Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon odc. 65 - Znikający Ostrojczyk

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Haeriego bardzo ciągnęło za mury, albo do jaskiń, martwiło go jednak, że Montcort tak twardo obstaje przy pozostaniu na pozycjach obronnych. Natura młodzieńca walczyła z jego przywiązaniem do towarzysza. W końcu uczucie było tak nieznośne, że młody Ostrojczyk postanowił, znaleźć sobie ciche miejsce, gdzie będzie mógł to wszystko przemyśleć w spokoju, nie narażając się na pokusę pójścia na przeciw trollom. Niestety jego towarzysze nie mogli docenić tej dojrzałej jak na niego decyzji, bo z nikim nie podzielił się informacją o tym, co zamierza robić.

Pierwszy nieobecność Haeriego zauważył w środku nocy Montcort i z właściwą dla siebie pasją zaczął kląć głupotę młodego wojownika. Dla wszystkich było właściwie pewne, że Ostrojczyk, albo wpadł w jakieś potężne tarapaty, albo ruszył w pojedynkę szukać trolli, co właściwie na jedno wychodziło. Gorączkowe poszukiwania i wypytywanie wśród załogi twierdzy nie przyniosły rezultatów, nawet Keffar nie potrafił znaleźć żadnych śladów. Obudzony zarządca Nichye, otworzył spiżarnię, jedyne zamknięte pomieszczenie w wieży, ale tam pomiędzy tuszami wędzonego mięsa i innymi zapasami biegało tylko kilka szczurów. Haeri zapadł się jak pod ziemię.

Montcort chciałby sięgnąć po magiczne sposoby na rozwiązanie problemu, który “niespodziewanie wyskoczył”.
Montcort – Czcigodny Aveloxie, nie masz tam jakiegoś czaru znajdującego imbecylów?
Avelox – Haeri się zgubił?

Montcort ciągle wściekły na Haeriego, który zniknął bez śladu.
Montcort – Jest na trzecim levelu no nie przyjebię mu bo mi odda, ale mentalnie tak mu napieprzam po twarzy!

Chcąc, nie chcąc, postanowiono zwrócić się do drużynowego szamana, który znany był z niechęci do sięgania po swoje mistyczne umiejętności wróżbiarskie, czy rozmowy z duchami. Bjornei zakręcił się, pochrząkał, w końcu postanowił sięgnąć po pomoc duchów. Pamiętając o szczurach w pobliżu spiżarni, to tam udał się najpierw, gdzie wymruczał kilka słów, otwierając swoje spojrzenie na świat duchów. Tak jak podejrzewał, zbiorowość gryzoni wytworzyła coś na kształt wspólnej, duchowej świadomości. Czym prędzej przystąpił do rytuału, w którym chciał przekonać duchy wszędobylskich stworzeń do pomocy w poszukiwaniu Haeriego. Te wydawały się zainteresowane pomocą, ale wyraźnie kazały sobie za taką zapłacić.

Jako, że Nichye wrócił już spać, a pewnie i tak nie zgodziłby się na oddanie pięknej szynki wiszącej w spiżarce szczurom, sprawę w swoje ręce postanowiła wziąć drużyna. Korin wydłubał ze swoich sakiewek wytrychy i z dużą łatwością otworzył nimi wielką kłódkę, a następnie odciął i zrzucił na ziemię kawał mięsa, na który ostrzyły sobie zęby szczury. Niemal natychmiast zapanował ruch. Gryzonie wylazły ze wszystkich szpar i zakamarków strażnicy i rozbiegły się po murze.

Bjornei sięga po kalambur, kiedy okazuje się, że kłódka nie zamknie się sama po tym, kiedy Korin ukradł szynkę ze spiżarni.
Bjornei – Kłódka zatrzaskowa – Od nazwiska radzieckiego uczonego Witalija Zatrzaskowa, któremu nie chciało się kręcić kluczem w tę i we w tę.

Montcort sięga po poezję polską, kiedy do gry wchodzą duchy szczurów Bjorneia.
Przeniósł się szczur do miasta, rozejrzał się z wolna,
Patrzy – a za nim drepcze mała myszka polna.
Wtedy szczur oburzony rozdarł na nią pyska:
- To straszne, jak ta wiocha do miasta się wciska!

Nie mija wiele czasu kiedy gryzonie wracają i wyraźnie zachęcają swoim zachowaniem szamana, do podążenia za nimi. Bjornei, Montcort i Keffar ruszają za szczurami, które wbiegają na blanki muru, budząc popłoch u strażników i zaczynają biec w stronę końca muru. Kiedy bohaterowie już dawno minęli bramę, nagle Montcort i Keffar spostrzegają, że doliną od strony północnej, w stronę muru maszeruje duży oddział wojska. Drużyna rozdziela się. Bjornei i Keffar nadal podążają za szczurami, a Montcort wraca co prędzej ostrzec załogę przed zbliżającymi się, potencjalnymi wrogami. Wkrótce alarm ogłoszony w Strażnicy Mroźnego Kła powoduje, że na murach stoją już wszyscy żołnierze i z niepokojem patrzą w głąb doliny.

Drużyna biegnie po murze za szczurami, które, mają nadzieję, prowadzą ich do Haeriego.
Montcort – Ja biegnąć przeskakuje ponad ustawioną kuszą, mam +3 do zręczności, tak żeby Wojciech nie zapomniał.

Keffar dopytuje Bjorneia czy ten jest pewien, że należy biec za szczurami?
Bjornei – Nie wiem czemu biegniemy za szczurami, mam wrażenie że tak trzeba, jak w bajkach Disneya, zawsze się biegnie za zwierzątkami.

Tymczasem Keffar i Bjornei znajdują zgubę. Haeri zmęczony straszliwie myślami rozrywającymi jego duszę, zasnął biedulek w samym końcu muru i pochrapując lekko nieświadom był całego zamieszania jakiego był sprawcą. Keffar budzi towarzysza potężnym kopem w zadek i popędza ku strażnicy.

Haeri został odnaleziony w najbardziej odległym zakątku muru, śpiący snem sprawiedliwego.
Montcort – Czy ja dobrze rozumiem? On zabłądził na murze, który nie ma rozgałęzień? To jak zgubić się na torze kolejowym.

Wstające słońce oświetla zakamarki doliny, którą maszeruje ku strażnicy oddział złożony z dzikich stworzeń. Im bliżej są muru, tym łatwiej zauważyć potężne ogry, jaszczuroludzi, gnolle, gobliny, a nawet ogromną sylwetkę czegoś przypominającego drzewca. Nad tym wszystkim zaś krążą harpie. Istot musi być więcej niż setka. Oddział zatrzymuje się w sporej, bezpiecznej odległości od muru i tylko harpie ruszają na zwiad, krążąc wysoko nad murem i po okolicznych graniach zdają się szukać czegoś, a może tylko próbują ocenić siłę obrońców?

Cały dzień trwa nerwowe oczekiwanie, czy coś się stanie i spoglądanie na trakt z tyłu, czy nadchodzą już posiłki z Sotham. Żołnierze w gotowości utrzymywali swoje posterunki na murach, ale było ich tak bardzo za mało. W końcu wraz z zapadnięciem zmierzchu zaczyna się coś dziać. Ruch we wrogich siłach budzi niepokój, nagle od górskich ścian odrywają się latające bestie, harpie i ze świdrującym śpiewam spadają do ataku na obrońców muru.

Salwa strzał zabija tylko jedno stworzenie, pozostałe dziewięć spada na awanturników i strażników, ale większość z obrońców nie jest w stanie walczyć. Oczarowani magicznym śpiewem harpii rozglądają się niepewnie, nie mogąc podjąć żadnej czynności, która mogła by zaszkodzić przerażającym, uskrzydlonym istotom. Straszliwe żniwo śmierci zbierają harpie wśród na wpół bezbronnych przeciwników. Tylko nieliczni są w stanie walczyć, w tym wśród bohaterów tylko Avelox. Wkrótce jednak harpie zaczynają padać, jedna po drugiej, a wraz z każdą zabitą, któryś z obrońców uwalnia się spod czaru i dołącza do walki.

Ostatnie dwie żywe harpie, nadal groźne dla zdziesiątkowanych obrońców, nie zamierzają przestawać atakować, jednak nagła, niespodziewana salwa strzał powala na śmierć jedną z nich, a druga ucieka w powietrze z głośnym skrzeczeniem. U podnóża muru stoi oddział 10 wojowników, uzbrojonych w łuki i dowodzonych przez bardziej doświadczonego wojownika. To posiłki przysłane z Sotham, które nadeszły ledwo chwilę za późno. Spośród żołnierzy do tej pory broniących strażnicy, atak harpii przeżyła tylko dwójka i ich dowódca, baron Redar Porte. Wszyscy z nich mniej lub bardziej ranni.

Do opatrywania ran przystępuje błyskawicznie Tal i Bjornei, ale resztę drużyny bardziej interesuje to co dzieje się za murami. Cały oddział wrogów przeszedł do ataku na nie i właśnie zbliża się biegiem wrzeszcząc straszliwie przerażającymi głosami.

View
Skrzydła Rocranon odc. 64 - Koboldzia ścieżka

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Po nocy wypełnionej snami o górach i trollach drużyna prowadzona przez Wardera Robyego ruszyła ku Strażnicy na Mroźnym Kle. Awanturnicy chętnie zadawali pytania o umocnienie i dowiedzieli się, że pod dowództwem barona Redara Porte służy tam dziewięciu zbrojnych. Jednym z nich był sam przewodnik, a drugi został wysłany do Sotham z prośbą o przysłanie wsparcia.

Montcort przekonuje, że nie ma sensu pchać się na przeciw górskim trollom, kiedy wymaga się od nich tylko pilnowania murów. Haeri jest innego zdania.
Haeri – Ile trolli zabiliście w życiu?
Montcort – Zero!
Haeri – Czas to zmienić!

Dzień, który wstał chłodny, zapowiadał się spokojnie i podróż miała przebiec bez niespodzianek, niestety wkrótce bohaterowie zrozumieli, dlaczego miejsce, do którego zbliżali się, zwane było Mroźnym Kłem. Chmury, które pojawiły się znikąd przyniosły deszcz, który wkrótce przerodził się w nieprzyjemny deszcz ze śniegiem i to w środku lata. Dodatkowo zimny wiatr, który dął w tandemie do deszczu, nie ułatwiał podróży.

Z radością awanturnicy przyjęli wiadomość, że zbliżają się do celu, ale miny nieco im zrzedły, kiedy zobaczyli czego przyjdzie im wkrótce bronić. Przez środek górskiej przełęczy przeprowadzony był wysoki, siedmiometrowy mur obronny, którego długość wynosiła około 300 metrów. Na wschodnim krańcu muru, przycupnęła solidna wieża obronna, sięgająca wysoko ponad uzbrojony w blanki szczyt obronnej budowli, po której spacerowało dwóch strażników.

