Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 77 - W Prawo się odmienię

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Za dużo tych niespodzianek spada na drużynę. Keffar wyznacza opierającego się Festego na szpicę drużyny i awanturnicy przystępują do drugiej próby penetrowania odkrytych podziemi. Cóż z tego, skoro na drugim poziomie, niemal natychmiast Feste pakuje się na sześć goblinów. Kompletnie zaskoczony patrzy niemal w pyski karykaturalnym istotom, które prychają, szczerzą się, syczą, niemal szczekają i zawodzą starając się przestraszyć kuglarza. Spanikowany próbuje zaatakować i odskoczyć, niestety sam nie trafia, za to pierwszy z goblinów poważnie godzi go w brzuch swoją bronią.

Keffar postanawia przydzielić zadania drużynie, aby zwiększyć jej skuteczność. Feste ma został przepatrywaczem w podziemach.
Feste protestuje – Ale jestem błaznem! Ja się nie znam na szukaniu pułapek!
Montcort – To przynajmniej nas czasem rozśmieszaj!

Feste nadal zafrasowany nowym zadaniem, przegląda ekwipunek, czy ma coś przydatnego pod ręką.
Feste – Nie wiem, czy mi Keffar tyczki pożyczy…
Montcort – Jak użyjesz kurrary to Ci wszystko pożyczy!

W tej chwili niczym burza dopadają Keffar i Simeon, odciągając w tył towarzysza ratują mu życie, za to sami zajmują miejsce w pierwszym szeregu, choć nie do końca wiadomo czy jest taka potrzeba, bo goblin strzelający w łuku, zamiast łowcę, trafia swojego towarzysza. Ten wściekły rzuca się na niego i już wkrótce zdziwieni bohaterowie patrzą na kotłujące się na podłodze stworzenia. Bohaterowie postanawiają wykorzystać zaskoczenie. Keffar sztychem zabija jednego z potworów, Nuadu z łuky kładzie drugiego, a Simeon ciskając fiolką z trującym gazem kładzie trzeciego i rani dwóch kolejnych.

Feste wpadł wprost na drużynę goblinów, rannego ratuje Keffar wpadając na wrogów jak burza. Cios! Zadaje ogromne obrażenia!
Montcort – Po takim jebnięciu, to umieraja dwa pokolenia goblinów wstecz.

W szeregach wroga panika. Keffar i Nuadu korzystając z zamieszania masakrują przeciwników, a za ostatnim żywym, który rzucił się do ucieczki pognał Lynx, żbik Keffara dopadając go gdzieś w dali o czym świadczą dzikie ryki stworzenia. Kiedy drużyna dociera na miejsce gdzie padł, żbik już przestaje się interesować nieruchomym truchłem.

Jeden z goblinów próbuje strzelić z łuku zza pleców towarzyszy w awanturników. Trafia swojego i natychmiast oba gobliny rzucają się na siebie z pięściami wyjąc i szczekając na siebie.
Montcort – Czy nie masz wrażenia, że MG goblinami parodiuje w krzywym zwierciadle nasze poczyniania?
Keffar – Dlaczego w ‘krzywym’?

Drużyna ogląda komnaty, niegdyś mieszkalne, przez które przebiegła drużyna. W resztkach czegoś co niegdyś musiało być łóżkiem Nuadu znajduje niewielkiego idola z solidnym wzwodem i daje go Simeonowi do zbadania, ten jednak nie potrafi opowiedzieć o nim nic szczególnego. Awanturnicy postanawiają się cofnąć nieco i przeszukać komnatę trolla, którą minęli biegnąc za goblinem.

Troll nie zdążył zdjąć z rusztu owieczki i a ta przypiekła się nieco bardziej niż powinna, ale nadal, część mięsa nadaje się do spożycia, czym zajmuje się drużyna, nie zważając na nieprzyjemne zapachy jakimi przesiąknięta jest komnata. Oczywiste wydaje się, że troll powinien mieć jakiś skarb, więc drużyna przystępuje do jego poszukiwania i po przewrócenia do góry nogami całego legowiska rzeczywiście udaje się znaleźć dużą ilość brązowych i srebrnych moment, z których większości nie udaje się zidentyfikować jako używanych obecnie przez któreś z wielkich królestw.

Drużyna wraca do penetrowania lochów i trafia na salę, którą przedzielił, tak jak poziom wyżej, zawał kamieni i gruzu. kolejne pomieszczenie wygląda na salę tronową, z poważnie wyglądającym stolcem i krzesełkami dla petentów, ze ścian wystają haki, na których niegdyś musiało coś wisieć. Może banery, a może gobeliny? Za tronem kolejne drzwi prowadzą do sali z dwoma dużymi, marmurowymi stołami i drewnianą zabudową ścienną, z której wyprowadzone są wygodne krzesła. Cała zabudowa jest bogato zdobiona rzeźbieniami z motywami kwietnymi i związanymi z morzem: ryby, kalmary, fale, itp.

Sala tronowa posiada solidne krzesło na postumencie.
MG – Krzesło jest solidne i wygląda na wygodne, masz nawet ochotę aby na nim usiąść.
Nuadu – NIE! Nie mam!

Simeon badający dokładnie drewniane płaskorzeźby zastanawia się nad jednym z elementów ściany i po chwili przy pomocy dwóch bełtów do kuszy uruchamia mechanizm otwierający część ściany. Tajemne przejście! To prowadzi do kolejnej sali, pośrodku której w środku wyrysowanego magicznego znaku stoi ogromna bryła szarej soli. Poza tym w sali są jeszcze tylko ogromne kałuże zaschniętego wosku, z których sterczą mniejsze i większe kawałki świec. Simeon zbiera co mniej zużyte świece i znajduje zatopioną w wosku kartę pergaminu. Ją również zabiera ze sobą, odłupując cały, duży kawałek wosku.

Drużyna wraca do głównego korytarza i natrafia na galeryjkę ze schodami wiodącymi w dół. Na razie jednak pozostawiają schody i kierują się w kierunku kolumnady, docierając nią do dużej sali, przypominającej nieco katedrę. Prócz kolumn, ogromnego marmurowego ołtarza i wnęk w których leżą zawinięte w płótna kości, szczególną uwagę przyciągają ogromne, przytłaczające rozmachem przedstawionych scen, ścienne malunki. Karawany jaszczuroludzi, tuż obok stojącego na skale jegomościa z głową ośmiornicy, wokół którego kłębią się tłumy neandertalczyków. Jadący na ogromnym żuku człowiek o łbie niedźwiedzia, morskie diabły wychodzące z morza, przeciw którym staje na brzegu mąż w błękitnej zbroi a za nim armia ludzi. Cień wyłaniający się z lawy, a nad nią niebieski smok zataczający kręgi i kolejni jaszczuroludzie wznoszący w niebo ręce w geście zwycięstwa. Wiele innych scen można znaleźć jeszcze na tych malunkach, ale drużyna już rozgląda się za czymś jeszcze bardziej niezwykłym.

Feste ciągle się opiera przed byciem awangardą drużyny, albo nawet sprawdzaniem co to za niepokojące dźwięki usłyszała drużyna. Keffar się złości się.
Keffar – A ty masz tam jakieś ukrywanie się w cieniu, czy głupka udajesz?
Feste – No coś tam mam, ale odgrywanie głupka to jest moja praca…

Feste ostrożnie ogląda ołtarz, przed którym ostrzegł go Simeon. Rzucając zaklęcie wykrycia magii alchemik stwierdza, że stół opalizuje wyjątkowo mocną magią. Na blacie leżą dwie czarki z pyłem i kilka kartek zapisanych niezrozumiałymi runami. Simeon przy pomocy zaklęcia czytania języków odcyfrowuje jedną z nich. To hymn dziękczynny składany istocie o imieniu Thileopessia, dziękujący za ochronę, możliwość wzrastania, opiekę przed wrogami. Simeon próbując podnieść kolejną z kart, niechcący, delikatnie dotyka stołu. Nagle wszyscy widzą jak ich towarzysz zatacza się i o mało nie upada.

Tymczasem w umyśle maga jakby wybuchła raca, wszystko staje się zbyt głośne, zbyt jasne, jakby prąd przeszedł przez jego członki. Przy pomocy towarzyszy dociera do kolumny, o którą oparty może dojść do siebie. Nie wie jeszcze, że dotknięcie ołtarza zmieniło jego charakter na praworządny, ale powoli docierać zacznie do niego natura zmiany jaką magicznie przeszedł. Drużyna postanawia wyjść na powierzchnię, dać odetchnąć towarzyszowi i dopiero wrócić do dalszego penetrowania lochów. Za zdziwieniem jednak dostrzegają, że ktoś pozbierał truchła zabitych goblinów i ułożył je w jeden stos. Nagle do awanturników wracają wspomnienia dziwnego zachowywania się Lynxa, zwierzę musiało słyszeć dziwnych ktosiów. Ale kim są i gdzie się podziali?

Drużyna ostrożnie wspina się schodami na wyższy poziom lochów i rzeczywiście wkrótce słyszy jakieś stworzenia rozrabiające w pomieszczeniu z piecem do wypalania gliny. Awanturnicy postanawiają założyć pułapkę i zwabiają w nią goblina! Zaskoczone stworzenie wciągnięte z całą siłę zderza się ze stołem i ginie, a Nuadu i Keffar zauważywszy, że nie mają do czynienia z nikim groźnym, rezygnują z utrzymywania przygotowanych pozycji i niczym barbarzyńcy wpadają do sąsiedniej komnaty lejąc zaskoczone gobliny prawem i lewem. Nawet Simeon rusza do walki zaskoczony zapałem z jakim atakuje potwory. Nagle jakby szczególnie obrzydliwa stała mu się ich egzystencja.

Już na powierzchni drużyna rozbija obóz i mimo mrzawki postanawia spędzić noc w pobliżu rozpadliny. Simeona w nocy męczą jakieś koszmary, zrywa się ze snu, w którym jakiś cień w głębinach morza wyciągał po niego swoją pazurzastą dłoń.

View
Skrzydła Rocranon cz. 76 - Głowa trolla

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Drużyna wycofuje się szybko na wyższe piętro i zajmuje strategiczne pozycje, w cieniu pomieszczeń po obu stronach korytarza. W ostatniej chwili Feste orientuje się, że w przejściu leżą truchła dwóch żuków i odciąga je do jadalni, chowając się pod stołem. Mabon pośpiesznie gasi pochodnię. W głębi korytarza widać łunę, a na jej tle zarysowaną humanoidalną sylwetkę. Istota zbliża się, a po chwili widać, że za nią podążają następne. W gadzich łuskach lśnią odbite płomienie lampy. Istoty mają potężne chitynowe zbroje i ciężkie, nabijane zadziorami pałki. Montcort i Nuadu po cichu naciągają cięciwy łuków, a Feste w ukryciu przygotowuje śmiertelną niespodziankę zanurzając pociski do procy w dziwnej substancji. Gdy tylko jaszczuroludzie mijają ukrytą drużynę, Montcort i Nuadu wypuszczają strzały. Feste pudłuje strzelając z procy, jednak zaraz z cienia wypadają Winder i Keffar zajmując wrogów. Jednak jaszczury nie poddają się łatwo. Szybko przyjmują pozycje obronną pozwalając wycofać się najbardziej rannemu. W tym czasie Simeonowi udaje się załadować świeżo zakupioną kuszę, jednak ze strzałem wstrzymuje się, zastanawiając się – jak się właściwie z tego strzela? Kiedy w kolejna salwa łuczników trafia jaszczury a Feste nokautuje jednego celnym uderzeniem zatrutym kamieniem, jeden z reptilonów (najbardziej ranny) postanawia się wycofać i zapewne wezwać pomoc. Keffar rzuca tarczą, ale nie trafia, natomiast Simeon, który odkrył właśnie mechanizm spustowy, wychyla się zza węgła i strzela do uciekiniera. Bełt trafia w sam środek potylicy i martwy gad spada z głuchym łoskotem po schodach na dół. Keffar z niedowierzaniem patrzy na uczonego, który tylko wzrusza rękami z wyrazem na twarzy mówiącym: “No co, szczęście nowicjusza”. Z drugiej strony Feste dobija sparaliżowanego jaszczura i rusza do kolejnej szarży, na ostatniego wroga, z którym w śmiertelnym tańcu zwarł się Nuadu z precyzją chirurga operujący swoimi dwoma toporami. Co i nuż zadaje drobne, ale bolesne rany, sam będąc nieuchwytny. Ośmielona Mabon dokłada swoje trzy grosze, przypalając jaszczuroczłeka pochodnią. Po kilku chwilach przeciwnik zostaje dosłownie rozniesiony na szablach przez wojowników drużyny.

