Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 86 - Bosman, oprych, szlachcic, szpieg


Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

10 dzień starości

Nie mogący usiedzieć na miejscu Keffar wybiera się sam do karczmy w poszukiwaniu godnej zaufania załogi. Kroki kierują go do “ Mosiężnej flaszy” – pełnego wilków morskich przybytku. Mimo konkretnego zadania, z jakim tu przyszedł, pierwszym na co zwraca uwagę są przechwałki jednego z bywalców, który opowiada jakoby na płaskowyż znów spadła z nieba gwiazda pełna diamentów i innych skarbów i że szuka on śmiałków aby na płaskowyż wyjść i zdobyć bogactwo, jak to drzewiej zdarzało się bohaterom w historii. Płaskowyż brzmi aż nadto znajomo, stąd Keffar od razu wtrąca trzy grosze, dopytując o szczegóły, w szczególności, czy chodzi o Płaskowyż Tafli – bo jesli tak, to wejście na płaskowyż jest zablokowane od prawie roku. Jego rozmówca taksuje go od stóp do głów, ale widocznie boi się zadawać z dwa razy większym od siebie ostrojczykiem. Zdawkowo opowiada, że płaskowyż to płaskowyż, a szczegółów zdradzać nie będzie, bo by mu mogli inny całe bogactwo podebrać – tu przygląda się nienawistnie na naszego bohatera – a wy panie, to co wy możecie wiedzieć o skarbach i płaskowyżu? Keffar w kwiecistych słowach zaczyna opowiadać, ale ani zdaniem nie zająknie się kim jest. Niewiele jednak trzeba, aby dogoniła go sława i ku jego zadowoleniu szybko ktoś z tłumu woła: ‘dyć to Keffar jest, ten co o nim balladę “O trzech bramach” nie dawniej niż dwa dzwony temu bard śpiewał!’ Podekscytowane głosy rozchodzą się szmerem wśród tłumu. Keffar stwierdza, że to dobry moment, aby zrealizować swój pierwotny plan: szybko rozgłasza, że potrzebuje ochotników do pracy na statku. I oto już po chwili zjawa się bez mała pół tuzina zainteresowanych posadą, dwóch z nich praktycznie zapatrzonych w Keffara jak w obrazek (ze względu na jego sławą). Wśród marynarzy znalazła się i idealna kandydatka na bosmana – kobieta o ‘wdzięcznej’ budowie i jeszcze ‘wdzięczniejszym’ imieniu: Eadburh. Gdy tylko podchodzi do Keffara słychać niewybredne komentarze, które ta ucina jednym szybkim zdaniem typu: “Wy…jazd, albo wpier…dziel”, co zdaje się działać bardzo dobrze. Keffar wydaje się być zadowolony z nowych interpersonalnych umiejętności przyszłej pani bosman.

W Gildii Alchemicznej natomiast Simeon wprowadza ścisły rygor i porządek prac. Uczniowie uwijają się z pracą jak w ukropie, ale unikają nieco mistrza, w szczególności Ian wydaje się mieć ku temu powody, gdyż (być może z niezawinionego przez niego) powodu w ostatnim miesiącu wyniki finansowe Gildii były delikatnie rzecz ujmując niezadowalające. Oczywiście pod czujnym okiem mistrza wszystko chodzi jak w zegarku. Wieczorne wizyty w bibliotece u Oetheda zaowocowały, dzięki wiadomościom przywiezionym przez Simeona z wyspy Wichrowych Wzgórz, odnalezieniem zapisków świadczących o istnieniu w przeszłości kultów Thileopessii a także ich późniejszym losie. Okazuje się, że przez szereg lat bóstwo o tej nazwie posiadało niewielki, ale silny i nie pozbawiony wpływów kult na wyspie Rocranon. Później, za sprawą jakiś religijnych wojen zniknął z kart historii, aby pojawić się później jako nienazwany, tajny kult. Wydaje się także, że wszystko wskazuje także na powiązania z elfami z puszczy Quonyth i artefaktem bohaterów-królów, używanym w wojnach z ryboludzmi. Uczeni mają nadzieję, że dalsze badania niedługo przyniosą kolejne rewelacje.

