Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.39 – Z deszczu pod rynnę

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Po rozstaniu z Behirtiem drużynę otoczyły wielkie, czerwone robale. Kiedy magowie uciekali w stronę zachodniego wyjścia, wojownicy wdali się w walkę z nimi. Niestety Montcort miał wyjątkowo pechowy dzień i co i rusz napotykał na problemy. Keffar z Haerim dzielnie jednak stawali przeciw robalom. Nagle Avelox zauważył, że oddział hobgoblińskich wojowników, przed którym ukrywali się ledwo co wrócił z jakiegoś powodu ku tym korytarzom i nie wchodząc do wielkiej jaskinii z drzewem przygląda się ich zmaganiom.

Haeri – jak mi wyszło zakradniecie się do robala i zdzielenie go toporkiem?
Montcort – Tak jak z hobgoblinem… (w nawiązaniu do poprzedniej sesji i stalaktytu)

Simeon – Wasz plan ma jedną wadę: “jesli” ich rozwalimy…
Haeri – No przeciez to są tylko małe robaczki.
MG – Ten robak sie tak toczy, przelewa, porusza w nieprzewidziany sposób…
Montcort – Discorobaczki.

Drużyna rzuciła się ku południowemu wyjściu, kładąc pokotem kilka robali i z radością zanurzając się w “bezpieczne” tunele, zapominając całkowicie o swoim więźniu, hobgoblinie. Krótka narada doprowadza do tego, że Keffar z Montcortem ruszają na zachód zobaczyć, czy hobgobliny zrezygnowały z ich poszukiwania. W ciemnej jaskini dochodzi do podchodów z hobgoblinami, a w końcu do regularnej walki.

Famous Last Words: Bjornej – uciekajmy tam gdzie nie ma hobgoblinów.

W tym czasie Avelox przebiega najbliższe korytarze i znajduje drabinki wbitych w ściany, metalowych bolców. Po wspięciu się na jedną z nich znajduje półkę skalnej, gdzie do stojącego, ceramicznego garnca ścieka bardzo powoli ze ściany oleisty płyn. Taki sam jaki drużyna znalazła w garncach niesionych przez hobgobliny.

O zauważonym oddziele hobgoblinów
Montcort – Liczę że wywołam na nich rzut na morale!
Avelox – No chyba ty będziesz rzucał na morale.
Montcort (do trafionego hobgoblina) – krzycze na niego “bu ty stary ch**u”! Licząc na efekt morale.
Simeon – Buty stary ch**u???

Keffar i Montcort otoczeni za kamiennym ostańcem walczą ze wszystkich sił, ale zaczynają powoli ulegać przewadze liczebnej przeciwników, kiedy do walki włącza się reszta drużyny. Bjornei ze swoim łukiem zaczyna ostrzeliwać przeciwników i zmuszać ich do krycia się, zaś magia Aveloxa skutecznie razi potwory. Wkrótce ostatni hobgoblin rzuca się do ucieczki, ale po kilkudziesięciu metrach pada jak ścięty, rażony toporem ścigającego go Keffara.

MG (do Aveloxa o Bjorneju) – Widzisz, że ten wielki człowiek w niedzwiedzim futrze wysuwa nogę, zaczepia przy ziemi o nią łęczysko, nagina je i naciąga cięciwę…
Bjornej – Strzelam do niego zanim skończy!
MG – Ale to ty naciągasz!
Bjornej – Ahaaa…

Przychodzi czas na przeszukiwanie ciał, opatrywanie ran. To też czas przypomnienia sobie o więźniu, jednak po młodym hobgoblinie nie ma już nawet śladu. Drużyna postanawia zbadać tunele prowadzące na wschód i wkrótce okazuje się, że to prawdziwy labirynt. Raz po raz awanturnicy natrafiają na kolejne półki skalne, na których zbiera się oleista substancja. Trafiają też na kolejne wejście do wielkiej jaskini z rosnącym do góry nogami drzewem. To tu zwabiają w pułapkę jednego z czerwonych robali i po zabiciu go Simeon pobiera tkanki i śluz do testów alchemicznych.

Idąc na wschód drużyna trafia w oświetlone ogniem miejsce, ale postanawia się nie pakować w kolejną kabałę i wycofać, zwłaszcza że atmosfera zrobiła się wyjątkowo nerwowa, kiedy Simeon podzielił się z resztą informacją, że słyszy jakieś niepokojące, przyprawiające o ciarki na plecach głosy.

Awanturnicy zaniepokojeni ucieczką swojego wroga, postanawiają wrócić na powierzchnię, odpocząć i przygotować się do kolejnego zejścia do podziemi.

View
Skrzydła Rocranon cz.38 - Pustelnia pod korzeniami

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Hobgobliny minęły ukrytych za skalnymi kolumnami Haeriego i Montcorta i szły wprost na Keffara, Simeona i Bjorneia, rozmawiając ze sobą we własnym języku. Dwa z nich, zdecydowanie młodsze, odziane w proste, skórzane koszulki i spodnie, niezwykle ostrożnie obchodziły się z glinianymi garncami niesionymi w objęciach przed sobą. Nagle z ciemności wystąpił Keffar z włócznią skierowaną ostrzem w pierś trzeciego z hobgoblinów, głośno domagając się poddania. Przeciwnik wyszarpnął zza pasa poszczerbioną maczetę i odpowiedział agresywnie niezrozumiałymi słowy. Po czym łamanym argadyjskim rzucił “wszyscy śmierć!”.

W tym samym momencie z tyłu do stworzeń postanowił podkraść się Haeri, tak jednak nieszczęśliwie, że w ciemności zderzył się ze stalaktytem przysparzając sobie bólu i hałasując niemiłosiernie. Hobgobliny odwróciły się gwałtownie na ten dźwięk, w przerażeniu dostrzegając kolejne niebezpieczeństwo. W tym momencie Keffar w dwóch długich krokach dopadł przeciwników z zamiarem ogłuszenia jedynego uzbrojonego wroga. Nieszczęśliwie zahaczył jednak o drugiego hobgoblina i cios mierzony w głowę spadł z dużą siłą na plecy potwora powalając go na ziemię.

Haeri próbuje podkraść się do Hobgoblinów, niestety ma fatalnego pecha i oczywiście z zaskoczenia wychodzą nici.
Montcort – To Ostrojski Ninja! Zagłusza swoje kroki waleniem w tarcze!

MG – Hobgobliny spłoszone hałasem jaki narobił Haeri odwracają się w jego kierunku i widzą straszliwie wykrzywioną twarz Ostrojczyka. Tylko on wie, że mina ta to grymas bólu po tym jak przed sekundą wyrżnął twarzą w stalaktyt.

Montcort ani myślał czekać na dalszy rozwój wypadków, szybko napiął łuk, lecz nim wypuścił strzałę, cięciwa z głośnym świstem pękła o mało nie raniąc go w twarz. Sokolnik schował się za kolumną i w przyspieszonym tempie zaczął naciągać nową cięciwę na broń, w tym czasie Avelox doskoczył do wrogów i wycelował włócznię w jednego z młodzików z glinianymi garncami. Drugi straszliwie przestraszony przypadł plecami do ściany i zbladły ze strachu ściskał swój garniec.

Kiedy Avelox gestem nakazał hobgoblinowi odłożenie garnca, z ziemi poderwał się jego towarzysz uzbrojony w maczetę, lecz czujny Keffar potężnym ciosem pięścią usadził go ponownie. Kolejne sekundy spowodowały prawdziwą tragedię. Próba wyrwania garnca z rąk młodzika spowodowała, że rzucił się on do walki i został natychmiast przekłuty włócznią przez Aveloxa. Idący z pomocą swojemu pobratymcowi hobgoblin z maczetą został odepchnięty w stronę Keffara i potknął się tak nieszczęśliwie, że lecąc głową w dół nadział się na kolano atakującego Ostrojczyka. Coś nieprzyjemnie chrupnęło i na ziemi leżały już dwa martwe hobgobliny.

Po rundzie walki z hobgoblinami, gdzie średnia rzutów wynosiła 1 na k20.
MG – Rzucimy sobie na morale… No i morale niestety pękło, moi drodzy…
Bjornei – Po takich naszych rzutach?
Keffar – No nasze pękło…

Trzeci młodzik blady ze strachu wciąż opierający się o ścianę patrzył na to ogromnymi z przerażenia oczyma. To ku niemu skierowała się drużyna domagając się odłożenia garnca, ale w jego obronie stanął Bjornei zabraniając znęcania się nad wrogiem. Kiedy część drużyny zaczęła się spierać o to co uczynić dalej, Montcort postanowił zadbać o bezpieczeństwo towarzyszy i przyjął pozycję zwiadowcy-wartownika, Avelox zaś postanowił splądrować ciała zabitych. Obok kilku znalezisk w postaci woreczków z talizmanami, dziwnego narzędzia i pokrowca z kościanymi igłami różnej wielkości, czarodziej odkrył niewielkie kamienie półszlachetne osadzone w skórze na piersiach hobgoblinów. Za pomocą noża szybko usunął potencjalnie wartościowe przedmioty, starając się aby nie zobaczył jego działania żaden z towarzyszy.

Bohaterowie postanowili ruszyć dalej. Hobgoblin wzięty na sznur szedł nie opierając się, wciąż ściskając w rękach garniec. Simeon, który badał zawartość garnców odkrył tam oleisty płyn nieznanego pochodzenia. To właśnie alchemik zabrał drugi garniec nie wiedząc za bardzo co z nim zrobić?

Po kolejnych kilkuset metrach korytarza, bohaterowie docierają do rozgałęzienia o czterech odnogach, na środku którego ustawiono kopiec z kamieni a na szczycie postawiono bielejącą czaszkę, prawdopodobnie właśnie hobgoblińską. Przyglądając się kopcowi bohaterowie dochodzą właśnie do wniosku, że ostrzega przed północną odnogą, kiedy do ich uszu dochodzą wyraźne dźwięki równego i mocnego kroku kilku istot dobiegające z południa. Drużyna czym prędzej kryje się we wschodnim korytarzu zmuszając swojego więźnia do ciszy przykładając mu broń do gardła.

Pada propozycja, żeby dalej wędrować przez korytarze gdzie widziano śladz prawdopodobnie zostawione przez wielkie ślimaki.
Bjornei – O tak, chodzmy do ślimaków, na slimkach jeszcze nie zrobilismy złego wrazenia…

Nie trzeba długo czekać, kiedy z korytarza na południu wyłania się oddział 6 hobgoblinów, równo, po wojskowemu wybijają rytm swoimi krokami. Drogę oświetlają sobie czerwono opalizującym kamieniem, takim samym jaki drużyna zabrała pobitym istotom przed kilkudziesięcioma minutami. Te istoty niemal w niczym nie przypominają trójki, na którą drużyna wpadła ledwo co. Dobrze zbudowani, obleczeni w skórzane, czarne zbroje z metalowymi guzami i prawym naramiennikiem przypominającym kolczastego jeża, z twarzami poddanymi skaryfikacjom. Sprawiają groźne wrażenie, z całym swoim niebezpiecznie wyglądającym żelastwem dyndającym u wojskowych pasów. Na szczęście oddział skręca ku zachodowi i wkrótce kroki wojowników cichną w oddali.

Bohaterowie postanawiają nie ryzykować i ruszają w głąb korytarza, w którym się ukryli. Nagle z zaskoczeniem odkrywają, że nie znajdują się już w podziemiach, ale na trawiastej łące pod otwartym niebem. Chwilowa konsternacja przechodzi w niepokój. Za plecami drużyny widać wylot korytarza, którym tu przybyli, znajdujący się we wzgórzu, od którego grupa się oddala. Niepewnym wzrokiem bohaterowie spoglądają po sobie, starając się wyczuć czy wszyscy doznają tego samego.

Łąka faluje zielonymi długimi trawami, pośród których żółcą się i czerwienią kwiaty. Wkoło bzyczą wesoło owady, a nieodległy zagajnik zaprasza cieniem. Tyle, że w oczach Simeona i Bjorneia miejsce to wygląda zgoła inaczej. Trawy są szare i wydają się być łamliwe, pomiędzy wysokimi jej kępami bieleją kości a chmary much unoszą się nad niesmacznie wyglądającymi kopczykami nieznanego pochodzenia. Nim jednak awanturnikom udaje się zastanowić nad tym co ich spotkało, zauważają długowłosego mężczyznę odzianego w przednie szaty, który z daleka wita przybyszów na “swojej łące” i zaprasza do dołączenia do niego w jego szałasie.

Haeri nie zastanawiał się ani przez chwilę nad tym, że rozumie język nieznajomego i z radością przyjmuje jego zaproszenie. Tymczasem Simeon i Bjornei z osłupieniem patrzą na mężczyznę, bo w ich wizji jest starcem, okutanym w stare łachmany, z twarzą i dłońmi zawiniętymi w coś na kształt bandaży, spod których cieknie jakiś obrzydliwy płyn. Drużyna skupia się nieopodal szałasu nieznajomego bojąc się porozumieć między sobą i nerwowo rozglądając się wkoło, zwłaszcza kiedy mężczyzna wspomina, że wkrótce na obiedzie stawią się jego dzieci.

Przybysz przedstawia się imieniem Behirtio i proponuje drużynie grę w zagadki. Jeśli pokonają go chętnie podzieli się z nimi swoją wiedzą. Simeon zastanawia się, czy ten mężczyzna mógłby pomóc w odnalezieniu Kwiatu Awicenny? Behirtio nie czekając na zgodę zadaje pierwszą swoją zagadkę. Awanturnicy nagle zdają sobie sprawę, że nie wiedzą też co stanie się jeśli przegrają. W tak nietypowej sytuacji postanawiają odpowiedzieć na zagadki mężczyzny. Okazuje się, że radzą sobie świetnie i po dwóch zadanych zagadkach Behirtio krzywiąc się niemiłosiernie mówi, że musi zająć się obiadem, bo jego dzieci już prawie tu są. Drużyna postanawia uciekać.

Ledwo grupa zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ich rozmówca znika w szałasie i nagle znów wszystko się zmienia. Światło przygasa i grupa znów znajduje się pod ziemią w promieniach światła pochodni i zabranego hobgoblinom, czerwono opalizującego kamienia. Wkoło kołyszą się szare, pozornie pozbawione życia, długie źdźbła traw, gdzieniegdzie spośród nich wystają rosnące na długiej łodydze, mięsiste kapelusze nieznanych roślin. Co jednak najważniejsze, to w miejscu gdzie znajdował się szałas Behirtia rośnie ogromne, wiekowe drzewo, z pniem o średnicy blisko 10 metrów. Przerażający jest fakt, że to co pierwotnie można było wziąć za koronę gałęzi drzewa jest tak naprawdę plątaniną korzeni. Drzewo rośnie korzeniami w górę, przebijając podłoże jednocześnie nie będąc w nim jasno osadzonym.