Dwugłos o pechu w kościach:
MG – Montcort, nie wiem czy dobrze to o tobie świadczy, ale po twoim strzale Keffar się zesrał… ze strachu o własne życie
Nuadu – Wydało się! Mam toporki z sera… Musze pilnować, żeby Mabon nie zeżarła…

Po walce Keffar szybko wydobywa lampę, która razem z jaszczurem spadła na dno schodów, gdzie wznieciła mały pożar. Bez źródła paliwa pożar szybko wygasa. W tym czasie drużyna przetrząsa zwłoki pozostałych jaszczurów, w czym, o dziwo, przoduje Mabon. Ze znalezionego ekwipunku najbardziej godne uwagi są specyficzne zbroje i tarcze, zrobione z jakiegoś rodzaju naturalnych skorup. Okazuje się też, jak paskudne były maczugi użyte przez jaszczuroludzi – pełne metalowych, piekielnie ostrych kawałków metalu.

MG – Tą maczugą robisz na polu walki spustoszenie jak Mabon w spiżarni!

Po chwili drużyna słyszy dochodzące z dołu głośnie tupanie. Ktoś jednak usłyszał hałas na schodach i teraz nadchodzi, do tego, sądząc po głośnym zachowaniu, dość pewny siebie. Drużyna szybko powtarza manewr z ukryciem się w cieniu i już po chwili widzi przed sobą na schodach sylwetkę trolla. Nuadu i Montcort chcą znienacka strzelić do trolla, ten jednak jest świadomy ich obecności. Ku przerażeniu Nuadu w jego stronę leci kociołek pełen czegoś, co najprawdopodobniej jest wrzącym gulaszem. Szybko rezygnuje ze strzału i zwinnie odskakuje do tyłu. Troll przechodzi do szarży trzymając w reku paskudnie wielką, choć pozbawiona zadziorów maczugę. Wystrzelony z kuszy Simeona pocisk nie ma szans zatrzymać potwora – wywołuje jedynie draśnięcie. Troll wpada na wycofującego się Nuadu, ale w tym momencie do walki dołącza Keffar, zapamiętale tnąc potwora. Kolejne strzały Montcorta, Feste i Simeona okazują się także celniejsze. Rozochocony Simeon kolejny raz ładuje swoja kuszę i oddaje strzał i tym razem – o zgrozo! – trafia w nogę Windera. W tym momencie postanawia odłożyć kusze na bok, a wyciągnąć dobrze mu znane mikstury podpalające – w walce z regenerującym się trollem na pewno się przydadzą. Po kilku chwilach troll zostaje zmasakrowany, udaje mu się jednak dość mocno poszarpać wojowników. Nieprzytomnego trolla podpala Simeon, kończąc w ten sposób jego żywot raz na zawsze. Drużyna postanawia wycofać się z lochów, zabierając ze sobą głowę trolla jako trofeum dla wieśniaków.

Gdy drużyna dochodzi do zapadliska i spogląda w górę widzi rząd głów wystających znad krawędzi urwiska – wszyscy mieszkańcy wyspy z niecierpliwością czekają na wynik wyprawy. Nie tracąc czasu bohaterowie łapią za liny i wspinają się na górę. Droga ta okazuje się szczególnie uciążliwa dla Keffara, który z bólu aż zgrzyta zębami, gdy raz po raz musi oprzeć ciężar ciała na poparzonej ręce. Na szczęście Simeon obiecał, że szybko przygotuje specjalną maść, uśmierzającą ból i przyspieszającą gojenie – i do jej przygotowania zabiera się od razu.

W tym czasie reszta drużyny wdaje się w ożywiona dyskusję z mieszkańcami. Głowa trolla wywołuje nieskrywaną trwogę u starszych i wielkie zaciekawienie wśród dzieci. Gelto, dowiedziawszy się co znajduje się w dole, łapie się za głowę i nalega aby jak najszybciej dziurę zasypać. Drużyna jednak powstrzymuje wieśniaków – co jeśli gdzieś na wyspie jest inne wyjście? Co jeśli loch otworzy się znów za jakiś czas, gdy nikogo na ratunek nie będzie? Simeon natomiast bardzo zainteresowany jest historią wyspy i ewentualnym pochodzeniem lochu, jednak nikt z obecnych nie jest w stanie powiedzieć mu nic więcej – w związku z tym popiera wniosek drużyny o niezasypywanie rozpadliny. Po naradzie wieśniacy zgadzają się i postanawiają wystawić straże nad rozpadliną, gdy bohaterowie będą ja badać. Drużyna zakłada obóz i sprowadza dodatkowy prowiant ze statku, gdy tymczasem mieszkańcy wyspy udają się do swoich domów po ekwipunek.

Gdy wraca Gelto jest ubrany w dobrze dopasowaną, choć nieco zaniedbaną ciężką kolczugę a przy pasie ma miecz (?). Reszta wieśniaków jest znacznie słabiej wyposażona – w proste narzędzia rolnicze. Gdy przygotowują się do zejścia, bohaterowie stają się świadkami dziwnego wydarzenia – oto w dole przed nimi pojawiają się jakieś istoty. Po dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się, że są to ludzie, choć zachowują się raczej dość prymitywnie. Z jakiegoś powodu zaczynają przekopywać stertę kamieni po przeciwnej do wejścia do loszku stronie wąwozu. Simeon postanawia nawiązać z nimi dialog: “Haj wy tam na dole!”. Odpowiada seria basowych dźwięków z grubsza przypominających coś w rodzaju mowy, po czym istoty znikają w loszku. Pojawiają się chwilę później w asyście dwóch jaszczuroludzi. Montcort oddaje strzał, trafiając jednego z jaszczurów. Cała grupa ucieka.

Po odczekaniu paru minut drużyna ostrożnie schodzi na dół rozpadliny. Keffar pierwszy wchodzi do pomieszczenia kuchennego / pracowni, tylko po to aby stanąć oko w oko z człowiekiem – troglodytą. Za Keffarem stoją jednak Montcort i Nuadu i szybko posyłają strzały w dzikiego. Ten jednak jest twardszy niż wygląda! Dopada Keffara i zadaje mu nieznaczne rany, jednak Keffar nie pozostaje dłużny i szybko kilkoma celnymi ciosami rozprawia się z dzikim.

O Montcorcie zadowolonym ze swojego strzelania:
Simeon – Montcort, w końcu przeciwnicy dla Ciebie!
Montcort – Z.A.M.K.N.I.J. S.I.Ę.!

Drzwi do jadalni zostały zamknięte. Keffar nasłuchuje i słyszy przyciszone, ale podekscytowane rozmowy w dziwnym dialekcie. W tym czasie Nuadu z Simeonem badają drugie drzwi – do tej pory nie otwierane przez drużynę. W środku znajduje się lodownia – pomieszczenie do przechowywania mięsa i innej łatwo psującej się żywności. Gdzieniegdzie widać jeszcze kawałki lodu, który szybko topnieje. Na czymś co wygląda jak katafalki leżą resztki jakiś istot, kawałki mięsa. W niektórych z nich Simeon rozpoznaje ludzkie wnętrzności.

Nic nie wskazuje na to, aby do pomieszczenia miała prowadzić jakaś tajna droga, tak więc z niesmakiem Nuadu i Simeon wycofują się z tego przerażającego miejsca. W tym czasie Keffar postanawia otworzyć drzwi do jadalni. Seria urwanych chrząknięć, szczeknięć i innych odgłosów, przypuszczalnie przekleństw w prymitywnym języku, oraz mocny opór świadczą, że bohaterowie nie są tu mile widziani. Keffar jednak się nie poddaje i z pomocą Windera i Montcorta wyważają drzwi. Za nimi napotykają trzech troglodytów gotowych do walki. Keffar osłaniany strzałami Montcorta, Festego i Nuadu wycofuje się, wciągając dzikich do kuchni. Tutaj już czeka Simeon z przygotowanymi miksturami. Jedna z nich trafia bezbłędnie i rozbijając się u stóp przeciwników pogrąża atakujących w trujących oparach. Jeden z nich natychmiast pada, dwóch innych dobijają Keffar i Nuadu. Ciąg powietrza w jaskini unosi trującą chmurę do jadalni, gdzie słychać po chwili krzyki bólu i odgłosy kaszlu.

O wędrującej w korytarzach trującej chmurze:
Nuadu – Wachlujemy, Wachlujemy! Dmuchajcie!

Keffar postanawia wykorzystać przewagę zaskoczenia, wielkości, siły i terenu – wbiegając do pomieszczenia i wskakując na ławę i próbując atakować z góry. Niestety, podczas ataku ślizga się na pozostałościach kolacji i ląduje praktycznie bezbronny u stóp przeciwników. Z pomocą przychodzi mu Nuadu wpadając do pomieszczenia jak burza i w rozsiekując w locie jednego z jaszczuroludzi. Pozostali wrogowie zwracają się przeciwko niemu, dając cenny czas Keffarowi, który gramoli się ogłuszony z podłogi. Niestety Nuadu obrywa od nich dość paskudnie, tak iż musi się wycofać. W tym czasie jednak do jadalni zdążyli już wpakować się pozostali członkowie drużyny i celnymi strzałami osłaniają odwrót. Gdy zostaje tylko jeden reptilion Keffar i Nuadu nie mają problemów, aby się z nim rozprawić.

O jaszczuroludziach go atakujących:
Keffar – A oni nie są zdziwieni (zaskoczeni – MG), że tak się wyjebałem?

Drużyna staje w zadumie nad rzezią, której dokonali, zastanawiając się jakie podjąć dalsze kroki. Nie zauważają Mabon, która cichaczem zagląda do jedynego niezbadanego pomieszczenia. Na szczęście jest to tylko swego rodzaju schowek czy spiżarnia i nie kryją się tam żadni nowi wrogowie.

View
Skrzydła Rocranon cz. 75 - Owieczka na ruszcie

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl

Szeroka na 7 i głęboka na 12 metrów rozpadlina powstała nagle w niejasnych okolicznościach. Na jej dnie widać tunel, z którego wedle słów synów latarnika wychynąć miał troll i porwać owcę, która spadła na dno parowu. Bohaterowie mocują liny i na oczach ciekawskiej gawiedzi (do latarnika i jego rodziny, dołączyły dzieciaki z sąsiedzkich farm) opuszczają się w dół.

Rozpadlina powstała w miejscu jakiegoś podziemnego pomieszczenia. Pod zwałami kamieni i ziemi widać fragmenty zdruzgotanej posadzki. W tymczasowej ścianie, przysypane kamieniami tkwią drzwi z szarego, kamiennego z wyglądu drzewa. Te nie dają się otworzyć, przynajmniej nie bez ogromu włożonej pracy, za to po drugiej stronie rozpadliny zieje wilgocią mroczny otwór korytarza.

