Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.34 - Dzika sfora

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort , Simeon


Smartfox nabija się przed sesją z MG.
MG złośliwie – Jaką będziesz miał następną postać?
Wojtek – Ja będę miał potężną!
Parasit – 18 będziesz miał na INT, MD i CH, a resztę na 4.
Smartfox – Będziesz grał Stephanem Hawkingiem.

Zimny i wietrzny świt zastał awanturników żywiołowo dyskutujących nad własną sytuacją. Pewnym wydawało się, że swoje kroki drużyna skieruje do Czerwonej Twierdzy, pytaniem pozostawało co zrobić z pozostałymi przy życiu krasnoludami i czy przyznawać się do winy za śmierć ich towarzyszy, a jeśli tak, to w jaki sposób? Na trakcie do głosu doszedł deszcz zasiekający mocno z boku, psujący do reszty humory ludziom i zwierzętom.

Drużyna zastanawia się jak rozwiązać trudną sprawę zabójstwa krasnoludów.
Haeri – Wyślijmy Simeona do krasnoludów.
Montcort obawiający się prawdomówności i braku umiejętności dyplomatycznych Simeona – Ja poza grą mówię nie róbcie tego! A w grze. Tak! Niech pójdzie Simeon on jest naukowy człowiek.

Dalej sprawa krasnoludzka.
Bjornei – Może wyślijmy krasnoludom kartkę i napiszmy na niej “To nie my zaczęliśmy”.
Simeon – Jeszcze jakieś genialne pomysły? Napiszmy “wyjechaliśmy do Mrzysnu”.

Przed wejściem do Twierdzy zwiad przeprowadzili Keffar i Montcort, odnajdując w pobliżu drogi do twierdzy ślady kilku ludzi zmierzających ku budowli. Musiało zdarzyć się to kilka dni wcześniej, a bohaterowie mieli sporo szczęścia, bo za kilka godzin deszcz usunął by resztki jakichkolwiek dowodów w tej sprawie. Na wpół uszkodzone wrota do twierdzy udało się otworzyć i wkrótce cała drużyna znalazła się na brukowanym kamieniem dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

Wnętrze twierdzy było w lepszym stanie niż można się było spodziewać. Co prawda część drewnianych konstrukcji zapadła się lub mocno osłabiła, a kawałki kamiennych budynków były najnormalniej w świecie rozebrane i rozkradzione, podobnie jak fragmenty bruku dziedzińca, to jednak łatwo można było rozpoznać co służyło do czego za czasów świetności tego miejsca.

Szybki rekonesans pozwolił stwierdzić, że drużyna nie jest jedynym gościem w tym miejscu. Kiedy w bramie muru kurtynowego, rozdzielającego główny dziedziniec od wewnętrznego pojawiły się dzikie psy, z mordami i łapami umorusanymi krwią, zawiało grozą. Zwierzęta jednak nie rzuciły się do ataku a z ciekawością przyglądały się przybyszom. Ten moment niepewności wykorzystał Montcort, który postanowił udobruchać zwierzęta częścią swoich zapasów. Krok po kroku, spokojnie nawiązywał coraz lepszy kontakt z kilkoma z psów pozwalając Keffarowi zbadać dziedziniec wewnętrzny, gdzie na ciałach dwóch mężczyzn posilała się reszta stada.

Dzikie psy okazały się nie do końca takie dzikie. Montcort nawet nawiązał niezły kontakt z jednym z nich i nakarmił go.
Keffar – Próbujemy to towarzystwo oswajać?
Haeri – Teraz będzie głupio je zabić.

Montcort zastanawia się czy nakarmić pozostałe psy mięsem i próbować je również oswoić.
Keffar – Tam jest pięć psów! Chcesz im dać 50dkg mięsa? To będzie jak pół litra na pięciu!

Keffar naliczył 7 psów, w tym największego z nich o wyglądzie wilka, który warczeniem jasno określił granice w jakich może poruszać się człowiek. Nie zamierzając konfrontować się ze sforą drużyna wycofała się na pierwszy dziedziniec i pozostawiwszy Montcorta przy psach, aby miał na nie oko, przystąpiła do metodycznego przeszukiwania zabudowań gospodarczych. Nie pozostało wiele przedmiotów, które warto by stąd zabrać. Wszystko co cenne zabrano podczas opuszczania tego miejsca, albo rozkradziono później.

Kiedy Simeon wszedł do stajni, która kiedyś przeznaczona musiała być dla zamkowych koni, usłyszał niepokojący dźwięk. Ktoś zawzięcie używał w tym miejscu łopaty. Alchemik szybko wycofał się i powiadomił o odkryciu resztę. Korzystając ze swoich talentów łowczego Keffar przemknął pomiędzy zniszczonymi boksami dla zwierząt i odkrył, że ktoś kopie w wyłomie z tyłu murów, w którym pochowali dzień wcześniej zabite krasnoludy, wraz ze znalezionymi w dole mężczyznami. Wyłom prowadził wprost do stajni.

O dole w którym ktoś obecnie kopie, a gdzie wczesniej drużyna pochowała dwóch zabitych krasnoludów.
Keffar – Skoro krasnolud wykopał tych dwóch i ich zabrał, to może zakopiemy tych dwóch z zamku?
Bjornei – Wypełnijmy ten dół wszystkimi, którzy są na tej wyspie!

Keffar bezszelestnie wymknął się na zewnątrz i szybko podzielił się zdobytymi informacjami z resztą, następnie kazał uzbroić się Bjorneiowi i Haeriemu w broń strzelecką i razem ruszyli zaskoczyć kopacza na dnie dołu, nie dając mu szans na obronę. Kiedy z napiętą bronią stanęli nad osuwiskiem, zobaczyli przejmującą scenę. Na mokrej i lepiącej się ziemi klęczał najstarszy z krasnoludów, Zaghal Borinson a na jego kolanach leżały zwłoki martwego Thorina Zivarsona. Stary krasnolud ukrył swoją twarz w dłoni.

Kiedy Zaghal usłyszał ostrojskie słowa, którymi Haeri zwrócił się do Keffara proponując co uczynić dalej, zerwał się z ziemi, a w jego dłoni pojawiła się łopata, której używał kilka chwil wcześniej kopiąc w tym miejscu. Zaghal patrzył spod krzaczastych brwi ze wściekłością na awanturników. Keffar nie zamierzał kryć niczego i na pierwsze pytanie krasnoluda przyznał się, że to z winy jego i jego towarzyszy Thorin leży martwy, choć zaznaczył, że zostali postawieni w sytuacji bez wyjścia przez samego Thorina.

Zaghal wyznał, że Thorin był mu jak syn i jego obowiązkiem jest teraz zabranie ciała bliskiej mu osoby i dostarczenie do miejsca jego urodzenia, aby mógł lec pomiędzy swoimi przodkami. Później jednak Zaghal będzie miał już tylko jedną rzecz do zrobienia w życiu, a będzie nią odnalezienie Keffara i jego towarzyszy i upewnienie się, że zabójcy jego “syna” nie chodzą już po tym świecie żywi. Na Haerim i Keffarze groźba nie zrobiła wielkiego wrażenia, bardziej przejęci wydawali się pozostali członkowie drużyny kiedy dowiedzieli się o tym co wydarzyło się w stajni. Awanturnicy pozwolili bez przeszkód zabrać ciała dwójki krasnoludów i obserwowali z jednaj z wież, jak Zaghal oddala się powoli pośród wzgórz ciągnąc za sobą osiołka ze smutnym ładunkiem.

Bjornei wysłuchał groźby Zaghala i zadumał się nad sytuacją drużyny.
Bjornei – Wiecie co jest najgorsze z krasnoludami? Trzeba paru zabić, aby poznać ich zwyczaje.

Czas było sprawdzić kasztel. Dotychczasowa przeszkoda w postaci sfory psów posilających się trupami zniknęła. Część z nich udała się do stajni, dwa kręciły się ciągle przy Montcortcie, wyraźnie zadowolone z jego towarzystwa, zniknął gdzieś też przewodnik stada. Za to u schodów kasztelu leżał jeden z psów, wyraźnie nie mogąc się ruszyć. Montcort ostrożnie zbliżył się do niego i odkrył, że zwierzak ma paskudną i gnijącą już ranę po starciu z jakimś dzikim zwierzem. Zdając sobie sprawę z umiejętności leczenia szamana, poprosił go o pomoc. Bjornei jednym rzutem oka ocenił, że pies ma bardzo małe szanse na przeżycie.

Jeden ze znalezionych psów cierpi i najwyraźniej umiera od ran odniesionych dawno w walce z odyńcem. Montcort próbuje go ratować.
Montcort – Mam opiekę nad zwierzętami więc… próbuję go… no wiesz… oprawić!

Uleczony przez szamana pies postanowił wyrazić swoją sympatię.
MG – Pies polizał Bjorneia po twarzy… (i z przymrużeniem oka dodaje) sprzedając mu ciężką chorobę zakaźną.

MG o Bjorneiu, który chodzi okutany w futro niedzwiedzia – Chyba nigdy nie widzieliście więcej ciała Bjorneja niż jego twarz i ręce…
Bjornei: Bo on nie ma więcej!

Zasmucony Montcort nie był w stanie dobić zwierzaka, więc Keffar zaproponował, że go w tej przykrej czynności wyręczy. Nim jednak wprowadził swój plan w życie, Bjornei postanowił wykorzystać pewną szansę i uklękł ponownie przy zwierzęciu. Wkrótce dookoła rozszedł się zapach palonych ziół i cichutki ni to pomruk ni to śpiew szamana. Dotykając dłońmi ciała psa umysłem błądził po świecie duchów. Odkrył, ze pies jest pogodzony ze swoją dolą, jak potrafi być tylko zwierzę rozumiejące naturę życia. Zdecydował jednak i wkrótce wypowiadając słowa mocy zobaczył jak pod jego dłońmi rana zasklepia się i zabliźnia, a brzydko gnijące kawałki skóry odpadają. Również pies poczuł powracające siły bo podniósł się z ziemi i z wdzięczności polizał szamana po twarzy. Już trzy psy poczęły podążać za drużyną.

Przetrząśnięcie kasztelu z początku nie przyniosło większego rezultatu. Kuchnie, sale audiencyjne, a nawet komnaty państwa zostały gruntownie ograbione. W pozostałościach łoża w jednej z komnat wylegiwał się największy z psów ponownie nie pozwalając się do siebie nikomu zbliżyć. Nagle pozorny spokój zburzyły stłumione odgłosy uderzania w jedną ze ścian. Simeon uważnie zaczął przyglądać się i obmacywać kamienie, aż w końcu znalazł jeden z nich wystający nieco ponad inne i bez wahania wcisnął go. W ścianie otworzyło się niewidoczne dotąd przejście.

Przez chwilę wszyscy zastygli w oczekiwaniu. W końcu drzwi drgnęły a spoza nich wyszedł wymizerowany mężczyzna z kordem w ręku. Blady, z podkrążonymi oczyma, łapczywie przyssał się do manierki z wodą podanej przez Keffara. Rzucając strachliwe spojrzenia na boki, łamiącym się i przepełnionym niepokojem głosem opowiedział co stało się w kasztelu nieco ponad dwa dni wcześniej. Wynajęci przez Athora, syna Arendy bandyci zaczaili się w zamku w oczekiwaniu na krasnoludy, które mieli z zasadzki zaatakować i obrabować. Jednak którejś nocy, podczas kiedy opowiadający spał, nagle w zamku wybuchła walka.

Za ściany Wychodzi mężczyzna z kordem w ręku.
Simeon – Keffar, kolega do Ciebie!
MG (nie zważając) – … blady ten człowiek, zmizerowany…
Montcort – Zombie czy student po sesji?

Napastnikom przewodził wysoki mężczyzna w czarnej zbroi, z naramiennikiem najeżonym kolcami. Pociski i ciosy odbijały się od niego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. To on sam potężnym cięciem rozpłatał Athora, ale zanim zwrócił się przeciw znalezionemu mężczyźnie, ten w panice uciekł na górę i zamknął się w odnalezionym dzień wcześniej korytarzu, z którego uwolnili go awanturnicy. Keffar pomimo zbadania ukrytego za ścianą korytarza nic nie znalazł. Drużyna podejrzewa, że była to droga łącząca obie główne sypialnie.

Odnaleziony w ścianie człowiek mówi o Athorze. Drużyna drgnęła zaskoczona usłyszawszy imię jednego ze swoich wrogów.
Odnaleziony – Znacie go?
Montcort za szybko za to z pełnym przekonaniem – Ani trochę!

Keffar szuka przejścia tajemnego, ale okazuje się, że nie udaje mu się tak dobrze jak wcześniej alchemikowi.
MG – ty nie masz tyle szczęścia co Simeon.
Simeon – Scientific Method.
Keffar – Ci kurwa zaraz dam Scientific Method…
Simeon prychając – Typowa reakcja ostrojska…

Kiedy mężczyzna zmęczony opadł na ziemię, drużyna postanowiła sprawdzić ostatnią komnatę, jedyną posiadającą drzwi, inkrustowane różnymi rodzajami drewna. Niegdyś znajdowała się tutaj pyszna biblioteka, po wielkim biurku zostały jednak już tylko ślady nóg na posadzce, a półki zostały rozebrane i wyniesione. Dookoła walały się po podłodze księgi, zwoje i drobne przedmioty. Simeon za pomocą zaklęcia szybko odkrył pomiędzy przedmiotami magiczny zwój i butelkę magicznego eliksiru, po czym zabrał się za studiowanie ksiąg.

Rozmowa o skarbach magicznych.
Keffar – Dlaczego tylko miecze są inteligentne?
Bjornej – A chcuałbyś mieć inteligentnego młotka?
MG – No własnie, po co Ci inteligentna włócznia?
Simeon – Inteligentna dzida!
Bjonrei – Ty tępa dzido!


Jeśli chcecie przeskoczyć nieco do przodu i dać np. Simeonowi czas na studiowanie ksiąg, proszę o deklaracje co w tym czasie robicie. Na pewno przyda wam się krótki odpoczynek.

Zgodnie ze zwyczajem zapoczątkowanym ostatnio podaję:

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostała największa wieża i schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza?
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie? Jak zareaguje kiedy dowie się od krasnoludów, że zabili oni dwóch ich towarzyszy, a jej syn nie wrócił nadal z wyprawy do Czerwonej twierdzy?
  • Jak szybko krasnoludy mogą wrócić ze swoją zemstą przeciwko drużynie?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
View
Skrzydła Rocranon cz.33 i pół - Epilog

Długi był to dzień i pełen wrażeń. Drużyna postanowiła na spokojnie zastanowić się nad tym co czynić dalej i rozbiła obóz nieco w oddali od wsi Borowik. Posilono się nad rozpalonym, niewielkim ogniskiem obozowym, rozstawiono warty i położono się spać. Noc upłynęła właściwie bez żadnych ważnych wydarzeń, choć to co zdarzyło się podczas warty Simeona i Bjornei, warto odnotować.

Simeon ochoczo przystąpił do zajmowania się ogniskiem. Dokładał do niego drew, dmuchał tu i ówdzie, obchodził wkoło przypatrując się swojemu dziełu. W którymś jednak momencie przestał podsycać płomienie i pozwolił nieco im wygasnąć pozostawiając jednak dużą ilość gorącego żaru. Zadowolony usiadł w pobliżu ognia i mamrotając coś pod nosem zaczął wpatrywać się w niego intensywnie. W końcu przymknął oczy i wydawało się, że zesnął. Kiedy jednak Bjornei dźwignął się ze swojego miejsca z zamiarem dorzucenia do ognia, alchemik otworzył oczy i łagodnie, z uśmiechem na twarzy poprosił aby tego nie robić.

Szaman zdziwiony wrócił na swoje miejsce i z niepokojem zaczął przypatrywać się druhowi. W końcu nie wytrzymał i zapytał czy wszystko jest w porządku, ale w odpowiedzi otrzymał tylko kolejny zagadkowy uśmiech. Zaniepokojony Bjornei dopiero teraz zauważył, że tuż obok nóg Simeona stoi wypełniony po brzegi woda kociołek. Nie zdążył jednak o nic zapytać kiedy alchemik zaczął wykonywać nieśpieszne gesty dłonią, a po chwili dołączył do nich słowa inkantacji przepełnionej mocą.

Bjornei zaniepokojony rzucił wzrokiem po śpiących towarzyszach, po czym wrócił do obserwacji swojego kompana. W jego wnętrzu walczyły ze sobą niepewność z przywiązaniem do naukowca z Argadów. W końcu postanowił poczekać do końca, co też się stanie? Gesty zamarły równo ze słowami, a Simeon z otwartymi oczyma wpatrywał się w żar ogniska. Nic się nie działo. Na twarzy alchemika pojawił się smutek przemieszany ze zniechęceniem. Już miał coś powiedzieć kiedy nagle żaru wyprysły jedna po drugiej iskry ognia.

Bjornei szybko zobaczył, ze to nie zwykłe iskry. Nie dość że większe niż zwyczajowe, to wcale nie miały ochoty gasnąć w nocnym powietrzu a jarzyły się pulsując i zawisły przed postacią alchemika. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, liczył w myślach szaman. Wziął głęboki wdech, po nim kolejno trzy lekkie dotknął swojego brzucha i poczuł jak powoli “zapada się w sobie” przenosząc swoją jaźń do świata duchów. Tylko odrobinkę, aby wzmocnić swoje rozumienie, nie zaś by całkiem odpłynąć z płaszczyzny materialnej.