Haeri ostro dalej przekonuje do wyjścia zza bezpiecznych murów. Rozmowa trwa w najlepsze w jedynym znanym przez niego języku.
MG – Wszyscy mówicie po Ostrojsku, oprócz chyba Bjorneia bo on nie zna Ostrojskiego.
Bjornei – To się jeszcze okaże, ciągle mam jeden niewykorzystany, znany język.

Nim udało się dostać przed oblicze barona dowódcy strażnicy, bohaterowie z radością wychylili gorące wino w kwaterach żołnierzy, gdzie poznali najdłużej służącego w tej strażnicy Martera. Baron Redar Porte okazał się blisko czterdziestoletnim człowiekiem o poważnym spojrzeniu, pielęgnowanej, krótkiej brodzie, nieco nieobecnym kiedy ze zmarszczonymi brwiami wsłuchiwał się w słowa bohaterów. Bez zbędnych ceregieli, zaproponował nowym najemnikom uczciwą stawkę i zaprosił do zwiedzania muru obronnego.

Drużyna zastanawia się nad możliwościami obrony długiego muru Strażnicy na Mroźnym Kle.
Bjornei – 300 metrów muru, Haeri biegłby z jednego końca na drugi 20 sekund.
Montcort – W berserku 10!

Szybko okazuje się, że budowa wilczych dołów, co proponował Keffar, czy wylewania gorącego tłuszczu, co postulował Montcort, nie wchodzą w rachubę. Za to za pomocą żurawia do podnoszenia towarów bohaterowie postanawiają zgromadzić na murze kamienie, którymi można by obrzucać trolle jeśli jeszcze raz podejdą pod mur. W zbrojowni udało się też znaleźć wystarczającą ilość gizarm i włóczni, które mogą być przydatne w czasie walki. Montcort z radością odkurzył starą kuszę wałową, którą wraz z Gredą, jednym ze służących w strażnicy, postanowił przysposobić do działania i ustawić na murach nieopodal bramy.

Wszystkich niepokoiło zniknięcie trolli, które po starciu z obrońcami wycofali się gdzieś w pole i już nie wróciły. Keffar postanawia zorganizować zwiad i wraz z Haerim, Bjorneim i Windherem odszukać ślady potworów. Dwugodzinne poszukiwania doprowadzają bohaterów na górską ścieżkę, pełną krzewów i kamieni, prowadzącą gdzieś w góry na północny wschód od strażnicy. Ze śladów Keffar wyczytał, że trolle rozdzieliły się po odstąpieniu od bramy i rozeszły po okolicy, po czym ponownie zeszły i ruszyły tą właśnie ścieżką.

Ostrożnie i powoli drużyna rusza przed siebie, aż natrafia na porzucone na trakcie zwłoki jakiegoś niewielkiego stworzenia. Haeri pewnie rusza dalej, zostawiając drużynę z tyłu, aby zbadać znalezisko. Okazuje się, że zabitym jest kobold, a oprócz niego kolejne dwa truchła leżą nieco dalej za zakrętem. Za późno orientuje się, że oto wlazł wprost w pułapkę koboldów i zostaje celnie ugodzony rzuconym oszczepem.

Haeri na zwiadzie postanawia sprawdzić leżące na ścieżce zwłoki.
Haeri – Zachowuje ojstrojskie środki ostrożnosći
MG – tzn?
Haeri – Idę w miarę spokojnie, ale nie krzyczę.

Dochodzi do walki, do której dołączają pozostali członkowie drużyny i już bez kolejnych strat udaje się zabić i przepędzić całą, ośmioosobową grupę stworzeń, atakującą z zasadzki. Wkrótce na ścieżce Keffar odkrywa kolejne ciała koboldów, które musiały się tu zetrzeć z trollami, oraz ślady dziesiątek wycofujących się stworzeń. Trolle zdecydowanie weszły na teren koboldów i pokonały ich w walce, aby w końcu zanurzyć się w mroczną wilgoć jaskini, do której docierają również awanturnicy.

Walka z koboldami zakończona. MG podsumowuje.
MG – jeden kobold uciekł
Bjornei – Gdyby był tu Montcort…
Keffar – To by połowa z życiem uszła

Po powrocie i zdaniu raportu dowódcy, Marter wspomina, że podobno jest przejście przez góry przez jaskinie, ale wedle opowieści ma być niewygodne, czy wręcz groźne dla podróżników. Keffar i Haeri martwią się, że trolle mogą niespodziewanie pojawić się za plecami obrońców, ale Montcort twardo przekonuje, że ich obowiązkiem jest obrona muru i strażnicy, a nie uganianie się za potworami po podziemnych jaskiniach.

Bjorneji siedzi
i wzdycha do duchów ,
Hu hu hu duchu
szumisz mi w uchu
Za skałą trolle
o ja pierdole
Pogoda zmienna
zjadłbym racuchów

View
Skrzydła Rocranon odc. 63 - Gość późną nocą

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Drużyny nieuchronnie zbliżała się do ponurej ściany gór Tahadów. Wkrótce trzeba było się wspinać, póki co jeszcze wygodną drogą, która miała doprowadzić wprost do Miedzianych Min. Szybko jednak góry pokazały jak bardzo potrafią być zmienne i nim drużyna zorientowała się na dobre co się święci, niebo zasnuły chmury, z których spadł rzęsisty deszcz.

Trzeba było szukać schronienia, bo deszcz stawał się coraz mniej przyjemny, a przy tym dzień zaczynał chylić się ku końcowi. Naturalna, wielka niecka, w której zbierała się woda, okazała się łączyć z jaskiniami, które zapowiadały się na dobre miejsce na postój. Niestety okazało się, że są już zamieszkane przez żmije, które w niemałej liczbie wypełzły na spotkanie awanturników. Keffar z Haerim rozprawili się z gadami, zwłaszcza ten ostatni tłukąc je nieprzytomnie swoim toporkiem. Kiedy reszta drużyny sprowadzała do jaskini zwierzęta, Tal i Korin próbowali pobrać gruczoły jadowe żmij dla mistrza Simeona.

Kiedy zapadł zmierzch, drużyna siedziała już w krąg przy ognisku, posilając się i rozmawiając o planach na najbliższe dnia. Wkrótce pozostawiwszy tylko wartownika, bohaterowie położyli się spać. Noc upływała spokojnie, aż po godzinie czwartej, do uszu wartującego Keffara dobiegły odgłosy walki i wściekłego syczenia dzikiego kota. Ryś łowcy wcześniej ruszył na polowanie, stąd dźwięk ten wyjątkowo go zaniepokoił. Zerwał się gotowy biec przed siebie, kiedy zobaczył spadającego wprost do niecki wypełnionej wodą kota. Nie namyślając się dłużej zaczął się wspinać czym prędzej na górę.

Keffar wychodząc z bezpiecznego azylu awanturników, wpadł wprost na rozwścieczonego niedźwiedzia, z którym ryś toczył walkę o upolowane zwierze. Wielkie stworzenie rzuciło się na łowcę, obok którego wyrósł Montcort i Windher. Strzelec jednak przestraszony furią nacierającego zwierza, albo jeszcze nie do końca obudzony, spudłował haniebnie, choć miał szansę aż dwa razy naciągnąć cięciwę swojego łuku. Za mocno pchnięta włócznia Keffara wbiła się błęboko tuż przy obojczyku zwierzęcia, to nie powstrzymało go jednak, aby z impetem wpadł na swojego przeciwnika, zakrzywionymi pazurami zadając paskudne obrażenia.

Montcort biegnie wspomóc Keffara w walce z nidźwiedziem. Napina cięciwę, jednak ma złe przeczucia co do tego co nastąpi za chwilę.
Montcort – Pewnie nie trafie (nie trafia, nie trafia), czy kogoś to dziwi?
MG – No wiesz, twoje ręce się chyba trochę trzęsą ze strachu, albo może…
Montcort – …jestem pizdą?

Niedźwiedź walczy wrecz z Keffarem, jednak obrażenia które zadaje są najmniejsze z możliwych
Montcort – Metroseksualny niedzwiedź! tyk tyk tyk, Pac! Pac!
Haeri chce się dołączyć do walki – To ja bym może wykonał… natarcie?
Montcort sarkastycznie – Jestesmy zaskoczeni!

Wkrótce do walczących dołączyli Haeri i Thatelech, ale dramat do końca rozegrał się między niedźwiedziem i Keffarem, który w końcu powalił olbrzyma, odnosząc przy tym kilka nieładnie wyglądających ran. Kiedy na górze wciąż toczyła się walka, Korin i Tal przy pomocy gałęzi przygotowanej do użycia w obozowym ognisku, wyciągnęli z wody prychającego kota, który co prędzej schronił się w najdalszym kącie jaskini. Przygoda zakończyła się szczęśliwie, ale mogło być znacznie gorzej.

Drużyna zabrała się za zdzieranie skóry z niedźwiedzia i porcjowanie mięsa. Nie warto było tracić takiej okazji, wszak nie wiadomo było, co czeka dalej w górach na podróżników. Korin szczególnie zainteresował się pazurami i kłami stworzenia i tylko los mógł wiedzieć co też siedzi w jego głowie.

Praca przy rozbieraniu cielska niedźwiedzia przeciągnęła się do godzin wczesno przedpołudniowych. Na okolicznych skałach zasiadły padlinożerne ptaki, nie mogąc się doczekać kiedy ludzie odejdą i pozwolą posilić się im resztkami zwierzęcia. Nagle Montcort zauważył, że nie tylko ptaki przyglądają się ich pracy. Głowa człowieka zniknęła za skałą kiedy tylko Haeri, nie zważając na upomnienia Montcorta, ujawnił, że obserwator został zauważony.

Montcort co szybciej zebrał swój sprzęt i razem z Windherem wspiął się na skały, próbując dowiedzieć się kim był obserwator. Szybko okazuje się, że to jeden z pasterzy, wypasających swoje owce na halach, zaniepokojony dużą ilością padlinożerców postanowił przyjrzeć się sprawie. Montcort szybko zaprzyjaźnia się z pasterzami i nim wraca do drużyny, opróżniają razem dwie butelki alkoholu, co czyni powrót tym wolniejszym.Drużyna nie czekając na towarzyszy rusza dalej szlakiem. Strzelec i włócznik doganiają ich przed kamieniem z drogowskazem, gdzie wspólnie wybierają drogę na kopalnię miedzi.

Montcort wychylił kilka głębszych z pasterzami, w tym ich nalewkę ziołową, nim wrócił, mocno spóźniony do drużyny.
Keffar zaczepnie – Jałowiec czuję?!
Montcort – Eeeaeaaa… w krzaki wpałem… pokłuty jestem…
Keffar – Ja ci dam krzaki!