Zdziwienie bohaterów jest ogromne, kiedy zdają sobie sprawę, że korytarz jest wynikiem pracy wcale zdolnego architekta. Ciosany kamień ścian, wysoki sufit, kamienne płyty posadzki. Krótki korytarzyk prowadzi do sali z piecem do wypalania naczyń i dużą ilością, przeróżnej wielkości garnków, stągwi, miseczek i flasz wypełnionych dziwnymi substancjami. Kolejne drzwi i drużyna staje w jadalni z długim drewnianym stołem i ławami, na których walają się sztućce i miski po jakby dopiero co skończonym posiłku. Słowo dane Geltemu zaczyna ważyć więcej niż się początkowo wydawało.

Za kolejnymi drzwiami Keffar zatrzymuje drużynę. Na samym środku skrzyżowania korytarzy stoi metrowej długości żuk, o świecącej oleiście skorupie i groźnie zadartymi w górę rogami, zaraz za nim drugi jego pobratymiec. Drużyna mierzy się z niepewnymi stworzeniami wzrokiem przez dłuższą chwilę, a Keffar powolutku wycofuje wszystkich do jadalni. Stworzenia również oddały pola, wycofując się gdzieś w głąb kompleksu. Niestety okazało się, że te dwa to tylko połowa z żerujących w spiżarni gigantów, reszta przypadkowo odcięta od wyjścia rzuca się wściekle na drużynę.

Jak to już jest w zwyczaju, pierwszy impet przyjmuje na siebie Keffar. Pierwszy z żuków pluje na niego oleistą substancją parząc boleśnie odsłonięte fragmenty ciała łowcy, po czym szarżuje z nisko pochylonym łbem paskudnie rogami raniąc słabiej opancerzone nogi. Drużyna rzuca się do walki. Nuadu stara się zasłonić mniej odpornych na ciosy towarzyszy i sam zostaje lekko ranny, ale poza tym już nikt nie zostaje poszkodowany. Kilka minut później wszyscy ze współczuciem patrzą na opatrywanego Keffara, którego skóra pokryła się czerwienią oparzeliny i bąblami. Feste proponuje jakiś specyfik, który jednak prócz tego że pomaga, również straszliwie piecze, zamieniając marudzącego Keffara we wściekłego marudzącego Keffara. Obywa się jednak bez ofiar.

Okazuje się, że żuki przyszły krętymi schodami ze znajdującego się około 8 metrów niżej poziomu. Z małej komnaty, na którą wychodzą schody, awanturnicy przenoszą się do korytarza, w którym wyraźnie pachnie pieczystym. Skradając się bohaterowie docierają do otwartych drzwi dużej komnaty na środku której, nad ogniem opieka się nabita na ruszt owieczka. Na wielkim stosie skór i śmieci służącym za barłóg leży natomiast śmierdzący troll, podśpiewując pod nosem jakąś nieznaną piosenkę.

Jeszcze ciszej niż poprzednio, awanturnicy wycofują się do pomieszczenia ze schodami i postanawiają przemyśleć dalsze posunięcia. Dość żywiołową rozmowę przerywają jednak zbliżające się dźwięki ciężkich kroków i pobrzękiwania metalu. Drużyna cichcem wbiega po schodach na wyższy poziom.

View
Skrzydła Rocranon cz. 74 - Koniec rocranońskiego lata

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Od oblężenia Sotham przez morskie diabły mija tydzień. Ten czas drużyna wykorzystuje na złapanie oddechu i pomoc w przeorganizowaniu się i dostosowaniu mieszkańców Sotham do nowych warunków. Okryci chwałą i sławą obrońców portu, która przyćmiła nawet sławę rycerstwa broniącego zamku i murów stają się autorytetami dla rozmaitych grup. Keffar i Montcort bierą udział w naradach w zamku i długoterminowym planowaniu strategii, Nuadu pomaga byłym niewolnikom ze statku Trozzego w asymilacji i stworzeniu nowej społeczności, Simeon pomaga Oethedowi w przetrząsaniu biblioteki w poszukiwaniu odpowiedzi, Mabon i Feste pomagają w organizowaniu prowizorycznych siedzib dla napływających do miasta ludzi z okolicznych wiosek.

Samo miasto zaroiło się ofiarami wojny i uchodźcami. Wiele osób poniosło poważne rany i wielu kalekich ludzi widać na ulicach.Folke Artin i jego straż miejska ma sporo problemów z utrzymaniem porządku – w mieście pojawiło się zbyt wielu nędzarzy, żebraków i ludzi szukających kąta – a pomiędzy nimi drobnych złodziejaszków, paserów i podobnego sortu spod ciemnej gwiazdy próbujących zarobić na ludzkim nieszczęściu, braku żywności i zawierusze wojennej.

75 dzień wzrastania

Mabon budzi się rano słysząc nieprzyjemny odgłos tarcia. Odwraca się i widzi Keffara stojącego do niej tyłem, pracującego zawzięcie nad czymś co leży na dużym dębowym stole. Ze stołu na podłogę kapie krew i zbiera się w sporej kałuży. Kap, kap, kap. Przerażona i zahipnotyzowana Mabon widzi jak Keffar odwraca się ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. W ręce trzyma małego trolla, którego trze na miazgę na tarce do prania…

Zlana potem Mabon budzi się – to był tylko sen. Czy aby na pewno? Gdzieś z oddali dochodzi taki sam odgłos tarcia. Wyglądając przez okno Mabon orientuje się jednak z ulgą, że to tylko uczniowie Simeona pracują nad jakimś roślinnym przecierem potrzebnym do alchemicznych eksperymentów.

Tymczasem na zamku już od wczesnego rana trwają ożywione dyskusje i narady. W zamku zjawił się Artis – dyplomata z Haegavo, proponujący pomoc w rozwiązaniu problemu ryboludzi. Szlachta wydaje sie popierać ten pomysł, jednak sam Wanryk Śmiały szybko ucina ich ekscytację – nie ma zamiaru sprzymierzać się z ludźmi do których najwyraźniej żywi jakąś osobista urazę. W szorstkich słowach odprawia posła, ku niezadowoleniu szlachty. Jedynym skutkiem wizyty posła są wiadomości o tym, że ataki ryboludzi dotknęły tylko osady leżące wzdłuż wybrzeża Zatoki Kła. Warto wspomnieć, że Zatoka Kła jest obecnie strategicznym akwenem Rocranon: zapewnia bezpieczny port oraz, co ważniejsze, dostarcza Ostrzyc – ogromnych i smacznych ryb, które są najważniejszym surowcem eksportowym Rocranon i na nich opiera się obecne bogactwo wyspy. Jednym z kluczowych miejsc w zatoce jest latarnia na małej wyspie “czopującej” wejście do zatoki. Problem jej bezpieczeństwa zostaje podniesiony przez Simeona, co spotyka się z aprobatą starszego nad monetą Gilliama, który obiecuje zorganizować wsparcie dla wyspy. Drużyna proponuje też zaplanowanie komunikacji z latarnia, na wypadek ataku ryboludzi. Korzystająz z chwili uwagi Simeon i Oethed przedstawiają wyniki swoich badań nad zapisami o ryboludziach – okazuje się, że ataki tego typu zdarzały się już, średnio co kilkadziesiąt lat. W księga znajdują się dokładne zapiski o co najmniej trzech takich atakach, a więcej można znaleźć w zapisach legend i baśń z odleglejszych w czasie lat. Niepokojące wydaje się fakt, że ataki częstokroć trwały nawet i cały sezon, a ryboludzie potrafili wedrzeć się daleko w głąb lądu. Kroniki mówią jednak, że na suchym lądzie tracą oni nieco ze swoich zdolności bojowych i są zgodne, że to w głębi lądu dokonywano ostatecznego starcia i zniszczenia nacierających sił. Oczywiście dowódca obrony zostawał potem władcą wyspy. Jedna z relacji wspomina jednak o nieznanym artefakcie, który rzekomo miał wspierać obrońców, a który pojawiał się w posiadaniu bohatera dowodzącego siłami Rocranon. Rzeczony artefakt był według podania przechowywany przez elfy zamieszkujące puszczę Quonit na północ od miejsca, gdzie obecnie znajduje się Sotham. W samej relacji pojawia się wiele odniesień gnostycznych do magii krwi a sam tekst jest bardzo surowy, w przeciwieństwie do bogatych w erystyczne konstrukcje pozostałych bohaterskich eposów. W tym jednak momencie, kiedy Oethed chciałby zwrócić na te interesujące fakty uwagę, do sali wchodzi Jacques Gujoza, demonstracyjnie padając na jedno kolano przed Wanrykiem i wygłaszając kwiecista mowę o tym jak to ze swymi ludźmi wyjechał na krucjatę przeciwko elfom, w czasie, gdy Sotham zagroziło tak wielkie niebezpieczeństwo. Zapewnia, że wrócił, gdy tylko dowiedział się o problemach i przyprowadził ze sobą trzydziestu rycerzy i drugie tyle lekkozbrojnych, aby wesprzeć siły Sotham w walce z diabłami morskimi, a siebie oddaje pod bezpośrednia komendę Wanryka. Ta manifestacja wywołuje podziw wśród zebranych, który postanawiają wykorzystać przedstawiciele Kościoła Ostatecznego Porządku. Wraca temat pozyskania sojuszników w postaci paezurczyków, co jednak nie podoba się szlachcie. Keffar wtrąca swoje trzy grosze proponując wynajęcie ostrojczyków za godną cenę, co jednak natychmiast zostaje skontrowane faktem, że ostrojczycy w ostatnim czasie pracują głównie dla argadyjczyków, z którymi Wanryk nie chce mieć do czynienia. Jeden z przedstawicieli rady kupców (?) niejaki Wellson, nalega, aby walczyć własnymi siłami i stworzyć federacje opartą na osadnikach mieszkających na Rocranon. Pomysł Keffara, aby w poczet osadników zaliczyć także dzikich – oraz elfy i innych rdzennych, nieludzkich mieszkańców wyspy wywołuje osłupienie a niedługo potem ożywiona dyskusję, krzyki i kłótnię. Głosy aprobaty szybko zostają jednak zagłuszone przez szlachtę i zwolenników Kościoła.

Montcort przedstawia teorie spiskowe na radzie.
Simeon – Montcort Max Kolanko!
Montcort – Mówię jak jest!

Po obradach drużyna wreszcie ma trochę czasu aby dokonać dokładniejszej inspekcji statku, który został wyremontowany. Keffar rozglądając się w porcie za kandydatami do załogi, obserwuje jak rozładowywany jest statek z pomocą z wioski Trzewia. W pewnej chwili widzi jak po podeście schodzi na ląd barczysty wielkolud z ogromną maczetą niedbale przerzuconą przez ramię, bystrymi oczami taksujący okolicę. Za nim pojawia się dwóch ludzi w tunikach z symbolami Kościoła Ostatecznego Porządku. Keffara uderza uczucie – ja już tego gościa gdzies widziałem… I tak, chwila namysłu i Keffar postanawia, że lepiej dla wszystkich będzie się nie witać i rozejść w dwie przeciwne strony. Rzeczeni ludzie to ekipa, która swego czasu polowała na centaury i zabiła w bestialski sposób jednego z nich nieopodal Trzewi.

MG opisuje bardzo dokładnie i w kwiecistych słowach wyremontowany statek drużyny
Keffar – A grzane zydle ma?

Druzyna stwierdza, że w Sotham zaczyna się robić tłoczno, szczególnie zagęszczenie osób wspierających prawo i porządek przekracza tolerowane przez większość osób w drużynie normy, tak więc zapada decyzja o zostawieniu wielkomiejskiej polityki innym i o udaniu się z wizytą w dzikie ostępy. Pada pomysł o odwiedzeniu starych znajomych w Talzanii. Na popołudnie zaplanowano kolejna naradę, otwartą dla wszystkich obywateli Sotham i na niej drużyna postanawia zakomunikować władzom miasta, że poszukają rozwiązania problemu ryboludzi na własną rękę.