W czasie, gdy w Gildii praca wre, pozostali członkowie drużyny zażywają odpoczynku, szczególnie, że jest po temu okazja – niedaleko Gildii, w jednej z alejek swój obóz rozbili muzykalni uchodźcy. Kolorowa zbieranina co wieczór gromadzi się, gra skoczne melodie na instrumentach i urządza tańce. Zabawy przeciągają się późno w noc, a w dobrym towarzystwie i przy zacnym trunku dużo łatwiej o poprawę samopoczucia i dojście do siebie po długich godzinach wędrówek w ciemnych lochach.

Pewnie te imprezy nieco znieczuliły czujność towarzyszy. Nikt tez nie zwracał uwagi, że alchemik zaczyna coraz później i później wracać z narad z Oethedem. I jak można się było spodziewać, w końcu Simeon się doigrał. Wracając dobrze przed północą z biblioteki i mając nowe zaskakujące informacje, Simeon bez zastanowienia skrócił drogę – skręcając w uliczkę, którą za dnia nawet sam by się nie zapuścił. Nie trzeba było wiele, aby tuż za rogiem wpakował się na grupę czterech pokaźnych oprychów. Szef bandy oczywiście zażądał standardowego ‘myta’ za przejście. Biedny Simeon jednak nie posiadał przy sobie większej ilości pieniędzy, a dodatkowo jakieś dziwne uczucie zapaliło się w jego brzuchu i klatce piersiowej. I nie był to, o dziwo – jak stwierdził – strach, tylko bardziej intensywne, rozpalające uczucie. Gniew? Nie myśląc wiele postanowił zastosować fortel – prosząc szefa bandy o podejście zaczął grzebać w torbie – rzekomo w poszukiwaniu łapówki. Gdy jednak bandyta zbliża się, Simeon niespodziewanie wyszarpuje jedną z mikstur i ją połyka – oprych widząc to, unosi paskudny kij nad głowę ze słowami: “A bodajby Cię… ” – nie kończy jednak, gdy z ust Simeona buchają płomienie, które w oka mgnieniu zamieniają jego ciało w skwierczące zwłoki. Pozostali członkowie gangu staja jak wryci, a Simeon próbuje ich zastraszyć. Pot spływa mu z czoła, gdyż wie, że była to jego jedyna mikstura ofensywna… Ciśnienie rośnie mu jeszcze bardziej, gdy za oprychami pojawiają się kolejne sylwetki. Te jednak w oka mgnieniu powalają napastników, nad którymi staje rosły mężczyzna z paskudną blizną. “Nie lza bić naszego doktora. Doktor pomaga. Zrozumiano?”. Okazuje się, że jest to jeden z ochotników, biorących udział w obronie portu – jeden z tych, któremu Simeon uratował w lazarecie życie, gdy z rozpłataną czaszką, ledwie żywy, został w noc ataku ryboludzi przywleczony przez kamratów. Na imię ma Riwelh Stere.

Rewilh odprowadza Simeona do Gildii, po drodze alchemik proponuje mu rozmowę z Keffarem w sprawie pracy, ale mężczyzna nie jest zbyt chętny – póki co, woli nie wychylać głowy, ale obiecuje, że przynajmniej postara się o bezpieczeństwo w mieście dla członków drużyny – tych którzy sami się bronić nie mogą.

Po powrocie do Gildii, towarzyszy czeka jeszcze jedna niespodzianka. Radości i głupim komentarzom nie ma końca, gdy Montcort prezentuje swój nowy strój, wystawny niczym paw, wedle krawca ostatni krzyk mody w stolicy Paezurii. Oby tylko tego pawia nie zechciały upolować drapieżniki Montcorta!

Montcort dostał swój nowy, modny strój. Kaftan jest w kolorze…
Montcort – Oberżynowy?! OBERŻYNOWY?! Ja nie będę w różowym chodził!!!
Simeon – A nie mogłeś mu w RGB podać?
Montcort – Ja bym mu podał, ale on mi i tak w LGBT wszystko sprzedał!

