Skrzydła Rocranon

Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 4
Jak hartowała się stal

Kawalerię w dupie miałem,
bo do Kompanii się zapisałem!

Leśną dróżką przebiegły dwie dziesiątki rekrutów, rycząc w rytm kroków prosta piosenkę intonowaną przez jednego z dziesiętników. Spod ciężkich buciorów tryskała darń, a utytłani niemożebnie rekruci dymali z pełnym obciążeniem do punktu ześrodkowania 10 kilometrów dalej. W kolczugach, brygantynach, z żelaznymi hełmami na głowach, z mieczem, przydziałowym nożem lub sztyletem i uwaleni błotem od stóp do głów wyglądali jak prawdziwi weterani, do których było im jeszcze daleko.
W tym czasie specgrupa Nuadu czekała pod brunatno-zielonymi płachtami maskującymi. Zamaskowani gałęziami, byli niemal nie do wypatrzenia na swoich pozycjach strzeleckich. Z oddali usłyszeli śpiew nadciągających żołnierzy. Nuadu kucnął, rozejrzał się, wystawił zaciśniętą dłoń z kciukiem w dół. Sekcja z ciężką kuszą naciągnęła kołowrotem cięciwę i nałożyła ćwiczebny bełt zakończony woreczkiem z piaskiem miast stalowego bełtu. Dwójka osłony przygotowała łuki i krótkie miecze. Ostatni, dywersant, sprawdził naciąg liny. Śpiew narastał, wreszcie można było dostrzec Tyvaite – dowódcę Dziesiątki Zielonej, który prowadził swoich żołnierzy. Dywersant pociągnął za sznur, z głośnym trzaskiem zerwał się mechanizm zwalniający i przed biegnącymi rozbiły się dwa dzbany z wodą. Nim ktokolwiek zareagował kusznik posłał pocisk prosto w dziesiętnika. Tyvaite dostał prosto w podbrzusze, zakwilił, rzucił „kurwąmacią” i zwinął się z bólu na ścieżce. Jego żołnierze, z pewnym opóźnieniem, ale całkiem sprawnie rozsypali się po okolicznych zaroślach i przygotowali do walki.
Kilka minut później policzono straty. Po stronie „specgrupy” padła sekcja snajperska, zasypana strzałami przez żołnierzy Dziesiątki Niebieskiej. Po stronie zaatakowanych było dwu zabitych (zastrzelony dziesiętnik i jeden z żołnierzy „spalony” oliwą z rozbitych dzbanów) i trzech ciężko rannych.
- Kurwa wasza wsiurska jebana mać! – rzucił sierżant Lambout a potem szpetnie zaklął – Gdzie, pytam, była czujka bando niedorobionych gamoni?! Safer!
Młody żołnierz próbował coś tłumaczyć, ale zamilkł speszony pod ciężkim spojrzeniem sierżanta.
- Dupa z ciebie nie żołnierz. Po ćwiczeniach trafiasz do Różowej.
Safer spuścił zawstydzony głowę. Dziesiątka Różowa. W skrócie Cioty. Rzadko kiedy liczyła dziesięciu żołnierzy. Czasem było ich trzech, czasem piętnastu, jak wtedy, gdy pozorowany szturm na wzgórze zakończył się gigantycznymi stratami. Najgorsza kara w Kompanii, służyć z różową szmata na łbie. Można było czołgać się w pyle, łykać łzy i krew, można było dostać w pysk od sierżanta, ale być Ciotą?
3 kilometry dalej setnik Nuadu z wrodzonym sobie wdziękiem omawiał przeprowadzenie i skutki zasadzki, w wyniku której zginęło 40 % specgrupy. Naprawdę są gorsze rzeczy niż służba w Różowej.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 3
Jak hartowała się stal

Wiosenne słońce skryło się za chmurami. Smugi blasku biły przez pokrywę, sprawiając, że krajobraz nabierał nieco sennego charakteru. Od kilku dni w Kompanii Montcorta trwała unitarka – podstawowe szkolenie wojskowe, choć dla wiejskich chłopaków z okolic Sotham coś na kształt katorgi połączonej z pracą w kamieniołomach. Biegi, ćwiczenia fizyczne, pozorowane walki, po których ocierali krew z twarzy i sprawdzali chwiejące się w szczękach zęby. Lord Montcort de Sotham przechadzał się, nie reagując na stękania i westchnienia zmordowanych rekrutów.
- Zostawiliście za sobą swoje osady. Zostawiliście matki, ojców, braci i siostry. Zostawiliście dziewczyny, bo i tak nie chciały takich wymoczków. Teraz jesteście tu, z nami i my wszyscy, powtarzam, my wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną.
Montcort uważnie stawiał kroki, co chwilę zatrzymywał się, dobierał słowa. Mówił wolno, z namysłem, ale głośno i dobitnie.
- Teraz matką jest dla was sierżant Lambout, dba o was, jak o własne dzieci. Ojcem jest armia, która docenia silnych i pracowitych, a karze leniwych i tchórzliwych. Ja jestem waszym starszym bratem. Czasem, powiadam, czasem dam kuksańca, rzucę ciężkim słowem…
Zatrzymał się, kucnął, rozejrzał po leżących chłopakach, czterdziestce ogolonych na łyso, odzianych jeno w bryczesy rekrutów. Ich ciała lśniły od potu, dygotały ze zmęczenia. Montcort wstał i ruszył dalej. Minął opartego o drzewo Nuadu, który skrzywił się, splunął i pokręcił głową z niesmakiem, patrząc na tę ludzką mierzwę.
- Ale starszy brat dba o swoich, nie pozwoli ich skrzywdzić. Jest też setnik Nuadu. Setnik Nuadu to demon, szatan z najgorszych baśni. Jeśli jako dzieci baliście się, że demony czyhają pod waszymi łóżkami, w ciemnościach piwnic, to mogę wam obiecać, Nuadu na pewno tam był, widział wasze dusze, pragnął je pożreć. Teraz jest tutaj i to zrobi, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego, jeśli nie będziecie rzygać ze zmęczenia, płakać z bólu. Dlaczego? Bo każda łza, każda kropla potu wylana tutaj, to oszczędzona krew w boju. Za chwilę ruszycie dalej, zdobędziecie biegiem to wzgórze, a potem tu wrócicie. Też biegiem.
Montcort robił krok za krokiem, stawiając stopy w mocnych butach na plecach robiących pompki rekrutów.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 2
Jak hartowała się stal

Grupka rekrutów skupiła się wokół sierżanta Lambouta, który prowadził odprawę przed pozorowaną operację:
- Pozycja wroga wedle raportu zwiadowców to szczyt Głowy Cukru. Dzień wcześniej, po marszu forsownym, wróg przedostał się za nasze linie i zajął punkt dowodzenia. Zginęła obsada, oficer został wzięty do niewoli. Waszym zadaniem jest skryte podejście od strony bagniska nad Potokiem Noży, oflankowanie wroga i odbicie oficera w szybkiej i dynamicznej operacji. Pytania?!
Heny, młody kandydat na podoficera, a obecnie dowódca Niebieskiej Dziesiątki, poczochrał się w skołtuniony łeb, mimowolnie rozmazując na twarzy zielone smugi maskowania:
- Panie sierżancie, ale… to nie oficer, to pies!
Lambout spojrzał w stronę Montcorta, siedzącego w pobliżu na skrzyni z ekwipunkiem. Lord skinął lekko głową.
- Żołnierz! Ten pies to dla żołnierza Sir Burgess! Sir Burgess to pełnoprawny członek oddziału, którego pojmał wróg, a my swoich nie zostawiamy! Zrozumiał żołnierz?!
- Tak jest! A… a co jeśli Sir Burgess nie zechce iść?
Kilku rekrutów uśmiechnęło się, jeden parsknął. Wszyscy wiedzieli, że buldog nie biegał na swych krzywych łapkach, a co najwyżej dreptał świńskim truchtem, ciężko przy tym sapiąc. Zresztą najczęściej siedział przy nodze Montcorta i dumnie spoglądał na ćwiczących wojaków.
- Szeregowy Davos! – Śmieszek pobladł i wyprężył się na baczność. – Funkcja w oddziale?!
- Melduję posłusznie, panie sierżancie, że strzelec-obserwator.
Lambout uśmiechnął się złośliwie:
- Żołnierz ma wszystko umieć, żołnierz ma być gotowy do służby na każdym stanowisku! Szeregowy Davos na czas misji obejmie funkcję ładowniczego Wała!
Ćwiczebna kusza wałowa model 17 ważyła 60 kilogramów, łoże, które zwyczajowo nosił ładowniczy, to 2/3 tej wagi. Ciężka, niewygodna broń byłą utrapieniem ładowniczych, najczęściej silnych, rosłych chłopaków. Davos, chudy jak patyk mikrus, typowy zwiadowca, spojrzał w panice na potężny blok drewna i ciężki metalowy mechanizm zębaty.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 1
Jak hartowała się stal

