Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 84 - Zasypany świat - EPILOG

Zebrane komentarze z dyskusji pomiędzy sesjami

Port w Sotham wygląda na opuszczony. Kilka jednostek stoi na kotwicy w pewnym oddaleniu od brzegu, na nieco niespokojnych wodach Zatoki Kła. Przy nabrzeżu dzielnicy świątynnej, kołysze się na falach wojenna karawela pod barwami krain należących obecnie do Paezurii. Do przybijającego do portu statku garną się tłumy ludzi. Jedni chcą wejść na pokład i odpłynąć stąd inni kupić towar, który przypłynął, jeszcze inni coś zwędzić.

Na lądzie jest zgoła odmiennie. Ludzie tłoczą się w porcie i dzielnicy kupieckiej spoglądając z mieszaniną obaw i nadziei na nowo przybyłych. Wiele sklepów, stoisk i zakładów rzemieślniczych jest zamkniętych, za to ceny w pozostałych osiągają horrendalną wysokość. Co i rusz wybuchają mniejsze i większe burdy, czasem do ich rozwiązania ktoś użyje noża, pałki, albo topora, jednak nie ma nikogo kto reagował by na to bezprawie.

Szybciej niż byście się mogli spodziewać zaczepiają was grupy werbowników, szukające ochotników do dołączenia do sił obrony Sotham. Żołd w wysokości 1 kła tygodniowo dla piechura, uzbrojenie oraz obietnica wyżywienia i zapewnienia dachu nad głową wydaje się być wystarczająca dla wielu, a werbownicy są dość bezczelni i nachalni.

Przy studniach warty zaciągnęli strażnicy miejscy, a bramy obstawione są wojskiem, które w sposób opryskliwy i mało delikatny traktuje wszystkich, którzy próbują przemieszczać się za miasto, ale również w kierunku dzielnicy świątynnej…

Mabon

Mabon burczało w brzuchu.

Wiatr przywiał na statek zapachy portowych tawern, w tym smakowitą woń smażonych ryb.
“Świetnie”, pomyślała, “pora obiadowa, a na pokładzie ani okruszka. Trzeba było poprosić wyspiarzy o trochę więcej tego ich sera owczego, ach, ten niezapomniany aromat… Całe szczęście, że już dopływamy.”

Po chwili dziewczyna, której wypłowiałe włosy targała morska bryza, stanęła przy jednej z burt, cierpliwie przyglądając się całej procedurze przybijania do portu – choć doskonale ją znała, zazwyczaj oglądała ją z portu, zaraz przed tym, jak jej brat lub ojciec wyruszali w morze, w kolejną podróż handlową… wtedy, w tamtym życiu…. Jej oczy zaszły lekką mgiełką na to wspomnienie, szybko przetarła je jednak dłonią, rozglądając się wokół, by się upewnić, że nikt nie widział tej chwili słabości. Przymknęła oczy i zaczerpnęła głęboki oddech, starając się odnaleźć spokój. Ze wszystkich sił starała się odgonić natarczywe wspomnienia i zająć umysł czymś innym.

I wtedy go zobaczyła. Jednooki Kruk znów się pojawił. Szybował na wietrze, nadlatując w jej kierunku. Nie wylądował tym razem na jej ramieniu, ale zaraz przed jej twarzą załopotał czarnymi skrzydłami i głośno zakrakał na powitanie – w tych dźwiękach słychać jednak było dezaprobatę. „Znowu błądzisz w otchłani przeszłości”, zdawał się mówić, „tamto już nie wróci. Pamiętaj o przyszłości. Duchy pragną, byś szła naprzód. Rozejrzyj się wokół siebie… i trzymaj się na baczności, nadchodzą groźne chwile!” Kruk zakrakał jeszcze raz i odfrunął równie niespodziewanie, jak przybył, znikając gdzieś wśród chmur.

Mabon otrząsnęła się, otworzyła oczy – jej wzrok powędrował wzdłuż kei. Po chwili jej oczom ukazały się maszty jakiegoś wojennego statku o słusznych rozmiarach, na których łopotały… tak! To były barwy paezurskie! Mabon cichutko pisnęła z radości. Nie widziała tutaj tego statku wcześniej, może oni mają nowe wieści? Może słyszeli o zaginionym statku jej brata? Taki duży statek… Musieli coś wiedzieć. Postanowiła, że pierwsze, co zrobi, to uda się tam i zasięgnie języka. Kto wie, jakie jeszcze wieści ze sobą przywieźli? Uda się jeszcze do kapitanatu i w kilka innych miejsc, gdzie pozostawiła wiadomości z prośbą o pozostawienie nawet najmniej znaczących informacji o „Szarym Albatrosie”.

Młoda szamanka zerknęła w tej chwili na Feste. Stał oparty o reling, nie spoglądając wcale na port, ale wpatrując się gdzieś w dal, gdzie sine, morskie wody smagane zacinającym deszczem łączyły się z szarością zachmurzonego nieba. Martwiła się o niego. W ciągu ostatnich dni dokonała się w nim zauważalna zmiana, gdzieś przepadł jej wesoły, skłonny do figli i łobuzerki towarzysz. Włożyła dłoń do kieszeni, w której znalazła kilka drobnych monet z dalekich krajów i kolczyk z fioletowym piórkiem, który od niego dostała. Pamiętała jeszcze jego słowa: „Weź to, Mabon. Nie mam prawa mieć tych rzeczy. Zdobyłem je w niegodny sposób. I nie mówmy już o tym.” – To nie był Feste, którego zdążyła poznać. Ścisnęła w dłoni kolczyk i postanowiła, że zachowa go, by przypominał jej o prawdziwej naturze przyjaciela. Kto wie, może kiedyś Feste przyjdzie do siebie? Może jeszcze nie wszystko stracone, może uda się znaleźć jakiś sposób na uleczenie go? A czy to w ogóle była choroba? Mabon wiele nauczyła się od swego mistrza, Talana, ale nigdy nie słyszała nic od niego na temat tak dziwnych przypadłości, a także tego czy da się je wyleczyć… lub odwrócić działanie czarów, jeśli w sprawę była zamieszana magia. Potrząsnęła głową ze smutkiem. Musi zapytać uliczników, czy nie słyszeli o przebywającej w okolicy Wiedzącej lub kimś podobnym, bardzo potrzebowała z kimś takim porozmawiać. Ale przede wszystkim postanowiła, że przed udaniem się na spoczynek, już na lądzie, porozmawia z Festem, sprawdzi jak się czuje… i korzystając z okazji odczyta jego aurę. Może tam znajdzie jakąś wskazówkę?