Z osłupienia wszystkich wyrywa Avelox wskazując na coś zbliżającego się w stronę bohaterów. Pośród traw, powoli pełzną olbrzymie, czerwone robale, przypominające nieco dżdżownice. Ich mięsiste, pierścieniowe cielska sięgają 50 centymetrów wzwyż. Drużyna daje znak do odwrotu.

View
Skrzydła Rocranon cz.37 - O owcach i tajemnych korytarzach

Udział wzięli: Avelox, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Wychynięcie z lochu na światło dnia pozwoliło odkryć, że zaledwie kilka godzin, które drużyna spędziła w ciemności dały słońcu czas aby wspiąć się do zenitu i zalać swoimi promieniami całą Czerwoną Twierdzę. Szybki podział obowiązków rozdzielił drużynę i tak w zamku pozostał Simeon z Keffarem, którzy zajęli się zwierzętami i rozpalili ognisko, Avelox z Haerim ruszyli do niedalekiego zagajnika nazbierać materiału do przygotowania pochodni, zaś Montcort postanowił obejść okolicę w poszukiwaniu potencjalnych niebezpieczeństw, ale również być może czegoś co można by upichcić na kolację.

Gracze decydują co robić dalej.
Haeri – Ja bym zszedł do tej piwniczki pod kasztelem jeszcze.
Simeon – Nie! Pochodni nam trza.
Avelox – Tak, najpierw crafting.

Avelox z Haerim szybko uporali się ze swoim zadaniem i kiedy z naręczem gałęzi wracali w stronę zamku, pierwszy z nich zauważył coś leżącego na dnie parowu. Szybkie przeszukanie miejsca pozwoliło odkryć truchło brązowowłosej dzikiej owcy, która zdechła z powodu jakiejś choroby. Jej owrzodzony pysk dał do myślenia Aveloxowi, który powstrzymał swojego towarzysza przed zbytnim zbliżaniem się do zwierzęcia.

Niedługo później, kończący swój patrol Montcort trafił na stadko, pięciu brązowowłosych owiec, pasących się spokojnie na zboczu jednego ze wzgórz. Zadowolony z nadarzającej się okazji, z łatwością upolował jedno ze zwierząt, na miejscu wypatroszył je i dumny ze swego łupu wrócił do towarzyszy. Jaki był jego zawód kiedy usłyszał opowieść o truchle podobnego zwierzęcia. Montcort pozbył się czym prędzej upolowanej owcy i jak mógł dokładnie oczyścił swoje ciało i ubiór z resztek krwi i wnętrzności zwierzęcia.

Przy posiłku i przygotowywaniu zapasu pochodni podjęte zostają plany dalszego działania. Zapuszczenie się w podziemia przed gruntownym zbadaniem całej twierdzy nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza że pozostała tylko piwnica pod kasztelem, do której wkrótce udają się awanturnicy. Stare skrzynki, zużyty stół, pojemnik na wodę, wszystko wydaje się mało ciekawe. I tylko kiedy okazuje się, że jedna z wielkich beczek ukrywa z tyłu tajne przejścia nagle podnosi się zainteresowanie tym miejscem.

Niedługi, wąski i zakurzony korytarz okazuje się prowadzić do lochów pod główną wieżą, które wraz z salą tortur drużyna zdołała już sprawdzić i wyruszyć z niej ku tajemnemu przejściu wprost ku podziemiom. Po tym odkryciu bohaterowie wracają do kasztelu i postanawiają odłożyć dalsze penetrowanie podziemi do następnego dnia, słusznie dedukując, że podczas zbliżającej się nocy, aktywność potencjalnie zagrażających im stworzeń może być większa niż w dzień.

Zabarykadowane wejścia do piwnicy i drzwi na zewnątrz miały spowodować, że zbliżająca się noc będzie spokojna, zwłaszcza że na zewnątrz pogoda psuła się z każdą kolejną godziną. Niestety w środku nocy na nogi stawia wszystkich Haeri, który śniąc jakiś koszmar o mało nie poturbował Simeona. Wiedziony wyrzutami sumienia Haeri opowiada towarzyszom, że po nocach męczy go powracający sen o śmierci jego ojca. Okazuje się, że nieszczęśnik spadł z klifu podczas sprzeczki z synem, co stało się bezpośrednim powodem ucieczki Haeriego z Ostrojów i przybycia na Rocranon.

Haeri przyznaje się do kłótni ze swoim ojcem i nieszczęśliwego wypadku w wyniku którego ojciec spadł z klifu.
Montcort – On spadł?
Haeri – Tak spadł.
Montcort – W dół?!
Avelox – Nie, w górę…

Poranek wstaje deszczowy i chłodny, psując nastroje zwłaszcza niewyspanego i zmęczonego Haeriego. Szybkie śniadanie, zadbanie o zwierzęta, i drużyna rusza ponownie w podziemia. Tym razem zanim wkroczą na teren wyrobiska po wydobyciu gliny, postanawiają sprawdzić gdzie kończy się korytarzyk z podziemi twierdzy. Zaledwie sto metrów od miejsca gdzie ostatnio przerwano badanie przejścia, nagle pojawiają się schody sięgające sufitu korytarza i korba, po pokręceniu której otwiera się nad głowami bohaterów klapa wyjściowa.

Drużyna ląduje w na wpół zrujnowanej chacie myśliwskiej. Miejsce wygląda na bezpieczne i wydaje się, że było docelowym miejscem, do którego prowadzić miał tunel ewakuacyjny z zamku. Gdyby dobrze pomyśleć, z samych komnat dawnych władców twierdzy można było przez piwnicę, loch i wąski tunelik wydostać poza zamek. No właśnie! Tylko gdzie? Szybki wypad poza chatę pozwala określić, że drużyna znajduje się nie dalej niż kilometr na zachód od zamku.

Drużyna dyskutuje nad tym co zrobić ze znalezionymi włóczniami. Decydujący głos ma Avelox.
Avelox – Ja jestem za zniszczeniem.
Simeon – Jestem śmiercią, niszczycielem świata!

Wkrótce bohaterowie znów stoją w dużej jaskini powstałej w wyniku wydobycia z niej gliny. Nietoperze śpią wiszące głowami w dół u sufitu, po lewej stronie szumi woda podziemnego strumienia, ale po prawej do sprawdzenia jest kolejna, dość szeroka odnoga korytarza. Prowadzi ona wprost do dwóch niewielkich jaskiń, pierwszej służącej za magazyn dla dość prymitywnych włóczni, starych futer i jakichś starych garnców, a druga będąca leżem świstaków. To z niej wychodzi na zewnątrz owalne otwór prowadzący do rzadkiego lasu. Zaledwie kilkaset metrów od tego miejsca góruje nad okolicą Czerwona Twierdza.

Skrupulatność każe zbadać drużynie jeszcze jedną odnogę pierwszej jaskini, tę w której płynie strumień. Kręty korytarzyk jest korytem dla zimnego i porywistego prądu. Po ledwo 10 metrach robi się naprawdę ślisko i coraz bardziej stromo. Haeri postanawia jednak zbadać tak dużo odnogi korytarza jak to tylko możliwe. Przekonany przez towarzyszy, pozwala się obwiązać w pasie liną co wkrótce okazuje się być zbawienne, kiedy pośliznąwszy się pozwala się porwać nurtowi. Mokry i prychający, ale cały i zdrowy wraca z resztą do jaskini nietoperzy. Korytarzyk ze strumieniem pozostaje pozostawiony samemu sobie.

Drużyna zagłębia się więc głębiej w korytarze i mijając kolumny z prymitywnymi rysunkami, oraz pal tortur dociera do rozgałęzienia. Skręcając w prawo dotarli by do tajemniczych schodów i jaskini z kryształami, ale to lewa strona, jeszcze nie zbadana interesuje ją bardziej. Szeroki pasaż usiany kamiennymi kolumnami utrzymując kierunek jednocześnie leciutko meandruje. Odkryta w południowej ścianie odnoga węższego korytarza zostaje pozostawiona na razie niezbadana, a bohaterowie coraz dalej idą mniej więcej w kierunku wschodnim.

Korytarz nieco kluczy, kamienie pod nogami utrudniają stawiać pewnie stop, skalne kolumny ostańców dzielą pasaż na dwie, czasem trzy mniejsze części. Droga nie jest łatwa i w pierwszym momencie dźwięk z oddali wydaje się być tylko częścią tego odmiennego, podziemnego świata. Jednak kiedy do uszu bohaterów po raz kolejny docierają głosy odległej rozmowy, stają jak wryci. Haeri gasi pochodnię i w korytarzy zapada całkowita ciemność.

Do miejsca, w którym rozsiani za kolumnami chowają się bohaterowie zbliżają się trzy postaci. Dwie z nich niosą ostrożnie w objęciach przed sobą spore, gliniane garnce. Trzecia uzbrojona w maczetę oświetla korytarz dziwnym, czerwonym światłem klejnotu zatkniętego na szczycie drążka przymocowanego do jej pleców. To hobgobliny… Pogrążona w całkowitych ciemnościach drużyna może tylko patrzeć jak krok za krokiem zbliżają się do nich, nie mogąc nawet porozumieć się, co z nimi zrobić.

View
Skrzydła Rocranon cz.36 - Marzenia z kryształu

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Badanie podziemi pod wieżą może potrwać dłużej niż pierwotnie zakładano. Haeri wybiega na dziedziniec zamkowy i drużynowe zwierzęta lokuje w jednej z szop, dokładnie zamykając drzwi, tak aby do środka nie dostały się dzikie psy, jeśli wrócą do zamku. Następnie nabiera wody ze studni i napełnia bukłaki. Tak, teraz drużyna może spokojnie zanurzyć się w nowo odkrytym korytarzu, ten zaś ciągnie się niemiłosiernie i drużyna zaczyna się już zastanawiać czy coś znajdzie się w ogóle na końcu. Wreszcie, po przeszło pół kilometrze coś burzy monotonność podróży.

Długi tunel budzi wątpliwosci Keffara co do jego budoniczych.
Keffar: Myslisz, że chciało sie komuś kopać 2 kilometry?
Montcort: Myślę, że mu sie nie chciało, ale mu kazali.

W południowej ścianie korytarzyka, który wiedzie ciągle w przód, widać sporą wyrwę. Resztki pokruszonej gliny wciąż leżą w tym miejscu oraz na całej szerokości tunelu, którym szła drużyna. Krótka dyskusja i bohaterowie postanawiają sprawdzić co znajduje się za zburzoną ścianą i może dowiedzieć się kto stąd przyszedł. Ciekawskie głowy awanturników zaglądają zza węgła w wyrwę widząc wielką jaskinię będącą wyraźnie wyrobiskiem po wydobyciu gliny.

Planowanie badania lochu.
Bjornei: Mówię Haeriemu aby po prostu policzył kiedy skonczy sie połowa zapasu jednostek światła i wtedy zawrócimy…
Haeri: Słuchaj nie przeceniasz moich możliwości intelektualnych?

Montcort wytypowany na zwiadowcę zostaje obwiązany w pasie liną, do ręki dostaje jedną z pochodni i powoli zanurza się w ciemność jaskini idąc wzdłuż jej ściany. Cisza, brak ruchu powietrza i delikatne uczucie wilgoci, to wszystko co rejestrują zmysły młodego Argadyjczyka. Gdzieś ze wschodu szemrze woda, ale to później.

Jaskinia okazuje się mieć mieszkańców, są nimi nietoperze zawieszone u sufitu i śpiące, otulone swoimi skrzydłami. To dobrze! Konstatują bohaterowie, jest stąd jakieś wyjście. Montcort mija wąski korytarzyk prowadzący na południe i dalej idzie ku południowemu zachodowi. Jaskinia kończy się po blisko 30 metrach, sklepienie opada na wysokość trzech metrów i Montcort stawia pierwsze kroki w szerokim na niemal 10 m pasażu.

Nagle lina napięła się. To jej koniec. Montcort niemal bez zastanowienia sięgnął ku węzłowi i uwolnił się z niej, dając znać towarzyszom, że wszystko z nim w porządku kilkoma szarpnięciami. Mimo tego drużyna woli się upewnić, że wszystko gra. Rozpoczyna się rozmowa na odległość prowadzona podniesionym głosem, który zwielokrotniony odbija się po jaskini. Zbudzone nietoperze zaczynają krążyć po podziemiu z mlaszczącym odgłosem uderzania skrzydłami.

Argadyjski zwiadowca uwolniony od ciężaru liny przechodzi jeszcze kilkanaście metrów wzdłuż pasażu i trafia na niepokojącą wnękę w ścianie. Sama w sobie nie wzbudza obaw, ani nawet niewielki basen wody ściekającej po ścianie, ani koniec końców nawet duże, prostokątne, ociosane i wygładzone kamienne ławy stojące półkolem. Za to skalny pal z okręgami, do których można przypiąć pasy… Montcort postanawia wracać.

Drugą stroną korytarza, potem jaskinii, znajduje w końcu strumyczek, którego szemranie wcześniej niewyraźnie słyszał. Woda wypływa z pęknięcia skalnego i znika w szerokim na jednego człowieka korytarzyku. Młodzieniec idzie jednak dalej, obserwuje, że niemal połowa nietoperzy zniknęła, a pozostała większość jest obudzona i trochę zaniepokojona. W końcu dociera do drużyny i dzieli się swoimi odkryciami, proponując aby wszyscy razem obejrzeli kamienny pal.

Idąc wcześniej sprawdzoną drogą Bjornei dostrzega na jednej z kolumn skalnych pozostałej po wydobyciu gliny, naskalne rysunki. Dość prymitywnie, ale pieczołowicie wyryte w skale kontury wypełnione są ciemnym barwnikiem. Sceny przedstawiają polowanie humanoidalnych postaci na coś w rodzaju żuków, których rozmiarów nie sposób określić, ze względu na różnie rozumianą i przyjętą skalę oraz perspektywę rysunków. Krótkie poszukiwania pozwalają odkryć, że podobne rysunki znajdują się na jeszcze tylko kilku kolumnach w pobliżu co wyraźnie zasmuciło Aveloxa, który od tej pory wytrwale szukał kolejnych takich symboli w dalszej części jaskini.

Niepewnie omijając basen wodny u podnóża skały i zastanawiając się czy coś w nim żyje bohaterowie docierają do pala i badają go dokładnie. Miejsce to służyć musi do wyrafinowanych tortur, bo nad głową potencjalnego nieszczęśnika przywiązanego do pala, znajduje się kamienna misa, wydrążona w środku i z niewielkim otworem u spodu, z której niemałymi kroplami cieknąć musi woda wprost na głowę torturowanego. Taka tortura, choć na początku nieuciążliwa po czasie staje się wręcz nie do zniesienia. Drużyna postanawia już razem spenetrować resztę podziemnego kompleksu, nim jednak ruszyli dalej, mimo wyraźnych ostrzeżeń i zakazu, Montcort z głośnym pluskiem wrzuca kamień do sadzawki. Przez chwilę wszyscy wstrzymują oddechy wpatrzeni w falującą powierzchnię wody. Nic jednak się nie dzieje.