- Nazwisko?! – sierżant Lambout, 98 kilo wojskowego kurewstwa wyryczał jedno słowo prosto w pysk przestraszonego rekruta.
- Ja… ja… ja – plątał się prosty wiejski chłopak.
- Pisać, szeregowy Jajaja! – wojskowy skryba gorliwie bazgrał coś w wielkiej księdze. – Słuchajcie mnie, Jajek, mogę tak do ciebie mówić?!
Pytanie mogło równie dobrze brzmieć: „Czy mogę zerżnąć twoją siostrę?”, a Jajek i tak skwapliwie, by potakiwał.
- Ttaak! – Jajek skwapliwie potakiwał.
- A więc, Jajek, możecie być nędznym chłopem. Wsiurem, który wygnaja oborę, pasie kury, dyma owce czy co wy tam jeszcze robicie na wsi. Możecie też stać się chłopem na schwał… – Lambout spojrzał uważnie w oczy szeregowca. – Chcecie być chłopem na schwał?!
- Ttaak! – Jajek nerwowo przełknął ślinę. – Ale…
- No właśnie! Ale jesteście, Jajek, nędznym, miękkim wiejskim zwisem. Jednak my, armia, my zrobimy z ciebie prawdziwego zabójcę. Mordercę, który będzie rezał ryboludy i smażył je na ognisku. Lubicie smażoną rybę?!
- Ttaak, proszę pana – wyszeptał chłopiec.
- „Tak jest, panie sierżancie” blady wsiurze!
Jajek aż się zapadł w sobie, kiedy kropelki śliny wywrzaskiwane przez Lambouta trafiły go w twarz.
- Tak jest, panie sierżancie Blady Wsiurze. – wydukał przerażony Jajek.
Lambout napęczniał, poczerwieniał, uniósł się w sobie, za to grupka rekrutów skuliła się i zbiła w gromadkę niczym przerażone kurczęta. Zapowiadał się piękny dzień. Trwała selekcja do Kompanii Montcorta.

View
Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 3)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

35. dzień starości, port: Sotham
Choć ze mnie, nie chwaląc się, stary wilk wielkomorski, co niejedno sztormisko przeżył i krakenom w paszcze plwał, wyznam, że radością i ulgą napełnił me serce widok portu Sotham. Jakeśmy znaleźli się na redzie, zarządziłem po kwaterce rumu dla załogi, gdy tylko nasi wielce szacowni armatorzy ze statku zejdą, a towar zostanie rozładowany. Po prawdzie ani Lord Montcort, ani Pan Keffar nie zechcieli mnie wtajemniczyć w ich plany, ale dość marnym wyglądzie ichmościów i nosach, które mieli spuszczone na kwintę, zmiarkowałem, że cosik musiało nie pójść po ich myśli na tej całej wyprawie. Gdym raz przechodził obok ich kajuty – a było to tego wieczora, gdy wszyscy podróżnicy zażyczyli sobie wina na rozgrzewkę – usłyszałem jakoweś śmiechy, które jednak brzmiały bardziej jak jękliwe szlochy, a nad wszystko wybijał się głos szanownego pana Montcorta, który ani chybi miał już nieźle w czubie: „A pochwęęę do mieeeecza maaacie?” – Pewnikiem w tych wszystkich leśnych ostępach sporo oręża zgubić musieli!

Ale do rzeczy. Gdyśmy już szczęśliwie w Sotham zacumowali, Losowi niech będą dzięki, sprawdziłem uszkodzenia statku i wygląda na to, że naprawy nie potrwają zbyt długo, a do tego nie będą zbyt kosztowne. Oj, ucieszy się Pan Keffar jak nic!
Pierwszego dnia po doprowadzeniu naszego „Kalmarka” do porządku poluzowałem ździebko dyscyplinę i zezwoliłem załodze zejść na ląd. Nie całej, ma się rozumieć. Zadzierżystej Eadburh wydałem rozkaz, by pozostała ze mną na pokładzie, albowiem… [kleks] mielim jeszcze… przeprowadzić dokładną inspekcyę całej ładowni. Każdego z jej zakamarków. Bez wyjątku. Oj, pracowity był to dzień, ileż w tej młódce energii! [kleks]

36. dzień starości, port: Sotham
O czym to ja… Ach, tak. Następnego dnia obudził mnie cudny dźwięk jej donośnego niczym dzwon okrętowy głosu: „Mewa nasrała…? I może jeszcze narzygała? Na mewę zwalasz? Na mewę? Szoruj poklad!” – Zuch dziewczynisko, drugiej tak srogiej bosmanicy ze świecą by szukać! Gdym na pokład wyszedł, cała załoga, choć zmizerowana i skacowana po wczorajszych wybrykach na lądzie, przykładnie czyściła i szorowała cały pokład, od dziobu do rufy. W końcu taki statek jak „Kalmar” musi porządnie się prezentować!
Z tej okazji nalałem sobie kieliszeczek tego dobrego winka, które jeszcze po naszych armatorach zostało, i udałem się na pokład, by te huncwoty pod okiem swego srogiego kapitana jeszcze większym migiem się zwijały. Nawet niezawodny Vyncis, sternik nad sternikami, wiedział jak mi się przypodobać, co i raz dolewając mi winka. Ach, leniwy dzień w porcie, żyć, nie umierać!

Nadszedł w końcu czas na codzienne odwiedziny w kapitanacie i rozmowy z kupcami. Na ulicach mówią, że ani chybi wojna na wiosnę będzie, Pan Wanryk się zbroi, ludziska zapasy gromadzą, oj będzie się działo! Ciężkie czasy dla Sotham nadchodzą, ale tym lepiej dla nas, bo kupczyny zleciały się do mnie jak muchy do smakowicie im woniejącego krowiego placka, gdy tylko usłyszały, żem z pokaźnym transportem pszenicy przyjechał. Jak zwykle chciały się targować, szelmy, ale nie wiedziały, na kogo trafiły. Żadnego sprzedawania po kosztach! Tylko poważne oferty, jak idziecie do kapitana Masyma Roge, łachudry! Ha! Co to były za wyśmienite targi, pszenica zeszła na pniu! Tylko jeden jakiś niezorientowany chłystek, któremu z pyska jechało jak zdechłemu dorszowi, próbował u mnie łój zakupić. Manifestu statku nie czytał? Jaki znowu łój? Z psim chwostem się na łby pozamieniał?!

42. dzień starości, port: Sotham
Kolejny tydzień, kolejne opłaty portowe, wydatki na zaopatrzenie i wyładunek towaru nieco uszczupliły kasę statku. Kupczyków dziś jak na lekarstwo. Załoga nieco się nudzi, więc za przyzwoleniem Panienki Mabon (Losowi składam dzięki, że się o tym Pan Keffar nie dowiedział!) odszpuntowalim beczkę wina dla nudzącej się ździebko załogi w nagrodę za szczęśliwe ukończenie rejsu. Niechaj się rozgrzeją, bo pogoda coraz gorsza, zimny deszcz i wiatr nas nie oszczędzają. Nie wiedzą jeszcze, moczymordy pieruńskie, że od rana czekają ich ćwiczenia na wantach pod czujnym okiem i z pomocą ciętego języczka dorodnej [kleks] Eadburh. Ach, co za zasób przekleństw ma ta dziewucha, cały dzień mógłbym ich słuchać!

44. dzień starości, port: Sotham
Wczoraj sprzedalim z całkiem dobrym zyskiem wszystkie skrzynki kamieni półszlachetnych, co to jeszcze od ostatniego rejsu w ładowni zalegały. Pozostałe beczki wina też zeszły za całkiem, chwalić Los, przyzwoitą cenę, choć kupiec, łachudra, nieźle się dziś targował.

49. dzień starości, port: Sotham
Dziś w końcu pozbylim się szkła, którego skrzynki wymoszczone morską trawą o ból głowy mnie przyprawiały przy każdym większym podmuchu wiatru na pełnym morzu. Jakim cudem dowieźliśmy ten towar w całości, Los jeden wie. Na szczęście jakiś młody handlarzyna, któremu ledwie sypnął się wąs pod nosem, połknął haczyk, gdym mu wychwalał ten towar pod niebiosa, jako że szklane flasze można wszak jakim zacnym trunkiem napełnić i sprzedawać możnym po odpowiednio zawyżonej cenie. Zachwycony pomysłem handlarzyna obiecał mi nawet procencik od zysków, niebożątko. Rozczulił mnie… Ma się ten łeb do interesów, niech dunder świśnie!

56. dzień starości, port: Sotham
Jużem myślał, że nikt więcej się nie zainteresuje towarem, gdy nagle znów pojawił się tamten Śmierdziel sprzed dwóch tygodni i jął wypytywać o łój. „Dajże spokój, człeczyno! Jużem ci mówił, żeśmy łoju nie przywieźli”, huknąłem nań może nieco niepolitycznie, ale na swe usprawiedliwienie dodam, żem śpieszył się do Eadb[przekreślone] na statek, sprawdzić jak tam sobie beze mnie radzą. Okazało się, że ten fajtłapa nawet nie pamiętał poprzedniej wizyty u mnie i zawstydził się bardzo po mych słowach. A co! Niechaj ma nauczkę!

61. dzień starości, port: Sotham
Ten cholerny łój! Los śmieje mi się w twarz! Chciałem nakupić nieco towarów, żagle rozwijać i w drogę wyruszyć, bo już w tym zatęchłym porcie wszyscy gnuśniejem, i kto się napatoczył jako pierwszy? Kupiec, co właśnie do Sotham zjechał z całym ładunkiem łoju w pękatych słojach! Jeszcze cenę wygórowaną sobie za to zażyczył. A idźta mi z tym do czorta! Po nocach mi się to świństwo będzie śniło, tfy!, tak jak wtedy gdym raz z łojem płynął i zaśmiardł mi się cały ładunek i dwa tygodnie w tym smrodzie pędziliśmy do najbliższego portu. Kaftan musiałem nowy kupić, bo stary tak przesiąkł tym smrodem, że żadna dziewka za mną nawet nie spojrzała! Wysłałem tego miłośnika łoju do wszystkich… to jest do Śmierdziela, który bez łoju chyba po nocach źle sypia, niechaj sobie turkaweczki razem pogruchają nad cenami tego towaru i dadzą mi wreszcie spokój, do licha!