Miedziane Miny działają pełną parą, jednak dostępu do terenu kopalni broni zapora na drodze i dwaj jej strażnicy. Awanturnicy po wyłożeniu swojej sprawy, mogą wejść do środka, po pozostawieniu broni na posterunku. Decydują się na to Thatelech, Avelox i Haeri. Nichye, nadzorca kopalni, kieruje awanturników do swojego przewodnika karawany Illiarda, albo łowczego Willipa. Illiard nakreśla z grubsza drogę do pracowni Shieldsona, proponuje również, że awanturnicy mogą zabrać się z następnym kursem miedzi, za trzy tygodnie. To jednak za długo dla bohaterów.

Haeri dość sceptycznie o możliwości spędzenia trzech tygodni w kopalni miedzi, w oczekiwaniu na wyruszeniu do kuźni Shieldsona.
Haeri niczym aniołek – Coś w kościach mi mówi, że 3 tygodni tu nie wytrzymamy… na pewno ktoś się do nas przypierdoli….

Przy blokadzie, gdzie Korin dołączył do strażników grających w zręcznościową grę przy pomocy noża, dochodzi do narady. Drużyna postanawia spróbować trafić sama na miejsce, korzystając ze wskazówek Illiarda. Nim jednak wyruszą w dalszą drogę, dobiega do nich zziajany goniec, opancerzony i noszący zielone barwy, który przedstawia się jako Warder Roby. Niezwykle ucieszył się ze spotkania z awanturnikami i proponuje im, aby udali się z nim do Strażnicy na Mroźnym Rogu, gdzie jego komendant, baron Redar Porte, z chęcią przyjmie ich w roli najemników. Jak się okazało, pod tę budowlę obronną podeszły górskie trolle i doszło do pierwszego starcia z jej ludzką obstawą.

Nadarza się praca dla komendanta strażnicy górskiej.
MG – Czekajcie, zaraz zobaczymy co tam podręcznik mówi o wynajęciu na służbę za żołd…
Keffar – O nie! My tu jesteśmy wysokiej klasy specjalistami!
Montcort – My tylko na umowy cywilnoprawne! Umowa o dzieło…
Korin – I karte multisportu!

Drużyna czego mogła dowiedziała się o strażnicy, trollach i niebezpieczeństwie. Postanawiają dołączyć do obrony.
MG – Czy ktos to wszystko Haeriemu tłumaczy?
Korin – Broń Boże, kurwa nie!

Bohaterowie stwierdzają, że przez kilka dni kuźnia Shieldsona nie zniknie z gór i postanawiają stanąć do walki z Trollami.

View
Skrzydła Rocranon odc. 62 - Ostrojskie pytanie o drogę

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Dzień wyjazdu przyszedł szybciej niż można by myśleć i kiedy Thatelech w pełni wyekwipowany stanął w drzwiach pracowni Simeona, drużyna była całkiem w proszku. Simeon do ostatniej chwili przygotowywał magiczne mikstury dla towarzyszy, bo sam postanowił zostać w Sotham. Zbyt wiele spraw wymagało tu jego uwagi. Jego miejsce w drużynie zajęli Korin i jeden z jego uczniów – Tal. W końcu przed samym wymarszem, awanturników naszła refleksja, że w górach może być dość chłodno a oni nie mają ciepłej odzieży.

Przed wyjazdem drużyny, Simeon postarał się o zaopatrzenie jej członków w niezbędne mikstury leczące.
Siomeon rozdając mikstury – czuję się jak Panoramix… Ale fiolki do zwrotu po wykorzystaniu!
Montcort – No bez jaj…
Simeon – Ty wiesz ile tu kosztują szklane fiolki?
Montcort – Mikstury w butelkach zwrotnych…
Keffar – Pamiętaj, żeby zachować paragon!

Kiedy w końcu wszystkie przygotowania zostały zakończone, grupa wyruszyła na szlak, a było już w okolicach południa. Szybki marsz na zachód a później na północ owocował w spotkania na trakcie, którego każdego dnia używali okoliczni chłopi, myśliwi, drwale, karawany kupieckie, zdążające do i z Sotham.

W końcu bohaterowie zatrzymują się na nocleg w Palisadzie, gdzie wymieniają najnowsze wieści z Alersem i Jamartem. Sytuacja w Dolinie Lodowego Lasu wróciła do normalności, jeśli nie liczyć tego, że mieszkańcy wsi Arenia zniknęli, pozostawiając za sobą jedynie puste chaty.

Z samego rana drużyna rusza dalej, bogatsza o podstawowe wiadomości o okolicy, zasłyszane od gospodarzy. Awanturnicy opuszczają leśne tereny i mogą podziwiać potęgę górskich szczytów na zachodzie. Kiedy jednak droga rozwidla się, wybierają szlak prowadzący ku południowemu wschodowi, gdzie nad brzegiem Zatoki Kła, znajdować ma się osada zwana Pomostem Pawolda. Tam spróbują zasięgnąć wiedzy na temat lokalizacji pracowni Shieldsona.

Utwardzony trakt przechodzi wkrótce w brukowaną kamieniem, solidną drogę. Dociera ona do miejsca, gdzie w spokojnej zatoczce, z lądu wychodzi w morze solidny pomost. Cumują przy nim dziesiątki, różnego rodzaju statków. Od okrętów zdolnych pokonywać morskie przestrzenie, po szerokie, płaskodenne barki, którymi wzdłuż wybrzeża spławia się towary do Sotham.

Drużyna zbliża się do Pomostu Pawolda, który wygląda znacznie mniej okazale niż się spodziewali.
Haeri – Może byśmy sobie dla odmiany złupili wioske?
Montcort – Daj mi pomyśleć. Nie! Nigdy nie myślałeś, że Ci ludzie łupieni mogą być przez to smutni?
Haeri – Widzisz wielki smutek na twarzy Haeriego, gdy myśli o tym co powiedziałeś.
Montcort – Złupione wioski wolno odrastają…
Korin patrząc ze współczuciem pomieszanym z podziwem na Haeriego – On jest złym człowiekiem, ale dobrym Ostrojczykiem….

Osada raczej nie należy do dużych i w różnych momentach wydaje się mieć całkiem różną ilość mieszkańców. Składa się z nielicznych zabudowań portowych, jeszcze mniejszej liczby mieszkalnych, oraz solidnej tawerny zbudowanej na planie sześciokąta. Miejsce to zwane jest Tawerną U Gereya. Poza tymi zabudowaniami Pomost Pawolda tworzą obozowiska ludzi robiących tu interesy. Czasem to po prostu ognisko, wokół którego gromadzą się podróżni, innym razem kilka stojących blisko siebie namiotów, czasem kilka wozów ustawionych w krąg tworzy tymczasową zabudowę obronną.

Naganiacze, którzy od wejścia awanturników do wsi, opadli ich ze wszystkich stron, oferują przeróżne usługi, zwłaszcza te związane z transportem drogą morską, jednak nie potrafią powiedzieć nic na temat pracowni krasnoludzkiego płatnerze. Podobnie w porcie nikt, nie potrafi powiedzieć nic przydatnego. Jedynym miejscem, gdzie można by zadać jeszcze to pytanie, okazuje się być Tawerna u Gereya.

Miejsce to jest zatłoczone i gwarne. Podaje się tu plugawe, rozwodnione piwo, kwaśne jak sok z cytryny wino i byle jak ugotowane warzywa, z niewielką ilością mięsa. Próby nawiązania kontaktu z kimś posiadającą przydatną bohaterom wiedzę idą dość mizernie, kiedy postanawia się do nich włączyć Haeri. Jak to zwykle w jego przypadku bywa, pomieszanie nieznajomości języka, z dość wybuchową naturą i bycie skorym do rozróby, prowadzi do potężnej bijatyki, w którą włączają się niemal wszyscy goście tawerny.

Kiedy w końcu ustaje regularna bijatyka, niemal każdy z jej uczestników ma pamiątkę po przygodzie. A to podbite oko, a to porwaną kurtę, czy napuchnięte, czerwone ucho, z grubsza jednak nikt, na nikogo się nie gniewa, traktując sytuację jako jedną z rozrywek serwowaną na miejscu. Niestety zapytany o wynik przepytywania miejscowych Haeri, spuszcza ze smutkiem głowę, mówiąc, że o nic nawet nie zdążył ich zapytać. Na szczęście innym powiodło się lepiej i bohaterowie wychodzą z tawerny z wiadomością, że powinni udać się do Miedzianych Min, które dostarczają regularnie rudy do pracowni Shieldsona.

Po bijatyce, która wynikła z próby dowiedzenia się czegoś przez Haeriego w tawernie u Gereya.
Montcort – I co Haeri, dowiedziałeś się czegoś?
Haeri – nie miałem czasu zapytać, a co?

Pokrzepieni tą wiedzą bohaterowie natychmiast opuszczają Pomost Pawolda i czynią to bez najmniejszego żalu.

View
Skrzydła Rocranon odc. 61 - Ballada o trzech bramach

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Wieści przyniesione przez awanturników uspokoiły drwali i mieszkańców Rogatego koźla. Spokój miał powrócić do Doliny Lodowego Lasu. Bohaterowie zostali na miejscu jeszcze przez dwa dni, oddając ostatni hołd w czasie pogrzebu Maynardowi, nim ruszyli ku Sotham.

Duże miasto tętni życiem. Na placu broni, awanturnicy spostrzegli ze zdziwieniem powstającą, wielką szubiennicę. Jak dowiedzą się później, wisieć maja na niej elficcy przestępcy, którzy napadają na traktach na ludzkie karawany. Czyżby spotkany w lesie rycerz rzeczywiście zaczął działać? Wkrótce okazuje się, że Jacques Guiosa jest nie kim innym, jak najwyższym paladynem Kościoła Ostatecznego Porządku w Sotham i na jego czyny, oraz postawę pada zupełnie nowe światło.

Tymczasem w pracowni alchemicznej Simeona wrze jak w ulu. Robotnicy remontują i przygotowują do użytku pracownię i sklep alchemiczny, zaś u drzwi stoją w rządku chętni do wstąpienia w czeladnictwo młodzieńcy. Simeon rzuca się w wir pracy i obowiązków, a reszta grupy rusza w miasto załatwić najważniejsze sprawunki.

Na placu targowym gwar towarzyszący robieniu interesów jest ogromny. Nim awanturnikom udaje się w ogóle dojść do placu, do nóg Keffara przypada jeden z niewolnych robotników prowadzony przez nadzorców i zwąc go Erkhertem, nie może wyjść z radości, że znów się spotykają. Stara się wyjaśnić jakąś swoją niezrozumiałą winę, nim odciągnięty przez poganiaczy zostaje wciągnięty do szeregu i pognany dalej.