Wzrok szamana nabrał głębi, wzmocniony drugim widzeniem. Nad ogniskiem unosiły się trzy duże, niemal dwucentymetrowe, ogniste muchy, a w palenisku zamykała się właśnie brama-przejście do innego świata, przez którą stworzenia właśnie przeszły. Na twarzy alchemika zagościł wyraz radości i satysfakcji, którego znaczenia Bjornei nie do końca potrafił rozszyfrować. Miał nadzieję, że jego towarzysz był po prostu zadowolony z udanego rzucenia zaklęcia.

Simeon skupił całą swoją wolę na przywołanych stworzeniach i już po chwili z radością patrzył jak wykonują jego niewypowiedziane na głos polecenia. Rozdzielił grupę na dwie części i jednej kazał latać wkoło ogniska a drugą wysłał w kierunku suchych szczap drewna przygotowanego wieczorem do rozpałki obozowego ogniska a następnie rozkazał w myślach aby rzuciły się do ataku przeciw nim. Muchy zaczęły bombardować drewienka bez opamiętania pozostawiając po każdym uderzeniu osmalony ślad, a potem jedna po drugiej zaczęły padać po uderzeniach i niemal natychmiast znikać, w krótkim rozbłysku światła.

Bjornei patrzył z zapartym tchem na przedstawienie, Simeon skupił zaś swoją uwagę na trzech pozostałych muchach krążących dookoła ogniska. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Aż nagle! Muchy zniknęły nagle i bez ostrzeżenia. Cały ten spektakl nie trwał dłużej niż minutę.

Simeon spojrzał ponownie na towarzysza, uśmiechnął się i powiedział: – No! Tym razem się udało.

View
Skrzydła Rocranon cz.33 - Przyjaźń umiera pierwsza

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort , Simeon


Thorin resztką sił panował nad swoim gniewem. Targany wewnętrznymi emocjami wykrzyczał swoją złość w stronę Bjorneia i Keffara nazywając moce tego pierwszego plugastwem. Bezsilny obiema dłońmi starł symbolicznie z twarzy zło jakim został obdarzony przez magię szamana i odrzucił ją za siebie. W ostrych słowach poinformował drużynę, że tutaj ich drogi się rozchodzą, po czym podniósł z ziemi swojego towarzysza, Durara i ruszył w dół wzgórz ku obozowisku. W ślad za nim ruszył Keffar pamiętając, że został tam również Simeon.

Alchemik zaskoczony nagłym powrotem tylko części towarzystwa i napięciem pomiędzy niedawnymi towarzyszami próbował zorientować się w nowej sytuacji. Tę wytłumaczył mu jednak dopiero Keffar, kiedy z mułem Montcarta wracali pod zamek, gdzie została reszta drużyny. Tu ciekawość alchemika wywołały truchła ścierwników, zwłaszcza zaś paraliżujące moce ich śluzu, jakim pokryte były macki stworzeń. Przy pomocy swoich towarzyszy Simeon zabrał się do ekstrakcji płynu.

Bjornei radzi drużynie raz za razem, sensownie i wyważenie.
Montcort – Mądrość płynie od Bjorneia…
Bjornei – To oczywiste. Jestem szamanem!

W tym czasie wyraźnie nudzący się tą czynnością Haeri najpierw zainteresował się porzuconym młotem Durara, a później wyrwą w murze, z której wyszły stworzenia. W momencie kiedy lustrował zawartość osuwiska, do obozu przybył kolejny z krasnoludów, najstarszy z nich, Zaghal. Zebrał porzucony ekwipunek swojego towarzysza i niemal bez słowa odszedł, omijając szerokim łukiem Bjorneia i obrzucając go niechętnym spojrzeniem.

Tymczasem do Haeriego dołącza Keffar i razem zaczynają badać osuwisko, w którym zaległy się Ścierwniki. W blisko trzymetrowym dole leżą trzy ciała ludzkie, częściowo świerze, częściowo w daleko posuniętym rozkładzie, a niedaleko nich wije się kilka młodych ścierwników, nie dłuższych niż przedramię dorosłego mężczyzny. Przy pomocy włóczni, z bezpiecznej odległości ostrojczycy oczyszczają gniazdo i przechodzą do badania ludzkich ciał.

Mężczyźni z całą pewnością byli ludźmi nawykłymi do używania oręża, bo oprócz broni ręcznej na ziemi walały się dość przeciętnej jakości kusze. Ciałą obleczone są w zbroje, ale wyraźnie widać na nich rany zadane potężnymi ciosami jakiejś broni rąbanej. Wydaje się, że dopiero po ich śmierci z innych powodów dobrały się do nich ścierwniki.

Keffar z Haerim postanowili pochować znalezione zwłoki, obsuwając dodatkowo skarpę w dole, do którego zeszli. Wokoło skupili się już wszyscy pozostali awanturnicy obserwując pracę Ostrojczyków, aż do chwili kiedy jedyny czujny, Montcort zwrócił uwagę towarzyszy na powracające krasnoludy.

Montcort stojący na warcie zauważył zbliżające się krasnoludy.
Montcort – Słuchajcie! Krótkie wracają!

Do zamku pewnym krokiem zmierzali Thorin i Imlin. Oboje już w pełnych zbrojach, z krasnoludzkimi toporami w dłoniach i spojrzeniami nie wróżącymi niczego dobrego. Keffar i Haeri szybko wygrzebali się z dołu i sięgnęli po swoją broń. Montcort wiedziony instynktem sięgnął po największego ze swoich ptaków, Harpię więlką o imieniu Terror. Tymczasem krasnoludy zatrzymały się kilkanaście metrów od drużyny i przemówił Thorin, a ton jego głosu był twardy niczym kamień.

Na początku w konfrontacji z wkurzonym krasnoludem!
Krasnolud: Jak mogłeś mnie dotknąć swoją magią?!
Biornej: zły duch Cię opętał…
Montcort: Oho! … to ja wymieniam ptaka.

W krótkich słowach krasnoludzki wojownik zażądał aby drużyna wycofała się, dała krasnoludom poszukać tego po co tu przyszli. Zacietrzewieni w sobie awanturnicy, nawet wyjątkowo obrażony postępowaniem niedawnych sojuszników Bjornei, postawili się i odmówili. Choć Simeon próbował przemówić do rozsądku obu stronom, sprawa okazała się niemożliwa i nie pozostało nic innego jak rozwiązać ją za pomocą siły.

MG: Czy wy liczycie ilu macie wrogów na tej wyspie?
Haeri: A ilu jest mieszkańców?

Krasnoludy rzuciły się do dzikiej szarży ku stojącym w pierwszej linii Keffarowi i Haeriemu, a alchemik rzucił się w bok znajdując schronienie w krzakach. Thorin potężnym uderzeniem tarczą zdzielił wypuszczonego Terrora odsyłając go z furkotem skrzydeł na ziemię i spadł na Keffara jak furia. Ostrojczyk jednak nie z jednego pieca jadł chleb, nastawił sprytnie włócznię do antyszarży i nadział na nią krasnoluda. Jakież było jego zdziwienie kiedy Thorin miast zatrzymać się naparł na włócznię i szaleńczo wymachując toporem zbliżył się do niego.

Jedynie szarpnięcie włócznią, na której nadziany jak motyl krasnolud miotał się w szaleńczych atakach pozwoliło uniknąć śmiertelnie niebezpiecznego ciosu topora. Keffar nie mógł jednak liczyć na więcej szczęścia, czym prędzej odepchnął krasnoluda wraz z uwięzioną w jego ciele włócznią i sięgnął po toporek wiszący przy pasie, ujął go jednak tak nieszczęśliwie, że ten niemal wypadł mu z ręki. Skupiony na ponownej próbie uchwycenia broni Keffar nie był w stanie przeszkodzić krasnoludowi pozbycia się włóczni przebijającej jego bok. Zbroję i nogawki spodni wojownika pokrywały karmazynowe cieki krwi wylewającej się z paskudnej rany.

Po przebiciu krasnoluda włócznią:
Montcort: Jak go przebiłeś blisko pęcherza to potrząśnij! Może się zesika! -2 do pewności siebie!

O dwóch krytycznych pudłach w walce Keffara z Torinem (po jednym po kazdej ze stron). Torin próbuje wyrwać włócznie, a Keffar złapać wypadający mu z rąk toporek.
Simeon: Bił ślepy kulawego…
Montcort: To nie tak! To jest dla nich obu runda serwisowa!

Moment, w którym przeciwnicy rozłączyli się od siebie wykorzystał Montcort posyłając w krasnoluda celnie strzałę ze swojego łuku, ten jednak niemal tego nie zauważył i w chwilę później obaj przeciwnicy sczepili się w furiackim tańcu tarcz i toporów. Montcort widział, że nie da rady wykorzystać już łuku więc rzucił się w stronę muła i uwolnił kolejnego ze swoich ptaków – Malitię.

Mniej szczęścia miał Haeri. Co prawda szarżujący Imlin oberwał strzałą od Bjorneia, ale nawet go to nie zwolniło i z biegu chlasnął Ostrojczyka toporem. Tylko faktowi, że cios częściowo został przyjęty na tarczę młodzieniec zawdzięczał ledwo draśnięcie, które mogło rozłupać mu klatkę piersiową niczym orzecha. Przeciwnicy z ogromną szybkością zaczęli parować i zadawać sobie nawzajem ciosy, jednak obaj nie mogli uzyskać żadnej przewagi, kiedy nagle za plecami Imlina pojawił się Bjornei, który upuściwszy bezużyteczny w takim tłoku łuk dobył ogromnego noża i z zaskoczenia wraził go krasnoludowi głęboko w trzewia.

Walka toczy się w najlepsze, a Simeon siedzi w krzakach i trzęsie nimi.
Keffar – Weź! Ty miałeś procę chyba! Użyj jej.
Simeon – Procę?! Ja mam 6 zręczności! Owinąłbym sobie tę procę wokół szyi i udusił się!

Imlin ryknął. Na ręce szamana popłynęła obficie krew z otwartej rany. Krasnolud zwrócił się bokiem do dwóch swoich przeciwników i zaczął atakować to jednego to drugiego. Haeri wykorzystał moment i jeden z jego licznych, błyskawicznych ciosów doszedł rannego wojownika, jednak nie zrobił mu wielkiej krzywdy, za to krasnolud celnym wypadem grzmotnął Ostrojczyka tak mocno, że ten mało nie upadł tam gdzie stał. Z paskudnej rany zadanej potężnym toporem popłynęła krew. Haeri zagryzł zęby i mimo ogarniającej go słabości rzucił się do desperackich ataków, Imlin jednak otoczył się szczelną barierą bloków odbijając i unikając ciosów dwójki bohaterów.

Sytuacja zaczęła wyglądać naprawdę niepokojąco, bo choć krasnolud sapał, rzęził i broczył krwią z rany, to jego topór potrafił wciąż być niezwykle niebezpieczny. Nagle jak grom z jasnego nieba na krasnoluda spadł Malitia! Wojownik wspaniały potężnym ciosem swoich szponów otworzył kolejną ranę na karku wroga, a samym impetem uderzenia obalił go na ziemię. Imlin umierał.

O mapce sytuacyjnej narysowanej naprędce do walki:
Bjornei: Te krasnoludy są takie okrągłe, bo to jest rzut z góry…
MG: A Keffar coś schudł ostatnio…
Montcort: To pewnie zapowiedź tych zmian w zasadach, które dotknęły Keffara (20% mniej PŻ według nowych zasad).

Keffar z Thorinem tańczyli wokół siebie wyprowadzając raz po raz potężne ciosy swoimi toporami. Krasnolud krzycząc i uśmiechając się złowieszczo napierał coraz bardziej na przeciwnika, zbierając jego ciosy w tarczę. W końcu doczekał się! Keffar po kolejnym wypadzie pośliznął się i odsłonił łapiąc równowagę co natychmiast wykorzystał krasnolud trafiając go, choć ledwo końcówką żelaźca. Ryknął z satysfakcją i ze zdwojoną siłą rzucił się do ataku.

Z przebitego włócznią boku Thorina płynęła nieprzerwanie krew, ten jednak opętany szałem walki zdawał się tego nie zauważać. Keffar z coraz większym trudem stawiał zasłony i unikał jego broni by wreszcie nadziać się na cios, który aż wyrwał mu dech z piersi. Teraz również Ostrojczyk krwawił na ziemię u stóp Czerwonej twierdzy. Nie wiadomo co by się stało gdyby w tym samym momencie w sukurs nie przyszli towarzysze Keffara. Po powaleniu Imlina rzucili się ze zdwojoną siłą do ataków przeciwko drugiemu krasnoludowi, choć Haeri wydawać się mogło robił to jedynie niesamowitym wysiłkiem woli.

Trzech przeciwników to już było za dużo dla rannego krasnoluda, choć bronił się ze wszelkich sił słabł w oczach, a jego obrona stawała się coraz wolniejsza i mniej dokładna. Kiedy na jego kark spadł Malitia i potężnym dziobem i szponami zaatakował odsłoniętą szyję nie mógł już nic poradzić. Dumny, krasnoludzki wojownik osunął się na ziemię oddając ducha.

Wojownik wspaniały Montcorta powalił ostatecznie obu przeciwników.
Montcort – Łapię Malitię i domalowuję mu dwa małe krasnoludki na kadłubie!

Nad pobojowiskie zapadła cisza. Jedynie głębokie, zmęczone oddechy i jęki bólu słychać było w chłodnym wiosennym powietrzu. Simeon opuściwszy co prędzej swoją kryjówkę ruszył opatrywać rannych towarzyszy, namawiając ich również do wypicia jednego z wcześniej przygotowanych napojów leczących. Bjornei sprawdził, że obaj krasnoludowie już nie żyją i nie zważając na to, że sam był tym, który przyłożył do tego ręki postanowił pochować ich zgodnie z obyczajem i ceremoniałem.

Minęła blisko godzina od walki. Ciała pochowano, wojownicy odzyskali energię, a mimo obaw Montcorta nigdzie nie było widać pozostałych krasnoludów. Pytanie co robić dalej wykorzystał Simeon i po raz pierwszy opowiedział o swoim niedawnym odkryciu. Jego zdaniem garncarzy był potomkiem w prostej linii Awicenny, alchemika którego śladami podążał Argadyjczyk. Choć wszyscy długo spierali się i odradzali, nie udało się wybić z głowy Simeonowi powrotu do Borowik i rozmowy z rzemieślnikiem.

Simeon stara się przekonać drużynę że ma nowy ślad w sprawie kwiatu Awicenny.
Keffar – Ale masz jakieś pewne informacje?
Simeon – Informacje mam………… być może.

Simeon za wszelką cenę chce pójść do wsi, gdzie może czekać go spore niebezpieczeństwo. Reszta nie bardzo chce się zgodzić. Wreszcie po długich pertraktacjach…
Bjornei – No dobrze! Ale do wioski wchodzi tylko dwoje z nas, a potem reszta ich odbija!

Przed wieczorem drużyna stanęła na popas niedaleko wsi, a Simeon sam ruszył odwiedzić garncarza. Korzystając z jakiegoś zamieszania wokół chaty Piersyma, tego u którego nocowali z krasnoludami jeszcze dzień wcześniej, wśliznął się do warsztatu zastając tam jednak jedynie Nardera, syna Helmunda. Narder do najbystrzejszych nie należał jednak pozwolił alchemikowi poczekać na powrót ojca. Garncarz zdziwiony pytaniami o swojego przodka nie potrafił wiele powiedzieć o swojej rodzinie. Napomknął jedynie, że starszy wsi Whaucey był uczniem jego dziadka, a i że więcej ksiąg po przodkach nie ma. Mapy, które niegdyś rysował jego dziad, musiały zostać w starym domu, przed przeprowadzką całej wioski w obecne miejsce.

Simeon postanowił jeszcze raz zaryzykować i spotkać się z Whauceyem. Od starszego, za drobną opłatą, dowiedział się, że jego mistrz rzemieślniczy, dziadek Helmunda, był opętany myślą o odnalezieniu swojego ojca, który zaginął gdzieś na wyspie Sennej. Dużo podróżował, zbierał historie, rysował mapy, zadawał się nawet z Kutoranami. W końcu sam zniknął i nigdy już nie wrócił. Simeon zamyślony nad wiedzą, którą poznał wpada wprost na najstarszego z krasnoludów, Zaghala Borinsona i nie ujawnia mu prawdy o pojedynku z Thorinem i Imlinem.

I jeszcze o teorii RPG ustami Bjorneiego:
Biornei: eRPeGie są głupie!
(trochę później)
Bjornei: Haeri! Jesteś bogiem eRPeGieee!


Tak zakończyła się ostatnia sesja. Czas na jakieś deklaracje, przemyślenia, rozmowy. Następna gra dopiero za dwa tygodnie, mamy więc trochę czasu. Tym razem Haeri przeżył, ale to nie był dobry precedens z mojej strony, więc nie przyzwyczajajcie się proszę ;).