Na szczęście Los był łaskawy, bom później napotkał dwóch kupców, którzy z kopalni srebra towaru nawieźli i wypatrywali okazji do sprzedaży. Jeden z nich, szelma, zbyt ostro się targował, więc śmy się nie dogadali, oj nie, tym bardziej, że towaru miał co kot napłakał. Albo naszczał, bo zaprezentowana przez niego ruda srebra na zbytnio zanieczyszczoną mi się wydawała i pewnie bym dobrej ceny w innych portach za nią nie otrzymał. Za to drugi handlarz, co mu się dobrze ze ślepi patrzyło, już łacniej dał się namówić na opuszczenie ceny, więc interes ubilim. Wyczytałem z jego zacnego, pobrużdżonego troskami oblicza sporą ulgę. Po kilku głębszych wyjawił mi, że od zniszczenia pomostu Povolda jest nienajlepiej, kopalnie srebra kiepsko przędą, Wanryk wprowadził nowy podatek, więc o zarobek ciężko, przeto chwycili się ze wspólnikami ostatniej deski ratunki i postawili na sprzedaż za granicę. Okazało się, że kupiec to wynajęty za ciężkie pieniądze przez zdesperowaną gildię górniczą przedstawiciel ligi handlowej, mający zagwarantować im godny zarobek. Tym bardziej mnie ten interes uradował, gdym się dowiedział, że porządnym, w znoju i trudzie pracującym obywatelom mogę pomóc swą skromną osobą. W gruncie rzeczy Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej Masym Roge ma miękkie serce. To właśnie przez to ma takie powodzenie u pań, nie chwaląc się!

63. dzień starości, port: Sotham
Decyzja podjęta! Za cztery dni podnosimy kotwicę i wyruszamy do Daminster! Ahoj, przygodo! Zaczęlim statek do drogi przygotowywać, prowiantować i układać towar w ładowni. Czcigodny Pan Simeon po konsultacji ze swymi walecznymi towarzyszami nakazał wynajęcie czterech łuczników i czterech żołnierzy piechoty, abyśmy w razie potrzeby mogli w drodze stawić czoła większym niebezpieczeństwom, takim jak te przeklęte diabły morskie, tfy! Że też nasz kurs wypada akurat przez głębiny na ich terytorium!

67. dzień starości, w drodze do Daminster
Cała naprzód! Dziś wypłynęlim w końcu na pełne morze. Kurs na Daminster! Za cztery i pół dzionka, jeśli Los będzie łaskaw, ujrzymy wieże portowe. Kłopotam się nieco, co mnie tam na lądzie spotka, bom w całym tym galimatiasie zapomniał, żem, łasy na kobiece wdzięki, to i owo obiecał pewnej okrutnie rozmiłowanej we mnie dziewoi kilka latek temu i od tego czasu skrzętniem ten port omijał. Żebym się tylko na nią nie natknął! I oby Eadburh czego nie zmiarkowała, bo mi kości wszystkie jak nic porachuje! Straszliwa z niej zazdrośnica! Ech, cóż ja poradzę, że tak te baby rozum na mój widok tracą…

69. dzień starości, pełne morze
Pierwsze pełne dni na morzu. Każdy żagiel pięknie postawiony, żadnych chmur burzowych na horyzoncie, nie jest źle, chwalić los. Wiatr dmie z zachodu, od dziobu, więc nieco pohalsować trza, przez co nam się trochę podróż wydłuży. Na razie podróżujem drugi dzień blisko połowę wolniej niż to zwykle bywa na naszym dzielnym „Kalmarku”. Ale co tam. Wolej kilka dni więcej na morzu niźli jakieś sztormy sakramenckie, jak to się nam ostatnio przytrafiło, tfy!

Zaraz przed podniesieniem kotwicy przyjęlim też na pokład, ku memu utrapieniu, trzech pasażerów, kompletnych szczurów lądowych. Jeden z nich to jakiś wychudzony pacykarz, ciągle wystawia te, jak im tam, sztalugi i inne rupiecie na pokład, wzdycha w stronę zachodzącego słońca, i bazgrze te swoje bohomazy na świetnym płótnie żaglowym, co za marnotrawstwo! Ostatnio siedział każdego wieczora na dziobie i ślepia w linię horyzontu wlepiał, gdy słońce zachodziło. Do roboty uczciwej by się wziął, darmozjad jeden! Poczciwy Vyncis próbował mnie mitygować, że on niby jaki wielki hartysta, ten cały Wili z Turnerii (gdzie to w ogóle jest?!), że kto znaczny w Daminster za jego usługi jakoby zapłacił… A niech mnie drzwi do własnej kajuty ścisną, jak takie bohomazy wielką sztuką nazwać można!

zachod-slonca-turner.jpg
Bohomaz Wiliego z Turnerii. Ostatnio jak Łysy Jomund popił,
wymsknął mu się, wypisz-wymaluj, taki sam paw na pokład, i w kolorze, i w kształcie!

Dwójka pozostałych pasażerów jest jeszcze gorsza. To jakieś alchemiki czy inne nakukowce, jak chcą żeby ich zwać. Jeden duży, chudy, drugi mały, gruby. A żeby im psy mordy lizały! Czemu ja się na nich zgodziłem? Nic im się nie podoba, a to kręcą nosem na hamaki, że kołyszą, to znowu na pokład, że wieje, na morze, że nie ma delfinów, na polewkę, że za słona i że płacili za jakieś potrawy z zamorska brzmiące „olinkluzif”, a nie polewkę i suchary dwa razy dziennie… Nasz kuk Kivrin to przeca prosty człek, skąd on ma niby wiedzieć, jak takie jadło robić, hę? Toż to statek handlowy, nie bankiet u księcia! Te marudy pieruńskie dobrze płacą, to prawda, ale ciągle wyłażą na pokład, mieszają jakiesik specyfiki, domagają się ciszy i spokoju, zajmują kambuz (za to też dopłacili!) i gdy coś tam pichcą, z kociołka wydobywa się pieruńsko śmierdzący siwy dym. Tłumaczą, że to oksperymenty. Jako żywo nie słyszałem o takim specjale. Pytałem Kivrina, ale też nie słyszał. Ale może to i dobrze, bo żreć bym czegoś takiego, sądząc po zapachu, nie chciał. Starałem się z sił wszystkich być dla nich dobrym gospodarzem i zębiska zaciskać, myśląc o zarobku, alem nie zdzierżył, gdy jednego dnia przyłazi ten drągal i pyta, czy nie mam dla niego kilku słojów… łoju, bo potrzebuje do tych swoich oksperymentów. ŁOJU! Na klejnoty mego pradziada, dzięki którym spłodził piętnaścioro potomstwa, ŁOJU się takim synom zachciewa?! Ja już im łój pokażę, cholernikom jednym, ażeby w beczkach ze skisłymi śledziami siedzieli do końca życia!!! Do Daminster wpław dopłyną w tych swoich pludrach zasmarkanych! Nawet nie wiedzą, jakie szczęście mieli, że akurat Vyncis wszedł do mej kajuty i zdołał wyciągnąć tego łachudrę na pokład, nim się zeźliłem do reszty!!!

73. dzień starości, pełne morze
Pogoda bez zmian. „Kalmar” to porządna łajba, co pruje fale tak szybko jak ja rwę niewieście giezła (a narwało się ich sporo, narwało…), ale nawet najzwrotniejszy bryg nic nie zdziała, gdy tak kiepskie wiatry Los zsyła. Jak będzie dobrze, do Daminster dotrzem z opóźnieniem, dopiero za trzy dni. Na szczęście na bocianim gnieździe cisza.
Chłopaki bez przerw wypatrywali najmniejszego znaku morskich diabłów, wojacy stoją w gotowości, ale póki co panował spokój. I gdym już myślał, że do końca dnia nic niespodzianego się nie wydarzy, zaczęło się. Krzyk z gniazda. Po zawietrznej statek rybacki z Argadów ze zwiniętymi żaglami. Wywiesili znak: „nie zbliżać się”. Chybcikiem wysłałem Strego na burtę, żeby im zasygnalizował, czy aby czego nie potrzebują. Odpowiedź: „Nie chcemy pomocy. Pomyślnych wiatrów.”
Wtedy Eadburh zaparła się kopytami, poczciwa z niej dziewucha, a jaka harda, gdy się na co uprze! Rzekła, że trza sprawdzić, co tam się dzieje, co jeśli to piraci lub jaka zaraza? Wtedy jak nic musim czym prędzej przekazać wieści do kapitanatu w Daminsterze. Postanowiła z dwoma łucznikami i czterema marynarzami podpłynąć bliżej w jednej z szalup, żeby zbadać sprawę. A tak mnie tymi swoimi ślepkami świdrowała, tak się uśmiechała, i mrugała, że nie mogłem jej odmówić. Oj, zalazła mi za skórę ta bestyjka!