Obok pala tortur jest dziwna sadzawka niepokojąca awanturników. Zastanawiają się czy coś do niej wrzucić, w końcu ktoś rzuca propozycję, żeby do niej nasrać.
Montcort: Nasrać, do sadzawki?
Haeri: No w sumie miejsce jak kazde inne…
Simeon: Taaa Ostrojczycy, typowe zachowanie, na złość nasrać drugiemu do sadzawki.
MG: Taki podpis. Tu bylem!

Wkrótce szeroki pasaż kończy się rozwidleniem. Dwie drogi prowadzą z grubsza w kierunku wschodu i zachodu, centralną zaś część skrzyżowania zajmują potężne skalne kolumny zamieniające je w niewielką sieć ciasnych korytarzyków. Awanturnicy wybierają zachód i idąc wciąż szerokim na blisko 10 metrów pasażem docierają do miejsca, w którym niemal symetrycznie pojawiają się dwie odnogi po obu jego stronach.

Z północnej odnogi wieje chłodem. Nie jest przejmujący, ale po dusznym, podziemnym powietrzu jest wyraźnie odczuwalny. W świetle pochodni ściany szerokiego na 6 metrów korytarzyka skrzą się czymś delikatnie. Bliższe zbadanie pozwoliło odkryć mniejsze i nieco większe kawałki kryształu górskiego. Zaaferowana znaleziskiem drużyna nie zwraca uwagi na Haeriego, który rusza kilka kroków dalej i zatrzymując się u wejście do niewielkiej jaskini oszołomiony mówi – Musicie to zobaczyć.

Ściany jaskini upstrzone są kryształem górskim, na jej podłodze “rosną” sięgające metra kryształowe kwiaty. Wokół centralnego graniastosłupa otwierają się kielichy delikatniejszych liści. To jednak stojący pośrodku komnaty obelisk z kryształu powoduje, że płuca same z siebie przestają pracować. Sięgający około dwóch metrów wysokości, perfekcyjnie przejrzysty, bez najmniejszej skazy, zdaje się być ledwo iluzją rzeczywistego przedmiotu.

Simeon czym prędzej wyforsował się do przodu i wykonując kilka prostych gestów dłońmi wypowiedział słowa zaklęcia wykrycia magii. Zgodnie z oczekiwaniami cały obelisk rozbłysnął pod działaniem zaklęcia opallizującym, błękitnym światłem. Przedmiot był silnie magiczny. Czarownik skupił się jeszcze mocniej na istocie czaru zaklętego w krysztale. Chwilę później już wiedział. Czar pochodził ze szkoły sprowadzania i miał coś wspólnego z transmisją.

Drużyna w obliczu magicznego obelisku z kryształy górskiego. Simeon sprawdza rodzaj magii jakim emanuje.
Simeon: Czy to portal?
Montcort: Sprowadza Demona Przejebaności

Wybuchła kłótnia o to, co zrobić. Bogactwo ukryte w jaskini powalało, ale z jakichś powodów nikt tego do tej pory nie ruszył. W korytarzyku przed wejściem do jaskini wyraźnie widać, że wydobywano kryształ ze ściany, w środku był nienaruszony. W końcu Keffar ruszył ku korytarzykowi i przy pomocy młoteczka i gwoździa do wspinaczki wydłubał jeden z mniejszych kawałków klejnotu. To nie wystarczyło jednak Haeriemu, uchwycił w dłonie swój topór i ruszył ku jednemu z “kwiatów” wewnątrz jaskini. Wybrał jeden z bocznych listków i uderzył bronią. – Nieeee! – krzyknął Simeon, ale było już za późno. Topór odbił się od kryształu, czyniąc ledwie widoczną krzywdę powierzchni kamienia. Poza tym nie stało się zupełnie nic.

Dywagacji ciąg dalszy. Tym razem o Golemach z kryształu.
MG: …no i taki golem wart jest 5000 PD.
Bjornej: Ej, to by wypadło po tausenie na łebka!
Simeon: Dla naszej druzynie, to by wypadło po nagrobku na łebka.

Zachęcony tym Montcort pożyczył narzędzia od Keffara i zajął się tym samym “liściem” co Haeri. Po chwili spory kawałek kryształu górskiego leżał w jego dłoni. Mimo pozytywnych efektów swoich działań, drużyna stwierdziła, że dość już kuszenia licha i postanowiła wycofać się do korytarza i pomijając póki co drugą, odnalezioną odnogę, ruszyć pasażem w kierunku zachodu.

Montcort zdobył kawałek kryształu i wkłada go do wspólnego skarbu drużyny, przeglądając plik w sieci.
Montcort: … niech mi ktoś wyjaśni dlaczego mamy ząb trzonowy w skarbach?

Korytarz ciągnął się przez przeszło dwieście metrów delikatnie tylko zmieniając kierunek to w tę to drugą stronę. Wzrastała jednak wilgotność, a wraz z nią w nozdrza bohaterów zaczęły docierać specyficzne zapachy. Nagle! Bjornei kazał się wszystkim zamknąć i zatrzymać. Czuły słucha szamana nie mylił się, gdzieś w korytarzu przed nimi usłyszeli wyraźnie pośpiesznie oddalające się kroki. Ostrożniej niż wcześniej drużyna poczęła przemieszczać się dalej. W końcu usłyszeli głośny szum wody i ze zdziwieniem zauważyli, że gdzieś przed nimi coś majaczy w ciemnościach. Drużyna weszła do kolejnej, wielkiej jaskini.

Ciężko było określić jak wielka jest, lecz u jej sklepienia wyraźnie można było dostrzec szpary przepuszczające dzienne światło. Tuż przy wejściu, po skalnym słupie z głośnym szemraniem lała się woda tworząc u jego stóp sporych rozmiarów staw z którego woda z szumem odpływała ku korytarzykowi w południowej ścianie. W całej komnacie pachniało grzybnią i czymś jeszcze bliżej niezidentyfikowanym. Powoli i badając głębokość wody Keffar ruszył przez staw na zachód a za nim reszta drużyny.

Wkrótce w świetle pochodni i rozproszonego światła padającego z góry, drużyna dostrzegła ogromne pole szerokoskrzydłych grzybów, których rozmiar mógłby zawstydzić każdego powierzchniowego grzybiarza. Bjornei aż podskoczył z radości i wyrwał się do przodu. – To skarb przyjaciele, to są olmuny! Bardzo smaczne grzyby! – powiedział pochylając się i zrywając jednego. Odgłos spuszczanej cięciwy i świst strzały otrzeźwił wszystkich momentalnie. Prymitywna strzała pokaźnych rozmiarów wbiła się tuż u stóp Keffara. Montcort od razu wiedział, że upadła tam nie bez przyczyny, to było ostrzeżenie.

Szybko przeczucie Argadyjczyka okazało się prawdą, kiedy z mroków przed nimi padły groźne słowa wypowiedziane tubalnym głosem w jakimś prymitywnym, nieznanym języku. Awanturnicy spojrzeli po sobie, jednak żaden z nich nie miał pojęcia o czym mówił głos, nietrudno jednak było się domyślić. Bjornei spokojnym ruchem wyjął gdzieś z czeluści skórzanego płaszcza fajkę i odpalił ją szczapą od trzymanej pochodni, postanowił grać na czas, jednak kolejne groźne ponaglenia zmusiły awanturników do decydowania co dalej. Na znak Keffara wszyscy postanowili się wycofać, ku wyraźnemu żalowi części drużyny.

Dyskusja nad tym czy czas już wychodzić z lochów.
Keffar: Ja jestem za tym aby przyjść tu jutro…
Montcort: Jakie jutro, jak teraz mamy dzisiaj? Jutro to możemy juz nieżyć!

Wracając drużyna ponownie minęła odgałęzienie prowadzące ku jaskini kryształowej, tym razem jednak postanowili sprawdzić przeciwległy korytarzyk. Czterometrowej szerokości, świetnie utrzymany korytarz doprowadził drużynę ku równie szerokim, monumentalnym schodom w dół. Zdziwienie awanturników było ogromne. Odbyła się szybka debata nad tym czy wracać, czy penetrować kompleks dalej. Ostatnia pochodnia paliła się właśnie, a Keffar wyraźnie odmawiał użycia latarni dopóki nie będzie to niezbędne. Koniec końców ustalono, że przez chwilę pójdą w dół, a potem wrócą na powierzchnię i zastanowią się skąd wziąć większy zapas źródeł światła.

Bjornei ma rzucić na spostrzegawczość. Rzut nie wyszedł.
Bjornej: czuję, ze cos mi nie wyszło.
MG: Cholera nie wyłączyłeś żelazka!
Bjornej: Kurcze, po tym czasie to szałas na pewno już spłonął.

Schody okazały się wcale nie być krótkie. Po dziesięciu metrach nadal ciągnęły się w dół, a na jednej ze ścian, w specjalnym koszu tkwiła poważnie wyglądająca pochodnia. Dla Keffara to był znak. Pochodnie zabrano i awanturnicy ruszyli ku wyjściu.

W jaskini z wyrobiskiem gliny drużyna z zadowoleniem odkryła, że większość nietoperzy wróciła i zapadła ponownie w sen. Tymczasem wkrótce po wejściu do wąskiego korytarza prowadzącego do Czerwonej Twierdzy, pochodnia drużyny zaczęła wyraźnie przygasać. Keffar zdawał się triumfować, wszak ostrzegał przed tym, jednak Avelox uśmiechnął się tylko tajemniczo, wykonał szybki gest połączony z kilkoma słowami i nagle w korytarzu stało się jasno jakby w dzień. Bohaterowie zmrużyli na moment oczy zaskoczeni takim nagłym natężeniem światła, a potem spojrzeli na młodego Paezurczyka z podziwem. Skrywał on więcej tajemnic niż można się było tego spodziewać.

Rozmowa o czarze światło.
Keffar: Jak to długo świeci?
Avelox: Jakieś 10 minut.
MG: Czekajcie, przecież zmieniliśmy zasady, muszę sprawdzić czy to się nie zmieniło… Tak! 6 tur + 1 / poziom.
Avelox: Wiesz co, ostatnio zmieniłem czary na energooszczętne, będzie dłużej!

Z cyklu rozmów luźnych. O wizjach (narkotycznych?) drużynowego szamana.
Simeon: Ja mam pomysł – rzuce kiedyś na Bjorneja czar EPS jak będzie w transie – będę miał nieżłą jazdę, ale bez skutków ubocznych dla organizmu!
Bjornej: Co to eps?
Simeon: Czytanie w myślach

Kilkadziesiąt minut później, drużyna stała na targanym wiatrem dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

MG zastanawia się na głos nad jakąś techniczną sprawą dotyczącą lochu.
MG: Ciekawe, czy znajdę to co sobie wcześniej narysowałem.
Bjornej: Jesli to śmierć, to na pewno.


Ufff, ciężko się opisuje loszek. I na sesji i w raporcie. Niektórzy z was pewnie już zauważyli, że z wody spokojnie ciurkającej po słupie w jaskini z grzybami, zrobiły się nagle potoki wody płynące w dół. Wybaczcie i pozwólcie mi na taką zmianę, po prostu w czasie sesji zagapiłem się i zupełnie źle opisałem to co możecie zobaczyć. Od tej pory więc stan faktyczny jest jak w raporcie.

Powiększyły nam się możliwości działania? Zobaczmy:

  • Kompleks jaskiń pod Czerwoną Twierdzą wydaje się być obszerny i dać dużo zajęcia badaczom. Czy drużyna jest zainteresowana odkrywaniem jego tajemnic?
  • Czym jest kryształowy obelisk, czy zagraża on drużynie bohaterów? Jak dorwać się do skarbu ukrytego pod ziemią.
  • W jaskini z grzybami ukrywają się jakieś istoty, kim są i co tam robią?
  • Dokąd prowadzą szerokie schody w lochu, jak są długi i kto czeka na ich końcu?
  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostały schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza? Teraz przynajmniej wiadomo gdzie wcześniej znajdowała się wieś Borowik.
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
    Dokąd prowadzi tunel w podziemiach wieży? Kto ciągnął tam ciało zabitego człowieka i po co?
View
Skrzydła Rocranon cz.35 - Krew na schodach

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon


Simeon poczuł się jakby wrócił do swego domu. Zakasał rękawy szaty i zabrał się za porządkowanie ksiąg i papierów. W czynności tej chętnie pomógł mu Avelox. Pozostali członkowie drużyny pozostawili dwójkę towarzyszy i zeszli na wewnętrzny dziedziniec. Keffar wyraźnie zamyślony nad czymś powiadomił, że rusza na polowanie i niedługo powróci. W ten sposób Haeri i Bjornei zostali sami. Szaman zamyślony nie odzywał się wcale, co i tak mijało by się z celem, bo Ostrojczyk znał ledwie kilka podstawowych słów w języku argadyjskim.

Haeri nie chciał jednak siedzieć z tyłkiem płasko na ziemi, więc wzruszył tylko ramionami i postanowił na własną rękę zbadać wieżę, w której nadal nie stanęła stopa nikogo z drużyny. Parter przedzielony kratą służyć kiedyś musiał za magazyn. Schody prowadziły w dół i górę. Haeri począł piąć się ku górze trafiając do czegoś na kształt wartowni. Tutaj jednak jego szczególną uwagę przykuły ślady krwii na schodach i podłodze. Ktoś musiał być ciągniony w dół krwawiąc.

Na kolejnym piętrze krwii było jeszcze więcej, to tutaj musiał rozegrać się dramat, w którym ktoś został ranny. Skrzynie, beczki i stojaki zapełniały większą część pomieszczenia, a u szczytu stromej drabiny schodkowej wejścia na szczyt wieży strzegł ciężki z wyglądu właz. Ostrojczyk postanowił nie ryzykować sam i wrócił na dziedziniec zastając szamana w takiej pozycji w jakiej go kilkanaście minut wcześniej zostawił. Wymachując rękoma i używając swojego ubogiego słownictwa zaciągnął Bjorneia do wieży i wskazał na krwawe ślady, szaman jednak wyraźnie znużony odkryciem towarzysza nie podjął tropu i wrócił na dziedziniec. Nic nie pozostało Haeriemu jak poczekać na powrót Keffara.

W tym czasie Simeon i Avelox odkryli już kilka ciekawych rzeczy wśród ksiąg i dokumentów w dawnej bibliotece. Pośród luźnych kart pergaminów znalazła się mapa archipelagu z wyraźnym położeniem ciężaru na wyspie Rocranon, która nie posiadała jeszcze miasta Sotham, za to stolica znajdowała się w mieście Rocranon, a w górach wydobywano cenne surowce, jeden z największych skarbów wyspy. Kiedy Simeon zanurzył się w księgi opisujące majątek i zarobki mieszkającej tu niegdyś szlachty, odkrył że położenie niektórych wiosek było niegdyś inne. Z nad wybrzeża przenosiły się w głąb lądu. Tymczasem również Avelox trafił na jakiś ciekawy tom i zanurzył się w jego lekturze, niemal nie dostrzegając poza nią świata.