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza stoi otworem. Czy są tam mapy, które chciał znaleźć Sahibeen? A może przedmiot, którego szukają krasnoludy? Kim byli ludzie, których ciała znaleziono przy ścierwnikach i kto ich zabił?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza?
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie?
  • Prędzej czy później pozostałych dwoje krasnoludów zorientuje się co stało się z Thorinem i Imlinem. Czego można się spodziewać i jak wyprzedzić ich ruchy?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
View
Skrzydła Rocranon cz.32 - Rozpad i zepsucie

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon

Montcort – Młodzieniec, który wraz z dojrzewaniem odkrył, że jego poglądy na świat różnią się od poglądów tych co go wychowywali. W rodowej, argadyjskiej zbroi, z trzema drapieżnymi ptakami i mułem, ten uzdolniony sokolnik szuka swego miejsca w świecie.


Pozostanie w lesie wydawało się niepotrzebną brawurą. Uwolnieni marynarze postanowili wrócić do Mrzysnu, uzbrojeni w zdobyczną na łowcach broń poczuli się pewniej. Pozostali, byli niewolnicy woleli podróżować z bohaterami w stronę wsi Borowik. Obie grupy ruszyły razem na północ, ku traktowi i dopiero tam planowały się rozłączyć. Zanim jednak do tego doszło, w lesie awanturnicy niespodziewanie wpadli na młodzieńca o imieniu Montcort.

Najpierw jednak z krzaków wypadł spanikowany śmiertelnie szarak, wprost na idącego w awangardzie Keffara. Ten wykazując się niezwykłym refleksem zdzielił go tarczą ogłuszając zwierzaka. W tym samym jednak momencie wprost na zaskoczonego łowcę, lotem koszącym uderzył drapieżny ptak. Nie żaden inny, jak budzący strach i podziw przedstawiciel jastrzębiowatych, zwany wojownikiem wspaniałym. Ptak po wyjściu wyciągnięciu z gracją wyhamował i usiadł na gałęzi jednego z drzew przyglądając się ciekawie leżącemu ostrojczykowi, który dał nura aby umknąć przed drapieżnikiem.

W chwilkę potem przedzierając się przez krzaki, na polanę wszedł niewysoki młodzieniec, w pięknej utwardzanej zbroi skórzanej, z wzmacnianym lewym ramieniem i rękawem, ciągnąć za sobą muła, na którego grzbiecie, na ramie siedziały kolejne dwa ptaki. Niewielki krogulec i wspaniały orzeł – harpia wielka.Młodzieniec uśmiechał się niepewnie podając Keffarowi dłoń aby pomóc wstać mu z ziemi. Widać było, że porusza się z niespotykaną lekkością i gracją.

Montcort, nowa postać w drużynie jest sokolnikiem. Potrafi tak sterować swoimi ptakami, że traktuje się je jako broń dystansową.
Montcort – Traktujcie mnie jakbym atakował bronią dystansową.
Bjornei – Ja to bardziej patrzę na to, jakby jednak balistyczną.

Montcort opuścił dom rodzinny po śmierci ojca, szukając swojego miejsca na ziemi. Sposób w jaki został wychowany coraz bardziej kłócił się z przekonaniami jakie wykształcały się w jego dojrzewającym umyśle i kiedy brakło najbliższych, nic nie trzymało go już w rodzinnych stronach. Ostrzeżony o groźbie spotkania uzbrojonych mężczyzn, Montcort dołączył do drużyny i ruszył z nią w stronę traktu, a następnie po pożegnaniu marynarzy do Borowik. Wkrótce okazało się, że nowy towarzysz jest naprawdę uzdolnionym ornitologiem, kiedy z dużej odległości zauważył krążącą nad lasem Arkunę, na wpół mitycznego ptaka, który potrafił kreować pomniejsze iluzje na potrzeby polowania.

Montcort: Keffar, tak poza grą to ja Ci mówię, że moja sylwetka jest taką idealna kopią Twojej postury, tak, że idealnie chowam się za Tobą. Po prostu mam 4KP za Ciebie.

Podróż do Borowik przebiegła już bez żadnych sensacji i wkrótce drużyna wkraczała pomiędzy zabudowania tej rolniczej osady otoczonej polami i sadami, oraz resztkami palisady. Przywitani przez starszego wioski Whauceya poinformowali o łowcach niewolników i oddali w opiekę miejscowych trójkę niedawnych jeńców, sami zaś znaleźli miejsce, w którym zatrzymali się krasnoludowie. Wieczorem przy wspólnym ognisku zebrało się wielu miejscowych wysłuchać wieści jakie przynieśli przybysze, w tym samym zaś czasie kobiety przygotowywały ciało Sahibeena do pochówku.

Mieszkańcy wsi Borowik żywo zainteresowani są wydarzeniami ze spotkania z łowcami niewolników. Drużyna zastanawia się jak dużo może powiedzieć i czy coś należało by przemilczeć?
Haeri zawstydzony – Ja proponuję trochę ominąć moją nieumiejętność trafienia przeciwnika w czasie walki..

Przyjdzie załatwiać sprawy z wieśniakami.
Keffar – Kto tu jest najbardziej elokwentny?
Bjornei – Ja, ale nie będę się odzywał.
Keffar – No przestań! Mów!
Bjornei – Religia mi zabrania.

Kiedy noc zmorzyła snem osadę, do Borowik wrócił Thorin i Imlin, dwa krasnoludy nieobecne od popołudnia, które wypatrywały śladów ściganych przez nich złodziei w Czerwonej Twierdzy. O świcie Thorin opowiedział nieco więcej o dotychczasowych postępach śledztwa, które, co tu dużo mówić, były żadne. Postanowiono, że wczesnym popołudniem krasnoludy wzmocnione o awanturników ruszą zbadać teren dokładniej i nie tylko przypatrując mu się z pewnej odległości, ale również penetrując wnętrze ruin.

Montcort poddaje się nieco ze strachu umężaniu przez ostrojczyków. Haeri z uśmiechem ale twardo podaje mu alkohol. Montcort patrzy na niego z lekkim niepokojem.
Montcort – Takie połączenie Ogara z Górą.
Keffar – Miły człowiek, ale jak nie będziesz pił to ci jebnie.

Keffar poszukuje kobiet.
MG – Simeonie widzisz Keffara, który szuka jakichś kobiet.
Simeon – A po czym to widać?
Montcort – Nie wiadomo czy to ten błysk w oczach, czy natchnienie na twarzy, a może po prostu po interesie wyciągniętym ze spodni?

Ciałem Sahibeena zajmuje się gospodyni i jej dwie córki. Keffar namawia Haeriego, żeby zainteresować się młódkami.
Haeri – Wydaje mi się to jakieś niemoralne, że najpierw one zajmują się ciałem, a później my zajmiemy się ich ciałami.

Bjornei (o Sahibeenie): Taki był mocny że wbijał palcem młotek w gwóźdź!

Z samego rana Simeon postanowił poszukać garncarza i spróbować zakupić u niego jakieś pojemniczki na swoje magiczne wywary. Ze zdziwieniem odkrył uzdolnionego rzemieślnika o imieniu Helmund, który pochwalić mógł się wiedzą praktyczną znacznie przekraczającą typową dla mieszkańców oddalonych od cywilizacji wsi. Jak okazało się Helmund miał bardzo zdolnego ojca, dziadka a zwłaszcza pradziadka, jednak to co potrafił on sam było już tylko cieniem wiedzy jego poprzedników. Simeon odkrył w warsztacie stare notatniki zapisane równym, choć nieco zbladłym pismem i wyprosił właściciela o możliwość ich otrzymania.

Wieśniacy podłapali szybko, że na usługach dla drużyny można solidnie zarobić i żyłują ich z kasy na czym popadnie.
Simeon – To jakaś żydowska wioska jest!
Keffar – Nie bądź antysemitą… Szkocka.

Wreszcie przyszedł czas wyruszyć w drogę. Ledwo po kilku kilometrach przed oczami awanturników ukazała się scena jak z opowieści. Zagubiony pośród wzgórz zamek straszył opustoszałymi oknami, a kolor jego niczym nie tłumaczył nazwy “Czerwona twierdza”. Ukryci bezpiecznie w oddalonym od zamku zagajniku, mogli obserwować będące w niezłym stanie mury obronne, zrujnowane wrota i zwalistą sylwetkę baszty obronnej. Po krótkiej naradzie łowcy wyruszyli na mały zwiad, obchodząc budowlę w bezpiecznej odległości, wypatrując niebezpieczeństw.

Ze wzgórz zamek nie wyglądał już tak solidnie. Co i rusz widać było destrukcyjny wpływ czasu na zabudowania, jak również niewątpliwie skutki grabieżczej polityki okolicznych chłopów, którzy w kamieniu zamkowym musieli widzieć porządny materiał budowlany. Otoczenie zamku dało jednak ciekawe odkrycie w postaci wyłomu w tylnym murze, który znikał w osuwisku u jego podstawy. Po powrocie do grupy i krótkiej naradzie, to właśnie tę drogę, jako mniej oczywistą, wybrali awanturnicy aby dostać się do środka.

W zagajniku wraz z mułem i dwoma ptakami pozostał Simeon i jeden z krasnoludów. Reszta grupy ubezpieczając się i rozglądając na boki zmierzała ku wyłomowi. Wtem jakiś ruch w osuwisku zarejestrował Montcort i czym prędzej powiadomił o nim resztę. Wpatrzeni z wyczekiwaniem we wskazane miejsce, awanturnicy rzeczywiście zauważyli że coś tam bezsprzecznie się rusza i to coś pokryte jest żółtawym pancerzykiem. Aby rozwiać niepewność, Keffar sięgnął po z dawna nie stosowany środek rozpoznawczy, rzucając w stronę stworzeń kamieniem.

Reakcja była nadspodziewanie żywiołowa. Z dołu wypełzły na swoich króciutkich nóżkach larwopodobne stworzenia. Ich podzielone na segmenty ciała pokrywał pancerz, a w miejscu pyska wyrastało po osiem ruchliwych, przeszło półmetrowych macek. Trzy! Nie! Cztery stworzenia niespodziewanie szybko zaczęły zbliżać się do bohaterów. Łowcy poznali szybko owiane złą sławą ścierwniki pełzające, żywiące się padliną stworzenia potrafiły być groźne również dla żywych stworzeń.

W stronę istot poleciały strzały, a Montcort gwizdem wezwał Malitię, wojownika wspaniałego, z którym wcześniej spotkał się w lesie Keffar i wskazał wrogów. Ptak niczym piorun spadł na ścierwniki, raniąc je równie zapamiętale co reszta drużyny. W tym czasie doszło do starcia, stojący na pierwszej linii Haeri i Keffar przyjęli pierwsze uderzenie stworzeń. Keffar sprawnie utrzymując włócznią jedno ze stworzeń na dystans poważnie je ranił, nieco gorzej poszło Haeriemu, który co prawda dosięgnął wroga, ale ten niebezpiecznie zbliżył się do niego i tylko tarcza pozwoliła się obronić Ostrojczykowi przed szaleńczo uderzającymi mackami. Z tyłu szła już odsiecz krasnoludów.

Simeon (z offu, po szczególnie udanych atakach Keffara i Haeriego): Ale walczycie! Normalnie jak nie wy!

Choć wszyscy dwoili się o troili stworzenia sukcesywnie nacierając odpychały coraz bardziej w tył pierwszą linię obrony. Dystans włóczni Keffara został złamany, Haeri był w coraz większych opałach, niebezpieczeństwo zaczęło też zagrażać stojącym w drugiej linii Bjorneiowi i Montcortowi. Jednak to na krasnoludach skupiła się największa wściekłość stworzeń. Wymachujący młotem bojowym Durar smagnięty kilkoma mackami potwora nagle zachwiał się, zatoczył po czym upadł bez możliwości ruchu, przykryty ciałem Ścierwnika. W momencie kiedy Keffarowi udało się pokonać pierwszego z przeciwników, a Malitia dobił kolejnego, naszpikowanego wcześniej strzałami, podstępnie zaatakowany z tyłu upadł Thorin, porażony paraliżującymi właściwościami wydzielin potworów. Również Haeri nie miał się najlepiej kiedy smagnięty przez ścierwnika w odsłoniętą skórę poczuł, jak tężeją mu mięśnie i jak ciężko mu się poruszać.

Gdyby nie celne strzały Montcorta i furiaszczy atak Keffara, wkrótce mogło by się okazać, że awanturnicy ponieśli sromotną porażkę, ale rzutem na taśmę udało się odwrócić losy spotkania i wkrótce martwe leżały na ziemi wszystkie cztery ścierwniki. Haeri i Keffar oszołomieni po walce potrzebowali chwili odpoczynku, w tym czasie Bjornei sprawdził co z krasnoludami. Na szczęście okazało się, że są tylko sparaliżowani. Bjornei wyszeptał pod nosem kilka słów, poczuł jak napełnia go duchowa energia po czym przyłożył dłonie do piersi Thorina. Efekt był tyleż natychmiastowy co niespodziewany. Thorin zerwał się na nogi, dotknął swojego ciała sprawdzając czy jest całe, po czym zwrócił wściekły wzrok na szamana i wycharczał – Jak mogłeś mi to zrobić?!

Po walce ze ścierwnikami.
Keffar – Uff, myślałem, że nas te carriony rozsmarują!
Haeri – Ja też myślałem, że nas rozsmarują.
Simeon – Ja też myślałem, że WAS rozsmarują.

  • * *

Tymczasem nieświadomy dramatycznych wydarzeń Simeon siedział w nieodległym, tymczasowym obozie i zajmował się lekturą pamiętnika znalezionego w warsztacie garncarza. Nagle alchemik poczuł jak w skronie uderza mu krew. Znał dokładnie słowa zawarte w tej księdze. To co odnalazł wydawało się być rękopisem słynnej książki “Alchemia a hermetyzm” pióra Awicenny.

View
Skrzydła Rocranon cz.31 - Wieczna wolność

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Kiedy opadły już pierwsze emocje Simeon osowiał i zamknął się w sobie ze swymi niewesołymi myślami. Wyglądało na to, że stracił właśnie swoją najlepszą szanse na odnalezienie legendarnego kwiatu, mającego moc wyleczenia jego brata. W myślach rozważał swoje możliwości i gryzł się pomiędzy jak najszybszym pożeglowaniem do rodzinnego domu, żeby móc choć zdążyć się pożegnać, a podjęciem kolejnej próby skontaktowania się z rocranońskimi elfami. Korzystając z tego, że wszyscy mieli jakieś sprawunki (w tym niezwykle ważki zakup osła, który ma nosić ekwipunek drużyny) i rozeszli się po osadzie, sam zbadał czy znalazłby się dla niego statek, w którymś z wybranych kierunków.

Wprost do Hageavo podróżowała galera wojenna “Grzywa Ragora” pływająca pod argadyjskimi barwami, choć wypełniona ostrojskimi ludźmi morza. Statek wychodził w morze z wieczornym przypływem i nie było problemu z miejscem dla “argadyjskiego naukowca”. Na Rocranon płynąć miał statek dopiero za cztery dni, kiedy to do osady wróci handlowiec, który ledwo tego ranka przywiózł tutaj urzędnika z Sotham, mającego uprawomocnić jakąś własność dla wsi Kelpie. Urzędnik odpoczywać miał właśnie w karczmie w oczekiwaniu na przewodnika z Kelpie, a ludzie zachodzili w głowę, co to za tajemniczą sprawę ma tutaj do załatwienia.

Tymczasem Sahibeen również pozbawiony dostępu do możliwości Arendy Białej, bez pieniędzy i ekwipunku, coraz ciężej widział swój powrót do domu. Korzystając z przebywania w porcie zaczął wypytywać o możliwość zatrudnienia się u kogoś i dość szybko trafiła mu się całkiem interesująca okazja. Przystojnego południowca zaczepia piękna kobieta o smagłej cerze i jej towarzysz o gibkim ciele i olśniewającym uśmiechu. To Biała Lora i Marmo Turo, członkowie trupy cyrkowej “Róża Gadridów”.Trupa odbywa właśnie tournee po wyspie i szuka ochroniarzy, za których gotowa jest zapłacić.

Sahibeen podniecony możliwością pracy zarobkowej, jak również marząc o wdziękach pięknej akrobatki czym prędzej odnajduje swoich towarzyszy, jednak rozczarowujący brak zainteresowania z ich strony powoduje, że ze smutkiem porzuca plany zaciągnięcia się na służbę. W tym czasie reszta drużyny zrealizowała już swoje zakupy, a Keffar rozmówił się z kapitanem Cacotem, tłumacząc mu się z nowej sytuacji i dowiadując się, że w najbliższym czasie “Morski robak” raczej nie zamierza wracać w te strony.

Strapiony tą myślą Keffar zastanawia się co dalej i dzieli się z drużyną pomysłem na siłowe rozprawienie się z Arendą. Choć Haeri z radością przystaje na tę propozycję, reszta towarzystwa jest znacznie bardziej sceptyczna i odrzuca ten pomysł jako szaleńczy. Znacznie chętniej przystają na propozycję oszukania urzędnika z Sotham i podania się za wysłannika z Kelpie. Drużyna słusznie podejrzewa, że ten przybył w celu zalegalizowania wydobycia kamieni szlachetnych dla sprytnego wójta Riffina.

Urzędnikiem okazuje się dość suchy jegomość w ciemnej todze, zajadający obiad w “Kuflu Wędrowca”, który zachowuje się jakby jego służbowy wyjazd był najlepszym urlopem na jaki kiedykolwiek został wysłany. Z radością wita podających się za wysłanników z Kelpie bohaterów, przedstawia się imieniem Arles i zaprasza ich do stołu. Z ciekawością wypytuje o wszystko i zgadza się o jak najszybsze wyruszenie w drogę. Nie wie o tym, że awanturnicy chcą go poprowadzić wprost do Chomoth i oddać w ręce Raffolka Gelneya wraz z mapą, na której wdzięczny Ulian zaznaczył miejsce swojego znaleziska.