Spuścilim szalupę. Jak tylko zbliżyła się do Argadyjczyka, a ma dzielna bosmanica zaczęła wykrzykiwać coś do załogi statku, przez jego burtę wychylił się jakiś łysy, postawny marynarz i jak nie ryknie z grozą w oczach, jakby krakena zobaczył: „SPIERDALAAAAĆ! ONA SIĘ NIE ZATRZYYYMAAA!” Eadburh krzyczy: „Co takiego?” i słyszy w odpowiedzi: “ŁAWICAAA!”
Po tym krzyku marynarza Eadburh od razu zmiarkowała, że czas nogi za pas brać i zarządziła odwrót. Załoga szalupy zaczęła wiosłować co sił, sama bosmanka rzuciła się do wioseł. I w samą porę, bo jeszcze niedawno jaśniutkie niczym gatki młodej panienki niebo nagle poczęło szarością przedziwną się zasnuwać. W powietrzu coś zawisło… Gdym się dokładniej przyjrzał temu statkowi, na rufie ujrzałem… Wciórności! To był prawdziwy chaosycki mag, niech mnie rekiny zeżreją! Wtedym wszystko pojął: to był statek morskich kłusowników! Ten dziki mag, od stóp do głów pokryty jakimiś dziwacznymi tatuażami, wykrzykiwał coś na wietrze, który szarpał połami jego kusej, rozchełstanej tuniki i rozpuszczonymi włosiskami. Wymachiwał umięśnionymi łapskami… i mym oczom ukazał się przerażający widok. To prawda, co stare wygi morskie gadały po karczmach! On zbierał w dłonie błyskawice! Kuliste! Powietrze wokół jego dłoni poczęło groźnie rozbłyskiwać, z niebios słychać było coraz groźniejsze pomruki, a i wiatr przybrał na sile, budząc ze snu morskie bałwany. „Moja biedna kruszyna, Eadburh, do licha, byle tylko mi zdążyli!” – takem myślał w chwili słabości. Ale zaraz się w garść wziąłem, zawezwałem załogę do gotowości, wszystkie dłonie na pokład!, podbiegłem do burty i dalej łajać te rybaczyny od siedmiu boleści! Szkoda jeno, że na wszystko było już za późno. Ten oparszywiały mag, nogi mu z dupska powyrywam, jak go kiedy jeszcze gdzie przyuważę, i nakarmię nim mięsożerne rybska mórz południowych, odkrawając po kawałeczku, gdy jeszcze żyw będzie… ten pieruński kuglarz… jak nagle nie zbierze sił i nie walnie w morską głębinę lśniącym niczym błyskawica pociskiem!

Potem wszystko naraz zamarło, by zawrotnie przyspieszyć. Pamiętam tylko krzyki, ryk fal wdzierających się na pokład wraz z plaskiem padających nań ogłuszonych ryb i dźwięk miotanych przez Vyncisa przekleństw, nakazującego chłopakom wciągać szalupę.
Szczęściem ani Eadburh ani nikomu z mej załogi nic się nie stało, popili się tylko wody i nieco oberwali deszczem ryb, które wypluło morze, więc i poturbowani byli. Jednakoż z żalem odnotować muszę, iż niejaki Perkaty Jon, jeden z łuczników, nie wrócił już do nas cały. Ciężkie rybsko spadło nań, całkiem go otumaniając, a fala morska zmiotła go z szalupy. Nieborak pływać nie umiał i zaraz na dno poszedł, oby Los był dlań łaskawy. Odprawim stosowną ceremonię, gdy tylko znajdziemy się na spokojniejszych wodach.
A żeby ich pogięło, żeby ich nogi grzybica zeżarła! Dziady sakramenckie, żeby wasze kuśki zmieniły się w kiszone śledzie! Żeby morskie pąkle wam poprzywierały do, za przeproszeniem, odbytów! Ja już wam pokażę, niech no się tylko znów spotkamy, zawszone kłusowniki, że nie zadziera się z Kapitanem Żeglugi Wielkomorskiej, Masymem Roge!

Cóż to był za paskudny dzień. Już chylił się ku końcowi, gdy ten parchaty pacykarz Wili wlazł do mej kajuty bez pukania i nie w porę, gdyśmy właśnie z Eadburh [kleks] [przekreślenie] wyznaczali dalszy kurs. Chciał, psiajucha, swoje najnowsze dziełko nam zaprezentować, co je był wymalował po naszym ostatnim spotkaniu z Losem… i morskimi kłusownikami. Eadburh się te bohomazy niby nawet spodobały, ale cóż ona wiedzieć może o tym, jak całe życie na pokładzie wśród majtków przepędziła! Może jaki naiwny szlachcic to kupi, ale ja bym na to nigdy nie wydał złamanego kła.

morscy-klusownicy-turner.jpg
Wili z Turnerii zatytuował to szkaradzieństwo, nie wiedzieć czemu, „Pokłosie chaosu”.
Kto tam by się wyznał na tych chędożonych hartystach…

76. dzień starości, port: Daminster
W końcu dopłynęlim do Daminster, cali i zdrowi. Losowi niech będą dzięki! Trza się czego mocniejszego napić dla zdrowotności. I spędzić z Eadburh chwil kilka. [kleks]

View
Skrzydła Rocranon cz. 96 - Chram Thileopessii

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

Poszukiwacze nakarmieni przez ogry starają się, pod czujnym okiem strażnika, nawiązać kontakt z mieszkańcami jaskiń. Wyraźnie widać zainteresowanie obu stron sobą nawzajem. Mabon z gałganów przygotowuje małą laleczkę dla ogrzych dzieci, o które wkrótce pośród nich wybucha dość gwałtowny spór. To małe badanie ogrzej społeczności przynosi tylko jedno odkrycie. Wszystkie one, od najmniejszego, mają na ramieniu, w pobliżu karku wypalone znamię o konkretnym kształcie.

Podczas oficjalnego spotkania dyplomatycznego (khe khe) z ogrami nadszedł czas na zgodne z etykietą przedstawienie wszystkich członków drużyny. Obowiązek ten spada na Montcorta, który mówi kilka miłych słów o każdym z towarzyszy:
- Oto Keffar zwany Twardzielem, dzielny wojownik, który wsławił się pokonaniem wielu wrogów. A oto Feste. No, to idźmy dalej. Oto Wieki Wude….

Mabon robi szmacianą lalkę dla jednego z ciekawskich ogrzych dzieci. Montcort radośnie rozszyfrowuje jej działania:
- Mabon robi z gałganków laleczkę voodoo, krótkim ruchem wbija sztylet w oko i malec umiera. Dobrze tak gnojowi!!!

Nagły ryk nadchodzący gdzieś od wejścia do jaskiń ogrów budzi entuzjazm, do osady wraca wódz ogrów Lagdush, ta wielka istota, która przewodziła humanoidom w ataku na obóz bohaterów. Lagdush straszliwie ryczy rozstawiając wszystkich po kątach, jego wojownicy ciągną za sobą opierające się osły awanturników obładowane ich porzuconym ekwipunkiem. Na widok złapanych ludzi Lagdush rusza w ich stronę ze wściekłością, jednak Okrogowi udaje się zabrać go gdzieś na bok i krótko z nim porozmawiać.

Mag nie ma jednak dobrych wieści dla bohaterów. Lagdush we wściekłości zapowiedział, że oskuruje ludzi za to co zrobili. Okrog podejmuje kolejną próbę rozmowy z wielkim ogrem i między nimi dochodzi do gwałtownego sporu. Tymczasem bezsilni bohaterowie muszą przyglądać się jak pozostałe ogry rozgrabiają ich rzeczy, przymierzają ich ubrania, przedrzeźniają ludzi budząc wesołość wśród swoich pobratymców.

Okrog wraca jednak z lepszymi wieściami. Udało mu się przekonać Lagdusza, który położył się właśnie spać, aby spór rozstrzygnąć pojedynkiem. Jeden z bohaterów może stanąć do honorowej walki w dole z samym wodzem, a jeśli wygra, ludzie będą wolni. Pojedynek jednak ma toczyć się do śmierci jednej ze stron.

Długo trwała dyskusja nad strategią jaką ma przyjąć drużyna w tej ciężkiej sytuacji. Jasnym od razu się wydawało, że jeśli ktokolwiek miałby szansę z wielkim wodzem to tylko i wyłącznie Keffar. Plany jakby mu tu potajemnie pomóc w szansach na zwycięstwo, wkrótce wszystkie zostały przekreślone. Pojedynek miał być honorowy, a poza tym szansa wykrycia oszustwa postawiła by więźniów w jeszcze gorszej sytuacji. Pozostało tylko dobrze wyspać się przed kolejnym dniem, co też uczyniono.

Feste przed pojedynkiem przyskakuje do Keffara i rozmasowuje mu ramiona. Potem wyskakuje przed niego i robi kilka bokserskich ruchów i uników. Montcort stwierdza:
- Patrzcie go, Festoterapeuta!

Nad wielkim dołem w ziemi, uzbrojonym w zaostrzone pale, ustawiły się ogry oczekujące dobrej walki. Keffar zsunął się na dół przyglądając się broni rozwieszonej na ścianach prymitywnego ringu. Będzie można po nie sięgnąć jeśli tylko walczący się zdecydują. Jego przeciwnik był już na miejscu, pewny siebie i rozgrzany, dopingowany rykiem swoich pobratymców. Ludzie co prędzej sami zaczęli dopingować swojego herosa wiedząc, jak samotnie musi czuć się naprzeciw tego potwora.

Zagrzewamy Kefara do walki:
- Keffar jest dzielny, on moze wszystkim walczyć, on się może się nawet posługiwać miękkim porem! – rzuca Montcort.
- No z tego, co dziewczyny po tawernach opowiadaly, to faktycznie… – mówi Nuadu.