11 dzien starości

Jedenasty dzień jesieni upływa pod znakiem wizyty w dzielnicy portowej (dla większej części drużyny) i na naradzie wojennej u Wanryka (dla Montcorta). Od rana Mabon chodzi poddenerwowana, przygotowując się do wyjścia. Wie tylko (od swoich uliczników), że ma koniecznie dostać się na paezurski statek. Do konduktu dołączają wszyscy, jako że Simeon ma udać się do biblioteki a Montcort ma po drodze na spotkanie w arsenale. Jego fama pośród wojska i szlachty okazuje się zresztą bardzo pomocna, gdy znów uporczywi strażnicy nie chcą wpuścić bohaterów do dzielnicy świątynnej. Po przeprowadzeniu pozostałych sam rusza na naradę. Przechodząc przez plac obok arsenału widzi, że szubienica postawiona przez paladyna Guiosę nadal stoi i wydaje się być czynna… Nie wróży to najlepiej. Zaraz jednak opuszcza go ta przygnębiająca wizja, gdy tylko zagłębia się w komnatach – wszędzie pełno jadła i napitku. Arles Wellson wita go ze szklanicą przedniego miody i wznosi toast za swojego przyszłego podopiecznego. Gdy kurtuazyjne rozmowy wybrzmiewają, następuje część oficjalna. Wszyscy stają przy wielkiej taktycznej mapie Rocranon, z zaznaczonymi drewnianymi pionkami oddziałami a także przypuszczalnymi pozycjami armii ryboludzi. Niestety, jak donoszą raporty duże straty poniosła kawaleria Sotham oraz oddział Mieczy Redara. Dobrą wiadomościa jest jednak to, że ryboludzie dostali ‘solidne lanie’ i się wycofali. Trudno jednak przewidzieć jaki będzie ich kolejny ruch, szczególnie że nie do końca znane są ich obecne pozycje oraz liczebności poszczególnych zgrupowań nie zgadzają się z poprzednimi szacunkami. Możliwe, że szykują jakąś pułapkę. Montcort przysłuchuje się z uwagą wszelkim wiadomościom, stara się także zadawać pytania i wtrącić jakieś swoje sugestie. Jednak wygląda na to, że sam nie ma jeszcze wyrobionego zdania o całej sytuacji. Postanawia podzielić się zdobytą wiedzą z przyjaciółmi i wtedy przedyskutować możliwości. Sam snuje plany powołania własnego oddziału.

Reszta drużyny przybywa tymczasem do molo, gdzie kotwiczy paezurska karawela. Tutaj znowu strażnicy doprowadzają Mabon do białej gorączki, nie przyjmując żadnego tłumaczenia. Do całego zajścia włącza się Nuadu (paezurczyk) przekomarzając się z rodakami. Mabon próbuje wziąć strażników na litość zalewając się łzami. Keffar z uśmiechem siedzi na pobliskim murku i ostentacyjnie ostrzy topór rzucając co rusz niedwuznaczne spojrzenia w kierunku strażników, którzy jednak okazują się być bardziej zadziorni niż na to wyglądają. Simeon załamuje ręce, jako że nie zna języka paezurii i nie może się wtrącić w tą zaogniającą się sytuację (może to i dobrze?). Wygląda na to, że wszystko może się skończyć solidnym mordobiciem i wizytą w miejskich lochach… W pewnej chwili jednak słychać delikatne słowa uspokojenia w języku paezurskim i strażnicy rozstępują się przed schodzącym po trapie… mężczyzną? Zniewieściała, szczupła postać ubrana jest niezwykle szykownie, ale strój odbiega od ogólnych trendów przyjętych na wyspie przyjętych dla brzydszej z płci.

Ni stąd ni zowąd, okazuje się, że Mabon ma 17 lat.
Montcort – To ja już wiemy czemu ona tyle je, jest dorastająca!
Nuadu – O boże! To ona będzie jeszcze większa?!

Postać okazuje się być Aguesem Lansa Raudą – markizem w służbie ambasador paezurii. Zamienia on kilka uprzejmych słów z Mabon (o dziwo, zauważa Nuadu, że dziewczyna ma niezłe obycie w dworskich manierach), która przekazuje mu swoje pytania odnośnie zaginionego brata i jego statku. Markiz obiecuje, że skontaktuje się z odpowiednimi ludźmi i dowie się wszystkiego co może. Nie obiecuje jednak, że uda się znaleźć cokolwiek. Umawia się na któryś kolejny dzień.

