisuje,ze względu na nerwowe oczekiwanie na decyzję gospodarzy co do pomocy. Na szczęście starszyzna pasterzy drzew zgadza się wskazać drogę do świątyni kapłanów Tilleopessi, tajemniczo wspominają także coś o championie i jego roli w sukcesie całego przedsięwzięcia bohaterów.

Po południu Halden ćwiczy nowo poznana umiejętność rzucania czarów, przy czym wydaje się, że obecni na polanie młodzi elfowie są tym żywo zainteresowani i nawet wydają się kibicować początkującemu magowi. Chcąc wykorzystać sytuację – być może elfy znów czegoś go nauczą – Halden postanawia postarać się najlepiej jak potrafi i wyczarować coś ciekawego korzystając z jedynego czaru jaki posiada – prostej sztuczki iluzji. W końcu udaje się mu wyczarować iluzję świecących motyli, które unoszą się do koron drzew. Po tym pokazie elfowie wracają jednak do swoich zajęć jakby nigdy nic. Halden martwi się, że pewnie uważają go za nieudacznika.

Jednak próbuje (z pomocą Nuadu) zagadać jeszcze raz do tych elfów wieczorem przy kolacji, tym razem odnosząc sukces – nawiązuje się ciekawa rozmowa na temat magii wśród elfów, magii jako takiej, jej natury i jej powiązań ze światem. Halden poznaje kilka teoretycznych podstaw a pod koniec rozmowy dostaje propozycję pozostania w gościnie u elfów w celu dalszego studiowania magii. To przeszło wszelkie marzenia młodego maga i nie trzeba oczywiście zgadywać jaka była jego decyzja. problemem jednak jest drużyna i konieczność powiadomienia ich o tej decyzji. Nuadu oczywiście zgodnie ze swoja milczącą naturą nie zamierza się wtrącać i zostawia Haldenowi wolny wybór, co do sposobu powiadomienia pozostałych.

Reszta drużyny w tym czasie wysłuchuje relacji elfów na temat kapłanów Tilleopesii i sposobu ich odnalezienia. Dziesięć kilometrów w dół rzeki ma znajdować się jezioro, nad którym piętrzy się samotna łysa góra. To w tym miejscu ma znajdować sie hram kapłanów Tilleopesii. Drużyna dowiaduje się, że kapłanów jest coraz mniej i że z roku na rok tracą część swojej mocy. Elfowie jednak nie są w stanie (a może nie chcą?) wyjaśnić dlaczego.

Gdy pozostali pochylają się nad mapą rysowaną przez jednego z elfich zwiadowców, Montcort zauważa, że obóz opuszcza Bruna, będąca w wyraźnie złym nastroju. Postanawia za nią pójść i dowiedzieć się co się stało. Nie udaje mu się wyciągnąć z wojowniczki powodu jej złego humoru, ani tego na kogo tym razem się obraziła, najwyraźniej zyskuje jednak jej sympatię.

24 dzień starości

Mroźny ranek budzi drużynę chłodem, skostnieniem i bólami pleców. Poza obrębem magicznych drzew leży cieniutka warstwa śniegu, jednak w porannym słońcu szybko znika. Zima zbliża się wielkimi krokami!

Gdy inni pakują obóz przed odejściem, Mabon odchodzi samotnie, aby pomedytować. Samotnie? Nie do końca. Jeszcze nie wie, że śledzi ją Feste, który chciałby się chyba odegrać za śledzenie go parę nocy wcześniej. Gdy Mabon zapada w trans widzi między drzewami swe totemiczne zwierzę – kruka. “To co widziałaś, to przeszłość”, rozlega się wtedy głos, dochodzący jakby ze wszystkich kierunków naraz. Nagle Mabon słyszy coś jakby śpiew – mantrę wypowiadaną pięknym , jednak monotonnym głosem. Udaje się w kierunku głosów i jest świadkiem jakiegoś rytuału elfów. Nagle, obok niej pojawia się przedziwna istota – podobna do elfów, lecz jeszcze bardziej delikatna. Wydaje się być ubrana w tunikę z kory i mchu – nie, zaraz, jej skóra jest korą! A sylwetka wydaje wyłaniać się z pobliskiego drzewa! Driada uśmiecha się figlarnie do Mabon, kładąc palec na ustach w geście ciszy, znika w drzewie, by po chwili pojawić się znowu – tym razem pod postacią bardzo podobną do elfa. Rusza w kierunku śpiewających strażników drzew, mając chyba ochotę zrobić im jakiś psikus. W tym jednak momencie, czający się nieopodal Feste potyka się i robi straszny hałas (specjalnie?). Wystraszona driada kryje się w swoim drzewie Mabon patrzy karcąco na Festego który tylko wzrusza rękami. Nagle! Kuglarz obrywa dostaje szyszką w czoło od chichoczącej driady. Mabon wraca obserwować elfy, gdy tymczasem Feste pieczołowicie rozgląda się za driadą, która najwyraźniej bawi się w chowanego. W pewnym momencie ją dostrzega – gdy ta znów rzuca mu coś, tym razem pod nogi. Feste szybko łapie woreczek i chowa prezent do kieszeni, tak aby Mabon nie zauważyła. W tym czasie Mabon widzi, jak elfy opuszczają polanę. Szamanka podchodzi wiedziona ciekawością do pozostawionych przez elfy miseczek – znajduje się w nich jakiegoś rodzaju kadzidło, o intensywnym, ale przyjemnym zapachu żywicy i łamanych igieł świerkowych.