Trzeba dbać o morale podczas walki, przoduje w tym Montcort:
- Jak ogry krzyczą, skandują, to ja im pomagam: oni wołają LAGDUSH, a ja dodaję PEEDAŁ! Wiecie, jak Maximus!

Montcort po jednym z uderzeń skanduje:
- Lugdush może kawał ogra! Dostał w torbę – już nie pogra!
Nuadu się dołącza:
- Lugdush w dziurze w łeb go wali, ale dupy nie ocali!!!
Montcort nie chce być dłużny:
- Lugdush, Lugdush ty chuju!
Montcort obgryza paznokcie, martwi się, co jeśli Lugdush obróci Keffara na brzuch? Po czym skanduje:
- Błąd Lugdusha, nas nie wzrusza. Ruch Keffara nas powala!
- Keffar nie walcz niczem skorek, tylko szybko kop go w worek! – rzuca Nuadu.
- Keffar, co robisz? – pyta MG. Keffar zaczyna się zastanawiać.
- Keffar łap topora i zajeb mu w wora!!! – krzyczy Montcort.
- Łap za stylisko! I dopuść go blisko! – precyzuje Nuadu.

Nagle pada sygnał i zaczyna się walka. Keffar bez namysłu biegnie w stronę zawieszonego topora i zdobywa go mimo, że w jego kierunku wyciągają się ręce dopingujących ogrów. W ostatniej chwili piruetem odskakuje z toru ruchu szarżującego Lagdusha, który najwyraźniej stwierdził, że załatwi sprawę bez broni. Jeszcze z półobrotu Keffar wyprowadza cios i czubek topora rozcina grubą skórę ogra. Ubita ziemia dołu zrasza pierwsza krew.

Kilkadziesiąt następnych sekund to próby złapania odpowiedniego do wybranego rodzaju walki dystansu. Przy ogłuszającym ryku kibicujących topór Keffara raz po raz dosięga wroga, ale nie na tyle mocno aby zmniejszyć jego parcie do zadawania potężnych, zamaszystych ciosów. Przerażenie na twarzach ludzi zmienia się w ulgę, kiedy po potężnym lewym sierpowym trafiającym w bok głowy Keffara, ten otrząsnął się niby kaczka z deszczu.

Kiedy już wydaje się, że ten taniec potrwa przez dłuższy czas Keffar nieszczęśliwie ślizga się na plamie krwii lekko tracąc równowagę. Lagdush nie traci ani sekundy, wykorzystuje zachwianie się przeciwnika i całym cieżarem swojego ciała wpada na niego powalając go na ziemię, choć nie pozbawiając broni. Keffar w dramatycznych próbach próbuje wydostać się z potężnego uścisku ogra jednak bez skutku. W końcu wbija palce w otwartą przez jego topór ranę na plecach Lagdusha to jednak tylko rozjusza go bardziej. Błyskawicznym wyrzutem ciała ogr zmienia położenie i zakłada bolesną dźwignię.

Awanturnicy z zapartym tchem patrzą jak na dnie dołu Keffar wije się z bólu, pod coraz bardziej górującym nad nim przeciwnikiem. Kiedy już wydaje się, że wkrótce podda się, nagle znajduje miejsce do podważenia bloku i wydostaje się z łap Lagdusza, błyskawicznie odtacza się na bok i jak sprężyna staje na nogi. Ogr z błyskiem w oku rusza w jego kierunku wietrząc dobry moment na przyciśnięcie swojego przeciwnika, odbija ledwo w próbie schwycenia lecący ku niemu topór, cofa się pół kroku i ponownie szarżuje.

Łapiący resztki tchu Keffar unosi topór do poteżnego ciosu z górnej kwarty, jednak Lagdush wpada na niego i łapie krzyżowym uściskiem na wysokości brzucha i unosi do góry. Potężny uścisk miażdży Keffara uniemożliwiając zadanie czystego ciosu bronią. Ostrojczyk zbiera się na ostatni wysiłek i pionowym ciosem trzonka topora uderza w głowę ogra, próbując zmusić go do zwolnienia uścisku. Traf chce, że w tym samym momencie Lagdush odchyla głowe w geście triumfu i dramatyczny cios Keffara trafia w okolice jego oka, gruchocąc kości jarzmową i skroniową.

Przez ciało ogra przechodzi jakby prąd. Puszcza wojownika i zataczając się próbuje dotknąć swojej twarzy, po której płynie wylana zawartość oka mieszając się z krwią. W końcu pada na kolana i na twarz. Nie żyje. Przerażeni awanturnicy spoglądają ku kibicującym ogrom, bojąc się ich reakcji na śmierć wodza. Ci jednak podnieceni doskonałą walką, którą właśnie obejrzeli nadal ryczą, tupią, walą pięściami we włochate torsy składając hołd zwycięzcy. Keffar cieżko opiera się na stylisku topora łapiąc oddech i nie wierząc we własne szczęście.

Po zabiciu ogra przez Keffara Robson stwierdza:
- Achievement unlocked: Keffar Ogrobójca.

Okrog wieści zakończenie rytuału. Walka odbyła się wedle świętych zasad, nie zostały naruszone żadne jej warunki i ludzie powinni zostać zwolnieni. Jego zdanie popiera Gorbul, nowy wódz ogrów. Magowi udaje się jeszcze odzyskać co nieco ekwipunku dla bohaterów i zgodnie z obietnicą wskazuje im miejsce zamieszkiwane przez kapłanów Thileopessi. Jak się okazuje bohaterowie przeszli w tych okolicach ledwo dwa dni wcześniej, nim napatoczyli się na kolonię Geonidów.

Chram kapłanów jest rozczarowujący. Ta niewielka, drewniana budowla obecnie chyli się ku ruinie. Zamszone deski pokryte są otoczakami i pleśnią, częściowo zapadły dach łączy się ze stertą śmieci i kamieni po których biegają maleńkie jaszczurki. Wydaje się, że to miejsce nie jest zamieszkane, kiedy nagle część “kamieni” unosi się i okazuje się być zdegenerowany jaszczuroludziem. Z jego twarzy wystają kamienne wyrostki, plecy pokryte są wrośniętymi w skórę muszlami, całe ciało oplata wilgotna pleśń, a jedno oko wydaje się być kompletnie pokryte bielmem. Charcząc i świszcząc zaczyna mówić coś co wydaje się mieć mały związek z rzeczywistością. Nie tylko ciało, ale i umysł tego biednego stworzenia zostały zdegenerowane.

Awanturnicy i tak próbują dowiedzieć się czegoś o Thileopessi i sposobu w jaki można go wezwać na pomoc ludziom. Gdzieś z ciemności wyłania się kolejny jaszczuroludź, będący w równie złym stanie co pierwszy. Na dźwięk imienia Thileopessi jaszczuroludzie ożywają, w ich oczach pojawiają się ślady dawnej swiadomości, w ich głosie pojawia się nadzieją. Ta jednak szybko gaśnie kiedy okazuje się, że wśród bohaterów nie ma przywódcy ludzi, którego nazywają Robertem “Deszczowym dniem” Dyleyem, a co ważniejsze, że nie dzierży ze sobą reliktu. Bez reliktu i wodza ludzi, nie da się obudzić Thileopessi, aby spełnił swoje dawne przysięgi.

Po znalezieniu (tak lekko 5 sesj później, niż planowaliśmy) legendarnych, jaszczurczych kapłanów Tilleopessi, gracze nie posiadają się ze szczęścia: teraz to już na pewno misja się nam powiedzie i ocalimy miasto! Okazuje się jednak, że nic nie wskóramy bez pewnego ważnego miecza – reliktu, który najprawdopodobniej znajduje się daleko stąd. Wściekły Montcort nie wytrzymuje:
- Kurwa, tak dymaliśmy po lesie, w deszczu, wilki, elfy, tyle niebezpieczeństw, ogry, i co? Wracamy z pustymi rękami! I teraz mamy lecieć z powrotem do Sotham, szukać miecza… a potem znowu wrócić przez lasy, deszcz i wilki, ogry… I co? I wtedy jaszczuroludzie powiedzą: “A pochweee do mieeeczaa maaaaaciiieee?”

Dalsza rozmowa z kapłanami nie ma sensu. Awanturnicy opuszczają jaskinie pod Łysą Górą i las Quynoth i strapieni niewesołymie myślami ruszają na wybrzeże, gdzie czekać ma na nich kapitan Masym Roge z ich transportem, kogą “Kalmar”. Niestety w umówionym miejscu nie ma statku, a na wschodzie, nad zatoką kła zbierają się ciemne, burzowe chmury. Po dwóch dniach koga jednak dociera, nieco poszarpana sztormem w jaki wpadła w drodze powrotnej i wyprawa kończy się szczęśliwie w porcie miasta Sotham.

KONIEC

View
Skrzydła Rocranon cz. 95 - Z deszczu pod rynnę

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

Drużyna liże rany po niefartownych spotkaniach w jaskiniach. Obóz rozbity na zboczu łysej góry, pośród drzew, ma zapewnić spokój i ukrycie. Mabon zajmuje się rannymi kiedy Nuadu z Montcortem udają się na polowanie, z którego wracają z królewskim łupem w postaci wielkiego jelenia. Tak czas mija do wieczora okraszony jeszcze występami-popisami Montcorta i Festego. Tego dnia bohaterowie nie mają już w planach kolejnego podejścia do eksploracji podziemi.