Avelox bada starą mapę wyspy Rocranon.
MG – W górach widzisz małe piktogramy z kilofem i młotem i podpisy: srebro, miedź, żelazo.
Bjornei – Wiadomo, komuniści położyli łapy na skarbach.

Wielki pies, który do niedawna wylegiwał się w łożu na piętrze znudził się już chyba bezczynnością i mijając odpowiednim łukiem Bjorneia i Haeriego opuścił kasztel. Ostrojczyk natychmiast wykorzystał tę okazję, aby spenetrować jedyne pomieszczenie, do którego nie weszła wcześniej drużyna. Całość wyglądała równie ponuro jak pozostałe pomieszczenia, ale wojownikowi udało się odnaleźć i otworzyć niewielką skrytkę, sprytnie ukrytą w ramie łoża. W środku w niewielkiej aksamitnej sakiewce znajdowało się kilka małych, srebrnych monet i dziwny graniastosłup z kości ptaków z zawieszonym pośrodku maleńkim, czerwonym klejnocikiem.

Haeri znalazł schowek o wielkości 25×6cm. MG co rusz każe mu rzucać k100 na jakaś magiczna tabelkę. Z ilości rzutów gracze zacierają ręce i wnioskują, że skarbów będzie dużo. Po 3 czy 4 rzucie, wyjątkowo wysokim wtrąca się Bjornej:
Bjornej – Oooo… To teraz to będzie rydwan!

Simeon obracał w dłoniach przedmiot, który przyniósł mu Haeri i musiał przyznać, że nie ma pojęcia z czym ma do czynienia. Wyraźnie obruszył się na sugestię Haeriego, że Keffar na pewno wiedziałby co to jest gdyby był na miejscu. Podrażniona duma kazała alchemikowi zapoznać się ze zwojem, który wcześniej znalazł i z radością stwierdzić, że zaklęty w niego jest czar identyfikacji magicznych przedmiotów. Krótkie studiowanie zwoju pozwoliło przyswoić sobie zaklęcie. Simeon już wiedział, że następnego dnia dowie się czym jest ten dziwny przedmiot.

Haeri odnajduje dziwny graniastosłup z kości ptaków z maleńkim czerwonym klejnocikiem. Niesie go do Simeona. Ten bada przedmiot ale nie potrafi odkryć jego prawdziwego znaczenia.
Haeri – Szkoda że nie ma Keffara, pokazalibyśmy mu to coś. Na pewno by się na tym poznał.
Simeon z przekąsem – Na pewno by się na tym poznał i już byśmy tego więcej nie zobaczyli.

Simeon rzuca na nauczenie się czaru identyfikacji ze zwoju, niestety nie udaje mu się. MG odkrywa jednak, że podał graczowi zły rodzaj rzutu i choć pomylił sie na korzyść gracza, to przymykając oko pyta.
MG – Skoro się pomyliłem to powinienem mu jeszcze raz pozwolić rzucić?
Gracze – Tak! Tak! Pozwól mu!
MG złośliwie – No dobrze, możesz sobie jeszcze raz rzucić, a ja sobie skompensuję i zabiję dwie postaci na sesji zamiast jednej.
Bjornei nie przepadający za swoją postacią – Mnie! Mnie zabij!

W momencie kiedy Haeri wrócił do komnaty z łożem i legł na starym materacu, do kasztelu w strugach deszczu wrócił Keffar z przewieszonym przez plecy koziołkiem. Szybki raport zdany mu przez Bjorneia upewnił go, że psa nie ma już w kasztelu, a specjalnie po mięso do obłaskawienia go wyruszył na wzgórza. Nie widząc na razie sposobu na znalezienie wielkiego psa, przystąpił do oprawiania zdobycznej zwierzyny. Wkrótce do łowcy i szamana dołączyli obaj czarodzieje świecą rozpraszający zmrok jaki zapadł wewnątrz budynku. Towarzystwo ledwo zdołało wymienić uwagi na temat swoich znalezisk, kiedy na nogi postawił je przeraźliwy krzyk z piętra. Nim większość zdążyła w ogóle zareagować Keffar sadził już długie kroki w stronę schodów.

Haeriego ze snu wyrwały jakieś dziwne świszczące słowa gdzieś na korytarzu. Przez okna do komnaty sączyła się opalizująca niebieskim światłem zachodu mgła i wypełniała podłogę komnaty szczelnym dywanem. Zaniepokojony głosami Ostrojczyk nasłuchiwał przez chwilę. Odgłosy jakby łamania gałązek mieszały się z nieprzyjemnymi mlaśnięciami. Krzyknął raz i drugi w stronę korytarza żądając odpowiedzi, ale w zamian słyszał tylko przedziwną i pełną wyrzutów wyliczankę.

W końcu Haeri zebrał się w sobie i z obnażonym mieczem ruszył na korytarz. Kilka metrów od komnaty, pośród cieniów wieczora klęczała jakaś odziana w łachmany istota pracując nad czymś głęboko pochylona. Wojownik zaczął zbliżać się do wieczornego gościa krzykami zachęcając go aby ujawnił swoją tożsamość i jednocześnie starając się dojrzeć nad czym pochyla się obcy. Wreszcie dojrzał coś, czego zdecydowanie nie chciał oglądać.

Otulony w łachmany człowiek zanurzał ręce we wnętrznościach krasnoluda wyszarpując je na zewnątrz, co gorsze krasnoludem był nie kto inny jak Thorin Zivarson, który z ustami otwartymi w bezgłośnym okrzyku bólu wpatrywał się błagalnie w Haeriego. Ten krótki moment spowodował że wojownik stracił całą zimną krew, a kiedy nagle dziwna postać oprawcy odwróciła się w jego stronę zobaczył twarz swojego ojca z połową twarzy zmiażdżoną jakąś potężną siłą. Starzec rzucił się na swego syna i oplótł kościste palce wokół jego szyi. Haeri wyrywał się krzycząc aby zjawa puściła go, łapiąc łapczywie hausty powietrza, kiedy nagle… wszystko zniknęło.

Nad łóżkiem w którym wił się Haeri stał Keffar i mocnym potrząsaniem próbował dobudzić ziomka. To z jego dłońmi szarpał się w śnie młody wojownik. Do komnaty z ciekawością pomieszaną z niepokojem zaglądali pozostali członkowie drużyny. Haeri oprzytomniał natychmiast i próbował obrócić całą sytuację w nic nie znaczący epizod, jakim miał nadzieję był naprawdę. Poważniej do sprawy podszedł szaman i wkrótce zaproponował Ostrojczykowi, że pomoże mu poradzić sobie z jego demonami, ten jednak zdecydowanie kazał mu trzymać nos z daleka od jego spraw.

Późnym wieczorem bohateorowie przygotowujący koziołka na pieczyste, usłyszeli dziki krzyk na piętrze kasztelu i ruszyli pędem sprawdzić co się dzieje. To Haeri śpiący w starym łożu w sypialni, przerażony koszmarnym snem rzuca się po łóżku krzycząc, a w końcu szarpie się z Keffarem w pół na jawie nim dochodzi do siebie. Widząc wszystkie oczy wpatrzone w siebie z niepokojem, starając się ukryć zażeonowanie, rzuca jakby nigdy nic – A co? Pieczecie coś?

Rozmowa na temat menażerii zwierzęcej kręcącej się koło drużyny. Gracze zastanawiają się nad nieobecnym na sesji Montcortem.
Keffar zauważa trzeźwo – Ciekawe. Osioł sokolnika wylogował się razem z nim, a ten pies co się za nim kręcił nie.
MG – Bo to nie jego pies.
Bjornei – Jak zwykle problem z multiplayem…

Bjornei nie zamierzał jednak odpuścić i podczas chwili nieuwagi Ostrojczyka wyrwał kilka długich włosów z jego czupryny. Przez chwilę wydawało się, że Haeri zdzieli szamana, ale w bezradności wykrzyczał mu tylko żeby się od niego odwalił i ponownie odseparował się od drużyny wybierając na nocleg puste pomieszczenie kuchenne. Szaman w tym czasie zmieszał włosy wojownika ze swoimi ziołami i zapalił je w swojej fajce. Zaciągając się dymem i mamrocząc pod nosem wprowadzał się w stan drugiego widzenia. Niemal natychmiast jego duchową postać otoczyły wściekłe duchy przepełniające to miejsce i zmusiły do wycofania się do świata rzeczywistego. Zamek był złym miejscem, a podróżnik duchowy musiał być potężny aby poradzić sobie z siłą zła jaka tu drzemała.

Bjornei wyrwał z głowy Haeriego kilka włosów, starając się dopomóc mu w sprawie męczących go koszmarów. Kilka chwil później na medium tuż obok sesji pojawia się taki oto wierszyk-przyśpiewka:
Ten włosek z brody
Wart jest nagrody
Toudi doudi li

Nim nastał świt Haeri wpadł do miejsca noclegowania pozostałych i jakby nigdy nic począł ich budzić zachęcając do szybszego zajęcia się penetrowaniem wieży. Osioł był już nakarmiony i oporządzony, Haeri spakowany i przygotowany na wszystko. Wyglądało jakby spał bardzo krótko tej nocy.

Ostrojczyk z werwą i po raz kolejny pokazał drużynie ślady znalezione w wieży. Keffar swoimi tropicielskimi umiejętnościami szybko odczytał sytuację jaka miała tu miejsce i potwierdził, że ciało musiało zostać zaciągnięte do piwnicy. Tymczasem jednak przyszedł czas na zbadanie szczytu wieży, gdzie odwagi nie miał wejść poprzedniego dnia Haeri. Keffar ostożnie podważył właz i odkrył kolejne ciało wojownika, który wykrwawił się po przebiciu mieczem na wylot. Prócz ciała na szczycie wieży znajdowała się niewielka katapulta w znakomitym stanie i stos wygładzonych kamieni służących za pociski.

Po znalezieniu katapulty na szczycie wieży i rozważaniu pomysłu jej zdemontowania i przewiezienia:
Bjornei – Jak będziemy mieli katapultę to Arenda będzie inaczej z nami rozmawiała!

Konstrukcją maszyny zainteresował się niezwykle Avelox i wraz z Keffarem przeprowadzili kilka prób działania mechanizmu, wystrzeliwując kamienie na przedpole zamku, tak długo aż młodzieniec zrozumiał dokładnie tak obsługę jak i mechanizm działania katapulty. W tym samym czasie piętro niżej Simeon zainteresował się zawartością pełnej beczki, którą poprzedniego dnia wytoczył spośród innych Haeri. Okazało się, że wypełniona jest ciemną i cuchnącą mazią zwaną jako olej skalny. Simeon zachwycony odkryciem zastanawiał się jak nabrać jak najwięcej cennej substancji, lub znieść całą beczkę na dół, w końcu jednak zadowolił się odlaniem pół litra płynu do jednego z jego niezliczonych pojemniczków.

Jedna z rozmów jakich w naszej drużynie wiele.
Simeon – Nie ma co deliberować…
MG – To się nazywa trudne słowo! Drużyna chyba ma problemy ze zrozumieniem…
Bjornej – No, trudne słowo na dziś, z panem alchemikiem to się może jeszcze intelektualnie rozwiniemy
Keffar – Żeby raczej on nie musiał rzucać co dzień na zidiocenie za przebywanie z nami!

W końcu przyszedł czas na zbadanie piwnicy. Po kilku schodkach bohaterowie docierają do solidnych drzwi a za nimi odkrywają loch z celami, salą tortur i karcerem. Jedynym elementem, który się nie zgadza są ślady krwii, które prowadzą wprost ku litej ścianie. Szybkie przeszukanie ślepej uliczki pozwala odkryć tajne przejście, a za nim wąski korytarzyk wykopany w glinie, utwardzony ogniem. Wijąc się delikatnie prowadzi gdzieś na zachód. Bohaterowie postanawiają sprawdzić dokąd prowadzi…


W ten sposób zakończyła się nasza ostatnia sesja. Jesteście w loszku, czeka trochę nowych zasad, które wkrótce wrzucę na forum. Pamiętajcie, że na górze są wasze zwierzęta i psy, które wkrótce potencjalnie znów będą głodne, a już wiedzą że ostatnio mieli się jak najeść w zamku. Pozostaje też temat ciała na szczycie wieży. A tymczsem:

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostały schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza? Teraz przynajmniej wiadomo gdzie wcześniej znajdowała się wieś Borowik.
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie? Jak zareaguje kiedy dowie się od krasnoludów, że zabili oni dwóch ich towarzyszy, a jej syn nie wrócił nadal z wyprawy do Czerwonej twierdzy?
  • Jak szybko krasnoludy mogą wrócić ze swoją zemstą przeciwko drużynie?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
  • Dokąd prowadzi tunel w podziemiach wieży? Kto ciągnął tam ciało zabitego człowieka i po co?
View
Skrzydła Rocranon cz.34 - Dzika sfora

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort , Simeon


Smartfox nabija się przed sesją z MG.
MG złośliwie – Jaką będziesz miał następną postać?
Wojtek – Ja będę miał potężną!
Parasit – 18 będziesz miał na INT, MD i CH, a resztę na 4.
Smartfox – Będziesz grał Stephanem Hawkingiem.

Zimny i wietrzny świt zastał awanturników żywiołowo dyskutujących nad własną sytuacją. Pewnym wydawało się, że swoje kroki drużyna skieruje do Czerwonej Twierdzy, pytaniem pozostawało co zrobić z pozostałymi przy życiu krasnoludami i czy przyznawać się do winy za śmierć ich towarzyszy, a jeśli tak, to w jaki sposób? Na trakcie do głosu doszedł deszcz zasiekający mocno z boku, psujący do reszty humory ludziom i zwierzętom.

Drużyna zastanawia się jak rozwiązać trudną sprawę zabójstwa krasnoludów.
Haeri – Wyślijmy Simeona do krasnoludów.
Montcort obawiający się prawdomówności i braku umiejętności dyplomatycznych Simeona – Ja poza grą mówię nie róbcie tego! A w grze. Tak! Niech pójdzie Simeon on jest naukowy człowiek.

Dalej sprawa krasnoludzka.
Bjornei – Może wyślijmy krasnoludom kartkę i napiszmy na niej “To nie my zaczęliśmy”.
Simeon – Jeszcze jakieś genialne pomysły? Napiszmy “wyjechaliśmy do Mrzysnu”.

Przed wejściem do Twierdzy zwiad przeprowadzili Keffar i Montcort, odnajdując w pobliżu drogi do twierdzy ślady kilku ludzi zmierzających ku budowli. Musiało zdarzyć się to kilka dni wcześniej, a bohaterowie mieli sporo szczęścia, bo za kilka godzin deszcz usunął by resztki jakichkolwiek dowodów w tej sprawie. Na wpół uszkodzone wrota do twierdzy udało się otworzyć i wkrótce cała drużyna znalazła się na brukowanym kamieniem dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

Wnętrze twierdzy było w lepszym stanie niż można się było spodziewać. Co prawda część drewnianych konstrukcji zapadła się lub mocno osłabiła, a kawałki kamiennych budynków były najnormalniej w świecie rozebrane i rozkradzione, podobnie jak fragmenty bruku dziedzińca, to jednak łatwo można było rozpoznać co służyło do czego za czasów świetności tego miejsca.