Drużyną wyraźniej zainteresował się naganiach, niejaki Ofwick, który za “zaprawdę symboliczną opłatę”, chętny jest pokazać gdzie szybko, niedrogo, ale co najważniejsze dobrze załatwią swoje sprawunki. Za jego sprawą trafiają bohaterowie do Tholipa, hodowcy zwierząt, gdzie nabywają nowego muła dla Montcorta, a następnie do Hurego Bladej Pięści, niegdyś awanturnika a dziś kowala-płatnerza i wytwórcy broni drzewcowej.

Bohaterowie spotykają naganiacza Ofwicka, który zachęca ich do kupowania u jego kolesiów.
Montcort – Czy oni wszyscy przyjechali tu z Jerozolimy? Mają pejsy i walą czosnkiem?
Keffar – I śmieszne blaszane czapki?

Hury Blada Pięść, jest byłym awanturnikiem, paskudnie okaleczonym przez stratę nosa.
Montcort – Dlaczego już nie bywacie na gościńcach.
MG pokazując na swój nos – Rana spowodowała że zacząłem myśleć…
Montcort – Patrzę na Haeriego, może jest jeszcze dla niego szansa?

Spokoju Keffarowi nie dawała sprawa niewolnika, stąd namówiwszy resztę drużyny, odnalazł handlarzy i jeszcze raz przyjrzawszy się nieszczęśnikowi, postanowił go kupić. Mężczyzna zwący Keffara Erkhartem, sam nazwa się Cere i wydaje się pochodzić gdzieś z południa. W awanturniczych czynnościach raczej nie miał się przydać, ale z łowca postanowił uczynić go odpowiedzialnym za opiekę nad zwierzętami i obozowiskiem drużyny.

Kiedy Keffar dobijał targu z handlarzem niewolnikami, Avelox i Haeri zainteresowani tłumem pokrzykujących ludzi, postanowili zobaczyć co też się tam święci. Kiedy przedarli się przez gęsty tłum, zobaczyli jakiegoś nieszczęśnika, nad którym znęcali się ludzie, obrzucając go wyzwiskami, zepsutym jedzeniem i popychając kiedy tylko spróbował się podnieść z ziemi. Haeriemu nieszczególnie spodobał się sposób traktowania obcego i mocnym sierpowym posłał na ziemię wyrostka, który właśnie oddawał na leżącą ofiarę znęcania się mocz. Kiedy nieszczęśnik odwrócił się w stronę ostrojczyka, ten ze zdziwieniem, w wiecznie uśmiechniętej twarzy debila, rozpoznał niedawnego strażnika miejskiego, który miał nieszczęście postawić się drużynie w pierwszym dniu ich pobytu w Sotham. Keffar znokautował go wtedy potężnym uderzeniem głową i razem z Haerim zaniósł nieprzytomnego do wychodka. Cóż, jak okazuje się, znacznie smutniej dla niego skończyła się tamta przygoda.

Z targu drużyna wracała jeszcze z solidną beczką trunku zakupionego przez Montcorta. W swoim gronie awanturnicy postanowili oddać pamięć poległym i zapomnieć o ciężkich przejściach ostatnich tygodni. Efektem tego był potężny kac następnego dnia, który wygnał Haeriego w poszukiwaniu świeżego powietrza. Zamiast tego, wojownik trafił na tępego osiłka, znęcającego się nad jakimś ulicznikiem. Jak zwykle słowa nie mogły zmienić tego co nadchodziło, bo też i Haeri niewiele rozumiał z potoku słów, jakim zalał go osiłek. Za to te, które zrozumiał, a były to głównie przekleństwa, zadziałały na niego jak płachta na byka. Osiłek pobity umknął, a Haeri wziąwszy na ręce pobitego do nieprzytomności ulicznika, wrócił do pracowni Simeona.

Po ostrym przepiciu, część drużyny obudziła się z ogromnym kacem.
Simeon – Może zrobię im ziółka jakieś?
MG – Na kaca? Znasz takie? Byłbyś bogaczem.

Chłopak nazywał się Tane, jak przedstawił się zaraz po tym, gdy jego, niegroźnymi na szczęście ranami zajął się alchemik. Przechwałkom chłopca nie było końca, a kiedy uciekał ze śmiechem przez okno pracowni, zdążył jeszcze rzucić, że wystarczy o niego zapytać gdyby był potrzebny, bo wszyscy go tu świetnie znają.

Haeri uratował bitego ulicznika, ale kiedy ten dość bezczelnie zaczął mu odpowiadać, ręka sama mu się do bicia uniosła. Na szczęście się powstrzymał.
Montcort – W Haerim obudził się instynkt macierzyński, chciał młodemu wychowawczo przyjebać.

Z rana miłym gościem okazał się być Thatelech, który zawiadomił władze miasta o misji w Dolinie Lodowego Lasu i przyniósł do podziału nagrodę. Krasnolud zwierzył się, że zamierza zrobić sobie trochę przerwy od awanturnictwa i spróbuje znaleźć pracownię legendarnego, krasnoludzkiego płatnerze Shieldsona. Reszta drużyny przyklasnęła pomysłowi i obiecała ruszyć na szlak z towarzyszem, wyraźnie go tym faktem radując.

Montcort jednak wyraźnie sobie zażyczył, aby wynająć dodatkowego wojownika, który będzie osłaniał łuczników. Takowego znaleźć drużyna miała w karczmie “Pod złodziejem i maczugą”, które to miejsce wyraźnie polecał Hure Blada Pięść. Tego wieczoru awanturnicy stawili się w przepełnionej, pachnącej piwem i mięsiwem karczmie i już wkrótce znaleźli odpowiedniego kandydata do dołączenia do drużyny, w postaci włócznika Windhera zwanego Bystrym.

Nim jednak bohaterowie opuścili karczmę do ich uszu dobiegły dźwięki ballady, która jak się okazało traktowała o zamknięciu bram do płaskowyżu Tafli i z imion wymieniani byli w niej między innymi Keffar i Simeon. Tłoczno się i gwarno zrobiło przy drużynie, kiedy Keffar ujawnił swą tożsamość. Wszelkiego autoramentu awanturnicy, najemnicy i prości bywalcy, chcieli uścisnąć mu prawicę i wypić z nim kufelek.

Simeon zaproponował żartem, żeby drużyna została paladynami Kościoła Ostatecznego Porządku.
Keffar – Patrzę na niego jakby mi kota przejechał.
Avelox – Czyli z wdzięcznością?

Pokłosiem tego wieczora, była wizyta dwójki strażników miejskich w pracowni Simeona, następnego ranka. Okazało się, że przyszli z zaproszeniem do wieży straży, od sierżanta strażników – Nogli-cuira. Keffar z radością odwiedził dawnego towarzysza, dziwiąc się jego pozycji w straży. Druhowie serdecznie sobie porozmawiali, nim przyszło po raz kolejny drużynie opuścić największe miasto wyspy Rocranon.

View
Skrzydła Rocranon odc. 60 - Pradawna groza

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Drużyna jak jeden mąż rzuciła się do ucieczki, pomagając sobie nawzajem. Przez kamienne wrota, plątaninę korzeni, kamienny mur i niskie wejście do jaskini wydostają się na zewnątrz, ciągnąć za sobą nieprzytomnego Keffara. W samą porę, bo ledwo kilkadziesiąt sekund po ich wyjściu jaskinia zapada się, a wraz z nią cały szczyt wzgórza, przewracając drzewa, które o mało nie spadają na bohaterów. Ostrojski łowca odzyskuje przytomność i wszyscy zbiegają w dół, byle do granicy lasu.

Spod drzew bohaterowie przyglądają się jak kolejne drzewa przewracają się, a wzgórek zapada się coraz mocniej. W końcu, kiedy przypominał już nieco szczyt wulkanu wszystko ustało, a w chwilę później pojawiła się nad nim upiorna ręka. Do nagich kości, jak bryły plasteliny, przyczepione są krwiste mięśnie. Ogromna głowa, która wychyla się w chwilę później jedynie w niewielkiej części pokryta jest mięśniami i ziemisto-brązową skórą. Górna część czerepu świeci bielą popękanej kości. W pustych oczodołach nie ma śladu życia. Stworzenie wychodzi w górę, ale tego awanturnicy już nie chcą oglądać, zwiewając głębiej w las, już wiedzą, że istota musi mieć przynajmniej z 7 metrów wzrostu.

Zziajani towarzysze zatrzymują się aby się naradzić. Szybka decyzja to ruszyć w stronę Palisady. Drwale powinni pomóc im ze stworzeniem, a jeśli nawet nie, to trzeba jak najszybciej oddalić się z niebezpiecznego miejsca. Piętnaście minut później, jest już wiadomo, że planu nie uda się zrealizować. Idący w ariergardzie Keffar początkowo nie był pewien tego co słyszy, ale kilka minut później musiał już oznajmić innym, że ich śladem idą wilki. Wkrótce wszyscy usłyszeli zbliżające się wycie stada. Do Palisady nie było szans już zdążyć. Drużyna zmieniła kierunek, na znajdujące się nieco bliżej Rogate Koźle, tam wał obronny powinien ochronić ich choćby przez wilkami.

Ale i ten plan nie powiódł się, wataha doganiała ich znacznie szybciej, niż byli w stanie uciekać. Keffar rzucił tylko komendę “wszyscy na drzewa” i wskazał zagajnik pokrzywionych buków, na które już chwilę później zaczęli się wspinać bohaterowie. Nie trzeba było długo czekać kiedy w bezpośrednią bliskość kryjówki graczy wpadają wilki, różnej wielkości i maści. Łączą je tylko odrażające zaropiałe, świecące żółtą poświatą oczy i poklejona, tłusta sierść, nadająca zwierzętom niezdrowy wygląd.

Strzały lecą z korony drzew i wkrótce padają pierwsze zwierzęta. Otucha wstępuje w serca awanturników. Wtem, Montcort wychylając się ze swego stanowiska i posyłając kolejną strzałę ku wrogowi, stracił równowagę i runął z drzewa w dół. Niemal natychmiast na ratunek mu skacze Haeri, ścierając się z pierwszym szarżującym wilkiem, który z młodego sokolnika chciał zrobić sobie łatwy cel. Wkrótce ostrojczyk otoczony przez wilki, toczy zażartą walkę, a Montcort musi sobie dać radę z kolejnym zwierzęciem już bez swego ulubionego łuku w dłoniach. Obaj awanturnicy walczą zacięcie, wspomagani przez strzelców, nadal siedzących bezpiecznie w koronach drzewa, ale obaj zostali już pokąsani.