Unikając kontaktu z mieszkańcami wyspy, bohaterowie bezpiecznie eskortują Arlesa aż do wioski i krótko tłumacząc jej przywódcy co jest do ugrania, zostawiają go za sobą, a sami postanawiają jeszcze przed nocą przejść jak najdłuższą drogę w kierunku wsi Borowik, gdzie spotkać mają Thorina Zivarsona i jego krasnoludzkich towarzyszy.

Sahibeen: Ja też mam przetrwanie!
MG: No własnie… na pustyni
Sahibeen: Strasznie tu pusto…

Droga wypada dokładnie pomiędzy dwoma miejscami, do którego bohaterowie nie chcą trafić. Osadą Mrzysen i wioską Kelpie. Keffar obiera więc kierunek pomiędzy nimi i prowadzi polami drużynę tak, aby zmniejszyć ryzyko spotkania kogokolwiek. Noc wypada jeszcze nim udaje się dotrzeć do drogi, jaką ledwo kilka dni temu podróżowali w poszukiwaniu Uliana, syna Arendy. Mały problem z gniazdem węży na szczęście nie przeradza się w sytuację niebezpieczną, ale rano część drużyny jest raczej niewyspana.

Sahibeen poszedł sie odlać i przez przypadek nalał w gniazdo węży. Wężom się to nie spodobało i zaczęły dziarsko ruszać w jego stronę.
Sahibeen: modle sie do moich bogów, że zachciało mi się jedyneczkę a nie dwójeczkę bo jakby w dupsko…
Sahiben tłumaczy Haeriemu (ktory nie mówi po wspólnemu)
Sahibeen: Byłem w krzakach i tam bawiłem się wężem! Znaczy walczyłem z wężami!
Haeri: O czym on do mnie mówi?
Sahibeen: pokazuję że próbuje się odlać, potem zygzak i na krzaki…
Keffar (komentarz z tła, bo oficjalnie śpi): on Ci chyba seks proponuje…

Kiedy w końcu następnego ranka przychodzi przeciąć szlak komunikacyjny, awanturnicy zauważają wolno toczący się w stronę Mrzysnu wóz i natychmiast, wraz z osłem, skrywają się tak aby nie zostać dostrzeżonymi. Zaprzężony w wołu wóz, wyładowany nieokreśloną zawartością, powożony jest przez przysypiającego chłopa i raczej nie stanowił żadnego zagrożenia, ale przewrażliwieni bohaterowie wolą chuchać na zimne. Dalsza droga pozbawiona była jakichkolwiek ważnych wydarzeń, aż do feralnego spotkania w lasku, nad niewielkim parowem.

MG: ktoś jedzie drogą, co robicie
Keffar: Padam
Drużyna: Padamy za Keffarem
Haeri: A co z osłem?
MG: Oooo! Zapomniałem o ośle ]:→
Haeri: przykryjcie go ręcznikiem Sahibeena!

MG: osioł jest posłuszny, ale nie ma imienia, więc jest taki trochę smutny

Przedzierając się przez krzewy i drzewka, Keffar nieco zaaferowany rozmową z Haerim, staje oko w oko z niedogolonym, ubranym niechlujnie w skórzaną kurtę, opróżniającym właśnie pęcherz na dno parowu mężczyzną. Tamten tak samo zaskoczony zastyga z rozdziawionymi ustami i oczyma wpatrzonymi w niespodziewanych gości nie przerywając czynności fizjologicznej. Pierwszy do siebie dochodzi Keffar, ale witając się z napotkanym nie spodziewa się panicznej reakcji tego ostatniego. Mężczyzna z rozchełstanym odzieniem rzuca się do ucieczki znikając wkrótce między drzewami.

Keffar ostrożnie rusza jego śladem zaniepokojony nieco dziwnym zachowaniem mężczyzny. Uciekający zostawił ślady tak wyraźne, że wyćwiczone oko tropiciela nie miało żadnych problemów z ich odnalezieniem. Wkrótce jednak to nie gorący trop zaprzątnął uwagę Ostrojczyka, lecz odgłosy świadczące o tym, że drużyna zostaje otaczana. Wkrótce pomiędzy drzewami z przodu i boków zaczęli pojawiać się mężczyźni o zarośniętych, zakazanych gębach, ubrani w skórzane zbroje, z łukami, włóczniami i pałkami w dłoniach. Awanturnicy szybko naliczyli dwunastu przeciwników, w tym trzech Kutoran. Jeden z nich, w sposób widoczny przywódca tej hałastry odezwał się pierwszy i zażądał poddania się awanturników.

Wycelowane w drużynę łuki, napięte mięśnie dłoni trzymających broń przeciwników jasno dawały do zrozumienia, że to spotkanie nie skończy się polubownie. Sahibeen nagle dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach. U pasa jednego z agresorów wisiały kajdany tak klasyczne dla łowców niewolników. Nomad nie zamierzał wracać na galerę, co to, to nie. Syknął tylko, na tyle głośno aby inni usłyszeli, z kim drużyna ma do czynienia. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Herszt łowców rzucił komendę brać ich, w tym samym momencie z łuków poleciały strzały. Bjornei niezwykle celnie ugodził przywódcę wrogich wojowników, a ten z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia zwalił się na ziemię. Okrzyk triumfu ugrzęzł jednak w gardle szamana kiedy zobaczył, że z piersi Sahibeena sterczy ordynarna lotka strzały. Nomad zachwiał się i upadł tam gdzie stał bez ducha. Reszta jednak zajęta była już walką. Keffar i Haeri rzucili się w stronę łuczników, starając się związać ich walką i uniemożliwić ponowne naciągnięcie cięciw. Avelox przewrócił nagle oczami, wykrzyczał kilka słów i z jego dłoni poczęły wylatywać iskry jaskrawego, czerwonego światła i godzić w przerażonych wojowników wroga.

Ostrojczycy dzielnie stawali, ale ich przeciwnicy bezlitośnie wykorzystywali przewagę liczebną i na nic zdawały się mieć celne strzały Bjorneia, magiczne pociski Aveloxa, a nawet szalejący ze swoją laską zakończoną metalową kulą Simeon. Wojownicy zaczynali przegrywać. Gdyby nie to, że w przeciwnikach duch był osłabiony po utracie wodza, zapewne w tym lasku skończyły by się przygody drużyny, ale kiedy kolejny łowca niewolników padł rażony strzałą szamana, reszta rzuciła się do bezładnej ucieczki. Byle dalej od miejsca swojej porażki.

Haeri: To ja odrzucam tarcze i chce go sztyletem.
Keffar: Nie, nie, topór jest lepszy!
MG: według zasad zawsze lepiej mieć tarcze, toporem się nie da parować…
Bjornej: Nie, nie, zasada jest taka, że jak masz do wyboru miecz topór lub tarcze to wybierz tarcze, możesz atakować i się bronić…
Haeri: Po przemyśleniach… moich mistrzów z ostrojów… stwierdzam, że trzymam tarcze dalej i walę toporem.
MG: to była długa i głęboka retrospekcja…

Na placu boju pozostało czterech zabitych i jeden ranny łowca, oraz martwy Sahibeen, który nie zdążył nawet tego dnia podnieść swojej broni. Bjornei i Simeon smutno pokiwali głowami, nic dla niego nie dało się zrobić. Avelox z wściekłością w oczach ruszył ku rannemu bandycie, jednak ten zaczął się wydzierać aby darować go życiem, a wskaże “gdzie są pozostali”. Okazało się, że walka odbyła się w pobliżu obozu łowców, w którym zakutych w kajdany znaleziono 6 osób. Trójka marynarzy, dwoje młodych parobków i zabiedzona kobieta nie mogli uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy awanturnicy uwalniali ich z okowów.

Odnalezienie kuferka z pieniędzmi bandytów nie mogło poprawić nastroju bohaterów. Oto jeden z nich zginął w sposób tak przypadkowy i zdawało by się bez sensu jak to tylko możliwe. Ledwo kilka dni wcześniej uciekł z niewoli, aby z ręki ludzi pokroju tych, którzy go zniewolili zginąć. Na pewno cieszyłby się z oswobodzenia innych nieszczęśników, ale tego już nie zobaczy, tak samo jak nigdy nie zobaczy swojego domu, do którego tak bardzo chciał wrócić.

Avelox bezlitośnie dobija niepotrzebnego już łowcę niewolników, a reszta drużyny przygotowuje się do odparcia reszty bandytów. Wcześniej w panice uciekli, ale z dużym prawdopodobieństwem wrócą po swoje złoto, niewolników i zemstę…

Druzyna została napadnięta przez łowców niewolników. W walce Sahibeen padł rażony krytycznym atakiem jednego z łówców niewolników.
Bjorni (po walce): szkoda że nie udało sie uratować, tego, no…
Smartfox w offie: Mistrzu, dzisiaj odmówiłeś mnie odwiedzić, zabiłeś mi postać… ja tu widzę kryzys relacji!


Kolejna śmierć w drużynie. Żal straszny zwłaszcza że przypadkowa i głupia to była śmierć, jednak dla mnie ten świat taki jest i mam wrażenie, że sami też w takich momentach to czujecie. Trochę bezsilnej złości, trochę strachu o własną postać. Tak powinno być w moim mniemaniu, w moim świecie. Sahibeena pozostawiamy więc w galerii naszych zmarłych bohaterów, Tomek wróci z nową postacią już na następnej sesji.

View
Skrzydła Rocranon cz.30 - Dudniący kamień i niewinne sierotki

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Do powrotu kapiatana Cacota do Mrzysnu pozostał jeden dzień, tymczasem drużyna biwakująca pośród wzgórz zaczęła odczuwać braki w zaopatrzeniu. Powoli kończyło się jedzenie, a wody nie starczyło by na kolejny dzień. Szybko wszyscy zajęli się tym co potrafią najlepiej. Haerii ruszył nad morze i siedząc na wielkim kamieniu wystającym z wody zaczął łowić ryby. Keffar wybrał się na polowanie, a Sahibeen wyczuwając siłę autorytetu “Kapitana Keffara” ruszył za nim. Avelox z Simeonem zatopili się w lekturze jednej z ksiąg Simeona dyskutując czasem cicho o sobie tylko zrozumiałych aspektach tejże. Bjornei zaś… cóż, Bjornei odpłynął myślami ku chmurom płynącym po spokojnym, wiosennym niebie, jak miał to w zwyczaju.

Efaktem dnia było znalezienie sporej ilości jadalnych korzeni, miodu, strumienia z czystą wodą, złowienia kilku soczystych ryb i uwarzenie kilku ratujących życie napoi alchemicznych. Kiedy zbliżał się wieczór, wszyscy swobodnie wylegiwali się wokół ogniska, Sahibeen gotował pachnącą zupę, która okazała się ostra aż oczy wychodziły z orbit, słowem oddawano się relaksowi.

Sahibeen gotuje zupę na biwaku. I tylko żeby było “jak w domu” brakuje mu intensywnych przypraw.
MG – Bjornei ma chyba jakieś przyprawy.
Keffar – Ale on je pali!
Sahibeen – Potem będziemy widzieć to co on. Bjornei miałbyś może jakieś przyprawy?
Bjornei – Z przypraw konopie, muchomory i łój niedźwiedzi.
Sahibeen – To ja się ślicznie uśmiecham i jednak podziękuję.

Cóż z tego, skoro już w chwilę po tym, kiedy większość obozu zasnęła, w spokojne nocne powietrze wdarł się obcy dźwięk, regularne uderzenia w bęben. Pobudzeni bohaterowie ruszyli w noc zbadać zjawisko, zostawiając przy ogniu tylko Simeona i jednego z marynarzy. Idąc za dźwiękiem, awangarda zwiadu odkryła przedziwne zjawisko. Ogromny kawał skał w kształcie klina, wiszący dwa metry nad ziemią, kręcił się wkoło własnej osi, opalizując delikatnie na fioletowo. Każdy jego zakończony obrót o 360 stopni sygnalizowany był głuchym dźwiękiem przypominającym uderzenie w napiętą skórę bębna.

W nocy rozlega się nieodległe dudnienie bębna.
Sahibeen – Jak słyszę bębny to od razu przez sen wiosłuję…

Onieśmieleni nieznanym zjawiskiem awanturnicy przyglądali mu się nie wiedząc co uczynić. Tylko Keffar, aż rzachnął się i biegiem puścił w stronę obozowiska, gdzie rozgrywał się drugi akt tej tragikomedii. Simeon i marynarz, którzy pozostali w obozie zobaczyli nagle, jak z iskier ulatujących z ogniska zaczynają tworzyć się runy. Zaaferowany zjawiskiem Simeon z niecierpliwością oczekiwał na stworzenie się do końca każdego ze znaku i z rozczarowaniem stwierdził, że to jakiś bełkot, nie składający się w żadne inteligentne przesłanie. Spojrzał zdziwiony na towarzysza szukając u niego zrozumienia kiedy odkrył, że człowiek ten o nieco słabszym intelekcie, został całkowicie zahipnotyzowany spektaklem i nie zareagował nawet na uderzenie w twarz.

Za to przy tobołkach drużyny wytrwale pracowali mali złodzieje! Halflingi właśnie przetrząsały rzeczy bohaterów. Niewiele się namyślając Simeon cisnął w złodziejaszków jedną z fiolek ze swoimi tajemniczymi wywarami. Fiolka pękła i natychmiast obozowisko pochłonął gęsty, szary dym, w który z furią wbiegł powracający Keffar. Słysząc dziwne dźwięki z obozu kolejni bohaterowie zaczęli wracać ku ognisku, aż przy lewitującym kamieniu nie pozostał tylko Avelox i Bjornei. Ten pierwszy wyszukał na ziemi kamień i cisnąwszy nim w niecodzienne zjawisko odkrył, że było ono tylko wytworem iluzorycznym.

Simeon próbując wybudzić z hipnotycznego snu jednego z marynarzy przywalił mu raz czy dwa w pysk. Co jednak nic nie dało. Za to później marynarz w zdziwieniu leżąc na posłaniu macał swoją twarz zastanawiając się czemu jest taka spuchnięta i obolała?
Sahibeen – Taaak, to te komary, bardzo zjadliwe bestie tego lata…

Sahibeen wkurzony kolejną akcją bezczelnych halflingów.
Sahibeen do Keffara – Jak jeszcze raz nas wydymają to będziesz miał z dupy autostradę!
Wszyscy – Co to jest autostrada?
Sahibeen – No to szlak handlowy jak stąd do Lulumpurii!

Po przeprowadzeniu inwentaryzacji okazało się, że z tobołków nie zginęło nic prócz sporej ilości jedzenia. Sahibeen wściekły pośpieszał aby natychmiast ruszyć za złodziejami w noc, jednak Keffar powstrzymał go, mówiąc że lepiej poczekać do świtu. Wszyscy mieli już serdecznie dość harców niziołków stąd jeszcze przed świtaniem zebrała się spora grupa chętnych odwetu bohaterów, którzy ruszyli za swoim tropicielem śladami nocnych gości.

Haeri budzi kopniakiem Keffara.
Haeri – Słonko wstaje, wstań i ty.
Sahibeen – Poetycko.

Tak jak Keffar spodziewał się, wszystkie ślady łączyły się w jeden trop prowadzący ku północnemu-wschodowi, nagle jednak ze śladami zaczęło dziać się coś niezwykłego. Trop małych humanoidów zmienił się nagle w wielkie okrągłe ślady stworzenia z ogromnymi pazurami, chwilę później w dziesiątki tropów ptasich szpon prowadzących w wielu kierunkach na raz. Tropiciel osłupiał na chwilę, ale zaraz przypomniał sobie o tym, że niziołki posługują się iluzją i kiedy dodał dwa do dwóch jego zmysły przełamały zaklęcie i dalsze śledzenie poszło już bez trudu.

Trop prowadził wprost do niezwykłej, okrągłej niecki pozbawionej trawy, którą dzień wcześniej przypadkiem odkrył Bjornei. Nikt szczególnie nie kwapił się, żeby wchodzić na jej dno, a Keffar obszedłszy ją wkoło stwierdził z całą pewnością, że ślad niziołków właśnie w niej się urywa. Średnicy ledwo 8 metrów nie mogła jednak żadnym sposobem ukryć złodziejaszków. Dopiero nadejście Simeona i jego anlityczno-magiczne umiejętności pozwoliły odkryć na dnie dołu krąg z kamieni naznaczonych runami, które opalizowały magią obronną, nic to jednak nadal nie zmieniało w sytuacji i dopiero decyzja drużynowego szamana o spojrzenie za zasłonę świata duchów pozwoliła odkryć astralną drabinę, którą udało się dostać do miejsca, w którym skrywały się halflingi.

Keffar zniechęcony brakiem efektów porannej wyprawy postanawia choć zrobić halflingom na złość.
Keffar – To ja się tylko odleję do tej dziury.
MG – Robisz to, jednak bez widocznego efektu.
Haeri – Kurde. Kucnął i nic!

Nikt jakoś nie chce pierwszy pójść i zbadać miejsca gdzie zniknęły halflingi.
Bjornei pod nosem – Te halflingi mają nadludzką siłę i opite są magicznym napojem.