Mabon – ale jak to idziemy do Wanryka na kolację? Nie mam się w co ubrać!
Keffar – pomalujmy ją farbkami Festego!
Montcort – Ale farbki Festego są do białego mężczyzny a nie negroidalnej kobiety!
Mabon – Ja nie jestem negroidalna! Tylko dawno się nie myłam…

Na naradzie Arles Wellson ogłasza wszem i wobec decyzje Wanryka Smiałego. Otóż armia Sotham ma wyjść ryboludziom na spotkanie w otwartym polu, że nowym bohaterem i przyszłym królem całego Sotham jest zwycięski Wanryk Śmiały, a każdego kto zaciągnie się pod jego sztandar opromieni wieczna chwała. Wiwatom w tłumie nie ma końca.

Po części oficjalnej, Simeon próbuje przekonać Wellsona, aby zorganizował osobiste spotkanie z Wanrykiem, na którym chciałby przedstawić plan drużyny. Słowa jednak odbijają się od Wellsona, którego umysł zaprzątnięty jest już organizacją wielkiej kampanii. Półgębkiem obiecuje, że porozmawia z Wanrykiem i przyśle w razie czego umyślnego. Drużyna postanawia poczekać do dnia po święcie ostatniego dnia lata.

Noc – 76 dzień wzrastania / 1 dzień starości – święto

Równonoc jesienną drużyna postanawia spędzić tak jak inni ludzie – świętując. Zgodnie z tradycją w tę ostatnią noc lata odbywają się pielgrzymi z pochodniami na okoliczne wzgórza, a ludzie biesiadują przy ogniskach, zażywają symbolicznego odpoczynku od trudów letnich prac a także dają upust radości i innym żądzom, świętując koniec urodzajnego okresu zbiorów. Noc kończy się za szybko i rankiem pierwsze zimne podmuchy wiatru witają pierwszy dzień jesieni.

1 dzień starości

Po dwóch dniach, nie doczekawszy się wizyty posłańca od Wanryka, drużyna uzupełnia zapasy na podróż i okrętuje się na swój statek. Kierunek: Trzewia. Ciągle czujni, pamiętając o niebezpieczeństwie ze strony ryboludzi, bohaterowie żeglują wzdłuż południowego wybrzeża Zatoki Kła, ciągle mając w zasięgu wzroku ląd. Po kilku godzinach, ze sprzyjającym wiatrem na horyzoncie dostrzegają zarys wysokiej budowli – latarni. Pamiętając o szczególnym znaczeniu tego miejsca, drużyna postanawia sprawdzić, czy załoga latarni nie ucierpiała w jakimś ataku ryboludzi. Przybiwszy do brzegu szybko orientują się, że dzieje się coś niedobrego – w ich kierunku z krzykiem biegnie dwóch wieśniaków. Dziękując niebiosom za ratunek dopadają do naszych bohaterów przekrzykując się tłumaczą co się stało – gdzieś na wyspie otwarły się “piekielne czeluście”, a z nich wychodzą potwory i kradną “łowiecki”.

O powitaniu lokalnych farmerów:
Montcort – jaka odmiana, zawsze do nas kamieniami rzucali…

O dziurze z potworami
Montcort – ale tylko zajrzymy do środka, mam rację, nie?…

Drużyna obiecuje zająć się potworami, jednocześnie dopytuje o ewentualny problem z ryboludźmi. Na szczęście młodzi farmerzy, bliźniacy o wdzięcznych imionach Hrido i Wido i posługujący się równie wdzięczną gwarą, nic nie słyszeli o diabłach morskich. Bracia prowadzą druzyną do wieży – jak się okazuje prostego stosu kamieni układanego bez zaprawy – gdzie rezyduje latarnik, Gelto, ojciec bliźniaków. Gelto zapytany przez Keffara opowiada swą historię posługując się całkiem przyzwoitym językiem argadyjskim – był kiedyś oficjelem na dworze, ale w wyniku jakichś machinacji politycznych został zesłany za karę na tę wyspę. na pocieszenie dostał do towarzystwa niejaką Radissę, która została jego żoną. Wprawdzie niezbyt obyta i rozgarnięta, dobrze zajmuje się domem a i innych “talentów” jej nie brak. Kiedy drużyna zajęta jest słuchaniem opowieści i pałaszowaniem kolacji, wieśniacy organizują line i pochodnie niezbędne do badania lochów. Po posiłku bliźniacy prowadzą drużynę do piekielnej czeluści…

View
Skrzydła Rocranon cz. 73 - Noc w której ożyło morze

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 65 wzrastania

Cały dzień minął na szkoleniu rekrutów i przygotowaniu barykad w porcie, w mieście pojawiają się patrole złożone z rekrutów. Nastroje w mieście stają się coraz bardziej napięte. Kulminacją jest nocny atak nieznanego osobnika. Zdarzenie rozpoczęło się od Nuadu, który zauważył dziwna postać przeskakującą przez mur i przemykającą w porcie pod osłoną nocy. Nuadu podążą za osobnikiem, który znienacka atakuje jednego ze strażników pełniących wartę w porcie. Strażnik ginie, ale Nuadu podnosi alarm, przeciwnik zmuszony jest do ucieczki. Napastnik okazuje się jednak bardzo zwinny i kilkoma susami udaje mu się uciec wykorzystując dachy budynków portowych. W dokach patrol Nuadu znajduje porzuconą łódź rybacką.

Dzień 66 wzrastania

Przyspieszona naprawa statku Simeona zostaje ukończona, zostaje on zabezpieczony w dokach na czas potencjalnego oblężenia. W międzyczasie na zamku odbywa się publiczna debata nad losami wyspy. Okazuje się, że jeździec konny, który w galopie minął pewnego dnia drużynę wiózł ze sobą makabryczne trofeum – głowę istoty z głębin – ryboczłeka. Istoty te, przez gmin zwane Diabłami Morskimi, były przyczyna upadku Przystani Pawolda. Groźba ataku z morza staje się naprawdę realna. Szacowny Oethed z Berne, uczony, wygłasza długie oratorium na temat istot i aktualnego stanu wiedzy na temat ryboludzi i przeszłych z nimi kontaktów – wygląda na to, że to nie pierwszy raz, kiedy to zagrożenie pojawia się w historii wyspy. Techniczny monolog uczonego przerywaj Keffar z Montcortem, którzy raportują spotkanie druzyny z diabłami morskimi podczas powrotu na Rocranon z Haegawo, kiedy to dzielnie dali opór istotom atakującym inny napotkany statek. Oczywiście słowem nie wspominają o taktycznym odwrocie. Swoja znajomością tematu zjednują sobie znów władców miasta, co pieczętuje ich pozycję jako dowódców obrony miasta. Po naradzie Simeon nawiązuje kurtuazyjna rozmowę z Oethedem i poleca swoją pomoc w przeszukiwaniu księgozbioru zgromadzonego w Sothamskim zamku i Świątyni, mając nadzieję, ze dodatkowa wiedza może w przyszłości okazać się kluczem do rozwiązania problemu. Gdy Simeon przekopuje kolejne sterty książek oraz pomaga swoim uczniom przygotowywać mikstury leczące, pozostali członkowie drużyny wracają do swoich zadań. Niestety nadchodząca noc nie będzie okazją do odpoczęcia po trudach dnia.

Noc z 66 na 67 dzień wzrastania

Podczas wart Nuadu w obozie obrońców na wybrzeżu podnosi się alarm. Niskie wyszkolenie i morale przygodnych żołnierzy rekrutowanych z gminu wywołują początkowo zamęt i panikę, którą Nuadu szybko ucina w krótkich, żołnierskich słowach przywołując dowódców pododdziałów do porządku i dobiera ich raport. Rozpoczął się atak ryboludzi na port!

Mabon i Festwe wysyłaja uliczników na zwiady po dachach domów. Od strony portu natomiast słychać dziwne skrzeczenie, przechodzące w wycie, które mrozi obrońcom szpik w kościach. Już po chwili z wież zamku widać pierwsze lecące pociski wystrzelone z trebuszy. Płonące kule wkrótce oświetlają port i ukazują przerażające sylwetki ryboludzi wychodzące na brzeg, uzbrojone po zęby w długie włócznie, dziwne prymitywne miecze i lekkie kusze dziwnej konstrukcji. Wśród nich wyróżniają się szczególnie duże osobniki, wyższe od przeciętnego człowieka, muskularnie zbudowane. Także jedna z postaci przykuwa wzrok – obwieszona dziwnymi totemami i fetyszami – wygląda jakby skupiała wokół siebie szczególna uwagę pozostałych istot. Pod jej rozkazami ponad setka istot karnie ustawia się do szyku bojowego i rusza z impetem na umocnienia. Ryboludzie wyglądają na prawdziwych, szkolonych wojowników.

Przeciwko nim na barykadach zgodnie z rozkazami Keffara ustawiają się obrońcy. Przewagę w wyszkoleniu ryboludzi mają nadzieję zrównoważyć ilością i elementem zaskoczenia. Czekają w pełnym napięcia milczeniu licząc kolejne uderzenia serca i obserwując zbliżających się przeciwników. Jeden, dwa, trzy… Teraz! Krzycza jednoczesnie Montcort i Nuadu na dwóch przeciwległych flankach, oddając pierwsze strzały wskazując cel swoim łucznikom. Śmiercionośna salwa opada na niczego niespodziewających się ryboludzi.

Po udanym, aczkolwiek niezbyt śmiercionośnym strzale:
Nuadu do Montcorta: podrzuciłeś mi serowe strzały jak spałem!

Strzały jednak nie powstrzymują natarcia. Na całej długości frontu ryboludzie dopadają do barykady i zaczyna się okrutna walka w zwarciu. Na flankach udaje się obrońcom odeprzeć atak, zabijając wielu ryboludzi przy minimalnych stratach własnych, jednak centrum nie wytrzymuje zmasowanego ataku i musi się wycofać. Jednocześnie morale obrońców zostaje wystawione na próbę, gdy w porcie pojawia się kolejny oddział ryboludzi. Wraz ze swoimi łucznikami Nuadu próbuje wygrać bitwę przelewając krew dowódcy. Mimo słabego światła celuje i trafia w szamana! Ten z rykiem odwraca się, ale tylko po to aby zobaczyć złowrogi cień opadający z nieba. Łapiąc się za przeoraną pazurami twarz, kapłan ryboludzi wycofuje się w głąb swoich oddziałów. Ani Feste ani Nuadu nie mają już szansy go zaatakować, pozostaje jednak nieuchwytny cień z niebios – jeden z bojowych orłów Montcorta. Ptak ponawia atak, jednak zostaje przepłoszony gradem strzał ochroniarzy kapłana. Jedna z takich strzał trafia także nieszczęśliwie w Festego, który bez ducha zostaje odciągnięty z barykady. W ostatnim zrywie udaje się utrzymać go przy życiu dzięki jednej z mikstur leczniczych od Simeona.

O nieprzytomnym Feste:
Keffar: Lewatywę mu zrób z flaszki leczniczej!
Montcort: od razu, kroplówkę mu daj, dziurę już ma do wenflona…

W tym czasie obrońcom w odważnym zrywie udaje się odzyskać barykady w centrum, a natarcie ryboludzi na flankach załamuje się. Podbudowani i rozochoceni widmem zwycięstwa ludzie opuszczają swoje barykady i nacierają na wycofujących się wrogów spychając ich do morza. W centrum ryboludzie walczą zaciekle, powalając wielu obrońców, ci jednak nie dają za wygraną i ostatecznie dziesiątkują napastników, biorąc pozostałych przy życiu ryboludzi w niewolę.

Jeszcze zanim zaświtały pierwsze promienie słońca bitwa była wygrana a miasto obronione. Spośród przeszło dziesięciu tuzinów atakujących ryboludzi śmierć poniosła prawie setka a ośmiu zostało wziętych do niewoli.