Pozostali są już praktycznie gotowi do wyruszenia. Uwagę na siebie zwraca Halden, który, gdy podaje Mabon jedną z ksiąg – dotyczacą języka jaszczuroludzi i prosi o jej przekazanie Simeonowi. Prosi także o przekazanie szczerych przeprosin, za swoja ucieczkę. Gdy Montcort zdaje sobie sprawę co się właśnie dzieje, postanawia interweniować – z pozycji autorytetu próbuje przemówić młodemu magowi do rozsądku, ten jednak jest niezłomny w swej decyzji. Montcort kapituluje, gdy pozostali przyznają rację młodzieńcowi – Nuadu przekazuje Haldenowi w darze mały mieszek z doskonałymi igłami wykonanymi z rybich ości – “abyś o nas pamiętał i do nas wkrótce wrócił” – mówi.

Robson grający zwykle starzejącym się alchemikiem Simeonem obecnie gra jego uczniem Haldenem (dawniej Harderem :P). Gdy ten ostatni podjął decyzję o pozostaniu wśród elfów, gracze zaczęli się zastanawiać, kim teraz zagra Robson…
- Ale on rozsiewa te postaci po świecie!
- Ja po prostu liczę na 500+ – Robson uchyla rąbka tajemnicy.
- 500 pedeków na sesję za postać?!
- Ja mam postulat dla MG: dodatkowe 500 PD na każdą postać powyżej pierwszej na gracza!

Smartf0x bezlitośnie drwi z kolegi i jego specyficznej maniery nazywania postaci:
- A wiecie, jak się będzie nazywać nowa postać Robsona? Przyjdzie i powie „Cześć, jestem Soften!”
- Jeszcze brakuje nam Longera i Shortera.
- To będzie Chińczyk Long Wang! – wyjaśnia Robson.

Odejściem Haldena najbardziej poruszony jest Montcort, jako że on zajmował się „przysposobieniem obronnym” młodzieńca. W dodatku okazuje się, że to on ma w imieniu chłopaka przeprosić Simeona za nieposłuszeństwo. Montcort kipi ze złości, jednak Feste i Mabon mają jak zwykle swoją teorię:
- Ojoj, Montcorta chyba spotkał zawód miłosny… – spojrzenia Montcorta w stronę tej dwójki nie będziemy tu opisywać.

Drużyna opuszcza magiczny zagajnik, od czasu do czasu rzucając spojrzenia na magiczne światło, które zostaje za nimi. Przed nimi droga w nieznane i walka z nasilającą się z każdą chwilą niespodziewaną burzą śnieżna.

Drużyna nadal ze smutkiem wspomina Haldena i pożegnanie z nim, ponieważ prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczymy. Nawet Montcort zmarkotniał. Nadal nie ustają spekulacje co do nowej postaci Robsona. Gdy MG zarządza krótką przerwę, Mijau puszcza wodze fantazji:
- Montcorcie, wyczuwasz obecność przy Twoim prawym ramieniu. Odwracasz się, a tam niziołek wpatrujący się w Ciebie jak w obrazek. Gdy nawiązujecie kontakt wzrokowy, mówi dość głośno: „NO CZEŚĆ, JESTEM WASZYM NOWYM TOWARZYSZEM!”
Smartf0x zachowuje kamienną twarz. Robson zaraz podejmuje wyzwanie:
- Hej, cześć i czołem, pytacie skąd sięęę wzioooołem? Jeeeestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek a w domku światło, linę, miecz, a więc zaśpiewam jeszcze raz!…
Nie wiedzieć czemu Montcort (a może Smartf0x?) wykonał bardzo długi facepalm mentalny.