Okazało się, że niziołki za pomocą sobie znanej tylko magii potrafiły z kawałka rzeczywistości stworzyć bezpieczne dla siebie schronienie i gdyby nie Bjornei, nocna kradzież mogła by im ujść na sucho. Widząc złość awanturników niziołki poczęły błagać o litość i tłumaczyć się, że były tylko bardzo głodne. Fosco Banksi, ich przywódca zaoferował po krótkiej namowie, że zapłaci za jedzenie i oddał bez większego szmerania całą swoją sakiewkę ze srebrem. Simeon, przy zdecydowanym oporze Aveloxa, zadecydował że w ten sposób spór zostaje rozwiązany i wszyscy powinni rozejść się w pokoju nie szkodząc sobie bardziej, co też się stało i drużyna opuściła schronienie halflingów.

Avelox nie mógł zemścić się na podstępnych halflingach. Postanawia choć rozrzucić ich magiczny krąg. Niestety kamienie nie dają się ruszyć z miejsca.
Avelox – Aha. Drugie rozczarowanie jednego dnia.

Drużyna spiera się o to, kto był autorem zmuszenia halflingów do zapłacenia odszkodowania.
Simeon – Przypominam, że pomysł żeby zapłacili za jedzenie był mój z początku…
MG – … a potem przywłaszczył go sobie Keffar.

Wszystkich członków drużyny łączyło z pewnością jedno przeświadczenie, że już nigdy nie chcieli by spotkać tych szczwanych oszustów. Tymczasem po śniadaniu zwinięto obozowisko i łódź razem z drużyną i Ulianem i jego wybranką ruszyła w stronę Mrzysnu. Okazało się, że statek “Morski robak” przybył zgodnie z zapowiedziami kapitana Cacota Hywolda i czeka na kotwicy u wejścia do zatoki, co było awanturnikom bardzo na rękę. Dopłynąwszy do statku drużyna oddała Uliana i Gilian pod opiekę marynarzy, kapitan bawić miał na lądzie i tam postanowiono się z nim spotkać.

Na pożegnanie Ulian wręczył Keffarowi mapkę, na której zaznaczył miejsce, w którym znalazł złoże kamieni, o którym wspominał wójt Riffin i podziękował za pomoc jakiej bohaterowie udzielili jemu i jego narzeczonej. Poprosiwszy marynarzy z Chomoth o wysadzenie ich na lądzie w pewnym oddaleniu od osady, bohaterowie pożegnali się z nimi i zapłacili dodatkowo za ich usługi srebrem, które otrzymali w rekompensacie za jedzenie skradzione przez halflingów. Już lądem ruszyli ku osadzie, zastanawiając się czy pokazywać się w ogóle na oczy Arendzie Białej? Większość drużyny była przeciwna, ale uzbrojony w list Uliana do matki Simeon mocno uparł się, że sprawę należy wyjaśnić do końca.

Nim jednak bohaterowie dotarli do osady na ich drodze los postawił kolejnych podróżnych, dziwnych jak na ten rejon świata, bo pod postacią czterech wojowników ostrojskich, z czego ucieszyli się bardzo Keffar i Haeri. Ci okazali się być marynarzami w jakiejś tajemniczej misji, która prawdopodobnie miała coś wspólnego z tajemniczymi pakunkami, które taskali na plecach. Wkrótce po dotarciu do Mrzysnu mogli przyjrzeć się również ich potężnej galerze wojennej “Grzywie Ragora”.

Simeon nie dał się odwieść od pomysłu odwiedzenia Arendy i ruszył dziarsko w kierunku jej domostwa. W tych odwiedzinach postanowił mu towarzyszyć wyłącznie Haeri, reszta drużyny zaczaiła się w pobliżu na wypadek potrzeby szybkiej interwencji. Żaden z nich jednak nie palił się do konfrontowania się z nieco straszną kobietą i jej synami.

Wizyta od samego początku potoczyła się źle. Bójkę między Haerim i wściekłym Ornherdem, otyłym synem Arendy przerwała sama gospodyni, ale wkrótce doszło między nią i Simeonem do przepychanek słownych i temat spuszczenia lania przez gotowych do bitki portowców wrócił na agendę. Koniec końców jednak Arenda z paskudnym uśmiechem na twarzy kazała przybyszom wyjść, i oddalić się z JEJ osady szybko i nie oglądając się za siebie, co bohaterowie uczynili, przy wyraźnym rozczarowaniu Haeriego, który liczył na jakąś przepychankę.

Ostre starcie w domu Arendy Białej, za chwilę może skończyć się krwawo, ale kobieta rzuca tylko pogardliwie.
Arenda – Powinnam była pozwolić Ornhardowi urwać wam głowę i wsadzić w waszą dupę.
Simeon oburzony – Nie godzi się!

Drużyna wysłuchawszy relacji Simeona postanowiła wziąć radę Arendy sobie do serca i co prędzej udać się ku wsi Borowik, gdzie miał na nią czekać Thorin ze swoją kompanią. Razem mieli spenetrować Czerwoną Twierdzę. Po drodze postanowili jeszcze tylko zrobić małe zakupy i znaleźć kapitana Cacota i wyłożyć mu swoje położenie. Zamiast tego znaleźli tłum zgromadzony w porcie, nad ciałem wyłowionego topielca. Był nim nie kto inny a Artip, pechowy złodziejaszek, którego wynajął Athor, syn Arendy, aby okradł ich znajomych krasnoludów.

Po sesji rozmowa schodzi na Wałbrzych, miasto rodzinne Sahibeena.
Keffar – Straszna, straszna dziura!
Sahibeen – Broniłbym, ale… nie wiem jak.


Na tym koniec relacji, ale możemy swobodnie zakupy i rozmowę z kapitanem Cacotem rozegrać tu i teraz, w komentarzach pod notką. Proszę o aktywność jeśli uznacie to za dobry pomysł i o przemyślane deklaracje.

View
Skrzydła Rocranon cz.29 - Szeryf i niedźwiedź

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Ulian patrzył z nienawiścią na awanturników, pocieszając delikatnym głaskaniem Gilan, jeszcze kiedy wsiadali do łodzi i odbijali od osady Chomoth. Sternik i marynarz z wioski szybko rozwinęli żagiel i statek popłynął na wschód, ku morskim skałom, które nazywano kłami. Teraz nadszedł czas na rozmówienie się z młodymi i wyjawienie im planu drużyny. W zamian za informacje o położeniu źródła kamieni półszlachetnych, młodzi mieli być załadowani na “Morskiego robaka” i popłynąć nim na Rocranon, a później gdzie tylko będą chcieli. Choć na początku Ulian nieufnie podchodził do propozycji “porywaczy” przystał na warunku i łódź skręciła ku zachodowi, a następnie na północ, aby po okrążeniu wyspy Sennej dopłynąć do Mrzysnu.

Simeon podsumowuje niezwykle udane kontakty zawiązane z mieszkańcami wsi Chomoth.
Simeon – To wszystko zasługa naszego “kapitana” Keffara. Złote usta roku.

Sahibeen podsumowuje seńską wyprawę drużyny.
Sahibeen – Mogliśmy młodych oddać matce chłopaka i mieć przerąbane u ojca dziewczyny, albo oddać ojcu dziewczyny i mieć przerąbane u matki chłopaka. Zamiast tego wypuszczamy ich wolno i będziemy mieć przewalone u obu stron… Macie gdzieś jeszcze moje kajdany? Ja się z powrotem zakuję i jednak wrócę na galerę.

Tymczasem Simeon wpadł na pomysł, że jedna z pustych, mijanych wysepek, czy też po prostu kamieni wystających z morza, może idealnie nadawać się do eksperymentu, który od jakiegoś czasu chciał przeprowadzić, po studiowaniu księgi o obcych planach, przesłanej przez jego nauczyciela. Otóż nabrał przekonania, że wie jak wywołać istotę ognia, być może podobną do tej jaką spotkali w podziemiach Luci i spętać jej wolę. Takie doświadczenie mogło by przydać się w wyprawie po porzucone ciało Finora.

Sahibeen zaniepokojony planami Simeona przywołania istoty ognia.
Sahibeen – Patrzę w popłochu. Co wy mi chcecie pokazać?
Keffar – Jak urośniesz to ci pokażemy.
Sahibeen – Właśnie się boję, że za chwilę mi pokażecie, a ja jeszcze nie urosłem!

Simeon dokładnie opisuje jaką istotę chce przyzwać i jakie zabezpieczenia zamierza podjąć, żeby go żywcem nie pożarła.
Avelox ironicznie – I chcesz to teraz przywołać? Interesujące
Sahibeen – On się mało odzywa, ale jak coś powie…

Kiedy tylko alchemik podzielił się swoim pomysłem wybuchła spora kłótnia, w której głównie starano się przekonać naukowca, jak głupi jest pomysł, na który wpadł. Koniec końców jednak, po zapewnieniu maksimum możliwego bezpieczeństwa dla drużyny (większość została w łodzi i z morza obserwowała starania Simeona), przystąpił on do inkantacji zaklęcia. Wielkie było rozczarowanie, kiedy czar nie powiódł się i nawet najmniejszy efekt jego działań nie objawił się obserwującym. Simeon postanowił powrócić do studiowania księgi i wkrótce spróbować ponownie. Statek w komplecie ruszył na północ.

MG tłumaczy, że duża mądrość była mniej przydatna niż inteligencja, której Simeon miał za mało, aby przyzwanie mu się udało.
Sahibeen – A ty masz dużo mądrości i mało inteligencji? To w sumie perfekt odgrywasz swoją postać. Właśnie chciałeś przywołać wielkiego ducha.

MG opisuje księgę wiedzy magicznej, jako połączenie legend, podań i realnych zaklęć, widoczny dowód na ignorancję autora.
Sahibeen – U nas na chacie to jest standard. Był taki jeden Abdul Alhazred, napisał książkę – Necronomicon. Słyszeliście?

Ulian uświadomił drużynę, że w momencie kiedy postawi swoją stopę w Mrzyśnie, jego matka dowie się o jego obecności i tyle będzie z planów przemycenia ich na statek płynący na Rocranon. Po krótkiej rozmowie postanowiono przybić do zachodnich brzegów wyspy, wysłać Gryanyego, jednego z marynarzy z wiadomością do krasnoludów, a samym poczekać na przypłynięcie kapitana Cacota, które miało nastąpić za półtorej dnia.

Szybko wciągnięto łódź na brzeg, podzielono się zadaniami i rozłożono obozem przy niewielkiej skarpie, która skutecznie osłaniała od wiatru i wścibskich oczu. Podzielono się obowiązkami, a jako że zbliżała się już noc, wyznaczono również warty, na wszelki wypadek. I nic nie działo się, aż do trzeciej warty, zaciągniętej przez Bjornei, kiedy usłyszał on wyraźnie zbliżające się ku obozowi kroki. Obudzony przez wartownika Keffar bez słowa rozpłynął się w ciemnościach, tymczasem reszta zbiła się w grupę i zaczęła wypatrywać zagrożenia.

Napięte oczekiwanie przerywa wysoki i dość kuriozalny głos dobiegający z mroku, domagający się zebrania obozowiczów przy ognisku, tak aby ich było widać. Potok słów przerywa nagły hałas gdzieś w ciemnościach i już nikt nie zwraca uwagi na niedorzeczne żądania, lecz bohaterowie rzucają się w tamtą stronę z niepokojem. Jakież zdziwienie staje się ich udziałem kiedy wpadają na Keffara, szamoczącego się bezradnie z kilkoma halflingami, a z mroku wyskakują kolejne gotowe pomóc pobratymcom.

Z ciemności nocy dobiega rządający głos.
Głos – Stańcie przy ognisku tak żeby było was widać!
Bjorni konspiracyjnym szpetem – No chyba ich pojebało…
Sahibeen – Ja staję.
Avelox – Ta też staję, ale trochę za nim.

Nie wiadomo jak by się ta cała sytuacja skończyła gdyby właściciel kuriozalnego głosu nie pojawił się nagle pośród walczących i swoim wrzaskiem nie zaprowadził spokoju. W krótkich słowach wyjaśnił, że nazywa się Fosco Banksi, jest szeryfem halflińskiej wioski Udim i wraz z patrolem (ośmioma radosnymi i pełnymi werwy chłopakami) przyszli sprawdzić kto obozuje na ich ziemi. Po stwierdzeniu stanu osobowego towarzystwa zatwierdził, mocą swojego urzędu, pozwolenia na obozowanie przez dobę w zajmowanym miejscu i wraz z oddziałem zniknął w mroku.

Po takiej przygodzie jakoś nikomu nie chciało się spać i jeszcze przez czas jakiś dyskutowano o niezwykłych nocnych gościach, kiedy gdzieś pośród równin dało się słyszeć dudniący cwał i nawoływania, które wraz ze zbliżaniem się cwału wyraźnie zwracały się do Keffara. Jak się wkrótce okazało, to środkiem nocy, z pochodnią w ręku, na grzbiecie swojego wiernego niedźwiedzia cwałował Thorin, spiesząc drużynie na ratunek. Zdziwiony, że nie ma kogo ratować wyjaśnił, ze wysłanych przez nich do Mrzysnu marynarz znaleziony został pijany w sztok, a ze słów, które zdołał z siebie wydusić wynikało, że awanturnicy potrzebują pilnej pomocy.

Thorin ucieszył się, że nic złego nie spotkało jego nowych znajomych i popasał przez chwilę w obozie. Nagle, wydawało by się znikąd, pojawił się Fosco Banksi i zrugał awanturników, że deklarując nocujących nie ujęli w spisie niedźwiedzia, i to przewinienie obłożył karą, skracając pozwolenie na obozowanie tylko do rana. Nie dając sobie nic wytłumaczyć odszedł znów w mrok, wraz ze swoimi towarzyszami. Wkrótce Thorin pożegnał się, informując jeszcze, że następnego dnia, wraz z towarzyszami rusza ku wsi Borowik gdzie zakładają bazę wypadową do Czerwonej Twierdzy i tam będą drużyny wypatrywać, jeśli zdecyduje się do nich dołączyć.

Po kolejnych niespodziewanych odwiedzinach patrolu halflingów.
Sahibeen – Oni muszą mieć jakąś moc magiczną. Muszą! Są tak wkurwiający, że inaczej by nie przeżyli!

Halflingi domagają się opłaty za obozowanie na terenie ich ziem.
Sahibeen – Szukam czterech kołków, rozwieszę między nimi tasiemkę i ogłoszę eksterytorialność!

Reszta nocy upłynęła już bez żadnych niespodzianek, a rano do obozu wrócił skruszony i cierpiący na potężnego kaca Gryany. Dodatkowe karanie go za głupotę i pijaństwo wydawało się bohaterom bezsensownym okrucieństwem, więc zabrali się za organizowanie pobytu w tym miejscu, ponieważ zgodnie z planem musieli przeczekać tu jeszcze kolejny dzień zanim ruszą do Mrzysnu.

Tymczasem choć zapasów żywności było dosyć, to kończyła się słodka woda. Wszyscy dostali swoje zadania i ruszyli dziarsko do ich wykonywania. I tylko Bjornei usiadł gdzieś z boku i wyciągnąwszy ze swoich pakunków jakieś tajemnicze przedmioty, oddał się temu co szamani potrafią najlepiej, czyli rozmowie z duchami. Nie wiadomo dokładnie jakich wiadomości udało mu się dowiedzieć, ale zasępiony wstał po pewnym czasie i powolnym krokiem ruszył gdzieś zadumany.

Sahibeen i Keffar, którzy wspólnie penetrowali okoliczną równinę i pagórki, nagle dostrzegli obozowisko na skraju lasu. Podkradnąwszy się na tyle blisko aby ujrzeć obozujących, ze zdziwieniem stwierdzili, że to znajome halflingi, które nocą dwukrotnie odwiedzały ich obóz! Choć Sahibeen starał się go powstrzymać, Keffar ruszył pewnym krokiem wprost ku niziołkom z zamiarem zaskoczenia ich, ale efekt jaki osiągnął przeszedł chyba jego najśmielsze oczekiwania.

Kiedy tylko jeden z niziołków zobaczył nadchodzących bohaterów, zerwał się i krzycząc piskliwym głosem “zdekonspirowani!” wzbudził taki popłoch wśród swoich towarzyszy, że nagle zakotłowało się jak w mrowisku, w które ktoś wsadził kij. Więcej jednak bohaterowie nie zobaczyli, bo sam Fosco zamachał rękoma w przedziwny sposób, wykrzyczał kilka krótkich słów i nagle z jego rąk ku awanturnikom z szybkością błyskawicy pomknęły duże, kolorowe kule. Te wybuchły przed ich twarzami z oślepiającym błyskiem, który spowodował, że na kilka minutę bohaterowie stracili wzrok.

Keffar i Sahibeen próbowali spacyfikować grupę oszukańczych halflingów, niestety oberwali raczej bohaterowie.
Sahibeen – Ustalmy wspólną wersję bo jak powiemy reszcie, że nas te małe gnojki w ch* zrobiły…!!!

Wściekli na siebie przetrząsnęli rzeczy porzucone przez halflingów, a Sahibeen postanowił nawet pozostawić im przykrą niespodziankę, jeśli wrócą do obozu, po czym ruszyli ku swoim sprawom. Halflingów nigdzie nie było widać. Tymczasem Bjornei w swoim spacerze dotarł do tajemniczego miejsca, gdzie w doskonale okrągłej niecce, kompletnie pozbawionej trawy, znalazł krąg z kamieni oznaczonych tajemniczymi symbolami.