W czasie bitwy Simeon wraz ze swoimi uczniami prowadził nieopodal barykad prowizoryczny lazaret. Dopiero rankiem okaże się, jak dobry był to pomysł. Wykorzystując całą swą wiedzę Simeonowi udało się uratować cztery tuziny spośród obrońców, którzy doznali ran podczas szturmu ryboludzi. Kolejnego dnia jednak nie ujrzało szesnastu mieszkańców miasta. Tylko, a może aż? Pierwsze promienie słońca ujawniły też rozmiar strat jakich doznały budynki poza murami miasta, a żyw nie uszedł nikt z tej garstki nieszczęśników, którzy uparcie zostali bronić swoich domów.

Ryboludzie zostali odparci, ale groźba z ich strony nie została zażegnana definitywnie. Co zrobią bohaterowie teraz? Będą nadal wspomagać ludzi w obronie miasta, czy poszukają jakiegoś heroicznego sposobu na zażegnanie problemu raz na zawsze? Otwiera się wiele dróg…

Podliczanie XPków, a Mabon ciągle na 1 poziomie:
MG – Mabon ma 720 xpeków…
Mabon (bez entuzjazmu) – Jeeej… tłumy szaleją…

Podliczanie XPków cd., MG tłumaczy jak liczy XP za walne bitwy:
Keffar – a ile jest za jednego ryboludzia luzem?
MG – jakieś 120…
Keffar – ILE? O_O
Montcort – Keffar! DAWAJ TYCH WZIĘTYCH ŻYWCEM!

Podliczając straty po stronie ryboludzi:
MG – zabiliście jednego porucznika!
Keffar do Montcorta – mielibyśmy generała, gdyby ta Twoja kura trafiła!

View
Skrzydła Rocranon cz. 72 - Zaciąg

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 64 wzrastania

Rankiem 64 dnia wzrastania bohaterowie stają przed jedną z bram Sotham – prowadzącą do biedniejszej części miasta. Dziwnie duże zbiegowisko ludzi i długa kolejka do wejście (chyba straż prowadzi akcję typu “znicz” i trzepie wchodzących do miasta ludzi pod kątem dziwnego zachowania).

O mapie pokazanej przez MG:
MG – Nuadu pierwszy pochwalił, to dostanie 5 xpeków.
Montcort – A można przebijać? (do żony) ASIAAA! CHOĆ ZOBACZ JAKĄ FAJNĄ MAPĘ SŁAWEK ZROBIŁ!
Mabon – No nie. Muszę sobie jakąś żonę sprawić…
MG – No to Montcort przebił…
Nuadu – Ej… Kto daje i odbiera…

Długie oczekiwanie może być przyczyną znudzenia bohaterów, a to zwiększa szanse na ni szanse na ciekawe wydarzenia. Kręcący się niespokojnie Feste wpada na 140 KG żywej masy ciała – potężnie zbudowanego Ostrojczyka, który okazuje się dość nieufny w stosunku do ludzi, szczególności takich wyglądających na rzezimieszków. natychmiast oskarża Festego o kradzież sakiewki, łapie biednego chłopaka za nogę i do góry nogami unosi w powietrze. Sprytny Feste niewiele się zastanawiając wymierza precyzyjny cios w najbardziej czułe miejsce każdego mężczyzny. Okazuje się, że Ostrojczycy niczym nie różnią się pod tym względem od innych ludzi i oto wolny Feste szybko umyka za plecy pozostałych członków druzyny.

Feste: to ja z całej siły ściskam jego “klejnoty”
MG: Feste, “Z całej siły”? Masz 9 siły… w Twoim przypadku tak się nie mówi…

Dwóch Ostrojczyków zawsze sie potrafi dogadać i juz po krótkiej chwili Keffar zdobywa zaufanie nieznajomego, który przedstawia się jako Sokni Dwie Córy. Sokni zostaje zaproszony na kolejkę do Gildii Alchemików. Podczas wędrówki ulicami miasta Montcort próbuje dociec o co chodzi z przezwiskiem Sokniego. Niewybredne komentarze pod adresem córek Ostrojczyka sprawiają, że atmosfera staje się napięta. Na szczęście dobry trunek potrafi złagodzić największy gniew. Keffar próbuje zwerbować Sokniego do pomocy w obronie miasta, ten jednak nie zamierza pracować dla “władzy”. Ostatecznie obiecuje, że na wiosnę, gdyby drużyna potrzebowała załogi okrętu – będzie można znaleźć go w Sotham lub okolicach. Ostrojczyk zostawia prezent w postaci srebrnej, rzeźbionej w dwa splecione węże spinki do płaszcza. Warto wspomnieć, że w międzyczasie pojawia się także rudy Gauwis ze straży przynosząc zapłatę za obywatelski patrol dnia wczorajszego – całe 30 kłów.

Drużyna wyrusza z wizytą do kapitana straży, Folkego. W Gildii pozostaje Simeon i jego uczniowie, aby zająć się bardziej przyziemnymi sprawami (“najpierw crafting”). Folke przedstawia zakres obowiązków drużyny – organizacja rekrutacji, szkolenie rekrutów oraz nieco papierkowej roboty. Cała drużyna ma otrzymywać 63 kły żołdu tygodniowo. Po umówieniu szczegółów drużyna rusza do Gildii Dokerów ustalić szczegóły budowy barykad w porcie, po drodze stając się świadkami nagłego zdarzenia – oto głównym traktem miasta w kierunku zamku pędzi na znakomitym rumaku posłaniec, roztrącając w pośpiechu ludzi. Do łęku siodła przytroczony ma pokaźny worek z którego kapie świeża krew. Bohaterowie postanawiają na tę chwilę pominąć to wydarzenie i zabierają się za organizację barykad i werbunek rekrutów.

Trzeba przyznać, że Keffar i Montcort nawykli są do wydawania rozkazów i organizacji tego typu przedsięwzięć wojskowych. Nieco zagubieni czują się Mabon i Feste. Swoim zwyczajem pakują się w tarapaty. Podczas wędrówki w dokach Mabon zostaje zaczepiona przez dwóch podpitych weteranów siedzących na ławce przed jednym z szynków. “Hej panienko, chodź do nas!”, “Trzeba nam towarzystwa!”, “takim bohatyrom jak my dwaj się nie odmawia!”, “Daj-że pyska” – słychać standardowe zaczepki. Jeden z żołnierzy wstaje i zataczając się podchodzi. Mabon sparaliżowana sytuacją zamiast zwiewać stoi w miejscu. Żołnierz przedstawia siebie i kolegę – Lenio i Gauto i zaczyna nagabywać zmieszaną Mabon. Do akcji wkracza Feste. Sprowokowany przez żołnierzy słownymi groźbami postanawia działać stanowczo. Podkłada nogę jednemu z nich, wywracając obu. Wykorzystując ich alkoholową “nieporadność” Mabon i Feste wtapiają się w tłum.

Montcort (w tle) – Mabon, zrekrutuj ich!

W tym czasie Montcort i Keffar przeprowadzają przegląd zrekrutowanego wojska: dziesięć tuzinów zdolnych do walki, w tym trzy weteranów i dwa łuczników. Dowódcy wyrokują: mało wojska. Aby przyciągnąć uwagę Keffar wykorzystuje umiejętności Festego do zadziwiania tłumów. Okazując wielką odwagę pozwala Festemu rzucać nożami w jabłko leżące na własnej głowie! Ten pokaz brawury (Keffara) i umiejętności (Festego) zjednuje im tłum. Nogli-Cuir w krótkich żołnierskich słowach wychwala zdolności Keffara i przytacza dobrze znaną już na Rocranon historię “O trzech bramach”. Efekt: do oddziałów dołączają prawie trzy tuziny nowych rekrutów. Nieopodal Mabon udaje dogadać się w lokalnym slangu młodocianych gangów z przywódcą rzezimieszków z Sotham. Obiecują oni wspomóc obrońców jako kurierzy i poprzez swoje umiejętności posługiwania się procami.

Okazuje się, że sprawnie przeprowadzone przygotowania przyciągnęły uwagę nie tylko mieszkańców Sotham. Wieczorem pojawia się dziwnie odziany posłaniec, o niezwykle ciemnej karnacji. Zaprasza Keffara na jeden ze statków cumujących jeszcze w porcie. Okazuje się, że jego właścicielem jest niejaki Trozzo Kecci, kupiec z dalekich krain, który pragnie zdobyć sławę jako jeden z obrońców Sotham. Zwierza się, że zamierza tej nocy opuścić Sotham, ale przed wypłynięciem, za obietnicę uwiecznienia jego imienia w annałach historii, proponuje zasilenie szeregów rekrutów – o zgrozo! – niewolnikami, których trzyma pod pokładem. Wstrząśnięta drużyna widząc warunki jakie panują pod pokładem stawia warunek, że uwolnieni mają być wszyscy niewolnicy. Trozzo nie chce się zgodzić na wypuszczenie kobiet i dzieci. Nuadu wpada w furię i bierze Trozzo jako zakładnika, przykładając sztych miecza do jego gardła. Dwóch osiłków – ochroniarzy – rusza mu na pomoc, jednak ich pan wstrzymuje ich. Ostatecznie zgadza się uwolnić wszystkich niewolników.

Po wypłynięciu statku z portu, Nuadu oświadcza wszystkim niewolnikom, że od tej chwili są wolni. jednak ciężko stwierdzić, czy ta wiadomość dociera do ich świadomości. Drużyna tworzy dla nich azyl w jednym z magazynów portowych, organizuje jedzenie.

Dzień 65 wzrastania

Rankiem okazuje się, że pewna część niewolników zniknęła – zapewne postanowili szukać swojego szczęścia gdzie indziej. Spośród tych, którzy zostali Montcort rekrutuje dodatkowych obrońców – kolejne 3 tuziny wojowników.

View
Skrzydła Rocranon cz. 71 - Trzy trollątka

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Niedługo drużyna cieszyła się z zatrzymania regeneracji trolla. Gdy tylko zgasły płomienie, pozostałe rany zaczęły się na nowo zasklepiać. Simeon znów zakasał swój długi płaszcz i tym razem popędził do kowala. W tym czasie Montcort, którego nie najlepszej jakości łuk pękł w zawierusze, łapie reprezentacyjny miecz Festego i znienacka wbija trollowi w plecy. Troll zaczyna chwiać się na nogach, tak więc Feste postanawia wykorzystać jeden ze swoich asów w rękawie i sporo ryzykując rzuca małym nożem prosto w kłębiących się w walce przeciwników. Pech chce, że w tym czasie Keffar wyprowadzając cios włócznią wchodzi na linię strzału (rzutu). Nie dość, że obrywa nożem (póki co wygląda, że niegroźnie) to jeszcze wytrącony z równowagi zadaje bardzo słaby cios. Troll nadal żyje. Nie mija pięć sekund kiedy zaczyna działać trucizna, którą Feste nasmarował swoją broń. Ku przerażeniu wszystkich przyjaciół Keffar pada jak długi. Drużynie udaje się jednak kupić dość czasu, aby powrócił Simeon z wielkim garnkiem oliwy i zapaloną pochodnią. Z żywym, palącym ogniem i lepką oliwą troll nie ma szans. Montcort natychmiast dopada do Keffara, aby sprawdzić co się stało – na szczęście wojownik żyje, choć jest sparaliżowany. Simeon ustala, że przyczyną jest trucizna o nazwie Różany Pąs, która zwiotcza wszystkie mięśnie. Wszystkie. Szybko okrywają Keffara, aby uchronić jego honor przed ewentualnym wstydem. Drużyna znajduje wóz na który ładuje Keffara i stągwię pozostałej oliwy, którą Simeon kupił “na krechę”, tyle że na konto straży miejskiej (chyba się zdziwią).

Gadka-szmatka przed sesją:
Keffar – Kości mi się zepsuły…
Mabon (uczenie) – To się nazywa: osteoporoza.