Szybki rekonesans pozwolił stwierdzić, że drużyna nie jest jedynym gościem w tym miejscu. Kiedy w bramie muru kurtynowego, rozdzielającego główny dziedziniec od wewnętrznego pojawiły się dzikie psy, z mordami i łapami umorusanymi krwią, zawiało grozą. Zwierzęta jednak nie rzuciły się do ataku a z ciekawością przyglądały się przybyszom. Ten moment niepewności wykorzystał Montcort, który postanowił udobruchać zwierzęta częścią swoich zapasów. Krok po kroku, spokojnie nawiązywał coraz lepszy kontakt z kilkoma z psów pozwalając Keffarowi zbadać dziedziniec wewnętrzny, gdzie na ciałach dwóch mężczyzn posilała się reszta stada.

Dzikie psy okazały się nie do końca takie dzikie. Montcort nawet nawiązał niezły kontakt z jednym z nich i nakarmił go.
Keffar – Próbujemy to towarzystwo oswajać?
Haeri – Teraz będzie głupio je zabić.

Montcort zastanawia się czy nakarmić pozostałe psy mięsem i próbować je również oswoić.
Keffar – Tam jest pięć psów! Chcesz im dać 50dkg mięsa? To będzie jak pół litra na pięciu!

Keffar naliczył 7 psów, w tym największego z nich o wyglądzie wilka, który warczeniem jasno określił granice w jakich może poruszać się człowiek. Nie zamierzając konfrontować się ze sforą drużyna wycofała się na pierwszy dziedziniec i pozostawiwszy Montcorta przy psach, aby miał na nie oko, przystąpiła do metodycznego przeszukiwania zabudowań gospodarczych. Nie pozostało wiele przedmiotów, które warto by stąd zabrać. Wszystko co cenne zabrano podczas opuszczania tego miejsca, albo rozkradziono później.

Kiedy Simeon wszedł do stajni, która kiedyś przeznaczona musiała być dla zamkowych koni, usłyszał niepokojący dźwięk. Ktoś zawzięcie używał w tym miejscu łopaty. Alchemik szybko wycofał się i powiadomił o odkryciu resztę. Korzystając ze swoich talentów łowczego Keffar przemknął pomiędzy zniszczonymi boksami dla zwierząt i odkrył, że ktoś kopie w wyłomie z tyłu murów, w którym pochowali dzień wcześniej zabite krasnoludy, wraz ze znalezionymi w dole mężczyznami. Wyłom prowadził wprost do stajni.

O dole w którym ktoś obecnie kopie, a gdzie wczesniej drużyna pochowała dwóch zabitych krasnoludów.
Keffar – Skoro krasnolud wykopał tych dwóch i ich zabrał, to może zakopiemy tych dwóch z zamku?
Bjornei – Wypełnijmy ten dół wszystkimi, którzy są na tej wyspie!

Keffar bezszelestnie wymknął się na zewnątrz i szybko podzielił się zdobytymi informacjami z resztą, następnie kazał uzbroić się Bjorneiowi i Haeriemu w broń strzelecką i razem ruszyli zaskoczyć kopacza na dnie dołu, nie dając mu szans na obronę. Kiedy z napiętą bronią stanęli nad osuwiskiem, zobaczyli przejmującą scenę. Na mokrej i lepiącej się ziemi klęczał najstarszy z krasnoludów, Zaghal Borinson a na jego kolanach leżały zwłoki martwego Thorina Zivarsona. Stary krasnolud ukrył swoją twarz w dłoni.

Kiedy Zaghal usłyszał ostrojskie słowa, którymi Haeri zwrócił się do Keffara proponując co uczynić dalej, zerwał się z ziemi, a w jego dłoni pojawiła się łopata, której używał kilka chwil wcześniej kopiąc w tym miejscu. Zaghal patrzył spod krzaczastych brwi ze wściekłością na awanturników. Keffar nie zamierzał kryć niczego i na pierwsze pytanie krasnoluda przyznał się, że to z winy jego i jego towarzyszy Thorin leży martwy, choć zaznaczył, że zostali postawieni w sytuacji bez wyjścia przez samego Thorina.

Zaghal wyznał, że Thorin był mu jak syn i jego obowiązkiem jest teraz zabranie ciała bliskiej mu osoby i dostarczenie do miejsca jego urodzenia, aby mógł lec pomiędzy swoimi przodkami. Później jednak Zaghal będzie miał już tylko jedną rzecz do zrobienia w życiu, a będzie nią odnalezienie Keffara i jego towarzyszy i upewnienie się, że zabójcy jego “syna” nie chodzą już po tym świecie żywi. Na Haerim i Keffarze groźba nie zrobiła wielkiego wrażenia, bardziej przejęci wydawali się pozostali członkowie drużyny kiedy dowiedzieli się o tym co wydarzyło się w stajni. Awanturnicy pozwolili bez przeszkód zabrać ciała dwójki krasnoludów i obserwowali z jednaj z wież, jak Zaghal oddala się powoli pośród wzgórz ciągnąc za sobą osiołka ze smutnym ładunkiem.

Bjornei wysłuchał groźby Zaghala i zadumał się nad sytuacją drużyny.
Bjornei – Wiecie co jest najgorsze z krasnoludami? Trzeba paru zabić, aby poznać ich zwyczaje.

Czas było sprawdzić kasztel. Dotychczasowa przeszkoda w postaci sfory psów posilających się trupami zniknęła. Część z nich udała się do stajni, dwa kręciły się ciągle przy Montcortcie, wyraźnie zadowolone z jego towarzystwa, zniknął gdzieś też przewodnik stada. Za to u schodów kasztelu leżał jeden z psów, wyraźnie nie mogąc się ruszyć. Montcort ostrożnie zbliżył się do niego i odkrył, że zwierzak ma paskudną i gnijącą już ranę po starciu z jakimś dzikim zwierzem. Zdając sobie sprawę z umiejętności leczenia szamana, poprosił go o pomoc. Bjornei jednym rzutem oka ocenił, że pies ma bardzo małe szanse na przeżycie.

Jeden ze znalezionych psów cierpi i najwyraźniej umiera od ran odniesionych dawno w walce z odyńcem. Montcort próbuje go ratować.
Montcort – Mam opiekę nad zwierzętami więc… próbuję go… no wiesz… oprawić!

Uleczony przez szamana pies postanowił wyrazić swoją sympatię.
MG – Pies polizał Bjorneia po twarzy… (i z przymrużeniem oka dodaje) sprzedając mu ciężką chorobę zakaźną.

MG o Bjorneiu, który chodzi okutany w futro niedzwiedzia – Chyba nigdy nie widzieliście więcej ciała Bjorneja niż jego twarz i ręce…
Bjornei: Bo on nie ma więcej!

Zasmucony Montcort nie był w stanie dobić zwierzaka, więc Keffar zaproponował, że go w tej przykrej czynności wyręczy. Nim jednak wprowadził swój plan w życie, Bjornei postanowił wykorzystać pewną szansę i uklękł ponownie przy zwierzęciu. Wkrótce dookoła rozszedł się zapach palonych ziół i cichutki ni to pomruk ni to śpiew szamana. Dotykając dłońmi ciała psa umysłem błądził po świecie duchów. Odkrył, ze pies jest pogodzony ze swoją dolą, jak potrafi być tylko zwierzę rozumiejące naturę życia. Zdecydował jednak i wkrótce wypowiadając słowa mocy zobaczył jak pod jego dłońmi rana zasklepia się i zabliźnia, a brzydko gnijące kawałki skóry odpadają. Również pies poczuł powracające siły bo podniósł się z ziemi i z wdzięczności polizał szamana po twarzy. Już trzy psy poczęły podążać za drużyną.

Przetrząśnięcie kasztelu z początku nie przyniosło większego rezultatu. Kuchnie, sale audiencyjne, a nawet komnaty państwa zostały gruntownie ograbione. W pozostałościach łoża w jednej z komnat wylegiwał się największy z psów ponownie nie pozwalając się do siebie nikomu zbliżyć. Nagle pozorny spokój zburzyły stłumione odgłosy uderzania w jedną ze ścian. Simeon uważnie zaczął przyglądać się i obmacywać kamienie, aż w końcu znalazł jeden z nich wystający nieco ponad inne i bez wahania wcisnął go. W ścianie otworzyło się niewidoczne dotąd przejście.

Przez chwilę wszyscy zastygli w oczekiwaniu. W końcu drzwi drgnęły a spoza nich wyszedł wymizerowany mężczyzna z kordem w ręku. Blady, z podkrążonymi oczyma, łapczywie przyssał się do manierki z wodą podanej przez Keffara. Rzucając strachliwe spojrzenia na boki, łamiącym się i przepełnionym niepokojem głosem opowiedział co stało się w kasztelu nieco ponad dwa dni wcześniej. Wynajęci przez Athora, syna Arendy bandyci zaczaili się w zamku w oczekiwaniu na krasnoludy, które mieli z zasadzki zaatakować i obrabować. Jednak którejś nocy, podczas kiedy opowiadający spał, nagle w zamku wybuchła walka.

Za ściany Wychodzi mężczyzna z kordem w ręku.
Simeon – Keffar, kolega do Ciebie!
MG (nie zważając) – … blady ten człowiek, zmizerowany…
Montcort – Zombie czy student po sesji?

Napastnikom przewodził wysoki mężczyzna w czarnej zbroi, z naramiennikiem najeżonym kolcami. Pociski i ciosy odbijały się od niego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. To on sam potężnym cięciem rozpłatał Athora, ale zanim zwrócił się przeciw znalezionemu mężczyźnie, ten w panice uciekł na górę i zamknął się w odnalezionym dzień wcześniej korytarzu, z którego uwolnili go awanturnicy. Keffar pomimo zbadania ukrytego za ścianą korytarza nic nie znalazł. Drużyna podejrzewa, że była to droga łącząca obie główne sypialnie.

Odnaleziony w ścianie człowiek mówi o Athorze. Drużyna drgnęła zaskoczona usłyszawszy imię jednego ze swoich wrogów.
Odnaleziony – Znacie go?
Montcort za szybko za to z pełnym przekonaniem – Ani trochę!

Keffar szuka przejścia tajemnego, ale okazuje się, że nie udaje mu się tak dobrze jak wcześniej alchemikowi.
MG – ty nie masz tyle szczęścia co Simeon.
Simeon – Scientific Method.
Keffar – Ci kurwa zaraz dam Scientific Method…
Simeon prychając – Typowa reakcja ostrojska…

Kiedy mężczyzna zmęczony opadł na ziemię, drużyna postanowiła sprawdzić ostatnią komnatę, jedyną posiadającą drzwi, inkrustowane różnymi rodzajami drewna. Niegdyś znajdowała się tutaj pyszna biblioteka, po wielkim biurku zostały jednak już tylko ślady nóg na posadzce, a półki zostały rozebrane i wyniesione. Dookoła walały się po podłodze księgi, zwoje i drobne przedmioty. Simeon za pomocą zaklęcia szybko odkrył pomiędzy przedmiotami magiczny zwój i butelkę magicznego eliksiru, po czym zabrał się za studiowanie ksiąg.

Rozmowa o skarbach magicznych.
Keffar – Dlaczego tylko miecze są inteligentne?
Bjornej – A chcuałbyś mieć inteligentnego młotka?
MG – No własnie, po co Ci inteligentna włócznia?
Simeon – Inteligentna dzida!
Bjonrei – Ty tępa dzido!


Jeśli chcecie przeskoczyć nieco do przodu i dać np. Simeonowi czas na studiowanie ksiąg, proszę o deklaracje co w tym czasie robicie. Na pewno przyda wam się krótki odpoczynek.

Zgodnie ze zwyczajem zapoczątkowanym ostatnio podaję:

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostała największa wieża i schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza?
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie? Jak zareaguje kiedy dowie się od krasnoludów, że zabili oni dwóch ich towarzyszy, a jej syn nie wrócił nadal z wyprawy do Czerwonej twierdzy?
  • Jak szybko krasnoludy mogą wrócić ze swoją zemstą przeciwko drużynie?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
View
Skrzydła Rocranon cz.33 i pół - Epilog

Długi był to dzień i pełen wrażeń. Drużyna postanowiła na spokojnie zastanowić się nad tym co czynić dalej i rozbiła obóz nieco w oddali od wsi Borowik. Posilono się nad rozpalonym, niewielkim ogniskiem obozowym, rozstawiono warty i położono się spać. Noc upłynęła właściwie bez żadnych ważnych wydarzeń, choć to co zdarzyło się podczas warty Simeona i Bjornei, warto odnotować.

Simeon ochoczo przystąpił do zajmowania się ogniskiem. Dokładał do niego drew, dmuchał tu i ówdzie, obchodził wkoło przypatrując się swojemu dziełu. W którymś jednak momencie przestał podsycać płomienie i pozwolił nieco im wygasnąć pozostawiając jednak dużą ilość gorącego żaru. Zadowolony usiadł w pobliżu ognia i mamrotając coś pod nosem zaczął wpatrywać się w niego intensywnie. W końcu przymknął oczy i wydawało się, że zesnął. Kiedy jednak Bjornei dźwignął się ze swojego miejsca z zamiarem dorzucenia do ognia, alchemik otworzył oczy i łagodnie, z uśmiechem na twarzy poprosił aby tego nie robić.

Szaman zdziwiony wrócił na swoje miejsce i z niepokojem zaczął przypatrywać się druhowi. W końcu nie wytrzymał i zapytał czy wszystko jest w porządku, ale w odpowiedzi otrzymał tylko kolejny zagadkowy uśmiech. Zaniepokojony Bjornei dopiero teraz zauważył, że tuż obok nóg Simeona stoi wypełniony po brzegi woda kociołek. Nie zdążył jednak o nic zapytać kiedy alchemik zaczął wykonywać nieśpieszne gesty dłonią, a po chwili dołączył do nich słowa inkantacji przepełnionej mocą.

Bjornei zaniepokojony rzucił wzrokiem po śpiących towarzyszach, po czym wrócił do obserwacji swojego kompana. W jego wnętrzu walczyły ze sobą niepewność z przywiązaniem do naukowca z Argadów. W końcu postanowił poczekać do końca, co też się stanie? Gesty zamarły równo ze słowami, a Simeon z otwartymi oczyma wpatrywał się w żar ogniska. Nic się nie działo. Na twarzy alchemika pojawił się smutek przemieszany ze zniechęceniem. Już miał coś powiedzieć kiedy nagle żaru wyprysły jedna po drugiej iskry ognia.