No dobra. Jako, że przygotowania do obozowania są nudną czynnością, załatwmy je w komentarzach. Co myślicie?

View
Skrzydła Rocranon cz.28 - Błędy popełnione z miłości

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Simeon postanowił nie tracić okazji, jaka sama właśnie wchodziła mu w ręce. Oto Ulian we własnej osobie, niemal bez towarzyszy pojawia się przed nim, wprost jak na zamówienie. Alchemik szybko ruszył przed siebie, rzuciwszy swoim towarzyszom porozumiewawcze spojrzenie. Zatrzymał młodzieńca przedstawiając się jako przyjaciel jego ciotki, której życie jest w niebezpieczeństwie, upewniając się, że Ulian dokładnie przyjrzy się kościanej bransolecie, jaką drużyna dostała od Arendy. Ulian wyraźnie zmieszany podjął grę i odprawiwszy swoich towarzyszy wszedł w krótką dyskusję z Simeonem. Obiecał w nocy stawić się na kwaterze bohaterów i wyjaśnić sprawę.

Kilka godzin niepewnego oczekiwania bohaterowie spędzali w swoich pokojach. Avelox i Simeon zajęci lekturą ksiąg alchemika, Haeri i Bjornei płytką drzemką, Keffar nasłuchiwaniem a Sahibeen, napojony ziołami i zmęczony nową raną, oddał się bez reszty leczącemu snu. W końcu o okiennice pokoju Simeona uderzyły małe kamyczki, to Ulian zapowiadał swoje nadejście. Wkrótce przekradł się do pokoju aby wyjaśnić sprawę swoją i swojej matki.

Drużyna ściąga na swoją kwaterę Uliana, aby dowiedzieć się o nim więcej i jego sytaucji.
Simeon – Dajemy gwarancję, że póki co, nic ci się nie stanie.
Ulian – A kiedy kończy się ta gwarancja.
Nieszczęśliwy, że nieobecny Sahibeen z offu – Kiedy odmówisz naszym prośbom.

Deklaracje drużyny w czasie rozmowy z Ulianem.
Bjornei – Robię za mądrego, czyli nie mówię nic głupiego.
Simeon – Milczenie jest złotem.
Haeri odpowiedzialny za finanse drużyny – Ile mam dopisać tego złota do skarbu?

Simeon domyślał się tego już wcześniej, teraz okazało się potwierdzić, że młodzieniec z matką nie był w najlepszych stosunkach, za to swoją przyszłą żonę wydawał się kochać szczerze. Nie pozostało nic innego jak pozwolić mu odejść kiedy sobie tego zażyczył. O sprowadzeniu go dobrowolnie do Mrzysnu nie było co marzyć, a Simeon nie zamierzał robić tego gwałtem. Zamknięty w swoich ponurych myślach położył się na swoim łóżku i przestał się odzywać do kogokolwiek. W takiej sytuacji, nie pozostało nic innego jak położyć się wszystkim spać.

Simeon nadal roztrząsa w głowie sytuację.
Simeon odkrywczo – A może matka Uliana nie zgadza się na ten ślub?
Sahibeen ociekając sarkazmem – No kurwa co ty?!

Drużyna ma zagwozdkę, co robić. Sahibeen zwraca się do szamana, ten jednak ucieka od odpowiedzialności.
Bjornei – Na mnie nie patrz, ja jestem żałosną pierdolą w futrze.

Bjornei podsumowuje czarnowidztwo nomaga.
Bjornei – Ten fatalizm typowy jest dla ludzi pustyni.
Sahibeen – Patrz, futra nie zgolił, ale mądrze prawi.

Nie dane było jednak awanturnikom wyspać się solidnie bo o przedświcie obudziły ich krzyki i walenie w drzwi, a w chwilę później ciężkie kroki na schodach. Do domu, w którym nocowali bohaterowie wkroczył w całej swej okazałej i rozwichrzonej postaci wójt Riffin. Z jego wrzasków i krzyków bohaterowie zrozumieli, iż oskarża ich o zniknięcie swojej córki Gilan i przyszłego zięcia. Pomagierów wójta już na schodach powstrzymał groźnym wymachiwaniem młyńca toporkiem Haeri i być może tylko dlatego nie doszło do rękoczynów.

Sahibeen widząc, że gdzie się nie obrócą robią sobie wrogów.
Sahibeen – Zastanawiam się gdzie tu jest najbliższa galera do wydostania się z wyspy…

Nieco spokojnym tłumaczeniem, nieco krzykiem w końcu bohaterowie wytłumaczyli, że nie mają nic wspólnego ze zniknięciem młodych, a na kilka celnych ripost wójt odesłał swoich zauszników i w końcu można było swobodnie pogadać. Okazało się, że Riffin znakomicie wiedział czyim synem jest Ulian i widział w jego ożenku z Gilan świetny interes dla własnego rodu, bo Arenda jawiła mu się jako aktywna i przedsiębiorcza kobieta interesu. Wiedział również o tym, że bohaterowie rozmawiali z nim w nocy, bo szybko wygadał się o tym Simeon i obwiniał ich, że wystraszyli młodziana, co mogło być prawdą bez dwóch zdań.

Wielki raban we wsi robi wójt, martwiący się o to, że jego plany związane ze ślubem wzięły w łeb. Właśnie zbliża się do drużyny drąc się niemiłosiernie starając się zwrócić na swoich wysiłkach uwagę reszty mieszkańców wioski i wrobić awanturników w poszukiwania.
Sahibeen – Ja od razu mówię, jak on zacznie drzeć na mnie mordę, to ja mu zapewnie przedwczesne wybory samorządowe.

Wkrótce okazało się, że poszukiwania Gilan i wrzaski wójta, postawiły na nogi połowę wioski, a plotka o wydarzeniu i roli w nim bohaterów lotem błyskawicy rozprzestrzeniała się pośród ludzi. Wójt począł rozpowiadać, że bohaterowie podjęli się zadania odnalezienia młodych i cóż było poradzić, zwłaszcza że wcale nie było to tak nie na rękę jak mogło się wydawać.

Simeon czuje się winny sytuacji jaka ma miejsce i tłumaczy się szczerze na lewo i prawo ze swoich poczynań.
Simeon do wójta – Chcieliśmy się od niego tylko dowiedzieć co naprawdę myśli o swojej matce.
Sahibeen łapiąc się za głowę – Dalej! Powiedz mu jeszcze, że spierdoliłem z galery.

Grupa podzieliła się na dwie części. Keffar, Haeri i Sahibeen wzięli trzy kuce i ruszyli drogą na północ, tropiąc ślad znaleziony przez ostrojczyka. Simeon, Avelox i Bjornei zostali we wsi, czekając czy nie poszczęści się innej grupie poszukiwawczej. Bjornei namawiany przez swoich towarzyszy sięgnął ku mądrości duchów i po odprawieniu krótkiego rytuału uzyskał niejednoznaczną podpowiedź, w której słyszał krzyk rybitwy i łopot żagli. Cytio, który kręcił się za przybyszami od samego rana podpowiedział, że może chodzić o statek “Biała rybitwa”, który zatonąć miał na skałach zwanych kłami, na wschód od wyspy. Jedynym sposobem aby tam się dostać, było znalezienie statku do wynajęcia, a o ten miało być najłatwiej we wsi Chomoth. Za przewodnika wyprawy, posłużyć miał kuzyn Cytio – Nieles, który za dwie monety obiecał pokazać skały, o których mówił chłopak.

Bjornei wypytuje Cytio o Uliana i Gilan, którzy uciekli w nocy z wioski.
Bjornei – Nie widziałeś może gdzie chodzili wcześniej?
Cytio – Nie wiem gdzie panie Niedźwiedziu.
Sahibeen – Dla przyjaciół Misiu.
Bjornei podśpiewując – Nie mów do mnie Misiu, nie mów do mnie Misiu…

Zaskoczony MG.
MG – Niesamowite jak drużyna wierzy w moce szamana.
Bjornei – “Bo czucie i wiara szamana wiecej dla nich znacżą niż mędrków szkiełko i oko”
Sahibeen – Mickiewicz Rocranonu w dupę jeża.

Bjornei wykonuje rytuał znalezienia, słyszy głos rybitwy i łopot żagla.
Bjorni – Trzeba iśc w kierunku morza!
Sahibeen – Kurwa, to żeś powiedział, to wyspa jest!
Simeon – Jak prawdziwy jasnowidz!

Tymczasem tropiciele powędrowawszy traktem ku Mrzysnowi, znaleźli luzem pasące się dwa kuce, które z Kelpie zabrali uciekinierzy. Młodzi aby zmylić pościg puścili je samopas, sami skręcając ku południowemu zachodowi. Keffar jednak nie miał żadnych problemów ze znalezieniem ich tropu i wkrótce wyprawa znów była na trasie, która jak okazało się wiodła wprost ku wsi Chomoth. Nie było zaskoczeniem, kiedy obie grupy spotkały się nim dotarły do celu, do którego podążyły już wspólnie.

Haeri zatroskany widokiem strapionego Keffara.
Haeri – Wyglądasz na zmartwionego, jakbyś sobie przypomniał złe wspomnienia z dzieciństwa.

Chomoth sprawiało z daleka zupełnie odmienne wrażenie co Kelpie. Wyszczerbiona palisada, zapadnięte dachy domostw, zestarzałe drewno nadmorskiej osady pokryte było zielonym nalotem. W porcie kołysało się kilka łódek, ale zanim drużynie w ogóle dane było tam dotrzeć przy bramie zebrał się komitet powitalny, któremu przewodził silny i wysoki mężczyzna o brodatej twarzy i zadziornym spojrzeniu. To właśnie on powitał przybyszów i przedstawił się jako Raffolk Gelnney. Wystarczyło spojrzeć na niego i na to jak jego słowa przyjmowane są wśród reszty, żeby upewnić się, że on tu dowodzi.

Keffar do alchemika, przed wejściem do wsi Chomoth.
Keffar – Simeon. Teraz się skup. Jak powiesz, że szukamy córki wójta z Kelpie, to ci pierdolnę.
Sahibeen zachwycony bezpośredniością Keffara – Czekam na efekt.
Simeon cichutko – Obrażony jestem.

MG opisuje nową wioskę.
MG – …schodzą drogi w stronę morza. Hmmm, nie wiem, rysować wam to?
Sahibeen – Póki się nie bijemy to chyba nie.

Lokalny chłopek utropek z Chomoth zaczepia figlarnym uśmiechem Haeriego.
Haeri – Podjeżdzam do niego i chcę go poklepać po plecach
MG – Nn odsuwa się dwa kroki do tyłu i przed nim wyrasta jego PAŁA co ją trzymał w łapie, jak taka tarcza, żeby utrzymać między wami dystans.
Haeri – Ty patrz jak się cieszy na mój widok!

Kiedy Raffolk dowiedział się od Keffara, że ten jest Ostrojczykiem i planuje zapłacić za wynajęcie łodzi, brodata twarz wyraźnie się rozpogodziła i cała drużyna została zaproszone do karczmy, gdzie zaserwowano piwo. Naczelnik Chomoth zdawał się wyraźnie mieć słabość do ludzi morza, za jakiego pokroju człowieka brał Keffara i Haeriego. Szybko wyjawił, że w “jego” gościnie jest Ulian i Gilan, których Keffar przedstawił jako swoich wysłanników. To oni mieli być forpocztą drużyny i zapewnić wynajem dobrej łódki dla “kapitana Keffara”.

Raffolk Gelnney, przywódca wsi Chomoth wypytuje o “załogę Kapitana Keffara”, jego wzrok pada na Simeona.
Raffolk – A ten starszy mężczyzna?
Sahibeen nadal cięty na alchemika – To jest nas głos prawdy! Jakby Keffar miał stulejkę, to by wszyscy kurwa od razu o tym wiedzieli.

Keffar próbuje wejść do pokoju, gdzie ukrywają się uciekinierzy. Zza zamnkniętych drzwi słyszy.
Ulian – Wejdź tu tylko a rozwale Ci łeb!
Keffar – No to wchodzę!

Kiedy doszło do konfrontacji trzech stron, Ulian na oczach drużyny zapłacił Raffolkowi srebrem aby pojmał awanturników. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy na rozkaz “brać ich”, ludzie Raffolka błyskawicznie obezwładnili młodych kochanków i oddali ich w ręce bohaterów. Naczelnik uśmiechnął się szelmowsko do Keffara i zacisnął pięść na srebrze, którym zapłacił mu Ulian.

Po sesji gracze podsumowują swój stan psychofizyczny podczas grania.
Bjornei – Ja miałem swój normalny, niski poziom.


To mniej więcej tyle. Mamy możliwość zrobienia małego epilogu, więc wszystkich chętnych zapraszam, aby do środy pisali w komentarzach, co też zamierzają robić. Dajcie znać co z kucami z Kelpie, co z waszymi planami na żeglugę. Raffolk odda wam dużą łódź z prostokątnym żaglem i wiosłami, oraz trzema osobami załogi, które popłyną z wami gdzie tylko zechcecie. Koszt – 8 kłów, tak jak chyba rozmawialiśmy na sesji. Jeśli coś się zmieni w tym temacie dam znać.

Co do kwiatków, to postanowiłem do raportów wrzucać tylko wybrane. Co za dużo to niezdrowo jak mawiają ;).

View
Skrzydła Rocranon cz.27 - Rzecz o szczęśliwym życiu rolnika

Udział wzięli: Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Rankiem drużyna raźno wyruszyła na szlak. Nim jednak jeszcze w ogóle zdążyła wyjść z osady natrafiła na znajomka. Przed drzwiami domu Arendy Białej koczował jeden z towarzyszy Thorina. Krasnolud ujrzawszy maszerujących zamachał na nich dając znać, że chętnie zamienił by z nimi kilka słów. Zaczął od sarkania na “staruchę”, która aż do tej pory nie postanowiła ich przyjąć na rozmowę, po czym swobodnie przeszedł na opisanie zdziwienia, jakie ogarnęło ich wczoraj kiedy zobaczyli awanturników w domu złodzieja. Nadmienił również, że Thorin chętnie zamieniłby z nimi kilka słów.

Gracze rozmawiają z krasnoludzkim NPCem, usłyszał własnie nie do końca to co by chciał od postaci.
MG – Widzicie jak krasnolud zamyśla się, pochyla nieco głowę a czoło marszczy mu się tak, aż krzaczaste brwi tworzą niemal jedną linię.
Sahibeen – Krasnoludzka monobrew, skaza chaosu.

Keffar chce namówić resztę drużyny aby wrócili na chwilę do portu porozmawiać z przywódcą krasnoludów. Sahibeen mocno oponuje.
Haeri – Czemu nie lubisz tak tego portu?
Sahibeen – Kołysze, śmierdzu rybami…
Keffar – Złe wspomneinia?
Simeon – Po prostu on przypłynął na Titanicu.

Ku ogólnej niechęci zawracania z podjętej drogi i wyraźnej awersji Sahibeena do okolic portowych, Keffar postanowił sam rozmówić się z krasnoludem, a następnie dogonić towarzyszy na szlaku. Galerę “Wstyd Calypso” odnalazł bez trudu, wiedząc że na niej zatrzymały się krasnoludy. Minąwszy wielką, intrygującą skrzynię na pokładzie zapukał do jedynej na galerze kajuty.

Keffar w porcie wpada na dwóch portowych ochroniarzy.
MG – To taka paramilitarna, jednostka lokalna.
Sahibeen – Ona jest paramilitarna bo zawsze chodzą parami.

Na galerze przewożona jest tajemnicza, przykryta brezentem skrzynia, która mocno intryguje Keffara.
Keffar: Co jest w tej skrzyni, czuję jakieś piżmo specyficzne?
MG: Wiesz co? Ty to jestes jakimś myśliwym więc stwierdzasz że to moze być jakiś niedźwiedź albo chuj wie co…

Thorin poczęstowawszy gości obłędnie pachnącym jabłecznikiem wywiedział się o powód odwiedzin bohaterów u Arendy i ostrzegł przed “tą kobietą”, mającą jakoby wpływ na wszystko co dzieje się w Mrzyśnie i to raczej niekoniecznie jedynie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Dowiedziawszy się, że drużyna rozważa udanie się do Czerwonej twierdzy, aby pomóc Sahibeenowi, pozostawił pod rozwagę połączenie sił, skoro i krasnoludy miały się tam wkrótce udać.

Żegnając się na pokładzie galery, Keffar z ciekawości zapytał jeszcze o skrzynię, w której okazało się przewożony był wielki, brunatny niedźwiedź, pieszczoch krasnoludów, za to w stosunku do obcych wyraźnie pełen nieufności.

Keffar wrócił do portu, reszta powoli ruszyła w drogę. Haeri zasępił się nagle, zdając sobie sprawę z czegoś.
Haeri – Kurde, teraz nie będę mógł się z nimi dogadać?

Tymczasem reszta drużyny nieśpiesznym marszem zmierzała na południe, rozglądając się ciekawie po równinie, starając się dojrzeć szczegóły majaczących daleko na wschodzie wzgórz i umilając sobie czas rozmową na temat rocranońskiego klimatu. Choć droga była utwardzona stopami tysięcy podróżnych i kołami ich wozów, to na samym szlaku nie widać było żadnych ludzi, czasem tylko w oddali, pośród zaoranych pól krzątali się pochyleni w pół rolnicy. Bohaterowie jednak obrali jasno swój cel i nie zamierzali zbaczać z drogi. Wkrótce drużynę dogonił Keffar i choć jasne było, że musiał narzucić sobie solidne tempo podróżowania, nie widać było po nim zbytniego zmęczenia.