W międzyczasie zjawia się straż miejska, z dowódcą o imieniu Folke Artin – u niego drużyna miała się zaciągnąć do pomocy w obronie miasta. Mieszkańcy Sotham widząc, że już po wszystkim wychodzą z ukrycia i gratulują drużynie. Jedyna osoba z drużyny Jorunda Byka, która przeżyła masakrę, rudzielec o imieniu Gauwis Willey, zjawia się wstrząśnięty przed drużyną i strażą miejską przepraszając i prosząc o wymierzenie surowej kary. Simeon postanawia dać lepszą lekcję i rozkazuje zapisać się do straży miejskiej, aby młodzieniec pomógł w nadchodzących dniach. Tym okazaniem łaski chyba zjednuje sobie sympatię Gauwisa. Drużyna wraca do Gildii Alchemików aby zająć się rannym Keffarem.

Gdzieś w tłumie znikają Feste z Mabon. W zamieszaniu nikt nie zauważył skąd wziął się sztylet w Keffarze, ale trefniś najwyraźniej lęka się Montcorta, który zaczyna coś podejrzewać. Oboje docierają do magistratu, jednak nie mają dostatecznej siły przebicia, aby znaleźć w tym urzędniczym chaosie kogoś kto pochyliłby się nad ich sprawą. Postanawiają wrócić jutro, w godzinach kiedy nie będzie tylu petentów. Wędrując do kapitanatu spotykają rudzielca (Gauwisa), który został wysłany ze straży miejskiej z misją dostarczenia wiadomości do Gildii Alchemików. Mabon i Feste postanawiają dowiedzieć się cóż to jest za przybytek.

Na miejscu okazuje się, że Simeon i jego uczniowie od dłuższego czasu zajmują się Keffarem. Nie będzie dane im jednak zaznać spokoju, gdyż co rusz pojawiają się nowi goście. Feste, Gauwis i Mabon zostają uraczeni jakąś ciepłą strawą, kiedy drużyna znów jest nagabywana przez Nogli-Cuira do pomocy przy obronie miasta. Ku rozpaczy Montcorta, Mabon okazuje się nie mniejszym łasuchem od Nogli-Cuira. Montort jednak szybko zapomina o Mabon, gdy zauważa Festego zakradającego się do pokoju Keffara. Szybko zagradza mu drogę i wypytuje o zdarzenia dnia dzisiejszego.

Montcort (o nożu) – My to wyciagnelismy z naszego kolegi
Feste – A nie z trolla?
Montcort – Nieeee… ale przyznaje, można pomylić…

Montcort (o sparaliżowanym Keffarze)- Feste, to on jest świadomy? Ok. Keffar, potrzeba mi łuku, wezmę kasę. Kiwnij na “nie” jak się nie zgadzasz. Dzięki, wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć!

Montcort – Feste, to było dobre wejście, ale ustalmy: jak jest walka na poważnie to nie robisz skeczy!

Jednej rzeczy chyba nie wziął Feste pod uwagę podczas tej rozmowy, a mianowicie faktu, że Keffar wszystko słyszał. A Keffar do wybaczających nie należy. Miało się to wkrótce Festemu odbić na nerkach.

W głównej izbie natomiast pozostali rozprawiają o wieściach przyniesionych przez rudego Gauwisa. Twierdzi on, że w pobliżu wsi Mlecze, gdzie Jorund Byk znalazł trolla, było więcej śladów tych przerażających istot. W związku z tym, Folke Artin prosi drużynę o dokonanie zwiadu. Pod nieobecność Montcorta i Keffara decyzję podejmuje Simoen: skoro mamy bronić miasta, nie możemy pozwolić sobie na atak z tyłu. Musimy zbadać sprawę. Stawia jednak warunek, że straż miejska ma dostarczyć co najmniej trzech ochotników, którzy dołączą do drużyny. Na tym dzień się kończy.

Dzień 63 wzrastania

Rankiem drużyna wyrusza na zwiady. Dziwnym trafem Feste co rusz wpada to na ścianę to ze schodów, to przepada przez włócznię… I nie, nic wspólnego z tym nie ma wyjątkowa bliskość uśmiechającego się złowieszczo Keffara. Po paru godzinach podróży drużyna dociera do miejsca, gdzie złapany został troll, następnie po śladach wędruje do jaskini wśród wzgórz. Tutaj okazuje się, że nie zabrano ze sobą odpowiedniego sprzętu do badania jaskiń (pochodni).

Montcort (narzekając na ciągłe lochy) – Następnym razem jak będę grał u Ciebie, to nie będę brał sokoła, tylko kreta bojowego!
MG – przecież gra nazywa się Dungeons & Dragons a nie Meadows & Mandrills! (jak to dokładnie szło?)

Ten problem rozwiązuje rudy Gauwis, przynosząc pochodnie z pobliskiej wioski. W międzyczasie drużyna jest świadkiem jak z jaskini na krótką chwilę wychyla się dziwne, pokręcone stworzenie rozmiaru małego psa – młody troll! Istota widząc tak wiele ludzi szybko ucieka w głąb jaskini wydając prawdopodobnie odgłosy mające być płaczem. Uzbrojeni w pochodnię do jaskini wchodzą Keffar, Montcort, rudy i jeden pomagier przysłany ze straży. W legowisku znajdują jeszcze kilka małych trolli. Staje przed nimi trudny wybór: co zrobić? Małe trolle teraz są niegroźne, jednak co będzie kiedy podrosną? Keffar podejmuje decyzję o zadaniu im szybkiej śmierci teraz – tak aby w przyszłości nie mogły zrobić krzywdy ludziom z pobliskich wiosek, ani aby same nie stały się celem linczu i tortur, jak to miało miejsce w przypadku ich matki. Po wykonaniu krwawego zadania, niepocieszony łowca przetrząsa jeszcze legowisko i ku własnemu zdumieniu odnajduje fragment statku. Okazuje się, że antyczny wrak zawiera ciężką, okutą, wytrzymałą skrzynię, którą też szybko wyciąga z jaskini. Ze sprawdzeniem zawartości drużyna postanawia poczekać aż wrócą do miasta. W nie najlepszych nastrojach, drużyna udaje się w drogę powrotną, kontemplując trudne wybory moralne, które czasami ludzie zmuszeni są podejmować.

View
Skrzydła Rocranon cz. 70 - Groza, która nadchodzi

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

61 dzień Wzrastania

Na Rocranon zbliża się jesień. Wraz z pierwszymi zimnymi podmuchami wiatru wracają z wyprawy w góry Keffar, Montcort i Windher, a niedługo potem także Avelox uratowany przez mieszkańców jednej z górskich kopalń. Powracając przynoszą smutne wieści, w szczególności bolesne dla Simeona: jego wychowanek, Korin, zginął. W wyprawie życie stracił także Haeri, a los drugiego z uczniów Simeona, maga imieniem Tal, pozostaje zagadką.

W minorowych nastrojach drużyna spędza wieczór we wspólnej izbie nad pracownią alchemiczną w domu w dzielnicy rzemieślniczej (aka Gildia Alchemików), wspominając poległych, wymieniając się informacjami i snując plany na przyszłość. Spotkanie przerywa pojawienie się Nogli-Cuira – wojownika, którego drużyna poznała podczas zdarzeń przy Płaskowyżu Tafli. Nogli-Cuir – obecnie sierżant w straży miejskiej Sotham – przybył z ważną oficjalna sprawą oraz prowadząc niespodziewanego gościa. Najpierw wielkie zdziwienie drużyny, a potem radość z odzyskania starego kompana. Nuadu, bo o nim mowa, natychmiast stał się centrum zainteresowania, kiedy opowiadał historię swego zniknięcia na wyspie Sennej oraz późniejszych losów. Okazało się, że na targu w Mrzyśnie Nuadu dojrzał jakiś przedmiot, który bez dwóch zdań pochodził z jego rodzimej wioski. Nuadu, który do tej pory był przekonany, że nikt z jego ziomków nie przeżył, natychmiast wypytał o przedmiot sprzedawcę – a ten wskazał na wychodzący właśnie z portu statek. Po tym nastąpiła scena, którą drużyna znała z wizji Bjorneja. Okazało się, że na statku rzeczywiście przebywała osoba, która była w stanie doprowadzić łowcę do kobiety żyjącą ongiś w wiosce Nuadu. Niestety kobieta ta w wyniku traumy straciła zdrowe zmysły i nawet plemienni uzdrowiciele w Talzanii nie byli jej w stanie pomóc. Kiedy tylko Nuadu dowiedział się, że w Sotham pojawił się Simeon, postanowił jeszcze u alchemika poszukać lekarstwa na mentalną chorobę swojej krewnej.

Nogli-Cuir przysłuchiwał się wszystkim opowieściom, jednocześnie pałaszując kolejne smakołyki ze stołu, co nie spodobało się chyba Montcortowi (który najwyraźniej zaraził się skąpstwem od Keffara). Cyniczne odcinki Montcorta odbiły się jednak od twardej głowy zawodowego żołnierza i poskutkowały jedynie tym, iż zanim Montcort zdążył zareagować, jego kolacja znalazła się na talerzu Nogli-Cuira.

Po kolacji Nogli-Cuir przeszedł do sedna sprawy z która się zjawił: Sotham znalazło się w trudnym położeniu i potrzebuje doświadczonych w bojach wojowników. Rajd dziwnych istot, o którym szerzyły się plotki, wymusił wymarsz znacznych sił z Sotham pod wodzą Wanryka Śmiałego, czyniąc miasto podatnym na ewentualny atak. Okazuje się, że atak stał się bardzo prawdopodobny, a to za sprawą ostatnich wydarzeń w Pomoście Pawolda. Wioska ta, odwiedzona jeszcze niedawno przez Keffara z drużyną, padła ofiarą najazdów dziwnych istot, które pojawiły się praktycznie znikąd – niektórzy twierdzą, że wyszły z morza. Ocaleni opisywali najeźdźców jako mroczne bestie – diabły. Drużyna podejrzewa, że mogły to być te same istoty, z którymi walczyli na morzu podczas powrotu z Haegavo. Nogli-Cuir przekonuje drużynę, aby zjawili się u niego w porcie w koszarach, a zaproponuje im stanowisko w straży miejskiej. Nie byle jakie stanowisko, ale dowódcze. Drużyna udziela dyplomatycznej odpowiedzi: musimy to jeszcze przemyśleć.

Simeon “wujek dobra rada” – To może byście wynajęli jakichś milicjantów?
Nogli-Cuir – No właśnie próbuję ale jesteście cholernie oporni!

W tym czasie w porcie Sotham ze statku schodzi młoda paezurska kobieta imieniem Mabon. Zdezorientowana wielkością i tłokiem w mieście zaczepia pierwszą lepszą osobę pytając o drogę do najbliższej gospody. Zaczepiony pijaczyna, przedstawia się jako mistrz garncarstwa Tolo (Bolo?) i proponuje Mabon ciepłe miejsce u niego na zapiecku. Zakłopotanej Mabon, która najwyraźniej nie jest przyzwyczajona do zwyczajów panujących w wielkim mieście, po krótkiej wymianie zdań udaje się jednak uzyskać wskazówki co do drogi do najbliższej gospody. Gospoda znajduje się na parterze portowego dźwigu, wielkiej drewnianej (choć podmurowanej kamieniem, na lokalna modłę) budowli pochylającej się nad przystanią. Zanim Mabon udaje się podejść bliżej, drzwi otwierają się z hukiem a ze środka wypada jeden z bywalców karczmy w stanie wybitnie wskazującym na zawodowy status miejscowego pijaka. Za drzwi dobiega głośna muzyka i bije ciepłe światło. Omijając bełkoczącego i próbującego się podnieść pijaka Mabon cichaczem wchodzi do karczmy. Po krótkiej chwili i drobnych poradach szynkarza (“Panienka se siędzie…”) trafia do jedynego w miarę wolnego stolika – zajmowanego jedynie przez trefnisia imieniem Feste. Kurtuazyjną rozmowę przerywa dziewka służebna przynosząca kolację, u której Mabon stara się zamówić wodę do picia, czym wprawia zarówno Festego jak i obsługę karczmy w osłupienie. Suma sumarum, Mabon zadowala się kompotem niewiadomej proweniencji. Miejscem, gdzie nasi bohaterowie ułożą się do snu jest wspólna izba – jedyny pokój dostępny w tej karczmie.