Marynarze zajęli się właśnie rzucaniem trapu. Tym razem wiatr przywiał smród portowych zaułków, wszechobecnego brudu i gnijących wodorostów. Mabon lekko zmarszczyła nos. Miała szczerą nadzieję, że nie zostanie zbyt długo w tym mieście. Nie była zbyt dobrym wojownikiem – nie do fizycznych starć ją przecież szkolono – a coś jej mówiło, że powinna się przygotować na walkę, która wkrótce nadejdzie. Westchnęła z cicha i postanowiła wstąpić do kowala, kupić kilka mocniejszych oszczepów i paliwo do lampki olejowej. Myśl o samotnym przemierzaniu ulic niezbyt jej się jednak uśmiechała. Spojrzała w zamyśleniu na przygotowującego się do zejścia na ląd Nuadu – wyglądał na równie niezadowolonego wizytą w mieście, a że był jej krajanem, czuła się w jakiś niewytłumaczalny sposób bezpieczniej w jego towarzystwie. Groźny wygląd małomównego wojownika nieco ją onieśmielał, ale zebrała się na odwagę i podeszła do niego, by zapytać się, czy zechce jej towarzyszyć. W końcu jest już najwyższa pora, żeby zejść na ląd.

Mabon burczało w brzuchu.


Po zejściu z trapu, Mabon zaczepia w mieście pierwszego napotkanego ulicznika i prosi aby przekazał informacje Ricsie. Ten odnajduje ją kilka godzin później, niezmieniony, z udawaną obojętnością i niesfornym kosmykiem włosów odrzucanych co i rusz znad prawego oka. Sam jest dzieckiem miasta i zapytany mówi, że o żadnej “wiedzącej” nie ma pojęcia, ale jeśli tylko będzie miał czas, dowie się wszystkiego co będzie mógł. Wypytany o nastroje i sytuację w mieście Ricsa uśmiecha się wpierw i mówi, że jest fantastycznie, mnóstwo naiwniaków z prowincji i ogólny nieporządek wynikający z sytuacji powoduje, że ulicznikom żyje się naprawdę nieźle, chyba nawet się nieco obłowili. Ludzie się boją, ale od tamtej nocy przed tygodniem, morskich diabłów pod miastem nie uświadczono. Ricsa nic nie wie na temat posiłków wojskowych, ani tego co dzieje się poza miastem, wręcz niektóre pytania konfundują go nieco. Mabon szybko zdaje sobie sprawę, że jedyne co zna ten młodzik to swoje miasto. Nie wie gdzie leży Pajęcza knieja, nie od razu kojarzy czym jest Wyspa wichrowych wzgórz. Chyba nigdy wcześniej nigdzie nie podróżował. Ricsa ‘słyszał’ o tym, że na statku paezurskiego ambasadora, który stoi w porcie jest ogromna skrzynia ze złotem, za które Wanryk ma sprzedać miasto i uciec z tym skarbem pod osłoną nocy. Tchórz! Wie również na pewno, że przedstawiciele Ligii Handlowej (liga jest organizacją skupiającą największe kupieckie rodziny archipelagu) pakują swój majątek i statkami wywożą skrzynie ze wszystkim co jest cenne. Pewnie gdzieś na Argady. Kilka skrzyń zawieruszyło się, za sprawą uliczników, jak tłumaczy z dumnym uśmiechem Ricsa.

Dostanie się do paezurskiego statku nie okazało się dla Mabon łatwe, ze względu na to, że znajduje się on przy nabrzeżu dzielnicy świątynnej, natomiast Kalmar w ogólnie dostępnym porcie. Wyprawa przez “bramę świątynną” normalnie nie sprawia problemów, ale tym razem stało przy niej kilku strażników, którzy nie przebierając w słowach tłumaczą większości chętnych do przejścia co ze swoimi chęciami mogą sobie zrobić. Niestety Mabon spotyka to samo i o przejściu dalej może dziś tylko pomarzyć.

Mabon westchnęła. Pobyt w mieście nie zaczął się najlepiej. Niewiele myśląc, stwierdziła, że gdy załatwi wszystkie sprawunki, spotka się z Montcortem i poprosi go o pomoc w sprawie statku. Kto wie, może zajęty przygotowaniami do zejścia ze statku Montcort znajdzie dla niej chwilę? Westchnęła ponownie. Doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że przyjęcie jego pomocy wiąże się z dłuższym pozostaniem w mieście i zrewanżowaniem się pomocą przy problemie trawiącym miasto… “Trudno”, pomyślała. “Teraz najważniejsze jest odnalezienie jakichkolwiek wieści o moim bracie. Przy okazji może uda się pomóc mieszkańcom Sotham.”


Kolejny przystanek na mapie miast to urząd, który od biedy można nazwać kapitanatem, mieszczący się w gildii dokerów, najpotężniejszej organizacji portowej miasta. Zwyczajowy gwar ubijania różnorakich interesów, zastąpiły podniecone, pełne niepokoju głosy. Członkowie gildii martwią się o brak pracy, o niepokoje narastające w porcie i o przyszłość ich i ich rodzin. W końcu Mabon udaje się jednak porozmawiać z jednym z młodszych klerków, który za niewygórowaną cenę sprawdza, że statek, którego szuka nie dokował w porcie Sotham w ostatnich tygodniach. Obiecuje, że jeśli tylko czegoś się o nim dowie, sam przyjdzie ci o tym powiedzieć. Uśmiecha się przy tym dość lubieżnie, taksując Mabon od stóp do głów z pytaniem: “no więc mówiłaś, że gdzie się ‘uroczy kwiecie’ zatrzymałaś?”. W odpowiedzi Mabon postanawia się zabawić kosztem mikrego urzędnika i wymierzyć psztyczek zarówno w jego nos jak i w jego ego.

Mabon uiszcza opłatę wyjmując monetę ze swojego niepokojąco już chudego trzosika. Wśród kilku ostatnich monet trafiło się też kilka zamorskich o dziwnych kształtach. Były to monety, które otrzymała od Feste. Te wrzuciła bez wahania z powrotem do trzosa i schowała go w fałdach szaty. Na jej twarzy pojawił się smutek, jej myśli znów popłynęły w stronę Feste… z zamyślenia wyrwała ją jednak nieprzystojna zaczepka portowego urzędniczyny. Odpłaciła się spojrzeniem za spojrzenie, podobnie lustrując jego mizerną, dość niechlujnie odzianą postać postać. Z jedną różnicą – w jej spojrzeniu kryło się rozbawienie, na ustach pojawił sie figlarny uśmieszek. Rozejrzała się szybko wokół – wyglądało na to, że nikt w tej chwili nie zwracał na ich dwójkę uwagi. Zbliżyła się do klerka, obeszła jego biurko i lekko nachylając się nad nim szepnęła mu do ucha:

- Mój drogi, gorąco liczę na te informacje i jeszcze tu zaglądnę. Ale jeśli chcesz wiedzieć, gdzie się zatrzymałam, to najpierw zechciej się wykąpać! – i z tymi słowami, chichocząc, wybiegła z budynku. Poczuła się jak dawniej, gdy spłatała jakiś figiel, co kiedyś wręcz uwielbiała. Wspaniale. Może przyjazd do Sotham nie był takim złym pomysłem?