Simeon korzystając z każdej okazji wypatruje ziół, również w czasie tej podróży chodzi blisko pobocza drogi i wnikliwie przepatruje trawy.
Simeon: A są tu jakieś zioła?
MG: Chodzisz, rozglądasz się, szukasz…
Sahibeen: Mosci Simeonie, co ty w kupę weszłeś co tak chodzisz na boki?
Keffar: a co, uzyczysz mu ręcznika?
Sahibeen – Po co? Przecież widzę, że sam szuka gdzie buta wytrzeć.

Sahibeen przyzwyczajony do gorącego klimatu pustyni nie może przyzwyczaić się do Rocranońskiej wiosny.
Sahibeen – Taaa… Wiosna, że jaja aż klekoczą!

Monotonie podróży zburzyło w końcu rozwidlenie drogi, w którego widłach umiejscowiona była otoczona palisada zagroda, na którą składał się długi gospodarczy budynek i piętrowy dom mieszkalny. Zbliżywszy się nieco bohaterowie odkryli, że zabudowania otacza dodatkowo fosa, obecnie wyschnięta i nieco zamulona, a sama palisada jest stara, zmurszała i pełna dziur. Na pewno niezdolna do spełniania swojej podstawowej funkcji.

W bramie palisady pojawił się rosły, niemal łysy mężczyzna z bujną brodą i z dłonią uniesioną do oczu czekał, aż awanturnicy zbliżą się i po krótkiej wymianie uprzejmości zaprosił ich do środka. Mężczyzna zwał się Cyne sługa Aluacha i okazał się być szamanem ducha wiatru, dobrodzieja okolicznych upraw. Posadziwszy gości na ławach przed frontem domu i napoiwszy wdał się z nimi w krótką rozmowę i nakierował na właściwą drogę ku celowi ich podróży.

W którymś momencie rozmowa zeszła na osobę Arendy Białej i choć Cyne starał się za wszelką cenę nie powiedzieć o niej wprost nic złego, to obraz tej kobiety, jak i drugiej o imieniu Walda, które miały ponoć decydować o wszystkim co dzieje się w Mrzyśnie, nie wydawał się zbyt pozytywny. Podziękowawszy za gościnę i rady, bohaterowie ruszyli dalej, tym razem kierując swoje nosy bardziej w kierunku południowego wschodu.

Napotkany szaman pociągnięty za język opowiada co nieco o Arendzie Białej
Cyne sługa Aluacha – Wielu miała już mężów, różnie to z nimi było. Jedni odpływali w morze, inni, powiadają, też wypływali w pewnym sensie w morze. Wiecie, zatoka w Mrzyśnie jest naprawdę głęboka.
Sahibeen – Note to myself: Nigdy nie być mężem Arendy!

Coraz częściej na horyzoncie pojawiały się chaty, a na polach pracujący ludzie, coraz większe obszary były zaoranymi skibami ziemi, bohaterowie jednak uparcie trzymali się drogi, starając się jak najlepiej wykorzystać czas dany im przez Arendę Białą. Plan udał się znakomicie, bo już wczesnym popołudniem udaje im się dotrzeć do osady Kelpie.

Na pierwszy rzut oka widać, że wioska należy do zamożnych. Nieźle utrzymana, choć stara palisada i otaczająca osadę fosa nadal mogą sprawować dobrze swoją funkcję, choć brama otwarta jest szeroko i nie widać w niej żadnych strażników. Wieś otaczają zaorane pola uprawne i pastwiska, na których widać dużą ilość ludzi.

Mistrz gry opisuje mieszkańców napotkanej wioski.
MG – … w sumie to wyglądają jak typowi wieśniacy z “Siedmiu wspaniałych” czekający na ratunek.
Keffar – A nas jest tylko czterech.
Sahibeen – No i szału nie ma.

Największe jednak zaciekawienie drużyny obudziło świąteczne ozdobienie miasta. Z daleka widać już wiecheć kwiatów zawieszony na tyczce nad bramą wjazdową, kwiatów i zieleni pełno też wszędzie tam gdzie oko ludzkie może dotrzeć spoza palisady. Tajemnica rozwiewa się kiedy bohaterowie zaczepiają młodego chłopaka, oklep jadącego na koniu. Cytio, bo tak się nazywa, tłumaczy, że to panicz Ulian żenił się będzie z córką wójta. Ten sam Ulian, syn Arendy, którego bohaterowie w trybie pilnym sprowadzić mają do Mrzysnu.

Sahibeen postanawia skorzystać z obecności młodzieńca i biorąc go na bok pyta, czy tem jest w stanie skombinować dla niego młotek i przecinak. Po krótkich targach obaj konspiratorzy umawiają się na “po zmierzchu” kiedy kowal jak zwykle zajrzy już do flaszki i będzie można swobodnie zakraść się do jego pracowni.

Sahibeen zagaduje młodego chłopaka Cytio, aby załatwić narzędzia. Drużyna komentuje niewybrednie gusta Sahiego… wtem rozmowa schodzi na standardowe tematy:
Cytio: A jak bardzo możesz być wdzięczny?
Sahibeen: (do Cytio: ) Czekaj chwilę… (do druzyny: ) Moge dostać jakiegoś souvenira? Monetkę?
Simeon: Pederastów nie wspieramy!
Sahibeen z powroten co Cytio: Czy no ja mógłbym to na kredyt?
Cytio: No jasne panie, jasne, ale wytłumaczcie mi co to jest nakredyt?
Drużyna chóralnie: Jak to się robi “na kredyt”?!

W końcu targi zdają się dobiegać końca.
Cyto: No dobrze mogę wziąć w zamian tego kutas!
Sahibeen: Patrzę na niego z niesmakiem… Aaaa, tobie o ten przyczepiony do tarczy chodziło! Zgoda!

Wreszcie drużyna wkracza do wsi zbudowanej na planie koła. Dwa kręgi domów, wewnętrzny i zewnętrzny rozdzielone są ulicą, a każdy budynek przy tejże udekorowany jest kwiatami. Kierując się słowami Cytio drużyna zmierza ku wewnętrznemu kręgowi i zamierza szukać największego domu. Gdyby nawet nie mieli takiej podpowiedzi, nietrudno było by odgadnąć, że dom przy którym kręci się tłum ludzi ze sprawunkami, a młode dziewoje drą pierze z gęsi musi być tym, w którym szykuje się weselisko. Donośny głos wójta dochodzi ze środka, wykłócający się o coś z kolejnym interesantem, z którym niemal zderzają się w drzwiach.

Drużyna zwiedza napotkaną wieś.
MG: Dziewoje z zadartymi powyżej kolan spódnicami drą gęsi, spiewają piosenki o wietrze nad wzgórzami, kolorach żółtym i niebieskim…
Sahibeen: Kurwa ukraina!

Wójt nie należy do osób urodziwych, ale jego tusza i sposób noszenia się wyraźnie wskazują na to, że dobrze mu się powodzi. Bohaterowie korzystając z podpowiedzi jakiej udzielił im Cyne, podają się za awanturników chętnych na zarobienie grosza, jednocześnie jednak starają się jak najwięcej dowiedzieć o przyszłym zięciu interlokutora.

Szybko dochodzą do wniosku, że ślub nie jest pod przymusem, bo panna nie jest w ciąży (to jedna z tych drących pierze), a wójt o panu młodym wyraża się w samych superlatywach. Co prawda wedle jego słów młodzian jest sierotą i jedynie ma braci, z którymi nie chce utrzymywać kontaktów, ale awanturnicy akurat temu kłamstwu coraz mniej się dziwią. Z drugiej strony wójt wspomina coś o miejscu gdzie wydobywać można kamienie półszlachetne i którego trzeba popilnować przez kilka dni, za co chętnie zapłaci, ale ten temat musi poczekać aż do “po ślubie”.

Okazało się, że mężczyzna którego mają sprowadzić do Mrzysnu, bierze następnego dnia ślub. Graczy teoretyzują o porwaniu go.
Sahibeen – Weźmiemy go po pijaku i już!
Keffar – Zrobimy mu kawalersie!
Sahibeen – Przed weselem?
Keffar – A kiedy się robi? Po weselu?!

Simeon ma jednak skrupuły.
Simeon – Myślałem, że my go będziemy ratować? Że on może tu w jakichś tarapatach siedzi?
Sahibeen – A małżeństwo to nie tarapaty?!
Keffar – To powiedz to swojej żonie,
Sahibeen – Ciii, bo jeszcze usłyszy

Awanturnicy po wyjściu od wójta kierują się w stronę wskazanych im kwater. Mają ciężki orzech do zgryzienia i nie mogą zdecydować się co i jak zrobić. Z której strony by nie spojrzeć, wygląda na to, że kosztem szczęścia innych osób mogli by osiągnąć własne cele. Nie wszystkim w smak jest tak wysoka cena. Blisko bramy Keffar zostaje poproszony o pomoc w przeniesieniu długiego, ociosanego drąga, który jak okazuje się służy do zbudowania ogrodzenia placu przyjęcia weselnego, które znajduje się poza palisadą tuż w pobliżu fosy. Pełno tam już ław i stołów, beczek, jest nawet podest przygotowany na tańce. Widać wójt niczego nie żałuje swoje córce.

Sahibeen zastanawia się czy nie przehandlować z Keffarem kradzionego sejmitaru na włócznię.
Keffar – Mam potężną włócznię!
Sahibeen – O tak Keffar ma kawał “włóczni”.
Keffar – Mogę cię nadziać na nią…

Kwatera, na której meldują się bohaterowie, to mistrzowsko wykończony w drewnie dom xxx, w którym zostają oddane dwa pokoje na piętrze do dyspozycji awanturników. Ledwo grupa zadomowiła się w nowym miejscu, Sahibeen pod jakimś błahym powodem wymyka się na zewnątrz na spotkanie z Cytio, bo zbliża się już zachód słońca. Chłopak czeka już przy warsztacie kowala i wbrew oporom wojownika wprowadza go do środka aby ten sam wybrał sobie narzędzia jakich potrzebuje.

MG opisuje dom jednego z wieśniaków, fenomenalnie wykończony w całości w drewnie i nieco się zapamiętuje.
MG – … i nawet okiennice idealnie pasujące zamykane są na rzeźbiony skobel w postaci czapli zaczepiającej swoim pyskiem o haczyk.
Keffar – Pyskiem? W jakiej ty się szkole o czapli uczyłeś.
MG do Sahibeena – Jesteś u nas nowy, pozwól przedstawię ci, Keffar, gracz który do wszystkiego się dopieprzy.
Sahibeen – On to pewnie już zaczął w dziećiństwie. “Mamo, mamo daj mi kanapkę… Eeee? Ze smalcem?!”
MG – No więc ten dom jest tak dobrze wykończony, żeby nawet Keffar nie miał się do czego przypierdolić!

MG w skrócie o świecie.
MG – Jeszcze do tego wrócimy, ale musicie wiedzieć, że ten świat ma trzy księżyce.
Simeon – Jak tu są 3 księżyce to muszą byc tu przypływy, że chuj…
Keffar – No! A mówicie, że to ja się przypierdalam!
Sahibeen – Dla mnie Simeon się nie przypierdala, on podziwia. To jest takie wykrzyknięcie zachwytu!
Simeon – Wołacz: O!!! Chuj!!!

Zapłaciwszy za pomoc obiecanym, kolorowym kutasem przytwierdzonym wcześniej do jego kałkanu, Sahibeen umyka do drewutni gospodarza, u którego się zatrzymał. W końcu może przeprowadzić do końca swój plan pozbycia się kajdan z przegubów swoich rąk, z którymi ukrywał się od momentu ucieczki z galery. Niestety okazuje się, że to nie do końca łatwe, kiedy przecinak jest prawie że długości łańcucha pomiędzy okowami. Sahibeen nie poddaje się jednak, tyle że jego staranie prowadzą tylko bardzo nieprzyjemnego wypadku.

Sahibeen na umówionym spotkaniu z Cytio doprowadza do wymiany.
Sahibeen: Szybka wymiana, ja ci daje kutasa, a Ty mi młotek!

Potężny ryk stawia na nogi bohaterów. Keffar i Haeri szybko namierzają Sahibeena, który z zakrwawioną dłonią i wciąż zakuty w łańcuchy siedzi przy warsztacie i cicho jęczy. Sprowadzony na pomoc Simeon stwierdza złamanie paliczka palca prawej dłoni i przystępuje do pomocy medycznej. Napaja Sahibeena czymś przeciwbólowym, oczyszcza ranę i składa palca, a następnie unieruchamia go. Jest szansa, że wojownik będzie mógł w przyszłości normalnie używać zranionego palca. W czasie kiedy alchemik warzył odpowiednie napary, Keffar z Haerim uwolnili dłonie nomada z okowów, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, że tak długo ukrywał przed nimi fakt bycia skutym.

Za pomocą młotka i przecinaka Sahibeen próbuje uwolnić się z kajdan, które nosi od kiedy uciekł z galery. Niestety nieszczęśliwie rani się poważnie i swoim krzykiem ściąga innych. Haeri tłumaczy stan towarzysza Simeonowi, który ma go leczyć.
Haeri – To spotkanie, na które on umawiał się z chłopakiem chyba nie poszło najlepiej.
Simeon – Bronił się!

Haeri podczas operacji na kończynie Sahibeena próbuje wspomóc go w okiełznaniu krzyku bólu.
Haeri – Z uśmiechem wsadzam mu trzonek topora w usta.
Drużyna zgon.

Kiedy drużyna, wraz z nieszczęśliwym Sahibeenem wraca na kwaterę, są świadkami powrotu z polowania Uliana i jego towarzyszy. Fantazyjnie ubrany, młody, przystojny chłopak, z pierwszym męskim zarostem na twarzy, siedzący na cierpliwym i posłusznym kucu, ciągnącym wóz z upolowaną zwierzyną, gra na fajurce jakąś pełną radości melodię…

Po sesji.
MG – Ale było dzisiaj gejowskich tekstów!
Simeon poważnie – Pederastycznych.

MG zastanawia się nad wydarzeniem z gry.
MG – ciekawe jak potencjalna strata środkowego palca prawej dłoni wpłynie na umiejętność walki włócznią Sahibeena… No nic, jutro wezmę kij od miotły i spróbuję.


No i to by było na tyle, znów jesteśmy na bieżąco więc niech komentarze posłużą za przedłużenie naszej gry na sesji. Zwłaszcza ważny może być plan “co dalej” w sytuacji w jakiej znaleźliście młodego Uliana. Ewentualny konsensus tutaj może przyspieszyć naszą następną sesję.

Jakiekolwiek inne pytania lub deklaracje również mile widziane.

p.s. W najbliższy czwartek będę w sieci o 20:45 na rollu i na skypie. O 21:00 zaczynamy granie, niezależnie od tego kto będzie i kogo nie. ;)

View
Skrzydła Rocranon cz.26 - Kiedy znika jeden z nas

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon

Sahibeen Assad ibn Jaffi Nari Attalani – Uprzejmy i nieco zagubiony mieszkaniec dalekiego południa, ubrany w zwiewne, jasne szaty i turban nomadów pustyni. Bystre oczy i ostre rysy twarzy w połączeniu z ogorzałą skórą i ciemnymi brwiami przyciągają i niepokoją jednocześnie.


A więc w końcu wieści, na które czekali. Spotkanie umówione. Świadkiem ich rozmowy z Masymem był jednak człek, który właśnie podchodził do Simeona i witając go giął się w ukłonach. O ciemnej karnacji skóry, okutany w dość luźne szaty w jasnym kolorze tak mocno, że nawet ręce nie wystawały na zewnątrz, z turbanem na głowie i sporym sejmitarem przy boku, wyglądał bardzo egzotycznie.

Przed sesją MG przedstawia nowego gracza.
MG – No i trzeba przyznać, że jest inteligentny…
Sahibeen – Trzymajmy się faktów, jestem zakurwiście inteligentny. Inteligentny to jesteś ty. I miałem jeszcze lepszą tylko mi obniżyłeś z powodu pochodzenia.
Keffar ze współczuciem do MG – To ty głąb jesteś.

W krótkich, uprzejmych słowach wytłumaczył, iż mimochodem podsłuchał rozmowę o wieczornym spotkaniu z Arendą Białą, a on sam ma do tej kobiety sprawę. Czy mógłby dołączyć do reszty? Po krótkim przepytywaniu okazało się, że przybysz zwie się Sahibeen Assad ibn Jaffi Nari Attalani i pochodzi z dalekiego południa. Wydawał się też na tyle niegroźny, że pozwolono mu dołączyć do grupy podczas wieczornego spotkania.

Sahibeen przybysz z dalekiego południa zaczepia drużynę na ulicach Mrzysnu i pośród ukłonów i kurtuazyjnych przywitań prosi Simeona o pomoc w zapoznaniu z Arendą Białą. Keffar czujnie staje za plecami towarzysza i z niepokojem pomieszanym z groźbą pyta.
Keffar – Simeon, znasz pana?
Simeon – Właśnie poznałem. Jak się nazywasz przyjacielu?
Sahibeen – Sahibeen Assad ibn Jaffi Nari Attalani
Avelox – Które to imię?
Sahibeen – Pierwsze, drugie, trzecie… po części również czwarte, zależy jak odmieniać.