62 dzień Wzrastania

Rankiem, podczas śniadania, Mabon wyjawia Festemu, że poszukuje w Sotham swojego brata. Nie mając nic innego do roboty, Feste o złotym sercu postanawia pomóc damie w opresji i obiecuje zaprowadzić ją do kogoś, kto może wiedzieć więcej. Wybór pada na gildię dokerów lub na lokalny magistrat.

W tym czasie w Gildii Alchemików drużyna decyduje się złożyć wizytę u Nogli-Cuira celem zaciągnięcia się do straży miejskiej, przy okazji uzupełniają ekwipunek u miejscowych handlarzy.

Montcort – 20 kłów! 20 kłów za zwykły łuk? Jak ja to powiem Keffarowi…

Oczywiście spacer po mieście nie może obyć się bez niespodzianek – na placu targowym pojawia się wóz otoczony przez tłuszczę. W środku drużyna dostrzega rannego trolla. Keffar wdaje się w dyskusję z lokalnym “bohatyrem” – dowódcą bandy, która złapała stworzenie. Podczas przechwałek ujawnia on swoje imię: Jorund Byk, ale imię Keffara Twardziela wzbudza większy respekt. Podsłuchany szept jednego z towarzyszy Jorunda ujawnia, że najprawdopodobniej troll spadł ze skały, co oczywiście zapala lampkę ostrzegawczą u co poniektórych członków drużyny. Widząc jednak że pojawia się straż miejsca, drużyna postanawia dać sobie spokój z łysym Bykiem i jego sługusami. Wóz, Byk, tłuszcza i strażnicy oddalają się w kierunku placu broni, aby dokonać linczu na stworzeniu.

Fameous Last Words
Keffar – Ale po co nam broń w mieście?

Na efekty nie trzeba długo czekać – regenerujący się troll, jeden niecelnie rzucony kamień, spłoszony osioł, przeżarta przez korniki drewniana klatka na wozie – to oczywiście najprostsza droga do tragedii. Drużyna jeszcze nie zdążyła dokończyć zakupów, a już słychać przerażone krzyki tłumu rozbiegającego się na wszystkie strony. Na środku placu pozostaje troll trzymający głowę pyszałkowatego Jorunda Byka, z której wystaje pozostałość kręgosłupa. Świadkami makabrycznej sceny są Feste i Mabon, którzy akurat przechodzili niedaleko. Zręczny Feste szybko ściąga zaskoczoną Mabon w bezpieczne miejsce – do kryjówki za skrzynkami z egzotycznymi towarami.

W tym czasie drużyna postanawia potwierdzić swą reputację, i stanąć dzielnie ramię w ramię ze strażnikami miejskimi w obronie ludu Sotham. Pierwszy do akcji przystępuje Nuadu, który kilkoma zręcznymi susami zajmując taktyczną pozycję na dachu pobliskiego budynku i oddaje celnie wymierzony strzał z łuku, prosto w jedno z oczu potwora. W tym czasie Keffar i Winder przystępują do szarży, a z tyłu, celnymi strzałami, wspiera ich Montcort. Uciekający tłum stanowi jednak znaczą przeszkodę. W tym czasie Simeon szybko przetrząsa przepastne kieszenie swojego płaszcza, ale znajduje w nich tylko puste fiolki i garnuszki. Rozglądając się na lewo i prawo zauważa z jednej strony kuźnię z rozpalonym piecem a z drugiej handlarza oliwą. Po krótkiej wymianie zdań z tym ostatnim udaje się mu “na krechę” zdobyć amforę z olejem, po czym przygotowuje dwa granaty zapalające.

W tym czasie Keffar i Winder solidnie już okładają trolla, jednak zauważają, że co i rusz rany na trollu zasklepiają się. Walka może być trudniejsza niż się pierwotnie wydawało. W czasie gdy trwa walka, Feste z Mabon przygotowują się do wsparcia drużyny uwijając się z długim kawałkiem liny. Już po chwili Feste wybiega zza beczek i zarzuca na trolla lasso. Razem z Mabon udaje się im sprowadzić trolla do parteru. Istota jest jednak bardzo silna i nie zamierza się tak łatwo poddać. Simeon nadbiega ze swoimi granatami zapalającymi, ale po drodze potyka się chyba o połę swego długiego (już) płaszcza i zamiast w trolla trafia w Keffara – na szczęście niegroźnie. Przeklinając niezdarność uczonego, Montcort wyrywa drugi granat z ręki oszołomionego Simeona i rzuca w trolla. Płomienie ogarniają istotę na krótką chwilę, przypuszczalnie wstrzymując jego regeneracyjne zdolności… Ale czy aby na pewno?

View
Skrzydła Rocranon odc. 69 - Przez góry na przełaj

Avelox
czarownik
2 lvl
Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Simeon

W Sotham, Simeon nie wiedział nic o tragedii jaka rozegrała się daleko w górach. Na jego głowie spoczywało uruchomienie gildii alchemicznej w Sotham, przypilnowanie remontu łodzi, zatrudnienie ludzi, zarówno uczniów jak i ochroniarzy dla biznesowego przedsięwzięcia, a to wszystko w miejscu mu niemal nieznanym.

Budynek gildii przechodził remont, przygotowywanie głównego pomieszczenia, sprzątanie piwnic, łatanie dziur w dachu, przerabianie wspólnej sali. Simeon kręcąc się po targu nabywał podstawowe przyrządy do labolatorium, nowe stoły, ławy, posłania. W końcu udało się również zakupić koło garncarskie i uruchomić w piwnicy produkcję własnych naczyń. Nieco kłopotu sprawił zakup odpowiedniej gliny, nikt nie chciał bawić się w ilości tak znikome, na jakich zależało alchemikowi. Dopiero bosman jednego ze statków oddał przysługę za pomoc w wyleczeniu pewnej wstydliwej przypadłości, ani chybi pamiątki po sothamskich zamtuzach.

Chętnych do wstąpienia na termin do alchemika również nie brakowało, jedni z polecenia, inni pchani ambicją, jeszcze inni szukający czegoś nowego w życiu. Na nauki przyjęty został Artin, którego królestwem miała na początek stać się piwnica i warsztat garncarski, oraz Harder Brancet, szlachetnie urodzony młodzieniec, o bystrości umysłu mogącej onieśmielić każdego.

Kiedy wszystko wydawało się układać coraz lepiej i lepiej, nadeszły czarne wieści.

Avelox

Wierzchowiec, którego ukradł Avelox był prawdziwym błogosławieństwem. Przyzwyczajony do górskich ścieżek, nie zważając na ciemności ruszył z rannym jeźdźcem na grzbiecie, bezpiecznie wybierając drogę. Czarownik boleśnie spięty i przytulony do końskiego grzbietu czuł, jak rana z której sterczała strzała coraz bardziej odbiera mu siłę do dalszej ucieczki. Powoli tracił czucie w ramieniu, ale mimo to udało się jakoś dotrwać do zimnego i mglistego świtu. Otaczały go nieznajome góry. Miał tylko ogólne pojęcia o kierunkach i wspomnienia skąd przybył razem z drużyną.

Naprędce opatrzona rana rwała tępym bólem, a obrany kierunek podróży tylko z pozoru mógł być tym właściwym, na domiar złego niebo zaczęły zaciąg ciemna, burzowe chmury. Pierwsze krople deszczu Avelox spędził jeszcze na grzbiecie konia, ale kiedy burza uderzyła z całą siłą co prędzej znalazł schronienie dla siebie i wierzchowca, pod występem skalnym. Kryjówka nie była idealna i wkrótce był cały mokry i zziębnięty. Kiedy tylko deszcz zelżał czarownik wrócił na grzbiet wierzchowca i ruszył w poszukiwaniu drogi powrotnej na Mroźny Kieł. Niestety kiedy pomarańczowa kula słońca zaczęła zachodzić za grzbietami gór musiał przyznać się sam przed sobą, że zabłądził.

Po krótkim, nieco nerwowym śnie pośród kamieni osuwiska skalnego, które z grubsza utworzyły coś na kształt zagrody, Avelox postanawia ruszyć w kierunku południowym. Zmarznięty i głodny coraz częściej musi prowadzić konia za uzdę aby uchronić go od okulawienia. Kolejne małe granie, za którymi ma nadzieję zobaczyć znajome kształty Mroźnego Kła okazują się tylko kolejnymi granicami, z którymi tylko kolejne stromizny, kamieniste dolinki i urwane ścieżki. Około południa uciekinier zdaje sobie sprawę, że od świtu wspiął się o dobre kilkaset metrów, zamiast schodzić w dół. A przed nim kolejne wzniesienie i kolejna wspinaczka. I wtedy pojawia się coś co wlewa w serce nadzieję.

Na jednym z niskich, trawiasto-kamiennych szczytów przycupnęła osada złożona z kilku domów. Niestety obecnie leży w ruinie. Jednak gdzieś pomiędzy ścianami zabudowań wyraźnie widać jakiś ruch. Zostawiwszy konia, Avelox próbuje podkraść się do osady i zbadać z kim może mieć do czynienia. W osadzie, pomiędzy ruinami domów odkrywa posągi ludzi, kiedy nagle pomiędzy dwoma domami przebiega jakaś niewysoka istota ludzka. Nie było czasu nawet dokładnie jej się przyjrzeć. Avelox z zapartym tchem odczekuje jeszcze kilka minut. Nic się nie dzieje. Czarownik postanawia nie ryzykować i wraca do swojego wierzchowca.

Znów musi wspinać się, ale teraz również zawracać kiedy dociera do miejsca gdzie jego koń nie wejdzie. Kilka znalezionych jagód tylko rozjusza pusty żołądek i przypomina o głodzie. W końcu ze szczytu jednej z grani czarownik dostrzega krętą linię drogi. Nareszcie! Cel, do którego można dążyć! Radość zakłóca jednak rozsądek, schodząc zboczem w dół, czarownik nie zauważa w pierwszym momencie turlających się wkoło kamieni. Kiedy doganiają go pierwsze większe głazy rozumie już niebezpieczeństwo, ale jest za późno. Spłoszony koń przewraca się, pociąga za sobą swojego opiekuna i tak obaj zjeżdżają i toczą się w dół zbocza. Kiedy w końcu się zatrzymują Avelox podnosi się obolały, ale cały, za to koń wierzgając złamaną nogą nie jest w stanie podnieść się z ziemi. Czarownik nie ma żadnego narzędzia aby ukrócić jego cierpienia. Zostawia zwierzę i rusza w dalszą drogę.

Na trakcie skręca ku zachodowi i drogą poznaczoną koleinami kół wozów rusza przed siebie. Po zmierzchu dociera do kopalni srebra, gdzie opowiada o swoim zagubieniu. Opatrzony i nakarmiony zasypia w spokoju, po raz pierwszy od wielu dni. Za kilka dni, do Pomostu Pawolda wyjeżdża wóz z urobkiem, górnicy obiecują zabrać ze sobą ocaleńca.

Feste

Tymczasem na ląd w porcie Sotham schodzi Feste. Niepozorny, szczupły kuglarz z Paezurii z pobieloną twarzą, nietypową czapką, o kroku delikatnym i płynnym jak u tancerza. Po chwili zastanowienia kieruje swe kroki do najbliższej tawerny, jak człowiek, który ma jasno określony cel. Kuglarz szybko nawiązuje znajomości i pada ofiarą kieszonkowców niejakiego Barabasza, ulicznego artysty, takiego samego jak Feste. Dzięki niemu wkrótce jednak udaje mu się przedstawić gildii cyrkowców i zgłosić swoje przybycie, czego wymaga dobry obyczaj przed podjęcie pracy na nowym terytorium.