Powoli jeden po drugim wilki padają pod metodycznymi ciosami bohaterów, ale gdzieś pomiędzy drzewami czai się największy basior, aby wreszcie, doczekawszy się odpowiedniego momentu, rzucić się do dzikiej szarży na plecy Haeriego. Nie robią na nim najmniejszego wrażenia strzały, które dosięgają jego wielkiego cielska. W tym momencie jednak krzyk Keffara ostrzega przed gorszym niebezpieczeństwem. Na północ od bohaterów, pojawia się gigantyczny potwór spod wzgórza, wyraźnie zmierzając w ich stronę, a w potężnej dłoni trzyma spory kamień.

Jak na znak, Thatelech, Keffa i Avelox zeskakują z drzew, tymczasem wilki w końcu przerażone ponoszonymi stratami rzucają się do ucieczki. Drużyna nie ma się jednak z czego cieszyć, bo oto przyjdzie stanąć jej do walki z potężniejszym przeciwnikiem. Szybko przegrupowując szyki, towarzysze ustawiają się do obrony, z Keffarem, Thatelechem i Haerim w pierwszym rzędzie i Montcortem z tyłu, który już nakłada kolejną strzałę na cięciwę swojego łuku.

Tymczasem potworne stworzenie ciska kamieniem w kierunku drzewa, na którym nadal siedzi Korin, pudłuje jednak, a głaz ląduje z hukiem kilka metrów od celu. Stworzenie nabiera tempa, sadząc wielkie kroki i w biegu wyrywając z przerażającą łatwością pniaczek po starym drzewie. Strzały awanturników wbijają się w stworzenie, ale nie wydaje się aby robiły mu jakąś krzywdę, za to potwór bierze potężny zamach i jeszcze nim wpada całą swoją masą w wojowników, ciska potężne pieńkiem w Keffara.

Łowcę aż odrzuciło na kilka metrów i przyszpiliło do drzewa, kto inny na jego miejscu mógłby się nie podnieść, ale Keffar nie bez przyczyny nazywany jest Twardzielem. Postękując podnosi się wkrótce z ziemi, ale w tym czasie trwa już regularna walka. Strzały i magiczne pociski Aveloxa, trafiają raz za razem w stworzenie. Haeri i Thatelech tańczą wokół przeciwnika starając się dosięgnąć go swoją bronią, która wygląda przy nim odrobinę jak wykałaczki. Cichcem zza pleców potwora wyłania się Simeon, wychylając zawartość tajemniczej flaszeczki. Chwilę później z ust alchemika bucha długi na kilka metrów strumień ognia, obejmując potwora płomieniami.

Nieprzyjemny zapach spalenizny i odgłos skwierczenia tłuszczu budzi obrzydzenie, ale potwór jakby nie zdawał sobie sprawy, że stanął właśnie w ogniu. Podnosi jedną z długich rąk w górę, zwija dłoń w pięść i wbija niczym młotkiem Haeriego w ziemię z taką siłą, że tarcza, którą zasłonił się młodzieniec pęka na wpół. Thatelech tnie potwora po goleniach, starając się odciągnąć go od towarzysza, tymczasem z miejsca, gdzie legł Ostrojczyk dochodzi nagle potworny ryk i oto bohaterowie po raz kolejny mają okazję zobaczyć swojego druha w szale bojowym, zakrwawionego, wściekłego i przerażającego, okładającego potwora swoim toporkiem.

Opadnięty ze wszech stron stwór, okładany, palący się, trafiony kolejnym magicznym pociskiem i kolejnymi strzałami Montcorta i Korina, pada w końcu jak długi u stóp awanturników i zapada cisza, jak to po bitwie, przerywana tylko dzikimi rykami Haeriego, okładającego martwe stworzenie toporem. I nikt, nawet przez chwilę nie myśli, aby mu w tym przeszkodzić.


Quest w Dolinie Lodowego Lasu uważam za zakończony. Następną przygodę rozpoczniemy od razu w Sotham, nieco nadpisując sobie narracyjnie co też stało się w międzyczasie. Jeśli macie jakieś propozycje, zapraszam na forum. Pozostałe wątki, wyglądają obecnie następująco:

- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy? Rycerz Jacques Guiosa zapowiada krucjatę przeciw nieludziom i zaprasza do niej bohaterów.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”. To dwa biznesu, które rozkręcić chce nieodrodny syn wielkiego handlarza z Hageavo.
- Simeonowi marzy się ciągle dołączenie do wyprawy mającej badać ślady po wielkim alchemiku Awicennie na Wyspie Sennej.

View
Skrzydła Rocranon cz.59 – Tropy

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Żywi i opatrzeni przez Simeona dzicy patrzyli na drużynę z nienawiścią. Nie mieli zamiaru z nimi rozmawiać, ani pomagać im znaleźć Ninezziego. Ciężko im się dziwić. Złożone tuż obok ciała ich pobratymców dawały najlepszy dowód tragedii, jaka miała tu miejsce. Obok leżeli martwi drwale, Cenbeorth i Maynard, przy którym z ciężko spuszczoną głową siedział Thatelech. Keffar powoli odzyskiwał przytomność, z zaskoczeniem stwierdzając, że jest związany.

Montcort postanowił poszukać dzieci, które uciekły z miejsca rytuału, miał nadzieję, że żyją i nic im nie jest. Natychmiast do pomocy mu zgłosili się dwaj drwale i Simeon, co było mocno nie w smak sokolnikowi, więc zgubił ich w lesie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Chwilę później przed jego zdziwionymi oczyma przebiegł jeden z dzikich, ścigany przez zwierzęco porykującego Haeriego. Nie namyślając się długo, Montcort rzucił się w pościg za przyjacielem. Na nic jednak zdały się nawoływania i błagania, Haeri gnał przed siebie w bezmyślnym szale. W końcu celnie rzucony przez Montcorta kamień zatrzymał Ostrojczyka. Ten spojrzał na sokolnika przekrwionymi oczyma i rzucił się w jego stronę.

Dyskusja o tym, czy Dzicy po rzezi jaką uczynili im gracze, nie opamiętali się i nie dojrzeli w Eldadzie oszukańca i mordercy, a nie religijnego przywódcy.
Haeri – Dzicy może przejrzeli po tym wszystkim na oczy?
Keffar – Co? To było dla nich jak Wielkanoc!

Montcort wiał przed Haerim ile tchu w płucach i sił w nogach i ten niezwykły tandem ukazał się nagle nieco zagubionym drwalom i Simeonowi. Sokolnik w końcu stanął twarzą w twarz ze ścigającym go wojownikiem, który powoli jednak dochodził do siebie. Obłąkanie tak widoczne w jego oczach zaczęło znikać i kiedy w końcu zziajany odezwał się do towarzysza, jasnym się stało, że ostrojczyk wrócił do swojej normalnej świadomości. To czy był to powód do radości było już zupełnie inną kwestią.

Montcort podjął swoje poszukiwania dzieci, a reszta drużyny wróciła na miejsce bitwy. W chybotliwym płomieniu światła dawanym przez kaganek, sokolnik znalazł podwójne ślady odbite, w nasączonej deszczami ostatnich dni glebie. Prowadziły na południe, aż do rzeki a stamtąd wzdłuż niej prowadziły na południowy wschód. Montcort wiedział, że ruszyli w stronę domu, ale i tak chciał dowiedzieć się czy bezpiecznie dotarli.

Biegnąc za wyraźnym śladem, łowczy dostrzegł nagle migotliwe światełka i usłyszał odgłosy zbliżających si ku niemu ludzi. Nie zdążył na czas zgasić swojego źródła światła i został dostrzeżony. Rzucił się pomiędzy drzewa, ścigany odgłosami kroków i nawoływania, klucząc tak, że po chwili zgubił swoich prześladowców. Dla pewności został jeszcze w swej kryjówce, a kiedy głosy oddaliły się wrócił na trop którym bezpiecznie dotarł aż do Rogatego Koźla. Osoby, które spotkał po drodze były mieszkańcami wioski, co łatwo było stwierdzić po śladach, a co potwierdziła jedna z kobiet w osadzie. Dzieci wróciły całe i zdrowe do wsi.

Montcort pospieszył więc nazad ku swej drużynie, zastając ją w towarzystwie Hamesa i kilku młodych ze wsi, ci po usłyszeniu od dzieci o potyczce, ruszyli z odsieczą, jak okazało się spóźnioną. Po zdaniu relacji okazało się, że tak naprawdę nikt nie wie gdzie teraz jest Ninezzi. Zaskoczony Hames, który sądził że mag nie żyje, podskoczył w miejscu, wrzasnął, że czarownik teraz pewnie już w jego wiosce mści się na bezbronnych. W chwilę później ku Rogatemu Koźlu gnała już silna grupa wojowników, w której był nawet Keffar, który w międzyczasie doszedł był do siebie. Na miejscu bitwy zostali drwale, Thatelech i Haeri.

MG dwoi się i troi aby opisać, jaki upał nastał po deszczowych dniach. Aż sam się spocił.
MG – No upał aż pot leje wam się po plecac i spływa rowkiem w dupie.
Bjornei – Włączam klimę.
Haeri – Czyli co? Wystawiasz nogę spod futra?
Bjornei – Ale tylko prawą!

Straszny to był bieg przez las, po ciemku, ze świadomością tego co teraz strasznego może dziać się w osadzie. Co i raz gałęzie drzew chłostały po twarzach awanturników, kamyki usuwały się spod stóp grożąc upadkiem, skręceniem, albo złamaniem nogi. Bjornei w swym ciężkim futrze ciężko biegnący z tyłu potknął się i boleśnie upadł obijając sobie żebra, Simeon nienawykły do tego rodzaju biegów z przeszkodami wyrżnął z metrowej skarpy i rozłożył si jak długi na ziemi nabawiając się sińców i zadrapań. W końcu jednak zziajana ekipa dobiegła do cichego, spokojnego i niczym nie niepokojonego sioła. Ninezzi nadal pozostawał w miejscu dla bohaterów nieznanym.

Keffar i Bjornei pożyczyli wóz i konika od Hamesa i postanowili wrócić na miejsce potyczki po ciała towarzyszy. Montcort, Korin i Simeon postanowili zostać we wsi. Kiedy dwaj pierwsi odpoczywali, alchemik zabrał się za warzenie swoich naparów. Okazało się, że droga w górę rzeki prowadząc konika i wózek nie jest wcale taka łatwa i łowca z szamanem musieli kilkukrotnie oddalać się od wody, aby obejść plątaniny korzeni, skarpy i nierówności. Podczas jednego z takich obejść, Keffara zaniepokoiły wielkie, pajęcze sieci. Zagłębiając się coraz bardziej w las, towarzysze nagle stanęli oko w oko z gigantyczną czarną wdową, jednym z najbardziej jadowitych pająków.