W pewnym momencie burza nasila się tak bardzo, że nawet potężni wojownicy mają problem z brnięciem dalej. Drużyna znajduje zagłębienie pod zwalonym konarem i przeczekuje niepogodę. Mabon pomaga ziołami Nuadu, któremu odezwały się jakieś zadawnione rany. Gdy przestaje padać śnieg, bohaterowie ruszaja dalej.

Drużyna wędruje przez las w niesprzyjającej pogodzie. Czarnoskóry Feste opada z sił, na szczęście obok pojawia się dzielny wojownik Wielki Wude (NPC) o hebanowej skórze i bierze błazna pod ramię, pomagając mu w tej trudnej chwili. W oddali bydło zaczyna muczeć:
- BLACK POWER!

Walcząc z silnym wiatrem w końcu udaje się dotrzeć do morza, Idąc dalej według wskazówek elfów drużyna dociera między wzgórza. Tu czeka bohaterów niespodzianka, gdyż przed sobą widzą zarys jakiś zabudowań. czyżby to był klasztor Tilleopesii? Postanawiają oczywiście to sprawdzić. Budynek wykonany jest w bardzo misterny sposób, z dobrej jakości budulca – wygląda na marmur – jednak stan samej budowli jest raczej opłakany. Widać sporą wieżę, jakieś łuki, przypory – zabudowania wyglądają no coś co rzeczywiście mogłoby być świątynią. Pamiętając uwagę o upadku kultu, bohaterowie stwierdzają, że chyba znaleźli to czego szukali. Ostrożność jednak zawsze popłaca i na zwiady zostaje wysłany Keffar, który niepostrzeżenie skrada się do budynku. Coś jest jednak nie tak – nad niewielkim strumykiem ktoś wybudował prymitywny most z drewna, zupełnie nie pasujący do reszty. Dalej łowca znajduje ślady małych humanoidów – czyżby znów gobliny albo koboldy? W sumie Hashbelu z wyspy Wichrowych Wzgórz także wspominał o kapłanach Tilleopessi. Czyżby mieli oni okazać się istotami chaosu?

Napotkaliśmy ruiny starego (elfiego?) zamczyska. Drużyna zastanawia się, co robić:
- Tam mogą być koboldy…
Robson odzywa się znienacka głosem kobolda:
- Witajcie, czy szukacie nowego towarzysza?
Montcort w końcu niemal traci opanowanie:
- Napiszcie na jukach naszego osła, że rekrutacja zamknięta!!!

Na dalsze zwiady, dla bezpieczeństwa do Keffara dołącza Nuadu i Montcort. Gdy łowcy zakradają się bliżej zabudowań, słyszą… kwiczenie dzikiej świni? Wszystko zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie. Keffar wraca przywołać resztę drużyny, gdy tymczasem pozostali widzą jak z budynku wychodzi kobold. Nie ma jednak już możliwości poinformowania Keffara. Wszyscy, łącznie z koboldem, widzą jak przez mostek bez żadnego skrępowania maszeruje Feste. Już po chwili ze środka budynku dochodzi sygnał alarmu, brzmiący jak walenie chochlą w patelnię. Z zabudowań wypadają kolejne koboldy.

Nagle skądś słychać chrumkanie dzika. Spanikowany Smartf0x oświadcza:
- Robson teraz zagra dzikiem, który chce zostac druidem!
- Tak, to będzie druid zmiennokształtny, świniołak – dopowiada uradowany Robson. – Specjalna zdolność: znajdowanie trufli!
- Potem zagra truflem – dodaje Smartf0x złowieszczo. – Albo truflą?

Drużyna postanawia wkroczyć w ruiny zamku. Mistrz Gry opisuje:
- Wbiegacie na wieżę. Czujecie zapach wielu niemytych ciał, odchodów…
- Coś jak trzeci dzień konwentu?

Drużyna rozbiega się, gdy koboldy zaczynają strzelać z łuków. Mabon, Feste i Wude kryją się za murkami rozrzuconymi to tu to tam, gdy tymczasem Nuadu i Montcort strzelają do koboldów, zabijając kilku. Keffar obchodzi budynek, szukającinnej drogi wejścia niż obsadzona koboldzimi łucznikami przednia rampa. Znajduje wyłamane drzwi, a za nimi obszerne pomieszczenie, ze schodami prowadzącymi na dół w ciemność i do góry – najwyraźniej w kierunku posterunku koboldów łuczników. Widzi jak grupa koboldów wybiega po schodach na górę. Natychmiast postanawia zaszarżować ich “z flanki” na schodach i wywołać w ten sposób panikę. Szybko udaje mu się zabić kilku. W tym momencie jednak z drugiej strony, z ciemnego otworu w podłodze wybiega kilka koboldów i… dzik, który natychmiast szarżuje na Keffara. Sytuacja robi się nieciekawa, kiedy łowca musi walczyć na dwa fronty – z koboldami z góry i dzikiem z dołu. Na szczęście nikt tu nie ma broni miotanej, a na schodach jest dość wąsko, tak, że Keffar walczyć musi jedynie po jednym przeciwniku z każdej strony.