Bruna ujęta wsparciem jakiego udzielił jej poprzedniego dnia Montcort, zaczyna się zachowywać dziwnie w jego obecności. Sokolnik pozostawiony na warcie sam na sam z dziewczyną stara się unikać jej zalotów, choć efekty są nieco mizerne. Z “ratunkiem” przychodzą mu odgłosy przedzierających się przez las istot. Para czym prędzej wraca do obozu i budzi resztę towarzyszy.

Postawiona w alarm drużyna uprząta obóz i przygasza ognisko kiedy Montcort biegiem rusza na zwiad. Wkrótce wraca z niedobrymi informacjami. Na obóz idzie cały oddział ogrów. Awanturnicy postanawiają zastawić pułapkę. Pozorują posłania tak, aby obóz wyglądał na pogrążony we śnie, a sami chyłkiem rozmieszczają się w okolicznych gęstwinach, czekając na nadejście wrogów. Wkrótce okazuje się, że siły przeciwnika są być może zbyt wielkie aby sobie z nimi poradzić. Do opuszczonego obozu wkracza jedenastu ogrów, dowodzonych przez ogromnego lidera.

Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Mabon, Nudau i Montcort szarpią przeciwników, to pokazując się im to niknąc w lesie, wystrzeliwują strzały, które ręką Nuadu kładą jednego z wrogów, wtedy ci na rozkaz wodza gaszą pochodnie. Nerwowa atmosfera zaczyna się udzielać rozdzielonym w ciemnościach towarzyszom, postanawiają się wycofać w stronę jeziora. Tylko Montcort szarpie jeszcze celnymi strzałami wrogów, odciągając ich od uciekającej grupy, a nawet zabija jednego kiedy celnie rzucona przez Nuadu, zapalona pochodnia znów na chwilę rozświetla fragment plądrowanego przez ogry obozu.

Zapamiętały w swojej podjazdowej działalności Montcort nagle w osłupieniu odkrył, że stoi oko w oko z jednym z ogrów, który z ochydnym uśmiechem zdzielił go potężną maczugą. Nie było czasu na uniki, łowca przyjał cios starając się złagodzić jego moc, niemal tracąc przez to czucie w ręku. Nie było na co dalej czekać, rzucił w mrok między drzewami i wkrótce zniknął z oczu wolniejszemu i mniej zwinnemu przeciwnikowi.

Uciekający przełykali gorycz porażki. Okazało się, że przechtrzyli samych siebie, zostawiając na pastwę ogrów dużą część ekwipunku, dwa osły i swoje posłania. Jedyną pociechą było to, że unieśli cało skórę.

Nasze obozowisko pod jaskinią zaatakowały ogry, postacie zdążyły je opuścić tylko z kilkoma przedmiotami w rękach, cały ekwipunek przepadł. Jesteśmy zdruzgotani stratą. Chwilę później na sesji pojawia się Parasit, więc gracze próbują wykorzystać okazję:
- Szybko, powiedz, że masz na sobie plecak!
- Keffar! Pierwsza Twoja deklaracja na sesji: “zabrałem wszystkie wasze plecaki!” – mówi szybko Robson.
- I oba osiołki! – dodaje Mabon, oblizując się.

Nad jeziorem drużuna natrafia na kolejne łodzie ogrów. To nimi przypłynąć musieli nocni goście. Postanawiają ukraść je, pozostawiając swoich przeciwników środka transportu. Wkrótce do drużyny dołącza nieco spóźniony Nuadu i w ostatniej chwili ranny Montcort, bo wśród drzew za nim widać już pochodnie i słychać nawoływania pościgu. Drużyna postanawia po raz kolejny dostać się na brzeg podwodnego jeziora i korzystając z nieobecności ogrów zbadać jego brzeg. Przezornie lądują z dala od przystani, wyciągając z niemałym wysiłkiem łodzie na wysoki brzeg. Wkrótce okazuje się, że pośród utraconego w obozie ekwipunku były niemal wszystkie pochodnie. Awanturnicy mają do dyspozycji tylko jedną

Pomimo braku światła, Mabon i tak postanawia zbadać jaskinię. Przywołuje swoje szamańskie moce i już wkrótce ciemności nabierają kształtów świata duchów otaczającego to miejsce. Nuadu nie zgadza się aby szamanka poszła sama, więc mimo tego, że kompletnie nic nie widzi, rusza za nic trzymając lewą dłonią pleców jej tuniki. Onieśmielona widokiem świata duchów Mabon rusza na zwiad, z przerażeniem patrząc jak w falach jeziora przewala się czarna, oślizła tusza jakiegoś stwora.

Gdzieś głębiej w korytarzach podziemnego kompleksu jaskinii Nuadu i Mabon zaczynają słyszeć odgłosy jakich stworzeń. Wtedy postanawiają zawrócić, ale jest już za późno. Nagle w asyście kilku słów mocy rozpala się białe światło ujawniające złotookiego, ogrzego maga, z burzą czarnych włosów, otulonego w luźną szatę magiczną nie zakrywającą dokładnie magicznych tatuaży pokrywających jego ciało. Za nim w pewnej odległości czai się dwóch ogrzych wojowników gotowych na każdy rozkaz maga. Mag nie wydaje się obawiać przybyszy. Przedstawia się jako Okrog, posługując się z pewnym wysiłkiem nieco archaiczną odmianą języka argadyjskiego. Nalega aby bohaterowie zostali jego gośćmi i w jego legowisku wyjawili mu powód swojej tu obecności. Mabon i Nuadu zdają sobie sprawę, że mogą nie mieć innego wyjścia, jak przyjąć ofertę Okroga, dlatego wyjawiają mu istnienie pozostałych członków drużyny, po których mag wysyła dwóch swoich pobratymców.

Bohaterowie tłumaczą się Okrogowi, zdjęci trwogą przed nim i jego ochroniarzami.
Nuadu – Właściwie to… my szukamy kaplanow Tileopessii…
Mabon – I może już sobie pójdziemy

Wkrótce cała drużyna trafia do jaskiń, w których codzienne swoje życie toczą ogry. Wkoło ciekawie i podejrzliwie łypią na przybyszów baby i dzieciaki ogrowskie, nie przerywając swoich codziennych czynności. Prymitywne to osiedle wydaje się być samowystarczalne, karmione tym co złowią i upolują mężczyźni, a kilkanaścioro bawiących się (czasem w dość makabryczny sposób) ogrzątek, pozwala stwierdzić, że humanoidy mają się tu całkiem dobrze.

W ogrzym obozowisku przed oczami maluje nam się scena jak z losowej wioski z głębi Amazonii, nagie lub półnagie dzikie ogry prowadzą życie codzienne:
- Jeden ogr wyciera siusiora z zamiłowaniem…- opisuje MG.
- Bo zobaczyl Mabon?
- Stara, pomarszczona ogrzyca o oklapniętych cycach zajmuje się przygotowaniem posiłku… – kontynuuje niezrażony MG. Gracze, na przykład taki Fox, mają jednak inną wizję:
- … i woła: synku, synku wytrzyj dobrze siusiora, bo obiad podaję!

Scenka rodzajowa z ogrzej wioski. Ogrzątka walą kijami w wodę.
- Co oni robią?
- Taka zabawa, wiecie…
- Klepanie ryby.

Mabon wyjawia Okrogowi powód wizyty drużyny w jaskiniach pod Łysą Górą i prosi o pomoc w odnalezieniu kapłanów Thileopessi. Okrog skłonny jest takiej pomocy udzielić, ale jednocześnie wiąże odwiedziny ze zniknięciem dwójki samców poprzedniego dnia i sądzi, że wódz Lagdush będzie chciał z nimi najpierw porozmawiać. Mag na zakończenie rozmowy obiecuje się wstawić za ludźmi przed wodzem, zwłaszcza chętny jest po temu gdy otrzymuje dar od Nuadu, wspaniałą lunetę.

Awanturnicy zostają pozostawieni sami sobie w jaskinii pełnej ogrów i powoli starają się nawiązać kontakt z jej mieszkańcami, zwłaszcza z ciekawskimi dzieciakami. Wkrótce jednak nadchodzi do to nieuniknione. Z wyprawy poza jaskinię wraca wódz Lagdush ze swoimi wojownikami.

Feste wbił kolejny poziom, więc czas na rzut na punkty życia:
- WOW! 13 PŻ na 4d4! – tryumfuje Mijau.
- O cholera, jaki rzut! – mówi Robson z podziwem.
- Tak, tak, odczuwam pewien dyskomfort… – mówi MidMad, orientując się, że właśnie stała się postacią w drużynie o najniższej liczbie PŻ.

View
Skrzydła Rocranon cz. 94 - Gra w kamienie

Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Drużyna postanawia wspólnie przeszukać jaskinię nad podziemnym jeziorem. Na zewnątrz ma pozostać jedynie Bruna i zająć się dobytkiem towarzyszy. Mimo poczucia zagrożenia i niepewności bohaterowie wiosłują mocno, aby jak najszybciej wyciągnąć łódź na wysoki brzeg z daleka od nabrzeża, które odnalazł Keffar. Kiedy w końcu docierają w tamto miejsce, ognisko jest już wygaszone, a na brzegu leżą rybackie sieci, których wcześniej tutaj nie było. Keffar odnajduje ślady prowadzące na zachód i cała ekipa rusza za nimi.