Wspólna wycieczka z Nuadu i Keffarem do zbrojmistrza pozwoliła Mabon uzupełnić zapasy oręża, przede wszystkim oszczepów, które stały się ostatnio jej ulubiona bronią. Zapasy oliwy uzupełniła ze wspólnej stągwi, którą niegdyś zdobył Simeon.

Wieczorem tego dnia, w miarę możliwości w jak najbardziej zawoalowany sposób Mabon rzuciła zaklęcie czytania aury na Festego i ujrzała, że przygnieciony jest niemal brunatną aurą depresji, przeplecionej gdzieniegdzie niteczkami granatowej wściekłości. Niemal przegapiła jednak delikatną, błękitną poświatę pulsującą lekko po powierzchni aury. Jej mistrz, Talan, mówił, że tak wygląda działanie aktywnej magii i nawet zmuszał Mabon do uczenia się jak rozpoznawać z jakim rodzajem magii ma do czynienia. Zapewne jednak myślała wtedy o bracie, jedzeniu albo śnie, którego zawsze chronicznie jej brakowało, bo za demony nie mogła sobie przypomnieć teraz niczego użytecznego w tym temacie.


Tymczasem Mabon nie mogła zasnąć. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do wypchanego nadmorskimi trawami siennika, na jakim przyszło jej sypiać w Sotham. Panująca w pokoju duchota też nie sprzyjała dobremu samopoczuciu dziewczyny. Jak przez mgłę przypominała sobie miękkość puchowych pierzyn obleczonych w najdroższe tkaniny, jej wygodne łóżko w pokoju dziecinnym i pokojówkę, która zawsze przed snem przynosiła jej kubek gorącego mleka i chrupiące ciasteczko. Westchnęła. Tamto życie coraz bardziej rozwiewało się w jej pamięci, niczym dym z ogniska na wietrze przemykającym między drzewami. Znała jedną z przyczyn swojej bezsenności – tak naprawdę tęskniła do rozległych lasów, otwartej przestrzeni, niesionego lekkim wiaterkiem zapachu dzikich ziół i wolności, jaką poznała żyjąc w wiosce Talana.

Postanowiła przynajmniej otworzyć okno, by poczuć na twarzy morską bryzę. Zerknęła przy tym na Feste śpiącego na sąsiednim posłaniu – jego twarz wyglądała na zatroskaną, a on sam niespokojnie się wiercił we śnie, mamrocząc coś od czasu do czasu. Pochyliła się nad nim, lekko położyła swoją dłoń na jego rozpalonym czole, przymknęła oczy i wyszeptała kilka słów. Były błazen na chwilę przestał się bezładnie miotać po swoim legowisku, mamrotanie ucichło, lecz jego twarz wciąż pozostała zasępiona, na próżno Mabon wyczekiwała cienia uśmiechu. Jedyne, co teraz mogła zrobić, to szczelniej przykryć towarzysza kocem i podejść w stronę okna. Dom był zupełnie cichy, gdzieś zza ściany dobiegało znajome chrapanie… „to pewnie Keffar”, pomyślała z lekkim uśmiechem. Jej nowi kompani wypili nieco piwa świętując powrót do miasta, nic dziwnego, że zmorzył ich sen.

Mabon podeszła w końcu do okna i otwarła je. Mury budynku były dość grube i masywne, wnęki okienne szerokie, niewiele więc myśląc wdrapała się na nią i usiadła opierając się plecami o ościeżnicę, nie zważając na niewygodę. Spojrzała w kierunku morza. Jej twarz owiał lekki wietrzyk… lecz zamiast spodziewanego zapachu przyniósł ze sobą portową zgniliznę i woń rozkładających się ryb. Zmarszczyła nos. Miała nadzieję, że zostaną w Sotham zbyt długo… nie wiedziała, ile jeszcze będzie mogła tu wytrzymać, ciasno nagromadzone budynki działały na nią przytłaczająco, a ludność tego miasta wydawała jej się bardziej niż nieprzyjazna. Ile jeszcze zaczepek ze strony podpitych marynarzy będzie musiała znieść, zanim skończy się jej cierpliwość? Kiedy w końcu zobaczy rozległe, dzikie łąki i szumiące lasy, do których wyrywało się jej serce? Kiedy wreszcie odnajdzie jakiś ślad swojego brata, Aidana? Spojrzała w gwiazdy błyszczące na nocnym niebie, jakby miała nadzieję, że znajdzie tam jakąś wskazówkę… ale świetliste punkciki tylko mrugały bezradnie nad jej głową.

Dziewczyna poczuła się równie bezradnie. W podjęciu tej decyzji nawet ten przystojny zawadiaka Ricsa jej nie pomoże, mimo najszczerszych chęci. Jak miała wytłumaczyć towarzyszom, że jej serce wyrywa się za bratem, gdziekolwiek on się teraz znajduje? Tyle jej pomogli, wzięli ją pod swoje skrzydła, nakarmili (i to jak!), chronili ją… a mimo to jedyne, o czym Mabon myślała, był jej brat. Wiedziała, że oczekują od niej pomocy w nadchodzącej konfrontacji z ryboludziami, chciała pomóc mieszkańcom miasta (szczególnie tym, którzy nie wonieli przetrawionym piwskiem) w ocaleniu Sotham – ostatnie, czego pragnęła, to to, by ktoś przez nią znowu zginął. Wzdrygnęła się i odpędziła wspomnienia. Nie pałała chęcią do zajęcia się negocjacjami z możnymi i cieszyło ją, że Montcort się tym zajął, zyskując przy tym tak silne stanowisko, jednak wciąż myśli o bracie nie dawały jej spokoju. Ciężko jej było skupić się na aktualnych problemach, mając w głowie wizję brata, który być może w tej chwili dogorywa wyrzucony na jakiś dziki brzeg, oczekując na ratunek, który może nigdy nie nadejdzie?

Gdzieś w oddali nagle zakrakał kruk. Mabon rozejrzała się z nadzieją, jednak atłasowy mrok nieba przetykały jedynie diamentowo lśniące gwiazdy. Panowała niemal zupełna cisza, dziewczyna na próżno nasłuchiwała znajomego trzepotu skrzydeł. Niewiele myśląc wyjęła z fałdów swojej szaty fletnię pana i wkrótce dało się słychać niezbyt głośną, tęskną melodię, którą po chwili podchwycił wiatr i poniósł ją ku zimnym gwiazdom.

Feste

Od kiedy wyszliśmy z jaskiń, Feste czuł się źle w swojej skórze. Postanowił zmyć z twarzy bielmo i zaczął z niechęcią patrzeć na swój pstrokaty strój, z którego był tak dumny wcześniej.

Widok paezurskiego statku u wybrzeży Sotham zdawał się tylko podłamać błazna. Zresztą z błazeńskiej natury pozostały mu tylko lekko stawiane kroki i płynność w gestach, twarz czarnoskórego mężczyzny pozostawała w nieprzyjemnym grymasie niezależnie od okoliczności.