Feste z rosnącym zdziwieniem, ale i niepokojem podobnym do tego jaki ogarnia mieszkańców miasta, obserwuje jak z koszar i zamku wymaszerowują jeden po drugim oddziały wojska i ruszają gdzieś na wschód. Pomiędzy ludźmi zaczyna krążyć plotka o wojnie. Wsie leżące na wschodzie zostały ponoć zaatakowane przez nieznanego przeciwnika. Ponoć z każdym dniem jest coraz bliżej Sotham.

Keffar, Montcort i Windher

W niewoli u Savry pozostało tylko trzech awanturników: Keffar, Montcort i Windher. Spętani przy głazie obserwowali jak ciała ich towarzyszy odniesiono poza obóz, jak rankiem pościg wraca z pustymi rękoma, bez Aveloxa i Tala. W końcu jak Savra prowadzi swoich podwładnych szlakiem w dół, aby zgodnie z planem stawić czoła trollom, które obraziły jej pana. W obozie zostaje tylko garstka zajętych głównie sobą, goblińskich strażników. Bohaterowie odczekali chwilę i postanowili zaatakować. To była być może ostatnia szansa na ucieczkę z niewoli?

Przy pomocy grotów strzał, które Montcort ukryte miał w ubraniu, udało się uwolnić z więzów, a potem atakiem z zasadzki zdobyć broń i wierzchowce. Raniony w nogę Windher miał problemy z poruszaniem się, ale Keffar i Montcort ani myśleli zostawiać go za sobą. Nie tracąc zbędnego czasu pogalopowali w noc drogą, którą tu ledwo dzień wcześniej przybyli, przeklinając na głos cały swój ekwipunek, który musieli porzucić. Nie dane im było uciekać daleko, zanim dostrzegli za sobą pierwsze ślady pościgu. Jeźdźcy zbliżali się do nich z każdą chwilą i prędzej czy później musieli by wpaść w ich ręce na szlaku. Bohaterowie zdecydowali zjechać z trasy i począć się wspinać w terenie, gdzie wierzchowce na pewno by nie weszły. Na każdym kroku pomagając rannemu Windherowi znaleźli wejście do kompleksu jaskiń i w przypływie desperacji postanowili się w nim schować.

Okazało się, że jaskinie należały niegdyś do jakiegoś kultu, o czym świadczyć mogły pozostawione księgi, maski wiszące na ścianach, a także fragmenty błękitnych posadzek, jednak to musiało być dawno. W chwili obecnej jaskinie zamieszkiwały inne stworzenia. Bohaterom przyszło przebijać się przez wielkie nietoperze, ogromne stonogi, oraz stanąć oko w oko z jaszczuroludziami. Jednak najtrudniejszym wyzwaniem był atak wielkiego pająka, który o mało śmiertelnie nie zatruł Keffara. Koniec końców okazało się jednak, że z jaskiń jest drugie wyjście i bohaterowie umknąwszy pogoni mogli ruszyć bezpiecznie w stronę domu.

Jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że Strażnica na Mroźnym Kle jest opuszczona. Na miejscu pozostał tylko Thatelach, który wytłumaczył, że Eamwund Conda wrócił do Sotham po tym, kiedy otrzymał rozkaz pilnego odwrotu. Szlachcic jednak honorowo zostawił drużynie obiecaną zapłatę. Keffar, Montcort i Windher odpoczęli tylko chwilę i postanowili czym prędzej wrócić do Simeona, Thatelech jednak, wyraźnie podupadły na kondycji przez ostatnie tygodnie, postanowił się odłączyć i pożegnać z towarzyszami. Ruszył dalej, szukać pracowni Shieldsona, tak jak pierwotnie miał to w zamiarze.

Drużyna

Przykry to był powrót. Simeon zasmucony wieścią o śmierci Korina i Haeriego i niewiadomych losach Tala i Aveloxa podupadł na nastroju. Montcort podjudzał towarzyszy do jak najszybszego zebrania oddziału i ruszeniu przeciw Savrze, w celu wywarcia zemsty, ale wydarzenia następnych dni odsunęły te zamiary.

Do miasta docierało coraz więcej niepokojących wieści, a także pierwsi uchodźcy, uciekający przed nieznaną grozą. Wkrótce wrócił również Avelox, informując, że Pomost Pawolda został zniszczony. Z morza wyleźć miały “diabły”, mówili ocaleli z nocnego ataku i zabić wszystkich mieszkańców przystani, którzy nie zdołali uciec.

Ponuro zapowiadała się przyszłość przed naszymi bohaterami.
Koniec sezonu trzeciego.

View
Skrzydła Rocranon odc. 68 - Ostatni ryk szału

Avelox
czarownik
2 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Montcortowi wyjątkowo nie uśmiechał się układ, na jaki z Savrą chciał pójść Keffar. Współpraca z dzikusami i potworami nie leżała w jego naturze, postanowił więc odebrać jeźdźcom zaufanie do drużyny, którym do tej pory dość hojnie ich obdarzali na rozkaz swojej przywódczyni, nawet nie pętając swoich jeńców, a jedynie pozostawiając ich w środku swojego obozu bezbronnych. Okazję znalazł kiedy tylko jeden z jeźdźców warknął w stronę awanturników aby przymknęli mordy. Montcort odpyskował brzydko, nazywając wojownika psem na łańcuchu, na co ten nie mógł nie odpowiedzieć, stracił by bowiem szacunek w oczach towarzyszy.

Jeździec podszedł do głazu przy którym zgromadzeni zostali jeńcy i patrząc z paskudnym uśmiechem w oczy Montcorta zaczął powoli rozsznurowywać i opuszczać spodnie. Montcort niczym kobra zaatakował, zarzucając na przyrodzenie nieszczęśnika linkę myśliwskich sideł, którą od dłuższej chwili trzymał ukrytą za plecami i zaciągnął pętlę na wrażliwym organie jeźdźca. Towarzysze schwytanego zerwali się na równe nogi, a Montcort śpiewając obraźliwą piosenkę zaczął biegać wokół ogniska ciągnąc za sobą wydzierającego się wniebogłosy nieszczęśnika.

Montcort próbuje we wnyki złapać ptaszka jeźdźca.
MG – Cel jest mały.

Wszyscy w osłupieniu patrzyli na ten makabryczny taniec, aż w końcu jeden z jeźdźców zakończył zabawę zdzielając Montcorta trzonkiem włóczni w twarz. Usta łowcy pękły niczym dojrzały owoc a z nosa poszła krew. Padł na ziemię krztusząc się swoją własną posoką. Ten moment był jak spust, do walki rzucili się Haeri, Keffar i Windher, jak należało się jednak spodziewać nie mieli wielkich szans z przeważającymi przeciwnikami. Wkrótce związani wylądowali przy swoim głazie, a Montcort rozciągnięty na włóczni został powieszony nad ziemią na jednym z “sęków” drzewopodobnego stworzenia, które trzymało się cały czas z goblinami.

Zagotowało się wśród awanturników. Spętani wojownicy wkrótce, przy pomocy pozostałych towarzyszy zostali uwolnieni, a w tym czasie Korin pyskował do jeźdźców i szwendał się w ich pobliżu narażając się im paskudnie. Wulfer jednak kazał wszystkim wracać na swoje miejsca, zamknąć pyski i spać. Noc była już w pełni. Bohaterowie zastanawiali się w jakie bagno tym razem wdepnęli i tylko w głowie Haeriego gotowała się gorąca krew. Nie mógł oderwać oczu od rozkrzyżowanego towarzysza, pozostawienie go samemu nie wchodziło w grę u młodego wojownika. Wkrótce nad obozowiskiem zapadła cisza, przerywana tylko sennymi pomrukiwaniami, chrapaniem i parskaniem koni.

Ogniska nieco przygasły i tylko od czasu do czasu, któryś z wartowników dorzucał do nich drwa. Haeri wstał nagle i bezszelestnie przemknął ku koniom, za nim jak cień podążył Korin. Zwierzęta zaniepokojone obecnością obcych ożywiły się, ściągając na kark awanturnikom strażnika. Haeri wyminął go przy wydatnej pomocy Korina, który wziął strażnika na siebie i bawił się z nim przez chwilę w ciuciubabkę zanim został złapany i odtransportowany pod głaz, gdzie odpoczywała reszta drużyny. W tym czasie Haeri był już jednak w pobliżu Montcorta.

Jak zwykle kiedy wściekłość zalewała Ostrojczyka, potrafił on dojrzeć tylko najbliższe niebezpieczeństwo, konsekwencje jego poczynań w dłuższym czasie były dla niego nieodgadnione. Teraz widział przed sobą drzewopodobną istotę, na której wisiał rozkrzyżowany Montcort i cztery gobliny w jej bezpośredniej bliskości. Haeri pewnym krokiem doskoczył do Montcorta próbując go zdjąć, ale nim zdążył zrobić cokolwiek podniósł się alarm i już miał na głowie śpiące obok gobliny.

W obozie powstało zamieszanie, które natychmiast wykorzystał Korin ponownie chowając się między końmi. Avelox nałożył kaptur i zbliżył się ku jeźdźcom starając się wykorzystać ich nieuwagę i przedostać się ku ścieżce prowadzącej w góry. Keffar rozdarty w końcu ruszył na pomoc towarzyszowi. Tymczasem Haeri już walczył w pełnym okrążeniu zabijając kolejne gobliny, kiedy do walki dołączyli idący z odsieczą jeźdźcy. Choć Ostrojczyk uwijał się jak w ukropie, nie mógł bronić się przed wszystkimi na raz. Raniony raz po raz przez wrogów wydał z siebie potworny ryk i w berserkerskim szale rzucił się ze zdwojoną siłą do walki. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać od walki.

Avelox został zauważony przez jednego z jeźdźców. Czarownik prosto w oczy rzucił mu czar światła, oślepiając kilku przeciwników i pognał w stronę koni, zaraz za nim biegł Thal, sadząc wielkie susy. Gdzieś przed nimi Korin siedział już na grzbiecie konia i poganiał go do ucieczki. Keffar starł się w walce z wściekłym Wulferem, który zabronił komukolwiek dołączać się do starcia, chciał w końcu ukarać tych pyszałków, których rozkazała tolerować mu Savra.

Wkrótce jednak szczęście zaczęło odwracać się od bohaterów. Korin dosięgnięty jedną ze strzał, wystrzelonych przez jeźdźców spadł z konie i znieruchomiał na ziemi. Haeri zmieciony potężnym ciosem drzewopodobnej istoty legł obok ciał istot, których sam pozbawił życia. Thalowi i Aveloxowi co prawda udało się pogalopować w ciemność, choć ten drugi draśnięty strzałą zachwiał się przez chwilę w siodle. Keffar widząc co dzieje się wkoło poddał się, próbując uniknąć dalszych tragedii, choć Wulfer był niemal pokonany.

Montcort nie znosił Korina za jego nieobliczalność. Podkradanie przedmiotów spotykanym osobom, wciskania nosa wszędzie gdzie się go nie chciało, obudzenie szkieletowych strażników grobowca i co tam jeszcze sobie tylko można wymyślić. Ale kiedy młodzieniec padł pod strzałami jeźdźców Savry…
Montcort – Korin miał końcówkę mistrzowską, to co mnie wkurwiało okazało się jego mocną stroną. Tak jak wkurwiał nas to okazało się, że wkurwia innych.

W obozie zorganizowano pościg za uciekinierami, jednak kiedy wrócili o świcie, ani Thala, ani Aveloxa nie było z nimi. Uciekli. Montcort nadal związany, leżał odseparowany od Keffara i ranionego niegroźnie Windhera. Korin i Haeri nie przeżyli jednak tej nocy. Drużyna obrońców Strażnicy na Mroźnym Kle, już nie istniała.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.