Rosnący w Keffarze gniew nie pozwolił mu wycofać się jak Bjorneiowi, który ciągnąc upartego konika za uzdę zaczął co prędzej oddalać się od groźnego obszaru. Pajęczyca postraszyła ludzi stając na tylnych odnóżach i powoli zaczęła wycofywać się w stronę swojego gniazda. Keffar posłał za nią jeszcze dwie strzały, kiedy zobaczył, że szaman jest już w bezpiecznej odległości, ale te chybiły celu, być może na szczęście. Rozdarty w uczuciach Keffar oznaczył jedno z miejsc toporkiem, postanawiając wrócić tutaj, kiedy będzie miał więcej czasu i rozprawić się ze znienawidzonym potworem.

Thatelech, Keffar, Alers i drwale przypatrywali się obrzędom pochówkowym dzikich. Kobiety i dzieci ze wsi przybyły na miejsce pochować swoich bliskich i wyraźnie towarzystwo ich pogromców budziło ogromne emocje. Tym chętniej, po załadowaniu zwłok towarzyszy, drużyna ruszyła w stronę Rogatego Koźla, gdzie rozdzieliła się z drwalami, którzy musieli zająć się swoimi sprawami. W ten sposób upłynął niemal cały dzień, więc awanturnicy postanowili odpocząć we wsi. Przyjęci jak bohaterowie, zostali napojeni i nakarmieni, a nad ciałem i duszą Maynarda obiecały zapłakać kobiety z osady.

Do wieczornego ogniska dołączył Hames, opowiadając całą historię Ninezziego. Momentu kiedy zaczął zachowywać się obco, opowiadać o Maximlthea duchu lasu, o momencie kiedy sprowadził dzikich i zachęcił wszystkich do wzięcia udziału w pierwszym rytuale, kiedy oddano ziemi ciało jakiegoś podróżnego. Mężczyźni z Rogatego Koźla byli przerażeni tym czego byli świadkami, ale następnego dnia las zaczął być im przychylny, samodzielnie oddawać im swoje zwierzęta, karmiąc ich i otaczając opieką. Tak to więc się toczyło, zwłaszcza, że Ninezzi powiedział, że kto nie będzie brał udziału w rytuałach, wystawi na ryzyko złożenia w ofierze swoich bliskich. To stało się właśnie poprzedniego dnia, kiedy o świcie porwano ich dzieci za zdradę, której wieśniacy się nie dopuścili. Resztę historii awanturnicy już znają.

Kolejnego dnia z samego rana, bohaterowie postanawiają ruszyć na poszukiwanie Ninezziego. Gdzie rozpocząć? Nie wiadomo. Jedynym sensownym miejscem wydaje się być grobowiec Maho-Anura, tym razem jednak bohaterowie postanawiają tam dotrzeć inną drogą, nieco nadkładając trasy, przeczesując jednocześnie knieje. Utrzymujący się od dwóch dni upał, przeradza się nagle w tak ogromne oberwanie chmury, że już niemal biegiem, walcząc z nawałnicą, awanturnicy docierają do jaskini.

Kiedy Keffar pochylony w kucki przechodzi przez niskie wejście, od razu zauważa ślady krwii. Prowadzą one wprost do komnaty z paleniskiem, gdzie przy rozpalonym ogniu, okutany w płaszcz i futro, śpi, a właściwie nieprzytomny leży ciężko ranny Ninezzi. Nim ktokolwiek zdołał zorientować się co się dzieje, Keffar podaje magowi napój leczący. Wybucha ostra sprzeczka pomiędzy towarzyszami, zwłaszcza z Montcortem, który nie może pojąć dlaczego łowca tak się zachował. Keffar rzuca się na Haeriego, który postanawia póki czas zabić maga i dochodzi do nieprzyjemnej szamotaniny, z której Haeri wychodzi z rozbitym nosem.

Tymczasem nad Ninezzim, który otwiera oczy i rozgląda się wkoło, pochyla się Simeon, próbując przyjrzeć się dokładniej ranom maga, ten jednak wyrzuca przed siebie dłonie wykrzykując kilka słów i alchemik frunie przez całą komnatę i z głuchym łoskotem wali plecami w ścianę. Keffar rzuca się aby zasłonić ciałem Ninezziego, jednak nie jest w stanie wyprzedzić lecących strzał Montcorta i Korina. Ten pierwszy dwoma celnymi strzałami odcina dłonie czarownika (specjalne strzały odcinające kończyny), a drugi pakuje śmiertelny grot prost w serce maga.

W momencie śmierci Ninezziego, ktoś jakby odciął sznureczki, do których przymocowany był Keffar. Łowczy pada nieprzytomny na ziemi, a na twarzach jego towarzyszy pojawia się zrozumienie. Nie ma czasu jednak zastanawiać się nad tym co się stało, bo nagły wstrząs przeciął ziemię i narastając zaczął trząść całym lochem. Potężny ryk przerywa ciszę podziemia i gdzieś spod ziemi nadchodzi podmuch, który wyrzuca w górę palenisko, wraz z pokrywającymi je deskami. Coś nadchodzi!

Dyskusje mechaniczne po sesji. Bjornei nadal nie może pogodzić się z tym, że Montcort ma tak fantastycznie zręczną postać.
Keffar – Muszę sobie drugiego wroga rasowego wymyślić…
Bjornei – Ja mam wroga rasowego, zbyt dużą zręczność u innych graczy!


W tzw międzyczasie niewiele możecie zrobić, ale może warto wkleić listę wątków otwartych tu i ówdzie przed wami?

- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy? Rycerz Jacques Guiosa zapowiada krucjatę przeciw nieludziom i zaprasza do niej bohaterów.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”. To dwa biznesu, które rozkręcić chce nieodrodny syn wielkiego handlarza z Hageavo.

View
Skrzydła Rocranon cz.58 – Oddajemy ciała ziemi

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Ocucony dziki w strachu o swoje życie zaczął mówić. Na polecenie Ninezziego (maga, który uciekł w las podczas ostatniej potyczki) , awatara ducha lasu o imieniu Maximalth, kopali dół, który miał posłużyć podczas odprawiania kolejnego rytuału, w którym składano ofiary z ludzi, czy jak to powiedział dziki “oddawano ich ciała ziemi”. W ten sposób mieli wzmocnić ducha, który w zamian otaczał mieszkańców lasu swoją ochroną i nagradzał ich swoimi łaskami. Dzieci miały zostać zabrane do wsi dzikich, która jednak liczyła zbyt dużo ludzi, aby ot tak sobie do niej wmaszerować i zażądać powrotu mieszkańców Rogatego Koźla. Drużyna postanowiła udać się po pomoc drwali.

Haeri nie do końca może się pogodzić, że drużyna ciągnie za sobą złapanego dzikiego.
Haeri – A może byśmy go tak zabili?
Montcort – Tak bez broni?
Haeri – Dam mu topór.
Montcort – Ja nie mogę tak bezbronnego.
Haeri – To się odwróć.

Alers i reszta drwali dość szybko przystali na plan awanturników, kiedy tylko okazało się, że mogą zemścić się za śmierć swoich towarzyszy. Wkrótce sporawy już oddział twardych ludzi, prowadzony przez niezbyt chętnego swojej roli Rewilla (tak nazywał się dziki, którego udało się schwytać na kopaniu dołu) przemierzał las. Nim grupa dotarła do wsi dzikich, Arenii, zdążył zapaść zmrok. Próba podkradnięcia się do osady zaowocowała wpadnięciem na młodocianych wartowników, mieszkańców wsi i nim bohaterowie zorientowali się, stali oko w oko z wysokim, przystojnym i dobrze zbudowanym mężczyzną, który przedstawił się jako Cenbeorth.

Z niezrozumiałych dla większości powodów, dziki rozpoczął rozmowę z Keffarem tak, jakby się już znali a mówili o sprawach sobie dobrze pojętych, a będących niejasnymi dla reszty grupy. Nie czas było jednak na pytania. Cenbeorth okazał się niechętnie nastawionym do Ninezziego i jego idei “karmienia” ducha lasu. Zaproponował, że zaprowadzi awanturników w miejsce odprawiania rytuału i pomoże pokonać maga, ale ostrzegł, że krew Ninezziego nie może dotknąć ziemi, grozić to ma czymś niezwykle groźnym. Na prośbę o wskazanie im maga pośród dzikich, zdziwił się bardzo, bo przecież wszyscy dobrze sami go znali. Magiem był nie kto inny jak Eldad, półgłówek z Rogatego Koźla.

Różne były plany jak podejść dzikich. Jednym z nich było podanie się któregoś z bohaterów za czempiona Maximalthea.
Montcort – Słuchajcie aby udawać czempiona Maximathea, to musiała by być to osoba nie myśląca o swojej przyszłości, konsekwencjach a nawet szalona… Patrzę na Haeriego.

Minęła już północ, kiedy awanturnicy dotarli na miejsce przyszłego rytuału i zwiadowcy wpatrywali się w przygotowania toczone w niewielkiej niecce między wzgórkami. Dwa tuziny dzikich śpiewało i kiwało się rytmicznie nad wykopanym w ziemi dołem, ich postaci oświetlało kilka rozpalonych tu i ówdzie, niewielkich ognisk. W pobliżu dołu udało się dostrzec Ninezziego i dwójkę dzieciaków z Rogatego Koźla.

Żywiołowa dyskusja z trudem zamieniła się w plan, a raczej iluzję planu, co miało się wkrótce boleśnie okazać w praktyce. Rozdzielone grupy wojowników otoczyły dzikich, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd, z lasu wypadł Keffar, a zaraz za nim Cenbeorth i Haeri. Na oczach bezbrzeżnie zdziwionych towarzyszy, ostrojczyk przedarł się pomiędzy mieszkańcami lasu i natarł na Ninezziego, kiedy jego towarzyszę zajmują się walką z dzikimi. Nim minął pierwszy szok i resztą awanturników, przy wsparciu drwali ruszyła do walki, przy dole zrobiło się już naprawdę gorąco.

Keffar pewnie natarł na maga, ten jednak początkowo zaskoczony i raniony, począł zwinnie unikać kolejnych razów wojownika. W końcu sięgnął po swój mroczny kunszt i jednym zaklęciem oczarował Keffara, powodując zamęt w jego głowie. W tym samym momencie strzała wystrzelona przez Bjorneia musnęła maga, który postanowił rejterować. Wyrzucając z siebie kilka słów mocy zniknął nagle z oczu zdziwionych bohaterów.