Feste już postanowił, że gdy ich statek tylko dobije do portu, uda się do Paezurczyków i wręczy im długi i dość agresywny list do niejakiego Jackie Lockiego, stojącego na czele gildii błaznów.

Zamierza również udać się do krawca i zamówić tradycyjny miejski strój tak, żeby nie wyróżniać się z tłumu i ostatecznie zerwać z przeszłością, do której zaczął odczuwać dziwną odrazę. Zostawi tylko broń, bo jednak czymś trzeba się bronić od szumowin, których nie brakuje w tej okolicy. Może wstąpi też do zielarza i uzupełni trucizny? To znaczy mikstury. Eliksiry.

Poza tym stara się nie oddalać zanadto od drużyny i nerwowo ogląda się przez ramię. Miasto wyraźnie przestało być dla niego przestrzenią naturalną.


Tak jak w przypadku Mabon, Feste napotyka przy bramie do dzielnicy świątynnej strażników, którzy niemal nikogo nie przepuszczają. Również Festemu przyglądają się z dużą dozą podejrzliwości i każą odejść jeśli nie chce mieć kłopotów. Feste wyznaje strażnikom, że po prostu potrzebuje wysłać list do człowieka o imieniu Jackie Lockie w stolicy Paezurii. Proponuję kła zapłaty, jeśli zobowiążą się to załatwić. Strażnicy szeptają nieco między sobą, w końcu jednak biorą list i obiecanego kła, po czym jeszcze raz pytają o imię adresata. Po upewnieniu się zwracają się do Festego per “dobry człowieku” i zalecają aby więcej się nie przejmował sprawą i uznał ją za załatwioną.

Na ulicy Feste zaciąga języka u człowieka, który nosi nie rzucające się w oczy, ale dobrej jakości ubranie i pyta skąd takie wziął. Człowiek wskazuje krawca Gylesa Baldę, który mieszka w dzielnicy rzemieślniczej, całkiem blisko Gildii Alchemicznej Simeona.

Gyles ucieszył się wyraźnie na odwiedziny klienta, bo jak wkrótce wytłumaczył, mimo takiego tłumu ludzi w mieście, jakoś roboty ostatnio mu ubyło niż przybyło. Wysłuchawszy potrzeb Festego zaproponował prosty strój mieszczański: wełniane leginsy (10 kłów), płócienną koszulę (1 kieł 4 skrzela) i porządny kaftan, koniecznie w jasnym kolorze (3 kły i 5 skrzeli). Do tego nieodzowny kapelusz z filcu (1 kieł 2 skrzela), a dla szyku płócienny pas do przewiązania kaftana (6 skrzeli) i być może lekko zdobioną sakiewkę (10 skrzeli). Na wypadek niepogody proponuje płaszcz z wysokim kołnierze lub kapturem (8 kłów). Łącznie strój kosztował będzie w promocji 23 kły i będzie gotowy za dwa dni do odbioru. Zadowolony Feste przystaje na propozycję krawca i pozwala wziąć miarę.

Kolejnym punktem na mapie Festego jest zielarz. Jednak takowego w SOtham najzwyczajnien nie ma, ale napotkani miejscowi, proponują odwiedziny w Gildii Alchemików. Jest od niedawna w Sotham, ale mawiają, że pracują tam prawdziwi uczeni. Potrafią każdy napój miłosny ukręcić, a jak potrzeba czegoś na ból stawów to mają taką maść…

Co się tyczy trucizny, Feste zdaje sobie sprawę, że jedynym jego punktem zaczepienia jest inny członek gildii cyrkowców – ten, którego spotkał zaraz po przybyciu do miasta. Jednak z gildią Feste nie ma zamiaru mieć nic a nic do czynienia.

Montcort

Montcort miał jasno sprecyzowane plany. Wpierw zsiąść z pokładu i ominąć werbownik. Było nie było, nie uważał się za pierwszego lepszego najemnika, który będzie walczyć za 1 kła dziennie. Pieniądze nie były problemem, a narażać życie dla garstki srebra. Wybaczcie, ale to głupie, kiedy ledwie kilka dni wcześniej było się jednym z dowódców obrony portu.
Dlatego zamierzał ominąć werbowników, spoglądają na nich dumnie i z wyższością, a następnie udać się do gildii alchemików. Tam odpocząć, wyspać się solidnie, wykąpać i ruszyć na zakupy. Chciał zrzucić z siebie smród podziemi, stęchliznę i zapach pleśni. Stare ubranie cuchnęło straszliwie. Poprzecierane, okrwawione, nie nadawało się do niczego. Toteż Montcort udał się na targ, by odziać się stosownie do swego statusu. Solidne skórzane portki, dopasowany wams, krótki płaszcza i fantazyjny kapelusz z piórami na łbie zmieniły go nie do poznania. Przy okazji uzupełnił zapasy strzał (może udało mu się zakupić któreś z tych specjalnych cacek, jakimi posługiwał się nim ta suka z gór zabrała mu jego doskonały łuk i pozbawiła ekwipunku?)

Po wszystkim napisał też krótki list i posłał go do Eamwunda, zapowiadając swą wizytę. Zamierzał rozeznać się w sytuacji politycznej w Sotham, dowiedzieć się, kogo obecnie ludzie najbardziej się obawiają. Podczas rozmowy z Eamwundem chciał poruszyć temat wiadomej suki, która zapewne wciąż buszowała po górach. Jeszcze zapłaci za Haeriego – pomyślał. Może jeśli pomoże Wanrykowi, to i Wanryk jemu pomoże w dopełnieniu zemsty?

Pytając tu i ówdzie Montcort dowiedział się, że mieszkańcy niewiele wiedzą o toczącej się wojnie z morskimi diabłami. Te ponoć zajęły wschodnie wybrzeże wyspy i póki co nie poruszają sie głębiej. Nadzieję wiążą z obrońcą miasta, paladynem KOP Jacquesem Guiosą. Ten właśnie zbiera armię, wygłasza płomienne mowy, w odróżnieniu od Wanryka działa. Władca miasta zamknął się ze swoimi doradcami i radzi. A tu nie o radę idzie, ale o działanie przecież! Ludzie są nieco rozczarowani, że na paezurskim statku nie przybyli żołnierze, ale ktoś zaraz gani twojego rozmówcę i nazywa go głupcem, przecież wiadomo, że paezurskie statki wojenne nie mogą popłynąć dalej na północ niż do południowych wybrzeży Rocranon. Taki warunek wymusili na nich Argadyjczycy po wygranej wojnie. Wtedy jeśli paezurskich żołnierzy się spodziewać, to przyjdą oni pieszo z południa a nie przypłyną statkiem.