Keffar bardzo dziwi się strojowi nowego towarzysza, złożonemu z jasnuch długich tkanin, w które ten jest okutany.
Keffar – A tak właściwie dlaczego ubrałeś się w ręcznik?
Sahibeen – W twoich ustach nie spodziewałem się słowa w stylu ręcznik, zważywszy na twój wygląd i zapach.

Kiedy nadeszła pora odwiedzin cała drużyna ruszyła na miejsce, jeszcze raz głośno zastanawiając się nad strategią rozmowy z kobietą, oraz tym, co mogą znaczyć jej znajomość z Broulem, który oszukał na pożegnanie bohaterów na tyle dotkliwie, że nadal często to rozpamiętywali. Koniec końców jednak, jak zwykle, postanowili wziąć wydarzenia takimi jak przybędą.

Drużyna ostro dyskutuje jakie środki ostrożności powziąć podczas odwiedzin u Arendy Białej, zwłaszcza że pamietają, iż jest ona “przyjaciółką” (?) Broula, z którym ostatnie spotkanie wspominają raczej przykro. Pośród planów słychać o pozostawieniu pieniędzy w bezpiecznym miejscu, zabraniu ukrytej broni, trzymania warty przed wejściem, itp.
Simeon – A ja robię facepalm i zastanawiam się czy ich nie zostawić?

Drużyna postanowiła zrobić przyjemność Sahibeenowi i przedstawić go Arendzie. W drodze na umówioną wizytę Keffar nagle przypomina sobie coś i zwraca się do Simeona.
Keffar – A dary dla staruchy jakieś masz?!
Sahibeen z niepokojem w głosie – Nagle przeszył mnie lęk, boję się, żeby mnie nie chcieli podarować!

Arenda mieszkała w reprezentacyjnym piętrowym domu, gdzie parter przeznaczony był na dużą salę jadalną, z ustawionymi w podkowę stołami, połączoną z kuchnią. Po wejściu do środka, wprowadzeni przez Masyma, awanturnicy mieli okazję poznać jego siedmiu braci. Wielkie chłopy i zakazanych gębach przyglądali im się z ciekawością, wszyscy prócz jednego, który zajmował się podsycaniem ognia i drugim, opasłym jegomościu pochłoniętym opróżnianiem wielkiej michy z jedzeniem.

Jeden z braci, brodacz o parszywym spojrzeniu i twarzy naznaczonej głęboką blizną po cięciu taksując wzrokiem przybyłych trafił na wbity w niego wzrok Keffara. Od razu było wiadomo, że panowie nie polubią się. – Czego się gapisz? – rzucił brodacz zaczepnie, ale Keffar zbył jego zaczepkę żartem, udając że z kimś go pomylił. Żaden z nich nie oderwał jednak od drugiego wzroku i sytuacja zaczynała się robić naprawdę napięta, kiedy nagle na schodach na piętro pojawiła się gospodyni.

Wysoka, szczupła, nosząca się szlachetnie kobieta, dobiegać już musiała sześćdziesiątego roku życia, jej twarz poznaczyły zmarszczki, ale bez trudu można było się domyśleć, że niegdyś była bardzo piękną kobietą. Uśmiechnięta przywitała gości, zdając się nie zauważać napięcia, które powstało przy stole w jadalni. Wydała polecenia aby ugościć gości czymś do picia, po czym przeszła od razu do sprawy, pytając jaka sprawa sprowadza jej gości.

Kiedy Simeon wyłuszczył sprawę choroby swojego brata i ostatniego leku, który może mu pomóc, Kwiatu Awicenny, Arenda zdała się zasmucić i zamyślić nad czymś po czym przyznała, że może pomóc w kwestii znalezienia tego niezwykłego kwiatu, jednakże kosztem za jego znalezienie może być WSZYSTKO. Ta tajemnicza uwaga zmroziła krew w żyłach niektórych członków drużyny, ale Simeon był zdeterminowany w swoim postanowieniu. Pozostała jednak jeszcze sprawa zapłaty za pomoc.

Simeon poprosił aby Arenda wskazała mu miejsce, gdzie odnaleźć można Kwiat Awicenny, ta ostrzegła go, że koszt znalezienia go może być bardzo wysoki.
Simeon – Wysoki? Co przez to rozumieć?
Arenda pochyla się nad alchemikiem i patrząc mu w oczy mówi – Simeonie, trzeba za niego zapłacić WSZYSTKIM.
Simeon – Rozumiem…
Avelox z bezbrzeżnym zdziwieniem – Rozumiesz?!

Arenda zażyczyła sobie dwóch przysług, zanim wyjawi im swoją wiedzę na temat Kwiatu Awicenny. Pierwszą miało być sprowadzenie do osady jej najmłodszego syna Uliana, który bawić miał obecnie we wsi Kelpie w południowej części wyspy. Syn musiał trafić do domu rodzicielki nie później niż przed wieczorem za dwa dni od tamtego momentu. Arenda na chwilę przeprosiła gości i udała się na piętro po coś co udowodni jej synowi, że awanturnicy są jej wysłannikami.

Kiedy tylko jej postać zniknęła na schodach Keffar z brodaczem wstali ze swoich miejsc i wrócili do przerwanej wcześniej czynności prowokowania się do bijatyki. W ich rękach znikąd pojawiły się paskudnie wyglądające noże i wszyscy byli pewni, że za sekundy rzucą się w swoim kierunku, nawet pomimo rozdzielającego ich stołu. Czar pękł jak bańka mydlana kiedy rozległo się natarczywe walenie w drzwi wejściowe. Noże zniknęły równie bezszelestnie jak się pojawiły i oczy wszystkich zwróciły się w kierunku otwieranych przez Masyma drzwi.

Keffar i Athor, jeden z synów Arendy, wyraźnie postanowili sprawdzić, który z nich jest twardszy i od początku wizyty rzucają sobie nieme wyzwanie wzrokiem. W końcu jednak posuwają się o krok dalej i w ich dłoniach pojawiają się noże.
Sahibeen – Taak panowie sobie mierzą długość…
Napięcie jest już tak duże, że za moment może skończyć się tylko w jeden sposób, sytuację rozładowuje jednak nadejście nowych gości, głośno walących pięścią w drzwi. Noże chowają się błyskawicznie. Sahibaan nachyla się ku Athorowi.
Sahibaan – Przyznajmy szczerze. Pan Keffar ma dłuższego.

Niespodziewanymi gośćmi okazały się być dwa znane już bohaterom krasnoludy, Thorin Zivarson i jeden z jego towarzyszy. W tym czasie zdążyła wrócić Arenda dzierżąc w dłoniach niewielkie puzderko. Zapytany o powód tej niespodziewanej wizyty, Thorin odpowiedział, że poszukuje złodzieja, który miał czelność okraść jego pana. Ślady doprowadziły ich w to miejsce, a zleceniodawcą miał okazać się mężczyzna o imieniu Athor.

Arenda spojrzała karcąco na brodacza, z którym niemal pobił się Keffar i zapytała czy to prawda. Pod wzrokiem matki, ten groźny mężczyzna nagle zmienił się w jąkającego się dzieciaka i tłumaczyć, że to był po prostu interes, a zamówienie na kradzież zgłosił człowiek, który wraz z towarzyszami ukrywają się w Czerwonej Twierdzy. Krasnoludy w słusznym gniewie zaczęły domagać się szczegółów, ale Arenda zdecydowanie przerwała ich tyradę i poprosiła o opuszczenie swojego domu i powrót następnego dnia, kiedy razem w spokoju zdecydują jak rozwiązać tą kompromitującą sytuacją. Thorin, choć było mu to wyraźnie nie w smak, postanowił się wycofać, widząc, że nic więcej nie osiągnie. Na odchodnym rzucił jeszcze awanturnikom podejrzliwe spojrzenie i drzwi się za nim zamknęły.

Arenda zdecydowanie nie miała ochoty roztrząsać tego co właśnie się stało i wróciła do poprzedniej sprawy wręczając Simeonowi kościaną bransoletkę z bursztynami i mówiąc, że ten przedmiot jej syn na pewno rozpozna. Na pytanie, czy jeszcze może zrobić coś dla bohaterów odezwał się milczący do tej pory Sahibeen i prosząc o możliwość wyłuszczenia sprawy z jaką tutaj przybył. Następnie opowiedział niesamowitą historię o swojej dalekiej podróży na północ i nieumięjętności powrotu w swoje rodzinne strony. U Arendy postanowił poszukać rady, wiedzy na temat tego, gdzie leży jego kraj w stosunku do wyspy Rocranon, może jakichś map żeglugowych, a nawet pomocy w zaokrętowaniu się na jakąś jednostkę płynącą w jego strony.

Sahibaan wykłada swoją prośbę do Arendy. Potrzebuje tylko o informacje jak ma wrócić do domu na dalekim południu, gdzie szukać informacji, transportu, map… Avelox zniecierpliwiony w końcu przerywa potok potrzeb przybysza.
Avelox – Taaak. Jeszcze podróż mu opłać.
Sahibeen potakując głową – Tak, to mi pasuje.

Sahibaan wyraźnie wstydzi się swojej sytuacji i na koniec zwraca się do Arendy z prośbą o poufność.
Sahibaan – Jeśli mogę prosić aby to spotkanie zostało między nami, oraz twoimi synami (ośmiu rosłych panów), oraz tymi awanturnikami (kolejne pięć osób)… eeech.

Arenda zaskoczona podobnie jak członkowie drużyny udzieliła właściwie tylko jednej podpowiedzi, jeśli w porcie nie potrafi mu nikt pomóc, to może wyprawa do Czerwonej Twierdzy, dawnego zamku miejscowego szlachcica pozwoli mu znaleźć jakieś stare mapy, które niegdyś z pewnością musiały tam się znajdować. Z tą wiedzą bohaterowie pożegnali się i postanowili ruszyć w stronę karczmy “Kufel wędrowca”, w której się zatrzymali.

Po wyjściu od Arendy, drużyna nadal rozmawia o koszcie znalezienia Kwiatu Awicenny jaki przyjdzie zapłacić Simeonowi.
Avelox – Ale co to znaczy wszystko?
MG – Nie wiem, jeśli najważniejsza w twoim życiu jest na przykład mądrość, to może przyjdzie właśnie ją stracić?
Haeri – Jeśli mamy stracić mądrość, to może niech ja zbieram te kwiatki?

Keffar nie może się nadziwić, że Sahibeen przewędrował cały kontynent i nie wie skąd przybył i jak wrócić.
Keffar – Muszę powiedzieć podziwiam cię. Taką imprezę zrobić żeby aż tu w pijackim zwidzie zawędrować…

Po wyjściu na ulicę Keffar solidnie i po przyjacielsku klepnął Sahibeena w ramię, starając się wyrazić podziw dla niego, za taką bibę, że wylądował na drugim końcu świata, nie wiedząc nawet jak i jak wrócić do domu. O dziwo po uderzeniu usłyszał metaliczne pobrzękiwanie pod szatami ich nowego towarzysza, ten jednak szybko zdystansował się od ostrojczyka i wyraźnie zaznaczył, że nie życzy sobie takich zbliżeń.

Keffar mocno klepie Sahibaana w plecy aby dać wyraz swojej do niego sympatii. Metaliczny dźwięk jaki wydobywa się spod luźnych szat podróżnego budzi jego zdziwienie i zabiera się do obmacywania jego ubrania. Sahibaan odskakuje od Ostrojczyka.
Sahibaan – Panie przestań! Ja gustuję w kobietach płci niewieściej!
Keffar – A są inne kobiety niż płci niewieściej?
Sahibaan zasępiony nad komplikacją obcego mu nieco języka – A nie mówi się w waszym języku, że pracuje się za damski chuj?
Keffar – A wiesz co to jest oksymoron?
Sahibaan oburzony recytuje – Oksymoron, epitet sprzeczny, często występuje w naszych eposach i legendach…
Simeon patrzy ze zdziwieniem na Keffara – Znasz takie słowa?!
Keffar – Nie takich sie uczyłem na uniwersytetach…
Sahibaan – Nagle spojrzałem na Keffara z podziwem, nie dość że silny i wysportowany, to jeszcze uczony.

Gerey Wątpiący, karczmarz wspomnianego już przybytku zaserwował gościom kolację i pobrał opłatę za kolejny dzień wynajmowania pokoju, w którym tłocząc się poprzedniej nocy wszyscy spali. Po wejściu do pokoju znaleźli tam swoje rzeczy, w tym futro którym zwykł na postojach okrywać się Nuadu. Keffar już wcześniej zauważył, że jego przyjaciel zniknął gdzieś, ale w czasie pobytu w Talzanii przyzwyczaił się, że dziki czasem znika na wiele godzin, szukając naturalnej mu ciszy i spokoju, teraz jednak mocno się zaniepokoił, bo łowcy nie widział już od wielu godzin.

Wojciech grający ubranego w niedźwiedzią skórę szamana nagle pojawia się na sesji ze sporym spóźnieniem, już podczas klasycznej posiadówy drużyny w karczmie.
Simeon – Ach! Ty jesteś? Myśleliśmy, że to wieszak.

Na stołach pojawia się jedzenie i tylko spłukany do zera Sahibaan nie ma za co kupić sobie kolacji. Z nadzieją patrzy na nowych towarzyszy.
Keffar – Postawię ci kolację jeśli opowiesz nam swoją historię.
Sahibaan wycofując się nieco – W sumie nie jestem, aż tak głodny.
MG – I w tym momencie ciszę przecina głośne burczenie w brzuchu Sahibaana, jego soki trawienne pobudzone zostały zapachem i myślą o jedzeniu.
Sahibaan – No dobra! Zjadłbym nawet placek z agawy, że tak pojadę “Kryształami”.
Sahibaan tłumaczy zebranym, że po powrocie “do domu” zdobędzie władzę nad swoim ludem i wyciągnie go z barbarzyństwa.
Sahibaan – Władza wybieralna oczywiście, no ale na początek sam będę musiał rządzić.
Haeri – Okręgi jednomandatowe?
Sahibaan – Jeden okręg jednomandatowy.

Simeon patrząc na Sahibaana, słuchając jego wynurzeń i kiwając swoją mądrą głową.
Simeon – Wydaje mi się, że on naprawdę pasuje do naszej grupy.

Haeri nie znający języka wspólnego musi liczyć na tłumaczenie opowieści o politycznych ambicjach Sahibaana przez Keffara.
Haeri – Czy on nadąża z tłumaczeniem?
Sahibeen – On nie tłumaczy wszystkiego tylko podsumowuje to pojedyńczymi słowami. Pierdoli, pieprzy, pieprzy…
Avelox – I znakomicie oddaje prawdę.

Kiedy Keffar przepytywał ludzi w lokalnych gospodach, czy aby nie widzieli Nuadu, Bjornei przygotowawszy specjalną mieszankę ziół i wypalając je w swojej fajce, wprowadził się w mistyczny stan i w świecie duchowym zaczął szukać zagubionego członka drużyny. Kiedy jego umysł zawędrował już na ulice portowe napotkał nagle ciekawskiego ducha portu, ocierającego się o niego niczym kot, łaszący i proszący o przysmak. Bjornei podzielił się z nim wspomnieniem podróży statkiem na Wyspę Senną, w zamian zaś duch pociągnął go za sobą. Zatrzymawszy się w pobliżu straganów szaman mógł ujrzeć scenę, w której Nuadu, trzymając w ręce jakiś kawałek metalowej biżuterii na rzemyku wykłóca się ze sprzedawcą, krzyczy coś, choć cała scena była pozbawiona dźwięku. Kupiec wskazuje port, Nuadu chce biec w stronę miasta, jednak zatrzymuje się, zaciska pięść na naszyjniku, zagryza usta i biegiem rzuca się w stronę portu. Biegnąc po molo macha rękami do kogoś na morzu, które w duchowej wizji jest tylko nieprzeniknioną mgłą, w końcu rzuca się z pomostu wprost w jej opary i znika.

Bjornei zdziwiony opowieścią o drugim synu Arendy, z którym omal nie pobił się Keffar.
Bjornei – To Arenda ma jeszcze jednego syna?
Haeri – Ona ma całą armię synów.

Po skonfrontowaniu wiedzy Bjornei i Keffara, drużyna postanawia następnego dnia, przed wyruszeniem w podróż do wsi Kelpie, zahaczyć o stragan z wizji szamana i dowiedzieć się czegoś więcej. Z samego rana, zaopatrzeni w żywność na podróż ruszają w stronę portu. Od sprzedawcy ozdób słyszą historię dzikiego, który poprzedniego dnia zrobił mu straszliwą awanturę o kawałek nic nie wartej biżuterii znalezionej u niego na straganie. Dziki pytał skąd to ma, więc zgodnie z prawdą odpowiedział, że sprzedał mu go jednooki marynarz z “Trytona”. Dzikus pobiegł do portu i tyle go widział.

Choć w całej tej historii wciąż było więcej pytań niż odpowiedzi, teraz przynajmniej wiedzieli już, co stało się z ich towarzyszem. Nie mogąc jednak nic więcej na razie na to poradzić, postanowili sprowadzić syna Arendy do Mrzysnu.


Ufff z opóźnieniem, ale jest. Kwiatków za trzęsienie :D. Witamy nowego gracza w drużynie!

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.