Dzielnych śmiałków atakuje CAŁA MASA koboldów, wiele z tych stworów pada z ręki walecznych postaci, ale ciągle pojawiają się nowe. Ekipa się niecierpliwi:
- Oni chyba sobie do serca wzięli te 500+…
- Modelowa rodzina!

W tym czasie na górze Montcort co i rusz ubija kolejnego kobolda, których strzały są dla bohaterów niegroźne. Feste próbuje włączyć się do walki rzucając sztyletami i próbując sprowokować koboldów do pomyłki swoimi “występami”, jednak nie udaje mu się osiągnąć większych efektów. Wude nakazuje Mabon zostać w miejscu a sam wykonuje brawurową szarżę na frontowe schody, po drodze robiąc marmoladę z jednego kobolda za pomocą swojego wielkiego młota bojowego. Nuadu zakrada się z drugiej strony i po zwalonej kolumnie, niczym zawodowy elf z pewnej trylogii, wyskakuje na podest wieży, gdzie znajduje się główne stanowisko łuczników – przez co powoduje małe zamieszanie. Daje tym samym okazję Wudemu na przedostanie się wyżej i włączenie się do walki.

Mordercza drużyna zabija koboldy aż (nie)miło, trup ściele się gęsto. Przypominamy sobie wydarzenie sprzed kilkunastu sesji, gdy po zabiciu złowrogiego trolla okazało się, że on tylko bronił leża, w którym popłakiwały małe, [[Skrzydła Rocranon cz. 71 – Trzy trollątka | słodziutkie trollątka]] wołające za mamą. Keffar ostrzega wszystkich:
- Zobaczycie, a potem się okaże, że to przytułek dla sierot koboldzich Matki Halucyny z Mrzysnu!

W tym czasie Keffarowi na pomoc przychodzi wysłana przez Montcorta Bruna – widząc jednak kotłowaninę na schodach i hordę istot w wieży, nie decyduje się na szarżę. Zamiast tego zaczyna rzucać oszczepami, chowając się za zawalonym murkiem. Keffar jednak coraz bardziej potrzebuje pomocy – okazuje się, że dzik jest bardzo twardym przeciwnikiem i poważnie poturbował naszego łowcę. Ten nie jest dłużny i co rusz zadaje okropne rany swym zaczarowanym toporem. Dzik jednak jest chyba w amoku i nie zwraca na nie uwagi.

Na dachu Wude i Nuadu rozprawiają się z koboldami – Nuadu rusza w kierunku schodów, aby dostać się do Keffara, gdy tymczasem Wude decyduje się na ryzykowny manewr i skacze z wieży, około 5 m w dół, aby szybciej znaleźć się przy okropnie ranionej właśnie Brunie. Skok z dachu nie udaje się jednak do końca i Wuda pada na ziemie nie mogąc się długo pozbierać. Na szczęście podczas upadku połamał jednego z atakujących Brunę koboldów. Stworzeń jednak przybywa, tak, że nawet Montcort musi odrzucić łuk i bronić się w zwarciu.

Gdy już wydaje się, że nie uda się przetrwać kolejnej fali, Keffarowi nareszcie udaje się ubić dzika. Mimo, że poważnie ranny, wojownik jest nadal w lepszej kondycji niż niektórzy z pozostałych członków drużyny. Z jego pomocą szybko udaje się odrzucić kolejną falę potworów. Część z nich wycofuje się w ziejącą ciemnością dziurę w podłodze wieży.

Nastąpiła przerwa w walce z koboldami. MG zadaje tradycyjne pytanie:
- To co robicie?
- No jak to – stwierdza Montcort – idziemy strzelić kobolda w kask!

Poranieni bohaterowie dźwigają się ciężko, otaczając mroczne przejście – co się zaczęło, trzeba będzie skończyć. Mabon na ile może leczy pozostałych a Nuadu rozpala pochodnię. Gdy wszystko jest gotowe, zaciskając przemoczone od krwi rękawice na stylisku swego topora, Keffar rusza przodem.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.