Bjornei szybko zobaczył, ze to nie zwykłe iskry. Nie dość że większe niż zwyczajowe, to wcale nie miały ochoty gasnąć w nocnym powietrzu a jarzyły się pulsując i zawisły przed postacią alchemika. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, liczył w myślach szaman. Wziął głęboki wdech, po nim kolejno trzy lekkie dotknął swojego brzucha i poczuł jak powoli “zapada się w sobie” przenosząc swoją jaźń do świata duchów. Tylko odrobinkę, aby wzmocnić swoje rozumienie, nie zaś by całkiem odpłynąć z płaszczyzny materialnej.

Wzrok szamana nabrał głębi, wzmocniony drugim widzeniem. Nad ogniskiem unosiły się trzy duże, niemal dwucentymetrowe, ogniste muchy, a w palenisku zamykała się właśnie brama-przejście do innego świata, przez którą stworzenia właśnie przeszły. Na twarzy alchemika zagościł wyraz radości i satysfakcji, którego znaczenia Bjornei nie do końca potrafił rozszyfrować. Miał nadzieję, że jego towarzysz był po prostu zadowolony z udanego rzucenia zaklęcia.

Simeon skupił całą swoją wolę na przywołanych stworzeniach i już po chwili z radością patrzył jak wykonują jego niewypowiedziane na głos polecenia. Rozdzielił grupę na dwie części i jednej kazał latać wkoło ogniska a drugą wysłał w kierunku suchych szczap drewna przygotowanego wieczorem do rozpałki obozowego ogniska a następnie rozkazał w myślach aby rzuciły się do ataku przeciw nim. Muchy zaczęły bombardować drewienka bez opamiętania pozostawiając po każdym uderzeniu osmalony ślad, a potem jedna po drugiej zaczęły padać po uderzeniach i niemal natychmiast znikać, w krótkim rozbłysku światła.

Bjornei patrzył z zapartym tchem na przedstawienie, Simeon skupił zaś swoją uwagę na trzech pozostałych muchach krążących dookoła ogniska. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Aż nagle! Muchy zniknęły nagle i bez ostrzeżenia. Cały ten spektakl nie trwał dłużej niż minutę.

Simeon spojrzał ponownie na towarzysza, uśmiechnął się i powiedział: – No! Tym razem się udało.

View
Skrzydła Rocranon cz.33 - Przyjaźń umiera pierwsza

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort , Simeon


Thorin resztką sił panował nad swoim gniewem. Targany wewnętrznymi emocjami wykrzyczał swoją złość w stronę Bjorneia i Keffara nazywając moce tego pierwszego plugastwem. Bezsilny obiema dłońmi starł symbolicznie z twarzy zło jakim został obdarzony przez magię szamana i odrzucił ją za siebie. W ostrych słowach poinformował drużynę, że tutaj ich drogi się rozchodzą, po czym podniósł z ziemi swojego towarzysza, Durara i ruszył w dół wzgórz ku obozowisku. W ślad za nim ruszył Keffar pamiętając, że został tam również Simeon.

Alchemik zaskoczony nagłym powrotem tylko części towarzystwa i napięciem pomiędzy niedawnymi towarzyszami próbował zorientować się w nowej sytuacji. Tę wytłumaczył mu jednak dopiero Keffar, kiedy z mułem Montcarta wracali pod zamek, gdzie została reszta drużyny. Tu ciekawość alchemika wywołały truchła ścierwników, zwłaszcza zaś paraliżujące moce ich śluzu, jakim pokryte były macki stworzeń. Przy pomocy swoich towarzyszy Simeon zabrał się do ekstrakcji płynu.

Bjornei radzi drużynie raz za razem, sensownie i wyważenie.
Montcort – Mądrość płynie od Bjorneia…
Bjornei – To oczywiste. Jestem szamanem!

W tym czasie wyraźnie nudzący się tą czynnością Haeri najpierw zainteresował się porzuconym młotem Durara, a później wyrwą w murze, z której wyszły stworzenia. W momencie kiedy lustrował zawartość osuwiska, do obozu przybył kolejny z krasnoludów, najstarszy z nich, Zaghal. Zebrał porzucony ekwipunek swojego towarzysza i niemal bez słowa odszedł, omijając szerokim łukiem Bjorneia i obrzucając go niechętnym spojrzeniem.

Tymczasem do Haeriego dołącza Keffar i razem zaczynają badać osuwisko, w którym zaległy się Ścierwniki. W blisko trzymetrowym dole leżą trzy ciała ludzkie, częściowo świerze, częściowo w daleko posuniętym rozkładzie, a niedaleko nich wije się kilka młodych ścierwników, nie dłuższych niż przedramię dorosłego mężczyzny. Przy pomocy włóczni, z bezpiecznej odległości ostrojczycy oczyszczają gniazdo i przechodzą do badania ludzkich ciał.

Mężczyźni z całą pewnością byli ludźmi nawykłymi do używania oręża, bo oprócz broni ręcznej na ziemi walały się dość przeciętnej jakości kusze. Ciałą obleczone są w zbroje, ale wyraźnie widać na nich rany zadane potężnymi ciosami jakiejś broni rąbanej. Wydaje się, że dopiero po ich śmierci z innych powodów dobrały się do nich ścierwniki.

Keffar z Haerim postanowili pochować znalezione zwłoki, obsuwając dodatkowo skarpę w dole, do którego zeszli. Wokoło skupili się już wszyscy pozostali awanturnicy obserwując pracę Ostrojczyków, aż do chwili kiedy jedyny czujny, Montcort zwrócił uwagę towarzyszy na powracające krasnoludy.

Montcort stojący na warcie zauważył zbliżające się krasnoludy.
Montcort – Słuchajcie! Krótkie wracają!

Do zamku pewnym krokiem zmierzali Thorin i Imlin. Oboje już w pełnych zbrojach, z krasnoludzkimi toporami w dłoniach i spojrzeniami nie wróżącymi niczego dobrego. Keffar i Haeri szybko wygrzebali się z dołu i sięgnęli po swoją broń. Montcort wiedziony instynktem sięgnął po największego ze swoich ptaków, Harpię więlką o imieniu Terror. Tymczasem krasnoludy zatrzymały się kilkanaście metrów od drużyny i przemówił Thorin, a ton jego głosu był twardy niczym kamień.

Na początku w konfrontacji z wkurzonym krasnoludem!
Krasnolud: Jak mogłeś mnie dotknąć swoją magią?!
Biornej: zły duch Cię opętał…
Montcort: Oho! … to ja wymieniam ptaka.

W krótkich słowach krasnoludzki wojownik zażądał aby drużyna wycofała się, dała krasnoludom poszukać tego po co tu przyszli. Zacietrzewieni w sobie awanturnicy, nawet wyjątkowo obrażony postępowaniem niedawnych sojuszników Bjornei, postawili się i odmówili. Choć Simeon próbował przemówić do rozsądku obu stronom, sprawa okazała się niemożliwa i nie pozostało nic innego jak rozwiązać ją za pomocą siły.

MG: Czy wy liczycie ilu macie wrogów na tej wyspie?
Haeri: A ilu jest mieszkańców?

Krasnoludy rzuciły się do dzikiej szarży ku stojącym w pierwszej linii Keffarowi i Haeriemu, a alchemik rzucił się w bok znajdując schronienie w krzakach. Thorin potężnym uderzeniem tarczą zdzielił wypuszczonego Terrora odsyłając go z furkotem skrzydeł na ziemię i spadł na Keffara jak furia. Ostrojczyk jednak nie z jednego pieca jadł chleb, nastawił sprytnie włócznię do antyszarży i nadział na nią krasnoluda. Jakież było jego zdziwienie kiedy Thorin miast zatrzymać się naparł na włócznię i szaleńczo wymachując toporem zbliżył się do niego.

Jedynie szarpnięcie włócznią, na której nadziany jak motyl krasnolud miotał się w szaleńczych atakach pozwoliło uniknąć śmiertelnie niebezpiecznego ciosu topora. Keffar nie mógł jednak liczyć na więcej szczęścia, czym prędzej odepchnął krasnoluda wraz z uwięzioną w jego ciele włócznią i sięgnął po toporek wiszący przy pasie, ujął go jednak tak nieszczęśliwie, że ten niemal wypadł mu z ręki. Skupiony na ponownej próbie uchwycenia broni Keffar nie był w stanie przeszkodzić krasnoludowi pozbycia się włóczni przebijającej jego bok. Zbroję i nogawki spodni wojownika pokrywały karmazynowe cieki krwi wylewającej się z paskudnej rany.

Po przebiciu krasnoluda włócznią:
Montcort: Jak go przebiłeś blisko pęcherza to potrząśnij! Może się zesika! -2 do pewności siebie!

O dwóch krytycznych pudłach w walce Keffara z Torinem (po jednym po kazdej ze stron). Torin próbuje wyrwać włócznie, a Keffar złapać wypadający mu z rąk toporek.
Simeon: Bił ślepy kulawego…
Montcort: To nie tak! To jest dla nich obu runda serwisowa!

Moment, w którym przeciwnicy rozłączyli się od siebie wykorzystał Montcort posyłając w krasnoluda celnie strzałę ze swojego łuku, ten jednak niemal tego nie zauważył i w chwilę później obaj przeciwnicy sczepili się w furiackim tańcu tarcz i toporów. Montcort widział, że nie da rady wykorzystać już łuku więc rzucił się w stronę muła i uwolnił kolejnego ze swoich ptaków – Malitię.

Mniej szczęścia miał Haeri. Co prawda szarżujący Imlin oberwał strzałą od Bjorneia, ale nawet go to nie zwolniło i z biegu chlasnął Ostrojczyka toporem. Tylko faktowi, że cios częściowo został przyjęty na tarczę młodzieniec zawdzięczał ledwo draśnięcie, które mogło rozłupać mu klatkę piersiową niczym orzecha. Przeciwnicy z ogromną szybkością zaczęli parować i zadawać sobie nawzajem ciosy, jednak obaj nie mogli uzyskać żadnej przewagi, kiedy nagle za plecami Imlina pojawił się Bjornei, który upuściwszy bezużyteczny w takim tłoku łuk dobył ogromnego noża i z zaskoczenia wraził go krasnoludowi głęboko w trzewia.

Walka toczy się w najlepsze, a Simeon siedzi w krzakach i trzęsie nimi.
Keffar – Weź! Ty miałeś procę chyba! Użyj jej.
Simeon – Procę?! Ja mam 6 zręczności! Owinąłbym sobie tę procę wokół szyi i udusił się!

Imlin ryknął. Na ręce szamana popłynęła obficie krew z otwartej rany. Krasnolud zwrócił się bokiem do dwóch swoich przeciwników i zaczął atakować to jednego to drugiego. Haeri wykorzystał moment i jeden z jego licznych, błyskawicznych ciosów doszedł rannego wojownika, jednak nie zrobił mu wielkiej krzywdy, za to krasnolud celnym wypadem grzmotnął Ostrojczyka tak mocno, że ten mało nie upadł tam gdzie stał. Z paskudnej rany zadanej potężnym toporem popłynęła krew. Haeri zagryzł zęby i mimo ogarniającej go słabości rzucił się do desperackich ataków, Imlin jednak otoczył się szczelną barierą bloków odbijając i unikając ciosów dwójki bohaterów.

Sytuacja zaczęła wyglądać naprawdę niepokojąco, bo choć krasnolud sapał, rzęził i broczył krwią z rany, to jego topór potrafił wciąż być niezwykle niebezpieczny. Nagle jak grom z jasnego nieba na krasnoluda spadł Malitia! Wojownik wspaniały potężnym ciosem swoich szponów otworzył kolejną ranę na karku wroga, a samym impetem uderzenia obalił go na ziemię. Imlin umierał.

O mapce sytuacyjnej narysowanej naprędce do walki:
Bjornei: Te krasnoludy są takie okrągłe, bo to jest rzut z góry…
MG: A Keffar coś schudł ostatnio…
Montcort: To pewnie zapowiedź tych zmian w zasadach, które dotknęły Keffara (20% mniej PŻ według nowych zasad).

Keffar z Thorinem tańczyli wokół siebie wyprowadzając raz po raz potężne ciosy swoimi toporami. Krasnolud krzycząc i uśmiechając się złowieszczo napierał coraz bardziej na przeciwnika, zbierając jego ciosy w tarczę. W końcu doczekał się! Keffar po kolejnym wypadzie pośliznął się i odsłonił łapiąc równowagę co natychmiast wykorzystał krasnolud trafiając go, choć ledwo końcówką żelaźca. Ryknął z satysfakcją i ze zdwojoną siłą rzucił się do ataku.

Z przebitego włócznią boku Thorina płynęła nieprzerwanie krew, ten jednak opętany szałem walki zdawał się tego nie zauważać. Keffar z coraz większym trudem stawiał zasłony i unikał jego broni by wreszcie nadziać się na cios, który aż wyrwał mu dech z piersi. Teraz również Ostrojczyk krwawił na ziemię u stóp Czerwonej twierdzy. Nie wiadomo co by się stało gdyby w tym samym momencie w sukurs nie przyszli towarzysze Keffara. Po powaleniu Imlina rzucili się ze zdwojoną siłą do ataków przeciwko drugiemu krasnoludowi, choć Haeri wydawać się mogło robił to jedynie niesamowitym wysiłkiem woli.

Trzech przeciwników to już było za dużo dla rannego krasnoluda, choć bronił się ze wszelkich sił słabł w oczach, a jego obrona stawała się coraz wolniejsza i mniej dokładna. Kiedy na jego kark spadł Malitia i potężnym dziobem i szponami zaatakował odsłoniętą szyję nie mógł już nic poradzić. Dumny, krasnoludzki wojownik osunął się na ziemię oddając ducha.

Wojownik wspaniały Montcorta powalił ostatecznie obu przeciwników.
Montcort – Łapię Malitię i domalowuję mu dwa małe krasnoludki na kadłubie!

Nad pobojowiskie zapadła cisza. Jedynie głębokie, zmęczone oddechy i jęki bólu słychać było w chłodnym wiosennym powietrzu. Simeon opuściwszy co prędzej swoją kryjówkę ruszył opatrywać rannych towarzyszy, namawiając ich również do wypicia jednego z wcześniej przygotowanych napojów leczących. Bjornei sprawdził, że obaj krasnoludowie już nie żyją i nie zważając na to, że sam był tym, który przyłożył do tego ręki postanowił pochować ich zgodnie z obyczajem i ceremoniałem.

Minęła blisko godzina od walki. Ciała pochowano, wojownicy odzyskali energię, a mimo obaw Montcorta nigdzie nie było widać pozostałych krasnoludów. Pytanie co robić dalej wykorzystał Simeon i po raz pierwszy opowiedział o swoim niedawnym odkryciu. Jego zdaniem garncarzy był potomkiem w prostej linii Awicenny, alchemika którego śladami podążał Argadyjczyk. Choć wszyscy długo spierali się i odradzali, nie udało się wybić z głowy Simeonowi powrotu do Borowik i rozmowy z rzemieślnikiem.