Nuadu brakuje niewielu PDków do osiągnięcia następnego poziomu. Po spotkaniu ze strażnikami statku dyplomatycznego pluje sobie w brodę.
Nuadu – A mogłem się zacząć bić z tymi łachudrami! To może by coś wpadło…

Ukontentowani bohaterowie (z wyjątkiem Simeona, który kieruje swoje kroki do świątynnej biblioteki) udają się do kraczmy, aby świętować mały sukces. W karczmie bohaterowie spotykają znajomego ostrojczyka – Sokniego Dwie Córy, któremu Keffar stawia kolejkę i kolejny raz próbuje go przekonać do zaciągnięcia się na statek. Ten jednak woli zostać na lądzie i pracować tam "gdzie będzie można komuś tęgo przywalić’. Keffar odpowiada, że i taka robota pewnie się znajdzie. Parę kolejek później i Sokni coraz bardziej staje się rozmowny. W którymś momencie wyjawia, że brat Keffara “też u Lordów służy”. Keffar wydaje się nie być zadowolony ze zmiany tematu. Sokni wnet reaguje na nagłą markotność towarzysza i natychmiast proponuje następną kolejkę. Jak wiadomo, ostrojczycy znają tylko jedno lekarstwo – ale za to dobre na wszystko.

W tym czasie Mabon i Feste zostają ukradkiem zaczepieni przez ulicznika Riksę, który przyniósł Mabon wieści – otóż w Aporze (pobliska wieś) ma mieszkać staruszka o imieniu Wearda Zielony Wzrok. Tutaj Riksa mierzy wzrokiem Festego. “Ona będzie wiedzieć co i jak” – Riksa puszcza jeszcze łobuzersko oko do Mabon i znika w zaułku. Feste wydaje się być skonfundowany, ale Mabon szybko go uspokaja.

Reszta dnia upływa spokojnie.

12 dzień starości

Mimo ostrego deszczu Keffar, Nuadu i Mabon udają się w dzicz. Nuadu chce odetchnąć od zgiełku miasta i odprężyć się, robiąc to co najbardziej lubi, a Mabon ma plan dotrzeć do Aporu i spotkać się z wiedzącą. Być może z tego powodu “zapomniała” obudzić Simeona, który przecież także chciał udać się na poszukiwanie ziół.

Rozmowa z Weardą przebiega miło, jednak staruszka nie przejawia wielkiego zainteresowania goścmi… do momentu, kiedy Mabon wspomni o swoim duchu opiekuńczym – czarnym kruku. W tym momencie staruszka podbiega do Mabon, zagląda jej głęboko w oczy, po czym przebiega po kuchni łapiąc co rusz jakieś losowe przedmioty i już po chwili trzyma w ręku kubek z dziwnym naparem – “Wypij to córuś! Ale do dna! A wy dwaj” – zwraca się do Nuadu i Keffara – “nie stójcie tak! Siednijcie se i poczęstujcie się słoniną!”. Mabon wypija miksturę, by po chwili, ku przerażeniu Nuadu i Keffara wpaść w ostre delirium. “Nie gapcie się tak, tylko łapcie dziewuchę!” – krzyczy babcia, trąc w rękach dziwną badylastą roślinę, coś jakby dziki koper. Ostry zapach przypraw unosi się w powietrzu, gdy babcia zaczyna nucić dziwną, powtarzalną pieśń w nieznanym języku. Świat czernieje, że aż łowcy mrugają, aby przekonać się, czy co nie zawładnęło ich wzrokiem. Tymczasem Mabon i staruszka uspokajają się i zapadają w długi trans. Po plecach przesądnych łowców przebiega dreszcz, gdy zdają sobie sprawę z obecności wiedźmiej magii. Po chwili jednak staruszka otwiera oczy i z uśmiechem i uspokajającym głosem odprowadza obu do stołu, gdzie częstuje ich świeżym chlebem i przednim boczkiem. Gdy Mabon się budzi, staruszka jest przy niej – “Przyprowadź swojego przyjaciela do mnie. Pomogę. A teraz możecie już iść.” Wychodząc z chatki Mabon zostaje zaczepiona przez Keffara, który wpychając w rękę pajdę chleba z grubym plastrem boczku szepcze konspiracyjnie – “Dla Ciebie… pomyślałem, że możesz być po tym…hmmm… ‘czarowaniu’ trochę głodna”.

Dziwnie raźnie cała trójka wraca do miasta, aby przygotować się na kolejny dzień, w którym Montcort ma dostąpić zaszczytu nadania tytułu lorda dworu Sotham.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.