Po zdobyciu informacji Montcort ląduje u tego samego krawca, co Feste, gdzie zostaje mu zaproponowany ubiór z najwyższej półki: Skórzane portki (20 kłów), skórzany kapelusz z piórem (4 kły), wams (3 kły 5 skrzeli) płaszczyk (5 kłów 4 skrzela) – łącznie 32 kły 9 skrzeli. Montcort jeszcze nie wie co czeka go przy następnej wizycie, gdy już odbierze strój według najnowszej mody…

Keffar

Keffar siedział na zwoju liny i był wyraźnie zdenerwowany (łagodnie rzecz ujmując!). Rzucał co jakiś czas ciężkim słowem, czasem zrywał się na równe nogi, pochodził chwilę nerwowo po pokładzie, walnął pięścią w maszt i wracał na swoje miejsce. Keffar ewidentnie myślał.

Myślał i nie mógł wymyślić, jak pogodzić chęć pomocy mieszkańcom Sotham, ze szczerą niechęcią do plątania się w politykę. Zwłaszcza taką, która go bezpośrednio nie dotyczy. Nie po to wyjechał z Ostrojów, żeby się teraz z kolejną bandą idiotów szarpać. Żeby chodziło jeszcze o danie komuś w łeb to jeszcze pół biedy, ale nie, Montcort chyba dał się umoczyć w jakieś dworskie intrygi. Zaraz zacznie do kościoła chodzić i porządki robić. Zaraza.

Właśnie, porządki, jeszcze z Simeonem coś się porobiło, chodzi jakiś taki jakby mu miotłe w rzyć wetknąć aż po same witki. Co mu ten kobold przeszkadzał, głupi był i chytry, ale może by się dało przeciągnąć na naszą stronę a tak to co? Na buty się teraz nadaje.
Pajacykow też się dziwnie zachowuje, może się od Simeona zaraził? Kiedyś pierwszy do wygłupów a teraz swojej miotły szuka. Dobrze, że mu nikt golema nie zaproponował.

Dobrze że z Nienażartą problemów nie ma. Widzę że dziewczyna ma coś między uszami i jeszcze wyjdzie na ludzi, trzeba ją tylko pokierować w dobrą stronę i pilnować żeby jej co nie zeżarło. Bić się umi, nie pyskuje, chęci ma (nie to co Pajacykow) i jeszcze czarować potrafi. Byle kociołek kaszy był, to i spokój będzie. Notatka do siebie, kupić dla Mabon zbroję o dwa numery większą, widzę że na naszej garkuchni jej poprzednia zbroja zaczęła się czeguś kurczyć.

Widzę, że też coś trapi Nuadu, ale jeśli dobrze czytam nastroje to ma poglądy podobne do moich. Trzeba usiąść i przegadać tą sprawę z wszystkimi na spokojnie. Zobaczmy tylko co władzuchna chce od Montcorta.

Dobra, jeden problem naraz, jak mawiała babka Kunegunda (trzymając garniec miodu i siedząc po pachy w bagnie, gdzie uciekła przed pszczołami i niedźwiedziem) – I zaczął wydawać rozkazy.

Nuadu

Nuadu czuł się źle.

Stare rany znów odzywały się szarpiącym trzewia bólem skutecznie psując mu humor, pospołu z wydarzeniami ostatnich dni. Oparty o reling przyglądał się zbliżającym zabudowaniom Sotham – Znowu miasto – jęknął boleśnie w duchu myśliwy. Ostatnie dni to prawie wyłącznie miasto i lochy. Żadne z nich nie należało do ulubionych przez Nuadu miejsc.

Lochy były przynajmniej na tyle dobre, że odrywały myśli młodego Paezurczyka od powracających koszmarów przeszłości.

Nuadu czuł się źle.

Uciekając z ojczyzny ranny i zaszczuty, gdzieś w głębi ducha żywił nadzieję, że nowe miejsce da mu nowe życie. Znalazł drużynę dobrych druchów, przeżył z nimi sporo i byli mu jak utracone plemię, coraz częściej jednak czuł się niczym miotany przez wiatr jesienny liść. Dzicz, miasta, osady, podziemia i lochy zlewały mu się w jeden ciąg rozmazanych obrazów.

Ciągły ruch zagłuszał poczucie straty, ale coraz bardziej brakowało mu celu.

Myśliwy westchnął w duchu i spojrzał ponownie na coraz bliższe miasto. -Trzeba być gotowym – pomyślał. Cel może pojawić się w każdej chwili, a wtedy muszę być gotowy do drogi. Trzeba zejść na ląd, uzupełnić zapasy. Przygotować się. Sprawdzić kto sprzedaje dobre zwierzęta juczne, gdzie można kupić koce i żywność. Poszukać na targu strzał dla siebie i Moncorta, jeśli starczy czasu poprawić ich upierzenie, bo kupne do niczego się nie nadawało. Rozejrzeć się czy znajdą na straganach jakieś godne uwagi towary. Nigdy nie wiadomo, dobre pancerze i broń, to coś na co zawsze trzeba mieć baczenie. Działanie, przeszłość należy zostawić z tyłu i iść dopóki, dopóty nie pojawi się przyszłość. Załatwić zobowiązania Montcorta i może uda się przezimować w Talzanii. A na razie trzeba się przygotować do drogi, zawsze trzeba być gotowym do drogi…

Nuadu obejrzał się przez ramię na swoją drużynę. Wychwycił wzrok patrzącej na niego Mabon i uśmiechnął się smutno w jej kierunku. W końcu najwyższa już pora zejść na ląd…


Tholip, sprzedawca zwierząt jest osobą, od którego Montcort kupił muła, który niestety został gdzieś w górach za Mroźnym Kłem. Niestety jego zagroda nie wygląda tak dobrze jak w lepszych czasach, zanim zaczęło się to całe zamieszanie. Tholip załamał ręce, tłumacząc że zamiast cieszyć się z tego, że sprzedał wszystkie swoje zwierzęta, to martwi się, że nie bardzo ma gdzie uzupełnić swój “asortyment”. Co prawda ledwo wczoraj odkupił osła od jednego wieśniaka, który razem z rodziną sprowadził się do miasta, ale to przecież tylko jeden osioł! Czy go sprzeda? Oczywiście, że sprzeda, przecież nazywa się Tholip i jest kupcem handlującym zwierzętami! Chce za tego osła, o wdzięcznym imieniu “Bąk” dostać jedyne 18 kłów. Dorzuci także worek obroku!

Tholip obiecał, że jeszcze tego samego dnia roześle wici w poszukiwaniu kolejnego i rzeczywiście! Już następnego dnia informuje, że ma kolejnego osiołka dla drużyny, którego sprzedać chce wdowa po człowieku, który zmarł tamtej nocy, gdy do Sotham przyszły morskie diabły. Osiołek jest młodziutki i nieco uparty, ale zdrów i silny a to przecież najważniejsze? Wdowa chce za niego 17 kłów, a Thollip weźmie dodatkowe 3 kły za pośrednictwo. Przecież to uczciwa cena prawda?!