Simeon stara się przekonać drużynę że ma nowy ślad w sprawie kwiatu Awicenny.
Keffar – Ale masz jakieś pewne informacje?
Simeon – Informacje mam………… być może.

Simeon za wszelką cenę chce pójść do wsi, gdzie może czekać go spore niebezpieczeństwo. Reszta nie bardzo chce się zgodzić. Wreszcie po długich pertraktacjach…
Bjornei – No dobrze! Ale do wioski wchodzi tylko dwoje z nas, a potem reszta ich odbija!

Przed wieczorem drużyna stanęła na popas niedaleko wsi, a Simeon sam ruszył odwiedzić garncarza. Korzystając z jakiegoś zamieszania wokół chaty Piersyma, tego u którego nocowali z krasnoludami jeszcze dzień wcześniej, wśliznął się do warsztatu zastając tam jednak jedynie Nardera, syna Helmunda. Narder do najbystrzejszych nie należał jednak pozwolił alchemikowi poczekać na powrót ojca. Garncarz zdziwiony pytaniami o swojego przodka nie potrafił wiele powiedzieć o swojej rodzinie. Napomknął jedynie, że starszy wsi Whaucey był uczniem jego dziadka, a i że więcej ksiąg po przodkach nie ma. Mapy, które niegdyś rysował jego dziad, musiały zostać w starym domu, przed przeprowadzką całej wioski w obecne miejsce.

Simeon postanowił jeszcze raz zaryzykować i spotkać się z Whauceyem. Od starszego, za drobną opłatą, dowiedział się, że jego mistrz rzemieślniczy, dziadek Helmunda, był opętany myślą o odnalezieniu swojego ojca, który zaginął gdzieś na wyspie Sennej. Dużo podróżował, zbierał historie, rysował mapy, zadawał się nawet z Kutoranami. W końcu sam zniknął i nigdy już nie wrócił. Simeon zamyślony nad wiedzą, którą poznał wpada wprost na najstarszego z krasnoludów, Zaghala Borinsona i nie ujawnia mu prawdy o pojedynku z Thorinem i Imlinem.

I jeszcze o teorii RPG ustami Bjorneiego:
Biornei: eRPeGie są głupie!
(trochę później)
Bjornei: Haeri! Jesteś bogiem eRPeGieee!


Tak zakończyła się ostatnia sesja. Czas na jakieś deklaracje, przemyślenia, rozmowy. Następna gra dopiero za dwa tygodnie, mamy więc trochę czasu. Tym razem Haeri przeżył, ale to nie był dobry precedens z mojej strony, więc nie przyzwyczajajcie się proszę ;).

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza stoi otworem. Czy są tam mapy, które chciał znaleźć Sahibeen? A może przedmiot, którego szukają krasnoludy? Kim byli ludzie, których ciała znaleziono przy ścierwnikach i kto ich zabił?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza?
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie?
  • Prędzej czy później pozostałych dwoje krasnoludów zorientuje się co stało się z Thorinem i Imlinem. Czego można się spodziewać i jak wyprzedzić ich ruchy?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
View
Skrzydła Rocranon cz.32 - Rozpad i zepsucie

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon

Montcort – Młodzieniec, który wraz z dojrzewaniem odkrył, że jego poglądy na świat różnią się od poglądów tych co go wychowywali. W rodowej, argadyjskiej zbroi, z trzema drapieżnymi ptakami i mułem, ten uzdolniony sokolnik szuka swego miejsca w świecie.


Pozostanie w lesie wydawało się niepotrzebną brawurą. Uwolnieni marynarze postanowili wrócić do Mrzysnu, uzbrojeni w zdobyczną na łowcach broń poczuli się pewniej. Pozostali, byli niewolnicy woleli podróżować z bohaterami w stronę wsi Borowik. Obie grupy ruszyły razem na północ, ku traktowi i dopiero tam planowały się rozłączyć. Zanim jednak do tego doszło, w lesie awanturnicy niespodziewanie wpadli na młodzieńca o imieniu Montcort.

Najpierw jednak z krzaków wypadł spanikowany śmiertelnie szarak, wprost na idącego w awangardzie Keffara. Ten wykazując się niezwykłym refleksem zdzielił go tarczą ogłuszając zwierzaka. W tym samym jednak momencie wprost na zaskoczonego łowcę, lotem koszącym uderzył drapieżny ptak. Nie żaden inny, jak budzący strach i podziw przedstawiciel jastrzębiowatych, zwany wojownikiem wspaniałym. Ptak po wyjściu wyciągnięciu z gracją wyhamował i usiadł na gałęzi jednego z drzew przyglądając się ciekawie leżącemu ostrojczykowi, który dał nura aby umknąć przed drapieżnikiem.

W chwilkę potem przedzierając się przez krzaki, na polanę wszedł niewysoki młodzieniec, w pięknej utwardzanej zbroi skórzanej, z wzmacnianym lewym ramieniem i rękawem, ciągnąć za sobą muła, na którego grzbiecie, na ramie siedziały kolejne dwa ptaki. Niewielki krogulec i wspaniały orzeł – harpia wielka.Młodzieniec uśmiechał się niepewnie podając Keffarowi dłoń aby pomóc wstać mu z ziemi. Widać było, że porusza się z niespotykaną lekkością i gracją.

Montcort, nowa postać w drużynie jest sokolnikiem. Potrafi tak sterować swoimi ptakami, że traktuje się je jako broń dystansową.
Montcort – Traktujcie mnie jakbym atakował bronią dystansową.
Bjornei – Ja to bardziej patrzę na to, jakby jednak balistyczną.

Montcort opuścił dom rodzinny po śmierci ojca, szukając swojego miejsca na ziemi. Sposób w jaki został wychowany coraz bardziej kłócił się z przekonaniami jakie wykształcały się w jego dojrzewającym umyśle i kiedy brakło najbliższych, nic nie trzymało go już w rodzinnych stronach. Ostrzeżony o groźbie spotkania uzbrojonych mężczyzn, Montcort dołączył do drużyny i ruszył z nią w stronę traktu, a następnie po pożegnaniu marynarzy do Borowik. Wkrótce okazało się, że nowy towarzysz jest naprawdę uzdolnionym ornitologiem, kiedy z dużej odległości zauważył krążącą nad lasem Arkunę, na wpół mitycznego ptaka, który potrafił kreować pomniejsze iluzje na potrzeby polowania.

Montcort: Keffar, tak poza grą to ja Ci mówię, że moja sylwetka jest taką idealna kopią Twojej postury, tak, że idealnie chowam się za Tobą. Po prostu mam 4KP za Ciebie.

Podróż do Borowik przebiegła już bez żadnych sensacji i wkrótce drużyna wkraczała pomiędzy zabudowania tej rolniczej osady otoczonej polami i sadami, oraz resztkami palisady. Przywitani przez starszego wioski Whauceya poinformowali o łowcach niewolników i oddali w opiekę miejscowych trójkę niedawnych jeńców, sami zaś znaleźli miejsce, w którym zatrzymali się krasnoludowie. Wieczorem przy wspólnym ognisku zebrało się wielu miejscowych wysłuchać wieści jakie przynieśli przybysze, w tym samym zaś czasie kobiety przygotowywały ciało Sahibeena do pochówku.

Mieszkańcy wsi Borowik żywo zainteresowani są wydarzeniami ze spotkania z łowcami niewolników. Drużyna zastanawia się jak dużo może powiedzieć i czy coś należało by przemilczeć?
Haeri zawstydzony – Ja proponuję trochę ominąć moją nieumiejętność trafienia przeciwnika w czasie walki..

Przyjdzie załatwiać sprawy z wieśniakami.
Keffar – Kto tu jest najbardziej elokwentny?
Bjornei – Ja, ale nie będę się odzywał.
Keffar – No przestań! Mów!
Bjornei – Religia mi zabrania.

Kiedy noc zmorzyła snem osadę, do Borowik wrócił Thorin i Imlin, dwa krasnoludy nieobecne od popołudnia, które wypatrywały śladów ściganych przez nich złodziei w Czerwonej Twierdzy. O świcie Thorin opowiedział nieco więcej o dotychczasowych postępach śledztwa, które, co tu dużo mówić, były żadne. Postanowiono, że wczesnym popołudniem krasnoludy wzmocnione o awanturników ruszą zbadać teren dokładniej i nie tylko przypatrując mu się z pewnej odległości, ale również penetrując wnętrze ruin.

Montcort poddaje się nieco ze strachu umężaniu przez ostrojczyków. Haeri z uśmiechem ale twardo podaje mu alkohol. Montcort patrzy na niego z lekkim niepokojem.
Montcort – Takie połączenie Ogara z Górą.
Keffar – Miły człowiek, ale jak nie będziesz pił to ci jebnie.

Keffar poszukuje kobiet.
MG – Simeonie widzisz Keffara, który szuka jakichś kobiet.
Simeon – A po czym to widać?
Montcort – Nie wiadomo czy to ten błysk w oczach, czy natchnienie na twarzy, a może po prostu po interesie wyciągniętym ze spodni?

Ciałem Sahibeena zajmuje się gospodyni i jej dwie córki. Keffar namawia Haeriego, żeby zainteresować się młódkami.
Haeri – Wydaje mi się to jakieś niemoralne, że najpierw one zajmują się ciałem, a później my zajmiemy się ich ciałami.

Bjornei (o Sahibeenie): Taki był mocny że wbijał palcem młotek w gwóźdź!

Z samego rana Simeon postanowił poszukać garncarza i spróbować zakupić u niego jakieś pojemniczki na swoje magiczne wywary. Ze zdziwieniem odkrył uzdolnionego rzemieślnika o imieniu Helmund, który pochwalić mógł się wiedzą praktyczną znacznie przekraczającą typową dla mieszkańców oddalonych od cywilizacji wsi. Jak okazało się Helmund miał bardzo zdolnego ojca, dziadka a zwłaszcza pradziadka, jednak to co potrafił on sam było już tylko cieniem wiedzy jego poprzedników. Simeon odkrył w warsztacie stare notatniki zapisane równym, choć nieco zbladłym pismem i wyprosił właściciela o możliwość ich otrzymania.

Wieśniacy podłapali szybko, że na usługach dla drużyny można solidnie zarobić i żyłują ich z kasy na czym popadnie.
Simeon – To jakaś żydowska wioska jest!
Keffar – Nie bądź antysemitą… Szkocka.

Wreszcie przyszedł czas wyruszyć w drogę. Ledwo po kilku kilometrach przed oczami awanturników ukazała się scena jak z opowieści. Zagubiony pośród wzgórz zamek straszył opustoszałymi oknami, a kolor jego niczym nie tłumaczył nazwy “Czerwona twierdza”. Ukryci bezpiecznie w oddalonym od zamku zagajniku, mogli obserwować będące w niezłym stanie mury obronne, zrujnowane wrota i zwalistą sylwetkę baszty obronnej. Po krótkiej naradzie łowcy wyruszyli na mały zwiad, obchodząc budowlę w bezpiecznej odległości, wypatrując niebezpieczeństw.

Ze wzgórz zamek nie wyglądał już tak solidnie. Co i rusz widać było destrukcyjny wpływ czasu na zabudowania, jak również niewątpliwie skutki grabieżczej polityki okolicznych chłopów, którzy w kamieniu zamkowym musieli widzieć porządny materiał budowlany. Otoczenie zamku dało jednak ciekawe odkrycie w postaci wyłomu w tylnym murze, który znikał w osuwisku u jego podstawy. Po powrocie do grupy i krótkiej naradzie, to właśnie tę drogę, jako mniej oczywistą, wybrali awanturnicy aby dostać się do środka.

W zagajniku wraz z mułem i dwoma ptakami pozostał Simeon i jeden z krasnoludów. Reszta grupy ubezpieczając się i rozglądając na boki zmierzała ku wyłomowi. Wtem jakiś ruch w osuwisku zarejestrował Montcort i czym prędzej powiadomił o nim resztę. Wpatrzeni z wyczekiwaniem we wskazane miejsce, awanturnicy rzeczywiście zauważyli że coś tam bezsprzecznie się rusza i to coś pokryte jest żółtawym pancerzykiem. Aby rozwiać niepewność, Keffar sięgnął po z dawna nie stosowany środek rozpoznawczy, rzucając w stronę stworzeń kamieniem.

Reakcja była nadspodziewanie żywiołowa. Z dołu wypełzły na swoich króciutkich nóżkach larwopodobne stworzenia. Ich podzielone na segmenty ciała pokrywał pancerz, a w miejscu pyska wyrastało po osiem ruchliwych, przeszło półmetrowych macek. Trzy! Nie! Cztery stworzenia niespodziewanie szybko zaczęły zbliżać się do bohaterów. Łowcy poznali szybko owiane złą sławą ścierwniki pełzające, żywiące się padliną stworzenia potrafiły być groźne również dla żywych stworzeń.

W stronę istot poleciały strzały, a Montcort gwizdem wezwał Malitię, wojownika wspaniałego, z którym wcześniej spotkał się w lesie Keffar i wskazał wrogów. Ptak niczym piorun spadł na ścierwniki, raniąc je równie zapamiętale co reszta drużyny. W tym czasie doszło do starcia, stojący na pierwszej linii Haeri i Keffar przyjęli pierwsze uderzenie stworzeń. Keffar sprawnie utrzymując włócznią jedno ze stworzeń na dystans poważnie je ranił, nieco gorzej poszło Haeriemu, który co prawda dosięgnął wroga, ale ten niebezpiecznie zbliżył się do niego i tylko tarcza pozwoliła się obronić Ostrojczykowi przed szaleńczo uderzającymi mackami. Z tyłu szła już odsiecz krasnoludów.

Simeon (z offu, po szczególnie udanych atakach Keffara i Haeriego): Ale walczycie! Normalnie jak nie wy!

Choć wszyscy dwoili się o troili stworzenia sukcesywnie nacierając odpychały coraz bardziej w tył pierwszą linię obrony. Dystans włóczni Keffara został złamany, Haeri był w coraz większych opałach, niebezpieczeństwo zaczęło też zagrażać stojącym w drugiej linii Bjorneiowi i Montcortowi. Jednak to na krasnoludach skupiła się największa wściekłość stworzeń. Wymachujący młotem bojowym Durar smagnięty kilkoma mackami potwora nagle zachwiał się, zatoczył po czym upadł bez możliwości ruchu, przykryty ciałem Ścierwnika. W momencie kiedy Keffarowi udało się pokonać pierwszego z przeciwników, a Malitia dobił kolejnego, naszpikowanego wcześniej strzałami, podstępnie zaatakowany z tyłu upadł Thorin, porażony paraliżującymi właściwościami wydzielin potworów. Również Haeri nie miał się najlepiej kiedy smagnięty przez ścierwnika w odsłoniętą skórę poczuł, jak tężeją mu mięśnie i jak ciężko mu się poruszać.