Minimalna ilość światła ma zapewnić widoczność śladów i uniemożliwić łatwe dostrzeżenie skradających się ludzi. Grupa zbliża się do wąskiej szczeliny korytarza, kiedy zupełnie z nienacka słyszy bulgoczący głos mówiący “Proszę, proszę. A któż to nas nawiedził?”. W świetle odłoniętej lampy widać dwa wielkie, paskudne ogry, którym udało się podejść drużynę.

Montcort próbuje ułagodzić stworzenia i popchnąć rozmowę w kierunku interesującym drużynę, czyli kapłanów Thileopesi. Ogry widząc, że mogą coś ugrać, obiecują wskazać miejsce zamieszkania kapłanów, ale w zamian chcą od ludzi zapłaty. Zażarte targi krążą wokół jedzenia, które mają dostarczyć bohaterowie. Ogry są zainteresowane świeżym mięsem w ogromnych ilościach, które obiecuje Keffar. Kiedy już wydaje się, że wkrótce umowa zostanie zawarta, jeden z ogrów dorzuca do stawki Mabon, oblizując się lubieżnie.

Ogry twardo się targują, gracze na to stawiają ultimatum:
- Damy wam dwa jelonki i pokażecie nam drogę do kapłanów!
- MIELONKI!? – rozlega się nagle pełen niedowierzania głos w tle. Mabon burczy w brzuchu.

Ogry są wściekłe, żeby nas przepuścić, domagają się mięsa. ktoś wpada na genialny pomysł:
- Dajmy im lembasy, to ich zabije!

Jeszcze chwilę trwają przekomarzanki, ale drużyna już wie, że z targów nic nie będzie. W końcu cierpliwość ogrów kończy się i kiedy jeden z nich sięga w kierunku Mabon, otrzymuje potężnego kuksańca od Wudego, a reszta drużyny rusza do boju.

MG grozi Montcortowi:
- Jak masz napięty łuk i czekasz, to może ci się strzała wymsknąć…
Jego towarzysze wyjaśniają ze smutkiem:
- Montcort ma problemy z przedwczesnym… Tym.. no…
- Zwolnieniem cięciwy.
- Właśnie.

Walka jest bezpardonowa, a pierwszą jej ofiarą staje się odważny Wude, którego potężny cios maczugą rozkłada na ziemi. Mabon dopada do niego, gotowa użyć swojej magii leczącej, a reszta dwoi się i troi w walce z wrogami. Gdyby nie potężne ciosy Keffara, różnie mogło by potoczyć się to starcie, ale to właśnie one rozkładają wrogów, których kieszenie szybko przeszukują awanturnicy. Oba ciała zawleczone na brzeg jeziora lądują w jego ciemnych czeluściach.

Wude dostał potężny cios od ogra, ale z pomocą pospieszyła Mabon i uleczyła go. Montcort wyjaśnia:
- Wude dostał NFZtem…
- Aż za 6 pkt.? – dziwi się Wude. – To chyba prywatną służbą zdrowia…

Mabon robi killsteala na ogrze. Parasit/Keffar smuci się. MG nie przepuszcza okazji do podrażnienia się z graczem:
- Sorry, Parasit, za ogra wszystkie PD chyba dostanie Mabon…
- A ile PD jest za Mabon? – rzuca rzeczowo Parasit.

Kiedy do uszu awanturników docierają odległe głosy kolejnych ogrów, postanawiają zmienić obszar poszukiwań i wyruszyć na północ wzdłuż jeziora i ku wschodowi. Wciąż przy minimalnym świetle, świadomi obecności czegoś potwornego w wodach jeziora, niepokojeni przez nieprzyjemne zapachy zgnilizny i odgłosy toczących się kamieni, bohaterowie prą na wschód.

W wodach mrocznego jeziora pływa jakiś potwór:
- Widzieliście to? Tam… czarne… długie… obślizgłe… – duka przerażona Mabon.
- Wude! Schowaj to! – krzyczy Nuadu.
- Przestań, Mabon, Wude to też człowiek! – strofuje towarzyszkę Montcort.

Nagle jeden z wielkich kamieni unosi się na dwóch przedziwnych nogach i łupie okrągłymi oczyma na Keffara, po czym jak nie zdzieli zaskoczonego wojownika ostrym kamieniem! Kolejne kamienie podnoszą się z ziemi, a w głowie Keffara pojawia się wspomnienie legendy o tych stworzeniach. Z krzykiem “To geonidzi! W nogi!” rzuca się w kierunku, z którego przybyła drużyna. Tymczasem droga jest już odcięta przez poruszające się wokół kamienne stworzenia.

Montcort kładzie jednego z zasłaniających wyjście geonidów, drugiego niemal na pył roztrzaskuje potężny młot Wudego. Kolejne stworzenia omijane w pędzie atakują prymitywną bronią i kamieniami uciekających. Jeden z ciosów dosięga Wudego i rozciąga go jak długiego na ziemi. Z pomocą wraca natychmiast Mabon, a za nią zaalarmowani jej krzykiem towarzysze. Wymieniając ciężkie razy z wrogiem drużyna wycofuje się ku jezioru, słysząc milknące za sobą głosy pogoni.

Ranni i poszarpani awanturnicy docierają do łodzi i wracają nad jezioro, ukrywając starannie środek transportu w szuwarach. Pora znaleźć Brunę i zająć się obrażeniami odniesionymi przez drużynę.

View
Skrzydła Rocranon cz. 93 - Zimne głębie, czarnej wody

Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Z ranną i nieprzytomną elfką ciągnioną na włókach drużyna rusza dalej ku celowi swojej podróży. Znalezione ślady dużego humanoida budzą niepokój. Awanturnicy mają się podwójnie na baczności. Wszyscy docierają do zbocza widzianej z daleka Łysej Góry, ale zaczyna się robić już późno i brak czasu na bliższe rozejrzenie się po okolicy. Przed rozbiciem obozu Kefffar przeprowadza zwiad, wydaje się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Okazuje się to jednak nie do końca być prawdą.

Drużyna rozbija obozowisko na Łysej Górzy. Pogoda, co tu dużo mówić, pod psem.
MG zatroskany – Macie coś na rozgrzanie?
Montcort figlarnie – Ja mam w ekwipunku krótką, różową spódniczkę…

W środku nocy jakieś niepokojące dźwięki wywabiają z obozu Montcorta i ten moment wybiera jakiś dziwny pies na dobranie się do plecaka z prowiantem łucznika. Kefffar płoszy zwierzę, które dosłownie znika (!) na jego oczach i informuje powracającego towarzysza o niespodziewanych odwiedzinach. Wkrótce okazuje się, że stworzenie wróciło i przyprowadziło swoich towarzyszy. Niestety próby dokarmiania stworzeń ochłapami tylko bardziej je rozochoca i wkrótce drużyna staje oko w oko z głodną sforą teleportujących się psów, które przeskakują od jednego do drugiego członka drużyny.

Do naszego obozowiska zawitały bezpańskie (?) psy dingo najpewniej zwabione zapachem jedzenia. Montcortowi dingo zeżarł ostatnie racje żywnościowe, więc jak to na prawdziwego przyjaciela przystało, postanowił podchrzanić trochę racji z plecaka śpiącej Mabon. Montcort podchodzi i zaczyna jej grzebać w plecaku. Zauważa to Keffar:
- A co tu nasz jaśnie hrabia ODPIERDALA?!?!?!?

Nagle rozgorzała zupełnie poważna walka, a przeciwnik okazał się naprawdę twardy. Raniony przez psa Keffar oddaje z całą zaciekłością, ale i pozostali członkowie drużyny nie próżnują. Wkrótce jedno zwierze leży martwe, kolejne ranne teleportują się z obozu. Niestety okazuje się, że wraz z nimi zniknął plecak Bruny, nad czym wojowniczka szczególnie rozpacza i we wściekłości opuszcza obozowisko. Montcort pociesza dziewczynę, zachęcając jednocześnie do powrotu ku ognisku. Tej nocy nie dzieje się już nic niespodziewanego.

Po walce drużyna liże rany. Zaczynają się też pierwsze wyrzuty.
Mabon – No i co?! Było psy dokarmiać?!
Montcort – No co? Ciebie też zawsze dokarmialiśmy!

26 dzień starości

Poranna wspinaczka ku szczycie Łysej Góry nie daje żadnych nowych odkryć. Zasnute chmurami niebo, wisząca ciężka mgła i ledwie mrzący deszcz nie ułatwiają obserwacji Za to przebudzona w obozie elfka przedstawia się jako Nimlalve i dziękuje za uratowanie jej życia. Kieruje bohaterów do podnóża góry, nad jezioro, gdzie znaleźć się ma wejście do podziemnego kompleksu jaskiń, które prócz kapłanów Thileopeshi zamieszkiwać mają groźne ogry. Usłyszawszy o nocnym ataku na obóz, mówi że stworzeniami były migopsy i że zazwyczaj nie atakują ludzi.

Nimlalve proponuje zapłatę za opiekę Mabon, i w obliczu jej odmowy obiecuje kiedyś odwdzięczyć się za pomoc, po czym odchodzi. Drużyna zgodnie z radami elfki rusza nad jezioro szukać wejścia do kompleksu jaskiń. Nad jeziorem są ślady niedźwiedzia i kolejnego ogra, a także wyraźny ślad po miejscu gdzie w miękkim nabrzeżu zarył dziób przybijającej do niego łodzi. Wkrótce odnalezione zostaje również miejsce, w którym jezioro wpływa pod górę. Niestety nie ma szans przejść suchą stopą do wnętrza Łysej Góry.