Kiedy Keffar i Nuadu przychodzą odebrać osiołka z chałupy za murami miasta, okazuje się, że może to być dla nich trudniejsze niż się wydaje. WOjownicy są nieco skonfundowani, gdy widzą osiołka a do jego ogona uczepioną dwójkę brudnych i zapłakanych tak, że aż zasmarkanych dzieciaków, które nie chcą oddać “Kropka”. Dzieciaki odpędza jednak matula, kuchenną szmatą, ale minę też ma nietęgą. Wojowie po zakupie postanawiają nie wspominać o okolicznościach zakupu bardziej uczuciowym członkom drużyny – po co maja mieć kaca moralnego?

Ze strzałami w Sotkam jest spory problem, choć czy to naprawdę problem? Łuczarze sprzedają wszystko na pniu dla Wanryka, w chwili obecnej zaopatrzenie się w strzały, czy chociaż w groty, graniczy z cudem. Za to podobno za ciężkimi, obronnymi wrotami portowego zamku są ich całe setki.

Koce i żywność to towar, który nadal jest dość łatwo dostępny. Problemem jest raczej brak gotówki części nowych mieszkańców miasta aby je kupić.

Widać, że w mieście od pewnego czasu nie było kupców z zewnątrz, a miejscowi nieco obawiają się wystawiać lepsze rzeczy na sprzedaż. Nikt dziś nie kupi beli jedwabiu, malowanych bogato pater, czy drogich przypraw, a można je wręcz łatwo stracić w inny sposób. Za to królują talizmany wszelakie, broniące przed ogniem, zasadzką czy wręcz odstręczające morskie diabły. Można takie kupić już za 2 ości, ale te potężniejsze kosztują nawet kieł czy dwa. Niestety wśród tych wszystkich utensyliów brakuje broni, która mogłaby zachwycić duszę prawdziwego wojownika.


Pomijając ciągły gwar, ścisk i smród cywilizacja okazała się mieć jednak swoje zalety. Nuadu spędził czas dużo przyjemniej niż zakładał. Większość dnia szwendał się po Sotham z Mabon i Keffarem. Najpierw czekali pod kapitanatem aż dziewczyna załatwi swoje sprawy,
majtali nogami siedząc na nabrzeżu rzucając kamykami w mewy i gryząc świeże pieczywo kupione na straganie. Potem poszli do pracowni Huryego, gdzie Mabon kupiła oszczepy a on krótki miecz. Ponieważ Mabon błyskawicznie zrobiła się głodna zajrzeli do oberży, gdzie rozkoszowali się ciepłym posiłkiem i korzennym piwem. Teraz syty i rozgrzany Nuadu dumał jak spędzić popołudnie. Uznał, że trzeba poszukać ciepłego płaszcza, gdyż pogoda coraz gorsza, może kupić jakąś cieplejszą przyodziewę. Wieczorem zaś wyczyści swe skórzane ubrania i weźmie gorącą kąpiel.


Komin był przyjemnie ciepły, a nocne niebo pełne gwiazd. Nuadu wyszedł na dach gildii pomyśleć i chociaż przez chwilę poczuć się samotny. Kiedy siedział na górze i patrzył w nocne niebo mógł sobie prawie wyobrazić, że nie jest w mieście. Prawie…

Na dole Sotham kładło się spać przy wtórze odległych odgłosów bójek, drących się kotów i trzeszczenia statków w porcie. Nuadu siedział i dumał. Odkąd wylądował na Rocranon, życie stało się niezwykle intensywne. W ciągu nie tak długiego czasu zrobili tak wiele. Zwiedzili wiele miejsc, przeżyli mnóstwo przygód, tworzyli zwartą zgraną gromadę. Najnowsze wydarzenia kładły się jednak długim cieniem na ich wspólnej przyszłości. Simo i Feste wyszli z podziemi odmienieni i Nuadu martwił się o nich. Montcort z drugiej strony dostał propozycję trudną do odrzucenia, mogącą zaważyć na jego przyszłości. Myśliwy w głębi serca rozumiał i popierał dążenie Rocranończyków do niezależności, ale nie była to jego walka i nie chciał stać się pionkiem w rozgrywkach możnych.

Komin grzał w plecy. Gwiazdy mrugały na nocnym nieboskłonie. Przyszłość czaiła sie za rogiem niczym przyczajony groźny zwierz. Nuadu nie bał się zwierząt, w końcu był myśliwym.

Simeon

Simeon zaprzątnięty swoimi sprawami nie miał, ku niezadowoleniu swoich uczniów, ostatnio wiele czasu dla ich nauki. Stąd Halden czuł się ostatnio jak piąte koło u wozu. Na statku nie odnajdywał się – jako szlachcic rzadko musiał zajmować się pospolitymi obowiązkami, jakimi obarczono go na pokładzie. Do tego ciągła monotonia i nuda krajobrazu. Za to wspomnienia z wyprawy do lochu pod latarnią… ech, to była niesamowita przygoda! I te wszystkie przerażające i niesamowite istoty, które spotkali. Największe wrażenie zrobił na nim chyba żywiołak ziemi – ta siła i moc drzemiąca w magii żywiołów! To było coś! Gdyby tylko mistrz Simeon zajmował się takimi intrygującymi sprawami magii, a nie tylko przelewaniem jednych dekoktów do drugich… a teraz dodatkowo zamknął się w sobie, stał się bardziej stanowczy i całymi godzinami przesiadywał sam w kajucie… Może gdy już wrócimy do Sotham humor mistrza się poprawi? Halden rozejrzał się po pokładzie – pozostali nie wyglądali zbyt szczęśliwie. To pewnie ta pogoda na wyspie albo wyziewy z lochu – pomyślał – a może to przez ten wypadek na pokładzie? Przyglądał się chwilę jak pani Mabon pałaszuje resztki koziego sera, które dostali od wieśniaków na wyspie. Obok niej siedział zamyślony trefniś Feste. Jego mina zazwyczaj tak zadowolona i wyrażająca samozachwycenie była teraz przygnębiona i zamyślona. W palcach obracał jakiś drobny przedmiot – kolczyk z piórkiem? – tak jakby zastanawiał się nad jego naturą. Oparty o maszt, ponury i małomówny jak zwykle, łowca Nuadu czyścił i ostrzył miecz – całkowicie oddany swojej pracy – tak jakby chciał odciąć się od całego świata. Potężna sylwetka Keffara majaczyła na pokładzie dziobowym okrętu – ostrojczyk obserwował morze i wydawał co chwila jakieś rozkazy do marynarzy. Nigdzie nie było widać kapitana – zapewne zasnął pijany w jakimś kącie. Jedynie Montcort wydawał się nieco spokojniejszy i z lekkim uśmiechem na ustach karmił swoje ogromne ptaszyska. Ile on może mieć lat? Wydaje mi się, że możemy być nawet w tym samym wieku… Ciekawe, czy jego też z domu wygnała bieda, która dotknęła wiele pomniejszych rodzin szlacheckich? Mógłbym w to uwierzyć, gdyby nie ta zbroja… Halden spojrzał na siedzącego obok Artina, który z zapałem ćwiczył wiązanie węzłów marynarskich, czego nauczyli go marynarze. Chłopak wydawał się uzdolniony do takiej manualnej pracy i najwyraźniej jej wykonywanie sprawiało mu sporą frajdę. Dobrze, że przynajmniej on się czegoś nauczy… Halden zerknął na drzwi od kajuty i westchnął. Może gdy już wrócimy do Sotham, być może wtedy wszystko wróci do normy…
- Miasto na horyzoncie! – gdzieś z pokładu dziobowego dobiegł krzyk marynarza.
Drzwi do kajuty otworzyły się i Simeon skinął na swoich pomocników. Halden uśmiechnął się w duchu i szybkim krokiem ruszył w tamtym kierunku. Nieco wolniej powlókł się Artin, z niejakim smutkiem porzucając zwoje lin.