Tymczasem Keffar począł rozglądać się wkoło i jego wzrok padł na walczących Thatelacha, Cenbeortha i Haeriego. Ruszył z impetem w ich kierunku, szarżując zaskoczonych towarzyszy. To moc Ninezziego spowodowała, że do tej pory ostoja drużyny, zmieniła nagle front. Impet i umiejętności łowcy poczuł na swojej skórze Cenbeorth, początkowo broniący się i próbujący oddawać razy, legł wkrótce martwy pod ciosami swego przeciwnika. Oczy Keffara spoczęły na kolejnym towarzyszu, lecz w tym momencie z dalszej walki wyłączyły go ogłuszające strzały, wystrzelone spod pewnych palców Montcorta.

Haeri otoczony przez kilku dzikich początkowo ulegał nie radził sobie najlepiej, po raz kolejny zahaczony toporem wroga krwawił z kolejnych ran. Młody ostrojczyk czuł narastający w sobie gniew, który nagle eksplodował dzikim rykiem i szaleńczym atakiem. W jego wnętrznościach płonął ogień, w mózgu zagnieździła się jakaś dzika istota, która pragnęła tylko zabijać. Pod błyskającym wkoło żeleźcem topora zaczęli padać jeden po drugim przeciwnicy, niezdolni do powstrzymania potężnej siły, która ogarnęła Heriego.

Gorzej miała się sytuacja na lewej flance, gdzie wspierani przez strzały Korina drwale zaczęli oddawać pola mieszkańcom Arenii. Choć sami razili wroga, zaczęli padać martwi, aż w końcu żaden z trzech toporników, nie stał już na nogach. Dzicy rzucili się wspomóc swoich walczących z pozostałymi drwalami, Thatelachem i Haerim, jednak jeden z dzikich zauważył, jak korzystając z zamieszania dzieciaki uciekają gdzieś na południe. Zakręcił w miejscu na pięcie i ruszył za nimi, co nie umknęło uwadze Maynarda. Wojownik skoczył ku dzikiemu, przecinając mu drogę i dając czas na ucieczkę dzieciom. Wymiana ciosów była zajadła, pawęż Maynarda raz po raz przyjmowała potężne ciosy topora, w końcu jeden z ciosów dzikiego przebił się przez zasłonę wojownika, który upadł martwy na ziemi, z bronią przeciwnika sterczącą z piersi.

Gdybyż jeszcze chwilę Paezurczyk dał radę wytrzymać… Nagle morale dzikich zostało złamane ponoszonymi stratami i niedobitki dzikich rzuciły się do panicznej ucieczki, a za nimi w las pobiegł opętańczo wrzeszczący Haeri. Zwycięstwo należało do drużyny, ale straty jakie zostały poniesione były straszliwe. Większość towarzyszy ranna, martwy Maynard, Cenbeorth i trójka drwali, nieprzytomny Keffar i zagubiony gdzieś w lesie Haeri. Wkoło leżało jednak blisko dwadzieścia ciał mieszkańców Arenii, z czego trójką jeszcze żywych zajął się Simeon, zaraz po tym kiedy pomógł swoim towarzyszom.

Montcort skrzyżował na piersiach ręce Maynarda, oddając mu hołd. Kiedy podniósł się z klęczek spojrzał w mokre oczy Thatelacha. Żaden z nich nie potrafił zrozumieć co tu się stało tej nocy, ani dlaczego?

View
Skrzydła Rocranon cz.57 – Ręce trzymać przy sobie

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Przebudzony ze snu Korin począł poprawiać służącą za poduszkę torbę, kiedy wytoczyła się z niej duża, ludzka czaszka. Wrzask jaki się rozległ w podziemnym korytarzu postawił wszystkich na nogi i ściągnął strażników sprzed wejścia. Haeri poznał czaszkę bez problemu, była to ta, którą odrąbał od reszty szkieletu leżącego w sarkofagu. Zdarzenie wzbudziło pewien niepokój, ale szepty i uśmieszki Maynarda i Montcorta mogło powiedzieć co nieco o “magicznym” sposobie w jakim ten artefakt przywędrował do torby młodego złodzieja. Reszta nocy upłynęła bez dodatkowych zdarzeń.

W środku nocy Korin budzi wszystkich okropnym wrzaskiem, z niezrozumiałych przyczyn odnalazł w swoim worku podróżnym czaszkę pochowanego w grobowcu wojownika.
Haeri zastanawiając się – Ja znam ten uśmiech…

Rankiem drużyna przejrzała swój sprzęt, zdobyczne skarby i w krótkiej dyskusji zdecydowała, że zanim wrócą do Rogatego Koźla, sprawdzą ostatnią odnogę korytarza, jak również tarczę z brązu, której dwa otwory kryły manipulatory w kształcie litery T. Niestety pociągnięcie ich za pomocą rzemienia nie dało żadnych efektów, jak również nie stało się zupełnie nic, kiedy brawurowo Maynard włożył ręce do środka i przekręcił oba kurki.

W jedynym nie sprawdzonym korytarzu była zapadnia, co boleśnie wspomniał Keffar. Tym razem przygotowani i zabezpieczeni bohaterowie zaklinowali pułapkę i ruszyli dalej, aby na końcu korytarza stanąć na galeryjce znajdującej się kilka metrów nad komnatą, której jedynym wystrojem był wysoki kamienny posąg wojownika dumnie prezentującego miecz. Przy ścianach po obu stronach galeryjki znajdowały się mniejsze, brązowe maski, z oczami z zielono połyskujących kamieni. Thatelach po jednym rzucie okiem stwierdził, że są to chryzoberyle i mogą być co nieco warte. Nie było tylko jednej rzeczy, zejścia na dół z galeryjki do komnaty, jedynym sposobem wydawało się przesadzenie barierki i skok w dół.

Bohaterowie stoją na galeryjce. Po bokach we wmontowanych w ściany maskach lśnią klejnoty, pod spodem stoi potężny kamienny posąg.
Haeri – a moze bysmy wydlubali te rubinki?
Maynard – Wszystko ma swój czas.
Haeri – No właśnie i ja bym zaczął od rzeczy ważnych.

Maynardowi wyraźnie nie dawały spokoju kurki w tarczy pierwszej komnaty. W końcu wydawało mu się, że odkrył ich znaczenie i pobiegł w ich kierunku, aby otworzyć pozostałym awanturnikom zejście do komnaty. Niestety przekręcanie manipulatorów nadal nic nie dawało, ale Maynard zdał sobie nagle sprawę, że nie pociągnął ich po tym, jak już je przekręcił. Postanowił to zrobić teraz. Cóż z tego, skoro do kurków nie były przypięte już rzemienie i zrobił to własnymi rękoma. Szczęk metalu, i nagle wszystko puściło, a dokładniej to ręce Maynarda zostały nagle uwolnione. Wojownik patrzył przez ułamek sekundy na kikuty obu rąk nim wrzasnął przeraźliwie i osunął się na ziemię tracąc przytomność.

Krzyk zwabił do komnaty resztę drużyny, która wpadając do środka zobaczyła broczącego krwią towarzysza. Simeon rzucił się do pomocy, Montcort dedukując bezbłędnie, korzystając z podpowiedzi w postaci szlaków krwi, odnalazł obie dłonie Maynarda tkwiące w otworach tarczy z brązu. W rosnącej panice i przerażeniu drużyna postanowiła przyłożyć dłonie do kikutów towarzysza, kiedy Simeon wygrzebywał z torby najlepszy ze swoich leczących napoi, przyrządzony przy użyciu niezwykle rzadkich ziół. Kiedy alchemik wlał dekokt w usta Maynarda, nagle na oczach zdumionych awanturników, dłonie zaczęły na powrót przyrastać do ciała. Po kilku minutach tylko czerwone, nabrzmiałe szramy wokół nadgarstków świadczyły o tragedii jaka tu się rozegrała.

Maynard nie odzyskał jednak przytomności. Szok musiał być zbyt wielki. Simeon pozostał z nim przy ognisku w okolicach korzeni drzew, kiedy reszta wróciła zbadać ostatnią komnatę podziemi. Montcort przez cały ten czas zwracał baczną uwagę na Haeriego, jednak Ostrojczyk zachowywał się niezwykle poprawnie. Zaproponował nawet, aby przy użyciu wszelkich środków ostrożności, wydłubać szlachetne kamienie z masek na galeryjce. Wszyscy wstrzymali oddech starając się znaleźć z dala od miejsca rażenia ewentualnej pułapki, a Haeri z całkowitym spokojem wydłubał wpierw pierwszy klejnot, po chwili drugiej i kiedy wszyscy odetchnęli już z ulgą, jednym zwinnym ruchem przesadził barierkę galeryjki i skoczył w dół.

Montcort ma trochę dość tłumaczenia Haeriemu wszystkiego, za to Simeon, również znający język ostrojski czuje się trochę niedoceniany.
Simieon z wyrzutem – Ja też mogę tłumaczyć!
MG – Oni się boją, że w trakcie tłumaszenia przeintelektualizujesz.

Kiedy tylko stopy Ostrojczyka dotknęły posadzki, z przeraźliwym zgrzytem ruszył się posąg wojownika stojący na środku komnaty. Ogromny, dwuręczny, kamienny miecz runął na Haeriego, który zanurkował pod nim intuicyjnie. Miecz uderzył w ścianę rozsypując się na kawałki. Ciężko powiedzieć czy kamienny wojownik zdziwił się nagłą stratą broni, bo ruszył natychmiast do ataku na Haeriego atakując kamiennymi pięściami, w tym zaś czasie z galeryjki skakali już w dół Thatelach i Keffar, idąc na ratunek towarzyszowi. Keffar wybił się z barierki atakując w locie dziką szarżą, Thatelach po prostu grzmotnął o ziemię całym swoim ciężarem. Walka rozgorzała na dobre. Otoczony ze wszech stron i rażony strzałami Montcorta z galeryjki posąg począł pękać i w końcu rozsypał się w pył.

Kiedy wojownicy szukali sposobu na dostanie się z powrotem na galeryjkę, Montcort postanowił wydłubać pozostałe dwa kamyki z drugiej brązowej maski, jednak zanim do niej dotarł “znalazł” kolejną zapadnię, kiedy podłoga galeryjki otworzyła się pod nim i wylądował całym swym ciężarem na plecach Thatelacha, szukającego tajnych drzwi, czy nowych pułapek.

Tego wszystkiego było już dość bohaterom. Postanowili w końcu opuścić to przeklęte i co tu dużo mówić, ogołocone ze wszystkiego co cenne miejsce. Niestety do ciężaru zabranego z grobowca srebra, rozłożonego na części rydwanu, dochodził obecnie ciężar Maynarda, który nadal nie odzyskał przytomności. Co było robić, drużyna zostawiła rydwan w korytarzyku mając w planach wrócić po niego później, zaś Maynard wylądował na własnej pawęży, służącej jako prowizoryczne nosze.

Ciężko ranny Maynard jest problemem dla drużyny, postanawiają nieprzytomnego nieść go na pawęży.
Maynard niesie dobrą radę – A może byście mi do pawęży koła z rydwanu doczepili?