Woda jest głęboka i zimna, ale Keffar jest Ostrojczykiem i nie zamierza przestraszyć się tej przeszkody. Szybko rozdziewa się i brodząc w jeziorze, którego woda okazuje się być cieplejsza niż temperatura powietrza, zagłębia się w ciemnościach pod górą. Wkrótce znajduje brzeg pełen ślimaków i na suchym lądzie zapala latarnię po czym ogranicza jej światło do możliwego minimum.

Spacer brzegiem czarnego jak smoła jeziora trwa kilkaset metrów kiedy do uszu myśliwego docierają niepokojące odgłosy. Wkrótce w świetle małego ogniska dostrzega wysokiego, tęgiego humanoida, ubijającego coś na skałach nad wodą. Postać wkrótce odchodzi, a Keffar dociera do niewielkiej, podziemnej przystani, gdzie w świetle ogniska odnajduje kołyszące się na delikatnej fali łodzie. Keffar bez zastanowienia wsiada do jednej z nich i wkrótce zmarznięty, ale szczęśliwy melduje się przy zaniepokojonej drużynie, obozującej u brzegu jeziora pod Łysą Górą.

Keffar, Ostrojczyk płynął wpław do jaskini pod wodospadem. Wraca łodzią, cały przemoczony, a tu okazuje się, że zaraz trzeba płynąć z powrotem. Bruna od razu pyta:
– Nie powinieneś się rozgrzać po tej kąpieli?
Keffar odpowiada dumnie:
- Ja już się rozgrzałem wiosłowaniem tutaj!
- To się jeszcze rozgrzejesz w druga stronę… – dorzuca przebiegle Montcort.

View
Skrzydła Rocranon cz. 92 - Łysa góra

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Na górze zostaje Wude, ranny, obecnie nieszczególnie zdolny do walki, ma zająć się osłami. Keffar wysyła na zwiad Festego, który jak zwykle jest oporny – na swój zabawny, błazeński sposób, czym irytuje Montcorta. Po krótkiej chwili drużyna już w szyku schodzi w lochy wieży. Pierwszy przedsionek wydaje się bezpieczny, za to za kolejnym przejściem czeka niespodzianka. Zaskoczonych bohaterów wita salwa rzuconych oszczepów. Jeden z nich rani Montcorta.

Czasem z magicznym światem gry, przeplata się rzeczywisty. Podczas walki następuje ten oto opis mechaniki gry:
MG: Ja mam koboldem KP 7, a ponieważ jest całkowicie ciemno… muszę wypuścić kota.

Po szybkim przegrupowaniu drużyna przystępuje do szturmu, który okazuje się być pełnym sukcesem, a same koboldy wydają się być słabsze niż te, z którymi przyszło walczyć na powierzchni. W walce wyróżnia się Mabon, która do tej pory ucierpiała chyba najmniej z całej drużyny. Udaje się jej jednego z nich porządnie nastraszyć groźnym spojrzeniem a następnie idealnym trafieniem zrobić z niego shish-kebab. Gorzej radzi sobie ciężko ranna Bruna, ale jest przy niej zawsze niezawodny Keffar z magicznym toporem. Walka szybko kończy się i druzyna rusza zbadać kolejne pomieszczenie. Nieco ociąga się Feste, który próbuje odnaleźć jakiekolwiek ukryte drzwi lub mechanizmy.

Pierwsza w nowej komnacie jest Mabon, która jeszcze przed wejściem wrzuca do środka pochodnię, aby uniknąć ewentualnego zaskoczenia w ciemnościach. Niestety drużyna i tak jest zaskoczona tym co widzi, na szczęście przeciwnicy są także zaskoczeni – pochodniowym manewrem Mabon. W komnacie znajduje się kilku dobrze uzbrojonych koboldów w tym jeden wyglądający naprawdę twardo, oraz jeden w którym drużyna rozpoznaje maga. Zapowiada się trudna walka.

Sytuacje poprawia jednak Montcort który wbiega do pomieszczenia i praktycznie z przyłożenia zabija maga pojedynczym strzałem z łuku. Pozbawione wsparcia koboldy rzucają się na resztę drużyny ciągle stojącą w wejściu, aby odciąć łucznika i wykończyć go przewagą liczebną. Niestety udaje im się – Keffar i Bruna nie mogą się przebić przez masy kłębiące się w drzwiach. Na pewien szalony pomysł wpada wtedy Feste, który wykorzystuje niski wzrost przeciwników, aby nad nimi przeskoczyć – tygrysim skokiem (czy jak kto woli “na szczupaka”) i przetaczając się ląduje akrobatycznie na środku pomieszczenia. W samą porę, aby jeszcze złapać niecelnie rzucona przez Montcorta wybuchową miksturę Simeona. Natychmiast okręca się wokół własnej osi i z całych sił ciska nią w najmocniejszego przeciwnika, który staje w ogniu. Pozostałe koboldy nie stanowią już wielkiego zagrożenia dla łucznika, który wykorzystuje swoją zręczność, aby unikać ich ciosów. To daje czas pozostałym, aby przebić się przez tłum przy drzwiach. Gdy pada ostatni z koboldów tarasujących wejście, Keffar rzuca się do przodu, niestety potyka się o jedno z ciał. Przeklinając w swoim stylu niezdarność ostrojczyka Bruna rzuca się na ratunek Montcortowi. Z pomocą Festego zabijają dwóch pomniejszych koboldów atakujących Montcorta, a łucznik dobija płonącego szefa.

Walka dobiega końca. Przetrząsając pomieszczenie drużynie udaje ustalić się, że ruiny mają najwyraźniej elfie pochodzenie, ale że od dawna są opuszczone. W jednej ze zmurszałych beczek drużyna znajduje skarb – sporo drobnych monet. Najwyraźniej koboldy trudniły się tutaj dorywczo rabunkiem.

Wyczyściliśmy leże koboldów, zabiliśmy bossa, prężymy piersi z dumy, bo dodatkowo znaleźliśmy ich skarb. Nie możemy się doczekać, żeby sprawdzić, co w nim jest i zwracamy swe pytające spojrzenia na MG:
- To kto rzuca na skarb? – pyta MG.
- Hurra, skaaarb! – cieszą się gracze.
- Ale wiecie – stwierdza MG. Gracze zamieniają się w słuch. – Ten skarb jest bardzo skromny – dorzuca bezlitośnie.
Nasz smutek był bezbrzeżny.

Drużyna postanawia odpocząć w pobliżu ruin. Keffar z Bruną załatwiają opał, gdy pozostali przygotowują obóz. Mabon czeka sporo pracy z leczeniem tych wszystkich odniesionych przez drużynę ran. Na szczęście w nocy jest spokojnie i późnym rankiem bohaterowie budzą się nieco wypoczęci i gotowi do dalszej drogi.

Dzień 25 starości

Gdy w mroźnym powietrzu rozchodzi się zapach gotowanej herbaty, Feste wykorzystuje chwilę na wykonanie własnych ćwiczeń – kilka skłonów, rozciągnięć i fikołków pobudza jego zastane stawy i mięśnie. Gdy reszta pakuje obóz, Keffar i Mabon przetrząsają pobliskie zagajniki w poszukiwaniu cennych ziół – zapasy Mabon kurczą się niebezpiecznie.

Wiedząc, że mogą jeszcze potrzebować zdolności szamanki, bohaterowie pozwalają rozpocząć jej podróż na grzbiecie jednego z osiołków. Dzięki temu może więcej czasu poświęcić na medytacje czarów. Po kilku kilometrach, w przerwie między drzewami zwiadowcy dostrzegają wzgórze – Łysą Górę. Wznoszący się nad okolicą szczyt jest samotny, a ostre skały wystające to tu to tam z nagiego, pokrytego jedynie porostami szczytu doskonale tłumaczą jej nazwę. U stóp wzgórza w porannych promieniach skrzy się spore jezioro.

Nagle z lasu dobiega wołanie o pomoc. Keffar nakazuje zachować cisze i rusza z Feste na zwiad. Szybko znajdują połamane, pomazane krwią liście paproci. Feste dostrzega wśród paproci delikatna dłoń leżącą bez ruchu – w sitowi znajduje ranną elfkę, z paskudną raną na brzuchu. Nieopodal leży złamany łuk. Keffar podnosi ranną i wraca do drużyny. Gdy Mabon opatruje ranę, łowcy sprawdzają teren. Znajdują miejsce walki i ciało zabitego ashery – wężowijca oraz ślady drugiej istoty. Znając te potwory, wszystkim jeżą się włosy na karku – stwory te są śmiertelnie niebezpieczne przez swój silny jad i ogromną szybkość poruszania się. Na szczęście Mabon udaje się zatamować krwawienie i zniwelować efekty trucizny – przydały się wreszcie ostatnie lekcje u Simeona. Elfka jednak nie odzyskuje przytomności. Drużyna postanawia spowolnić marsz, ale zabrać ją ze sobą, aby dopilnować jej powrotu do zdrowia. Bohaterowie przygotowują włuki.

Tymczasem idąc tropem drugiej ashery łowcy natrafiają na polankę, gdzie bestia pożywia się na zabitej sarnie. Bez namysły Montcort posyła dwie celne strzały, którymi zabija wężowijca. Tym sposobem pełna przygód sesja kończy się. Wygląda na to, że odnalezienie kapłanów Tilleopessi nie jest takim prostym i szybkim zadaniem, a wyspa Rocranon zaprawdę miejscem pełnym niebezpieczeństw czyhających na nieostrożnych wędrowców.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.