Gdyby nie celne strzały Montcorta i furiaszczy atak Keffara, wkrótce mogło by się okazać, że awanturnicy ponieśli sromotną porażkę, ale rzutem na taśmę udało się odwrócić losy spotkania i wkrótce martwe leżały na ziemi wszystkie cztery ścierwniki. Haeri i Keffar oszołomieni po walce potrzebowali chwili odpoczynku, w tym czasie Bjornei sprawdził co z krasnoludami. Na szczęście okazało się, że są tylko sparaliżowani. Bjornei wyszeptał pod nosem kilka słów, poczuł jak napełnia go duchowa energia po czym przyłożył dłonie do piersi Thorina. Efekt był tyleż natychmiastowy co niespodziewany. Thorin zerwał się na nogi, dotknął swojego ciała sprawdzając czy jest całe, po czym zwrócił wściekły wzrok na szamana i wycharczał – Jak mogłeś mi to zrobić?!

Po walce ze ścierwnikami.
Keffar – Uff, myślałem, że nas te carriony rozsmarują!
Haeri – Ja też myślałem, że nas rozsmarują.
Simeon – Ja też myślałem, że WAS rozsmarują.

  • * *

Tymczasem nieświadomy dramatycznych wydarzeń Simeon siedział w nieodległym, tymczasowym obozie i zajmował się lekturą pamiętnika znalezionego w warsztacie garncarza. Nagle alchemik poczuł jak w skronie uderza mu krew. Znał dokładnie słowa zawarte w tej księdze. To co odnalazł wydawało się być rękopisem słynnej książki “Alchemia a hermetyzm” pióra Awicenny.

View
Skrzydła Rocranon cz.31 - Wieczna wolność

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Sahibeen, Simeon


Kiedy opadły już pierwsze emocje Simeon osowiał i zamknął się w sobie ze swymi niewesołymi myślami. Wyglądało na to, że stracił właśnie swoją najlepszą szanse na odnalezienie legendarnego kwiatu, mającego moc wyleczenia jego brata. W myślach rozważał swoje możliwości i gryzł się pomiędzy jak najszybszym pożeglowaniem do rodzinnego domu, żeby móc choć zdążyć się pożegnać, a podjęciem kolejnej próby skontaktowania się z rocranońskimi elfami. Korzystając z tego, że wszyscy mieli jakieś sprawunki (w tym niezwykle ważki zakup osła, który ma nosić ekwipunek drużyny) i rozeszli się po osadzie, sam zbadał czy znalazłby się dla niego statek, w którymś z wybranych kierunków.

Wprost do Hageavo podróżowała galera wojenna “Grzywa Ragora” pływająca pod argadyjskimi barwami, choć wypełniona ostrojskimi ludźmi morza. Statek wychodził w morze z wieczornym przypływem i nie było problemu z miejscem dla “argadyjskiego naukowca”. Na Rocranon płynąć miał statek dopiero za cztery dni, kiedy to do osady wróci handlowiec, który ledwo tego ranka przywiózł tutaj urzędnika z Sotham, mającego uprawomocnić jakąś własność dla wsi Kelpie. Urzędnik odpoczywać miał właśnie w karczmie w oczekiwaniu na przewodnika z Kelpie, a ludzie zachodzili w głowę, co to za tajemniczą sprawę ma tutaj do załatwienia.

Tymczasem Sahibeen również pozbawiony dostępu do możliwości Arendy Białej, bez pieniędzy i ekwipunku, coraz ciężej widział swój powrót do domu. Korzystając z przebywania w porcie zaczął wypytywać o możliwość zatrudnienia się u kogoś i dość szybko trafiła mu się całkiem interesująca okazja. Przystojnego południowca zaczepia piękna kobieta o smagłej cerze i jej towarzysz o gibkim ciele i olśniewającym uśmiechu. To Biała Lora i Marmo Turo, członkowie trupy cyrkowej “Róża Gadridów”.Trupa odbywa właśnie tournee po wyspie i szuka ochroniarzy, za których gotowa jest zapłacić.

Sahibeen podniecony możliwością pracy zarobkowej, jak również marząc o wdziękach pięknej akrobatki czym prędzej odnajduje swoich towarzyszy, jednak rozczarowujący brak zainteresowania z ich strony powoduje, że ze smutkiem porzuca plany zaciągnięcia się na służbę. W tym czasie reszta drużyny zrealizowała już swoje zakupy, a Keffar rozmówił się z kapitanem Cacotem, tłumacząc mu się z nowej sytuacji i dowiadując się, że w najbliższym czasie “Morski robak” raczej nie zamierza wracać w te strony.

Strapiony tą myślą Keffar zastanawia się co dalej i dzieli się z drużyną pomysłem na siłowe rozprawienie się z Arendą. Choć Haeri z radością przystaje na tę propozycję, reszta towarzystwa jest znacznie bardziej sceptyczna i odrzuca ten pomysł jako szaleńczy. Znacznie chętniej przystają na propozycję oszukania urzędnika z Sotham i podania się za wysłannika z Kelpie. Drużyna słusznie podejrzewa, że ten przybył w celu zalegalizowania wydobycia kamieni szlachetnych dla sprytnego wójta Riffina.

Urzędnikiem okazuje się dość suchy jegomość w ciemnej todze, zajadający obiad w “Kuflu Wędrowca”, który zachowuje się jakby jego służbowy wyjazd był najlepszym urlopem na jaki kiedykolwiek został wysłany. Z radością wita podających się za wysłanników z Kelpie bohaterów, przedstawia się imieniem Arles i zaprasza ich do stołu. Z ciekawością wypytuje o wszystko i zgadza się o jak najszybsze wyruszenie w drogę. Nie wie o tym, że awanturnicy chcą go poprowadzić wprost do Chomoth i oddać w ręce Raffolka Gelneya wraz z mapą, na której wdzięczny Ulian zaznaczył miejsce swojego znaleziska.

Unikając kontaktu z mieszkańcami wyspy, bohaterowie bezpiecznie eskortują Arlesa aż do wioski i krótko tłumacząc jej przywódcy co jest do ugrania, zostawiają go za sobą, a sami postanawiają jeszcze przed nocą przejść jak najdłuższą drogę w kierunku wsi Borowik, gdzie spotkać mają Thorina Zivarsona i jego krasnoludzkich towarzyszy.

Sahibeen: Ja też mam przetrwanie!
MG: No własnie… na pustyni
Sahibeen: Strasznie tu pusto…

Droga wypada dokładnie pomiędzy dwoma miejscami, do którego bohaterowie nie chcą trafić. Osadą Mrzysen i wioską Kelpie. Keffar obiera więc kierunek pomiędzy nimi i prowadzi polami drużynę tak, aby zmniejszyć ryzyko spotkania kogokolwiek. Noc wypada jeszcze nim udaje się dotrzeć do drogi, jaką ledwo kilka dni temu podróżowali w poszukiwaniu Uliana, syna Arendy. Mały problem z gniazdem węży na szczęście nie przeradza się w sytuację niebezpieczną, ale rano część drużyny jest raczej niewyspana.

Sahibeen poszedł sie odlać i przez przypadek nalał w gniazdo węży. Wężom się to nie spodobało i zaczęły dziarsko ruszać w jego stronę.
Sahibeen: modle sie do moich bogów, że zachciało mi się jedyneczkę a nie dwójeczkę bo jakby w dupsko…
Sahiben tłumaczy Haeriemu (ktory nie mówi po wspólnemu)
Sahibeen: Byłem w krzakach i tam bawiłem się wężem! Znaczy walczyłem z wężami!
Haeri: O czym on do mnie mówi?
Sahibeen: pokazuję że próbuje się odlać, potem zygzak i na krzaki…
Keffar (komentarz z tła, bo oficjalnie śpi): on Ci chyba seks proponuje…

Kiedy w końcu następnego ranka przychodzi przeciąć szlak komunikacyjny, awanturnicy zauważają wolno toczący się w stronę Mrzysnu wóz i natychmiast, wraz z osłem, skrywają się tak aby nie zostać dostrzeżonymi. Zaprzężony w wołu wóz, wyładowany nieokreśloną zawartością, powożony jest przez przysypiającego chłopa i raczej nie stanowił żadnego zagrożenia, ale przewrażliwieni bohaterowie wolą chuchać na zimne. Dalsza droga pozbawiona była jakichkolwiek ważnych wydarzeń, aż do feralnego spotkania w lasku, nad niewielkim parowem.

MG: ktoś jedzie drogą, co robicie
Keffar: Padam
Drużyna: Padamy za Keffarem
Haeri: A co z osłem?
MG: Oooo! Zapomniałem o ośle ]:→
Haeri: przykryjcie go ręcznikiem Sahibeena!

MG: osioł jest posłuszny, ale nie ma imienia, więc jest taki trochę smutny

Przedzierając się przez krzewy i drzewka, Keffar nieco zaaferowany rozmową z Haerim, staje oko w oko z niedogolonym, ubranym niechlujnie w skórzaną kurtę, opróżniającym właśnie pęcherz na dno parowu mężczyzną. Tamten tak samo zaskoczony zastyga z rozdziawionymi ustami i oczyma wpatrzonymi w niespodziewanych gości nie przerywając czynności fizjologicznej. Pierwszy do siebie dochodzi Keffar, ale witając się z napotkanym nie spodziewa się panicznej reakcji tego ostatniego. Mężczyzna z rozchełstanym odzieniem rzuca się do ucieczki znikając wkrótce między drzewami.

Keffar ostrożnie rusza jego śladem zaniepokojony nieco dziwnym zachowaniem mężczyzny. Uciekający zostawił ślady tak wyraźne, że wyćwiczone oko tropiciela nie miało żadnych problemów z ich odnalezieniem. Wkrótce jednak to nie gorący trop zaprzątnął uwagę Ostrojczyka, lecz odgłosy świadczące o tym, że drużyna zostaje otaczana. Wkrótce pomiędzy drzewami z przodu i boków zaczęli pojawiać się mężczyźni o zarośniętych, zakazanych gębach, ubrani w skórzane zbroje, z łukami, włóczniami i pałkami w dłoniach. Awanturnicy szybko naliczyli dwunastu przeciwników, w tym trzech Kutoran. Jeden z nich, w sposób widoczny przywódca tej hałastry odezwał się pierwszy i zażądał poddania się awanturników.

Wycelowane w drużynę łuki, napięte mięśnie dłoni trzymających broń przeciwników jasno dawały do zrozumienia, że to spotkanie nie skończy się polubownie. Sahibeen nagle dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach. U pasa jednego z agresorów wisiały kajdany tak klasyczne dla łowców niewolników. Nomad nie zamierzał wracać na galerę, co to, to nie. Syknął tylko, na tyle głośno aby inni usłyszeli, z kim drużyna ma do czynienia. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Herszt łowców rzucił komendę brać ich, w tym samym momencie z łuków poleciały strzały. Bjornei niezwykle celnie ugodził przywódcę wrogich wojowników, a ten z wyrazem bezbrzeżnego zdziwienia zwalił się na ziemię. Okrzyk triumfu ugrzęzł jednak w gardle szamana kiedy zobaczył, że z piersi Sahibeena sterczy ordynarna lotka strzały. Nomad zachwiał się i upadł tam gdzie stał bez ducha. Reszta jednak zajęta była już walką. Keffar i Haeri rzucili się w stronę łuczników, starając się związać ich walką i uniemożliwić ponowne naciągnięcie cięciw. Avelox przewrócił nagle oczami, wykrzyczał kilka słów i z jego dłoni poczęły wylatywać iskry jaskrawego, czerwonego światła i godzić w przerażonych wojowników wroga.

Ostrojczycy dzielnie stawali, ale ich przeciwnicy bezlitośnie wykorzystywali przewagę liczebną i na nic zdawały się mieć celne strzały Bjorneia, magiczne pociski Aveloxa, a nawet szalejący ze swoją laską zakończoną metalową kulą Simeon. Wojownicy zaczynali przegrywać. Gdyby nie to, że w przeciwnikach duch był osłabiony po utracie wodza, zapewne w tym lasku skończyły by się przygody drużyny, ale kiedy kolejny łowca niewolników padł rażony strzałą szamana, reszta rzuciła się do bezładnej ucieczki. Byle dalej od miejsca swojej porażki.

Haeri: To ja odrzucam tarcze i chce go sztyletem.
Keffar: Nie, nie, topór jest lepszy!
MG: według zasad zawsze lepiej mieć tarcze, toporem się nie da parować…
Bjornej: Nie, nie, zasada jest taka, że jak masz do wyboru miecz topór lub tarcze to wybierz tarcze, możesz atakować i się bronić…
Haeri: Po przemyśleniach… moich mistrzów z ostrojów… stwierdzam, że trzymam tarcze dalej i walę toporem.
MG: to była długa i głęboka retrospekcja…

Na placu boju pozostało czterech zabitych i jeden ranny łowca, oraz martwy Sahibeen, który nie zdążył nawet tego dnia podnieść swojej broni. Bjornei i Simeon smutno pokiwali głowami, nic dla niego nie dało się zrobić. Avelox z wściekłością w oczach ruszył ku rannemu bandycie, jednak ten zaczął się wydzierać aby darować go życiem, a wskaże “gdzie są pozostali”. Okazało się, że walka odbyła się w pobliżu obozu łowców, w którym zakutych w kajdany znaleziono 6 osób. Trójka marynarzy, dwoje młodych parobków i zabiedzona kobieta nie mogli uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy awanturnicy uwalniali ich z okowów.

Odnalezienie kuferka z pieniędzmi bandytów nie mogło poprawić nastroju bohaterów. Oto jeden z nich zginął w sposób tak przypadkowy i zdawało by się bez sensu jak to tylko możliwe. Ledwo kilka dni wcześniej uciekł z niewoli, aby z ręki ludzi pokroju tych, którzy go zniewolili zginąć. Na pewno cieszyłby się z oswobodzenia innych nieszczęśników, ale tego już nie zobaczy, tak samo jak nigdy nie zobaczy swojego domu, do którego tak bardzo chciał wrócić.

Avelox bezlitośnie dobija niepotrzebnego już łowcę niewolników, a reszta drużyny przygotowuje się do odparcia reszty bandytów. Wcześniej w panice uciekli, ale z dużym prawdopodobieństwem wrócą po swoje złoto, niewolników i zemstę…

Druzyna została napadnięta przez łowców niewolników. W walce Sahibeen padł rażony krytycznym atakiem jednego z łówców niewolników.
Bjorni (po walce): szkoda że nie udało sie uratować, tego, no…
Smartfox w offie: Mistrzu, dzisiaj odmówiłeś mnie odwiedzić, zabiłeś mi postać… ja tu widzę kryzys relacji!


Kolejna śmierć w drużynie. Żal straszny zwłaszcza że przypadkowa i głupia to była śmierć, jednak dla mnie ten świat taki jest i mam wrażenie, że sami też w takich momentach to czujecie. Trochę bezsilnej złości, trochę strachu o własną postać. Tak powinno być w moim mniemaniu, w moim świecie. Sahibeena pozostawiamy więc w galerii naszych zmarłych bohaterów, Tomek wróci z nową postacią już na następnej sesji.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.