Spotkanie nie trwało długo. Halden wyszedł z niezbyt zadowoloną miną – miał nadzieję, że w końcu wróci do nauki, tymczasem Simeon zlecił im proste zadania do wykonania – gdy tylko zejdą na ląd. Spojrzał na plik zalakowanych papierów i owinięty w skórę pakunek – po wielkości i ciężarze mógł z łatwością stwierdzić, że jest to książka. Dziwne. Simeon kazał ją wysłać do Haegavo wraz z listem do jego mistrza. Tylko jaka to może być księga? I po co ja wysyłać? W końcu nie znaleźliśmy żadnej księgi w lochach. A mistrz Simeon miał ze sobą tylko dwie księgi – swój notatnik, oraz… zrozumienie spłynęło nagle na Haldena – to był grimuar „O znaczeniu żywiołów”, ta sama, z której uczył się jeszcze niedawno runów arkanów magicznych. Dlaczego Simeon chce ja odesłać? Co się stało? I jak ja teraz będę kontynuował swoja naukę? W natłoku gorączkowych myśli pojawiła się jedna, natrętna, która zaczęła kiełkować i powoli zapuściła korzenie… młody argadyjczyk powziął śmiały plan.


Okrzyk marynarza wyrwał Simeona z zamyślenia. Tak, jestesmy już blisko – pomyślał. Czas wrócić do rzeczywistości i przygotować się do zejścia. Tak. Księgę i listy dam Haldenowi, aby znalazł jakiś statek do Haegavo. Morze jest niebezpieczne, ale mam nadzieję, że choć listy dotrą. Przeklęta księga nie jest warta zachodu, ale nie mogę jej tak po prostu wyrzucić. W końcu to księga – zdobycz naszej cywilizacji. Być może ktoś ją kiedyś wykorzysta w lepszym celu, na przykład do zwalczenia tej bezsensownej herezji jaką jest igranie z siłami chaosu. Tak, to bardzo prawdopodobne. Ale wróćmy do meritum sprawy.
Simeon nachylił się nad biurkiem i zapisał krótką listę: 20 bełtów do kuszy, glina do prac garncarskich, 2 pochodnie, 5 fiolek szklanych, 20 porcji ziół zwyczajnych, 5 porcji ziół rzadkich. Te kartkę przekaże Artinowi – aby mógł zrobić on zakupy. Wszystko na rachunek Gildii Alchemików.
Heh, Keffar to ma smykałkę do górnolotnie brzmiących nazw. Ale może to i dobrze.
Dalej, zanotujmy – spotkanie z Oethed… TRACH – w tym momencie trach, pióro się złamało i na kartce pojawił się spory kleks. Simeon westchnął – muszę to chyba zanotować w głowie. No więc tak – będę musiał udać się do Oetheda i razem z nim spróbować przejrzeć jeszcze raz zasoby świątynnej biblioteki. Teraz przynajmniej wiemy czego szukać. Porównam ryciny z ksiąg z tym co zapamiętałem z lochu. Trzeba poszukać informacji o tym Thileopessii i jego awatarach i wyznawcach. Nie wierzę, aby tylko ta jedna świątynia, o której mówił kobold istniała na świecie. Gdzieś na pewno zachowały się wzmianki. Simeon pokręcił głową. Podziemny świat – kto to widział. Studiowałem tyle lat i nie pamiętam abym się natknął na takie wzmianki. To może naiwne, ale w którymś momencie wyobraziłem sobie świat, w którym lochy pod Czerwoną twierdza na wyspie Sennej i te pod latarnią są połączone wielomilowymi tunelami, a które wypełniają hordy rozmaitych istot. Nie, to niedorzeczność! Jak oni mogą żyć bez słońca, bez dostępu do świeżego powietrza?… Chyba, że wejść do tego dziwnego świata jest więcej niż mi się wydaje… Tak, to też muszę sprawdzić w księgach. Może kapłani ze świątyni coś będą o tym wiedzieć. A jeśli nie wiedzą to powinni wiedzieć… Wszyscy ludzie powinni wiedzieć, gdyż od tego zależy los naszej cywilizacji…
Simeon potarł czoło na które wystąpiły mu kropelki potu. Dość tych mrocznych myśli. Ciekawe jak sobie radzi Ian z prowadzeniem Gildii? Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłem całą obsługę interesu na jego młodych barkach. Gdy tylko wrócę, muszę zakasać rękawy i zabrać się do pracy.
Jeśli ma znów nadejść atak z morza potrzebujemy dużo ale to dużo zasobów. Ja z Ianem zajmiemy się miksturami leczącymi – powinniśmy być w stanie produkować dwie dziennie, pod warunkiem, że będziemy mieć składniki. Być może warto by przekonać Keffara i Nuadu do wspólnej wyprawy poza miasto w celu zdobycia ziół. Ta dziewczyna, mabon, ma chyba smykałkę do ziołolecznictwa – być może zechciałaby pomóc? Wydaje się miła, choćby dla tego biednego chłopaka Festego.
Simeon zastanowił się chwilę. Feste też dotknął stołu ofiarnego i też zaczął ostatnio zachowywać się inaczej niż dotychczas. Być może powinienem z nim o tym porozmawiać? Może dzięki temu dowiem się jaki był efekt działania tej paskudnej magii? Ale ale, za bardzo mi się myśli rozbiegają.
Tak, dwie mikstury leczenia dziennie, aż nasz zapas nie będzie wynosił po dwie na głowę, to jest dwanaście – w sumie sześć dni. Do tego praca nad zleceniami w gildii, pewnie po parę godzin dziennie. Artin w tym czasie powinien przygotować nowe naczynia na granaty. Myślę, że Halden może zająć się przygotowaniem granatów – destylacją oliwy i przygotowaniem mieszanki zapalającej. Ten chłopak jest bystry i na pewno szybko złapie o co chodzi. Potem będzie mi łatwiej dokończyć czynność poprzez nasączenie gotowych pocisków odrobiną magicznej alchemii.
Zastanawiam się, czy nie dałoby się wyprodukować mniejszych wersji tych granatów – takich, które można by umieścić zamiast bełtu w mechanizmie kuszy. To mogłaby być ciekawa broń. Do sprawdzenia. Może Halden będzie zadowolony z możliwości eksperymentowania? Ostatnio chyba był trochę zawiedziony brakiem nauki…
Tak, to chyba tyle. Plan długofalowy. Resztę napisze samo życie… Simeon wstał, poprawił płaszcz i otworzył drzwi. Na pokładzie zaczynała się gorączkowa krzątanina – przygotowanie do wejścia do portu. Skinął dłonią na Haldena i Artina, którzy siedzieli oparci o prawą burtę statku. Silny wiatr targał żaglem i gnał ciemne chmury na stalowoszarym niebu.
No to wracamy do rozwiązywania problemów cywilizacji, pomyślał Simeon i otulił się szczelniej płaszczem.


Haldenowi dni upływały na obowiązkowych lekcjach języka arkanów magicznych, pisania I czytania runów. Kiedy Simeon zorientował się, że młody szlachcic ma wyjątkowe zdolności do języków szybko sprowadził ze świątyni księgę – traktat o języku jaszczuroludzi. Postawił ją przed Haldenem i nakazał naukę. Do południa lekcje, po południu bieganie za posyłkami i praca nad przygotowaniem wybuchowych mikstur – piekielnie stresująca i odpowiedzialne zajęcie. Na szczęście ostatecznym uzbrojeniem granatów w detonator magicznej natury zajmował się już sam Simeon. Na przeglądanie ukrytej na strychu księgi przywołań nie zostawało wiele czasu, do tego lektura była bardzo trudna – jednak ze wszystkich zajęć to sprawiało chłopakowi najwięcej przyjemności.
W czasie gdy Ian z Simeonem przygotowywali mikstury lecznicze, Halden zdołał przygotować pół tuzina granatów. Teraz szło mu już szybciej, ale na początku zmarnował wiele naczyń i materiału. Na szczęście oleju – głównego składnika, mieli pod dostatkiem, a Artin z zawzięciem przygotowywał kolejne stosy naczyń. Chłopak z dnia na dzień stawał się lepszy i część z jego wyrobów – często zdobionych w interesujące wzory – sprzedawało się razem z medykamentami z Gildii Alchemicznej.
Gildia nie miała najlepszego miesiąca. Mimo, że Ian starał się jak mógł problemy które dotknęły Sotham bardzo niekorzystnie odbiły się na popycie na produkty alchemiczne. Najwyraźniej ludzie częściej kupowali zapasy oraz broń i zbroje niż maści i dekokty na pospolite dolegliwości. Ian chodził markotny, opuszczając głowę pod niespotykanie surowym spojrzeniem swojego mistrza. Simeon zakasał rękawy i zabrał się do pracy – całymi dniami przesiadując przy laboratorium lub w bibliotece świątynnej. Bardzo mocno przykładał się także do szkolenia uczniów – Iana w tworzeniu mikstur leczniczych a Haldena w nauce języka arkanów magicznych. Cały tydzień (7 dni) wysiłków przyniósł w końcu rezultaty – pół tuzina granatów i tuzin mikstur leczniczych – trzy z nich Simeon wystawił na sprzedaż w Gildii, aby ratować budżet. Po konsultacji z Keffarem wynajmuje krzykaczy na rynku, którzy zareklamowali napój jako „Cudowny dekokt ratujący życie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Natychmiast leczy wszelkie rany, zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne. Towar pierwszej potrzeby w niepewnych czasach wojny! Cena – jedynie 69.95 KK”.
Artin w ciągu tygodnia pracował intensywnie przy kole garncarskim, wytwarzając małe butelki gliniane z zatyczkami (2 dziennie = 14 sztuk po tygodniu), ozdobne garnuszki z motywami kwiatowymi (na sprzedaż – jedno dziennie – 6 po całym tygodniu, sugerowana cena: 5 skrzeli ?) do tego eksperymentując z produkcją bardzo małych i delikatnych pojemniczków, według kolejnych projektów Simeona. Praca była bardzo wymagająca, gdyż naczynka łatwo pękały po wypaleniu, a Simeon nie tolerował żadnych odstępstw od wyznaczonego kształtu i wymagał wysokiej precyzji i symetrii kształtów. Sam Simeon w wolnej chwili po południu, przed zachodem słońca, zbierał wszystkie pojemniczki po czym… wystrzeliwał je z kuszy w kierunku manekina ustawionego na podwórzu. To nieco irytowało Artina, gdyż tak łatwo na marne szła jego ciężka praca – ale cóż, pan każe, sługa musi – i następnego dnia znów zabierał się za pracę.


Ku wielkiej radości Simeona, okazuje się, że Mabon natychmiast podchwyciła pomysł wspólnej wyprawy w celu zdobycia ziół. Na jej nieśmiałą prośbę o możliwość nauki zielarstwa wyraził oczywiście, że jest zawsze gotowy do prowadzenia wywodów i lekcji – ta propozycja nasunęła mu na myśl pomysł zabrania na wyprawę wszystkich uczniów, aby uczyć o prawach alchemii i ziołach w terenie. Okazało się, że wyjściem w dzikie odstepy zainteresowany jest także Nuadu, tak więc grupa może w poczuciu sporego bezpieczeństwa zrealizować swój plan. Wyprawa zostaje zaplanowana na za kilka dni.

Zapytany przez Mabon o sprawę Festego – Simeon stwierdza, że to ciekawe spostrzeżenie, sam nie zwrócił na to wielkiej uwagi, bo sam był zaprzątnięty ostatnio dość skomplikowanymi przemyśleniami. Jeśli się dobrze zastanowić, to należałoby rozważyć możliwość przeżycia jakiegoś rodzaju szoku – czytał kiedyś o przypadkach ludzi, których wojny czy inne wypadki zmieniały nie do poznania. Jeśli Mabon jest dociekliwa – proponuje SImeon – może spróbować prześledzić ostatnie zdarzenia i wysnuć jakieś wnioski – co mogło Festego tak zmienić? Czyżby bliskość śmierci, kiedy to otrzymał poważną ranę w walce z jaszczuroludzmi? To niewątpliwie jest możliwe… Nie wiem, czy Mabon podzieliła się ze mną swoimi wątpliwościami co do magicznej aury – jeśli tak, to Simeon zacznie się zastanawiać poważnie i wspomni wszystkie momenty, kiedy jego czary poznania magii wykryły jakieś anomalie w lochu – kryształ, komnatę maga, magicznie uwięzionego stwora, kryształ soli, ołtarz w kaplicy, golema…. Ale niestety samej natury magii tych rzeczy nie jest sobie w stanie przypomnieć… W każdym razie jeśli Mabon ma ochotę i wymyśli jeszcze coś, to Simeon jest zawsze do dyspozycji i gotowy do dyskusji.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.