To była ciężka uciążliwa podróż w wilgotnym lesie, w końcu jednak awanturnicy stanęli u bram Rogatego Koźla. W osadzie wrzało. Kiedy mieszkańcy zobaczyli powracających awanturników, z już przytomnym Maynardem, zdało się, że spadli wieśniakom z nieba. Na przemian opowiadali o tym, że ich dzieci zostały porwane, że może już nie żyją. Kiedy nagle Hames, zauważył dźwiganą przez Keffara i Montcorta skrzynię i oskarżył, że nieszczęście wsi jest ich winą, bo zbeszcześcili jaskinię.

Rozmowa o tym, jak naprawić rydwan i czy są jeszcze “rydwanoroby” na świecie.
Montcort – Bjornei przywołuje duchy. Niech przywoła ducha rydwanoroba!
Maynard – Tylko takiemu duchowi wszystko z rąk leci.
Bjornei – Przywołamy ducha i wmontujemy w Haeriego.
Maynard – To najpierw trzeba wypędzić te, które już tam są. Chociaż to zależy kto kogo wypędzi najpierw.

W dość burzliwej i pełnej krzyków, straszenia i błagań rozmowie, okazało się, że wieśniacy wiedzieli o dołach z krwią więcej niż chcieli mówić. Wiedzieli o składanych ofiarach, wiedzieli też, że odpowiedzialni za nie są dzicy ze wsi Arenia i że to zapewne oni porwali dzieci.

Szybko, nim jeszcze ślad ostygł Montcort ruszył odnalezionym tropem przez las, a za nim reszta drużyny. Obok śladów kilku dorosłych osób, wyraźny był trop dwójki, może trójki dzieci. W pewnym momencie jednak trop się rozdzielał. Część śladów, w tym dwójki dzieci ruszyła na północ, ku domniemanej wsi dzikich, reszta nadal szła na zachód. To tym drugim tropem postanowiła podążać ekipa i wkrótce okazało się, że trafili na miejsce, gdzie kolejny dół w ziemi kopie prymitywnymi łopatami dwójka dzikich.

Zaskoczeni kompletnie przez Maynarda kopacze w pierwszym momencie nie wiedzieli jak zareagować na pojawienie się wojownika, w końcu jeden z nich rzucił się z łopatą na wojownika, został jednak powalony celnie wypuszczoną strzałą przez ubezpieczających pawężnika towarzyszy. Niemal w tym samym momencie zza pobliskich drzew, w stronę bohaterów pofrunęła magiczna iskra zaklęcia rzucona przez ukrytego maga, a przedziwna istota szarżując rzuciła się ku Haeriemu. Maynard ruszył za magiem, który jednak zrejterował, szybko gubiąc wojownika pośród drzew.

Haeri starł się z istotą, która od dawna spędzała sen z powiek bohaterom. Jak okazało się to nie ptasia noga, lecz odkryta, kościana stopa zostawiała charakterystyczne, niepokojące ślady. Jednak reszta, obleczonego w skórzane łachmany ciała była równie obrzydliwa. Stworzenie składało się jakby z ciął kilku innych, o różnych kolorach i teksturze skóry, zaś głowa na wpół była nagą czaszką jakiegoś humanoidalnego stworzenia, na wpół żaboidalną twarzą łypiącą na wrogów wielkim, wodnistym okiem. Stworzenie atakowało długimi, brudnymi szponami wyrastającymi z czteropalczastych dłoni. Te jednak nie wystarczyły na dwóch Ostrojskich wojowników, którzy dość szybko poradzili sobie z przeciwnikiem. Odrażające ścierwo legło na ziemi, obok zabitego dzikiego i tuż przy ogłuszonym, drugim z kopaczy.


Trochę miałem problem z tym przyrastaniem dłoni przyznać się muszę, bo czar leczenia zranień wydawał mi się ciut za słaby dla takiego zastosowania, ale sam pomysł tak mi się spodobał, rany były proste i czyste, a Simeon dodatkowo powiedział, że używa tego napoju z najlepszych (bardzo rzadkich) ziół, że stwierdziłem, co mi tam. Trochę to zburzyło koncepcję bezwzględnego i mocno achirurgicznego świata, ale mam nadzieję, że nie będziecie się za bardzo do takich akcji przyzwyczajać :).

View
Skrzydła Rocranon cz.56 – Strażnicy grobu

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Maynard pierwszy odważnie wkroczył pomiędzy zmarłych. Szturchnął jeden ze szkieletów, potem pchnął go mocniej, tak że ten rozsypał się na podłodze. Nic się nie stało. Powoli Thatelach, Simeon i Korin dołączyli do wojownika, a z korytarza ich zabiegom niepewnie przyglądał się przesądny Montcort i Bjornei. Keffar gdzieś na górze “studni”, w której zniknęli jego towarzysze, montował konstrukcję, do której będzie można przyczepić linę. Wkrótce sam na sobie ją wypróbował schodząc bez przygód w dół.

Tymczasem Maynard z Thatelachem powalają kolejne szkielety, aż docierają do kamiennego sarkofagu, który “schował się” za rydwanem, Simeon przygląda się sztyletom z brązu, którymi śmierć zadali sobie słudzy pochowanej tu istoty, natomiast Korin… Korin z wrodzoną sobie ciekawością podważył wieko jednej ze skrzyń, aby tylko zajrzeć do środka. Niestety kiedy tylko ustał skrzypiący dźwięk, z podłogi poczęły podnosić się nieruchome jeszcze przed chwilą szkielety.

Maynard nie zamierzał czekać na rozwój sytuacji, rzucił się ku korytarzykowi, w którym pozostała reszta grupy, wrzeszcząc ile sił w płucach imię Keffara i kopiąc jednego z podnoszących się nieumarłych. Zaraz za nim zmierzał Thatelach, który jednak zupełnie nieszczęśliwie potknął się i wywrócił pośrodku komnaty. Z pomocą jednak przyszedł mu Simeon i wkrótce razem rejterowali w miejsce, gdzie szyk obronny zaczął ustawiać Maynard.

Maynard, który wraz z Tatelachem byli wewnątrz komnaty wieją ku towarzyszom.
Maynard – Krzyczę mój okrzyk bojowy… Kefffaaaaar!!!

Korin kładąc swoje ręce na skrzyniach ze skarbami złożonego w grobowcu człowieka, budzi do życia sługi-szkielety. Drużyna biegiem wycofuje się do korytarza, żeby przyjąć wrogów w węższym miejscu
Montcort – Czy są jakieś dodatkowe akcje które mogę zrobić przy bieganiu?
MG – Tzn?
Montcort – Rzucam ciężkie spojrzenie Korinowi…
MG ze zrozumieniem – Tak, to jest darmowa akcja.

Korin przerażony tym co się stało, nie myśląc wiele, wskoczył do skrzyni, której otwarcie spowodowało przebudzenie ożywieńców i zamknął nad sobą wieko. Tymczasem szkielety ruszyły w stronę korytarzyka, gdzie na ich przybycie czekała już drużyna. I tylko Keffar, który dopiero dobiegał do towarzyszy nie wiedział nic o ich zamiarach i minął ich szyk obronny rzucił się w opętańczej szarży w sam środek wrogiej bandy. Choć sam zaczął rozdawać razy jak szalony, szybko zdał sobie sprawę, że postąpił głupio, kiedy zaczęły spadać na niego ciosy zadawane sztyletami z brązu. Wycofując się krok za krokiem dotarł do swego miejsca w szeregu ustawionym przez Maynarda.

Zza pierwszej linii sypały się strzały Montcorta i Bjorneia, choć kościstym stworzeniom robiły one stosunkowo niewiele, za to razy wymierzane przez frontowych wojowników skutecznie zmniejszały liczebność wrogów. Zainteresowany zgiełkiem Korin również wyjrzał ze swej kryjówki i widząc, że potwory oddaliły się od niego, zrobił, niezwykle skutecznie należy dodać, robić użytek z własnego, krótkiego łuku. Wkrótce padł ostatni z wrogów, a w drużynie bohaterów jedynie Keffar odczuł koszt swojej dzikiej szarży. Jego ranami wkrótce zajął się Simeon. Również Korin usłyszał za swoje, zrugany przez Maynarda i ostrzeżony, co stanie się przy następnej jego niefrasobliwości, takiej jak ta, która spowodowała przebudzenie obrońców grobu.

O strzelaniu z łuku do szkieletów
MG – Będę ograniczał obrażenia zadane z łuku szkieletom.
Montcort rzuca na obrażenia od pierwszego strzału i jak zwykle on wyrzuca “1”.
Keffar – Montcortowi nie trzeba ograniczać.

Po walce Maynard straszliwie zrugał Korina, aż chłopakowi w oczach stanęły łzy.
Montcort niby od niechcenia – Ilu zabiłeś?
Maynard – Dwóch
Montcort – Dwóch zabiłeś jednego popłakałeś?

Omijając starannie sarkofag, awanturnicy poczęli plądrować skarb złożony w komorze grobowej. Z początku nieco się krygowali i spoglądali ukradkiem po sobie, ale w końcu dali upust chęci łatwego zarobku. Kilkanaście kilogramów srebrnych monet z dawnych czasów znalazło się w jednej z oczyszczonych skrzynek. Do amfory z alkoholem dobrał się Keffar i Montcort, ale moc trunku omal nie pozbawiła ich oddechu. Postanowili na powrót zakorkować naczynie i wrócić do alkoholu w bardziej sprzyjających warunkach.

Drużyna znajduje dziwny starożytny miód pitny
Keffar – To ja sobie łyknę
Montcort – To ja tez sobie łyknę!
MG – Keffar, rzuć sobie na paraliż.
Montcort – To ja nie łykam! Nie łykam!

Montcort nie mógł się nacieszyć wystarczająco mocno z odnalezienia rydwanu. Obejrzał go z każdej strony, przyjrzał się jego niedostatkom i stwierdził, że pojazd da się naprawić, a zawsze o takim marzył. Razem z towarzyszami rozpoczął rozkładanie go na części, inaczej wyciągnąć go z tego miejsca wydawało się nie sposób. Przez cały ten czas Simeon zajmował się odcyfrowywaniem płaskorzeźb i napisów z sarkofagu. Obrazy przedstawiały sceny z życia pochowanego, jak sądzi alchemik. Bitwy, hołdy, wielkie czyny kogoś, kto zwał się Maho-Anura czempion Maximalthea. Niestety te nazwy nic nie mówiły naukowcowi, a czar czytania nieznanego pisma był ostatnim jakim on dysponował, dlatego zaproponował reszcie towarzystwa odpoczynek nocny przy ognisku w pobliżu korzeni.

Simeon zastanawia się czy wie coś na temat stworzenia, którego imię wyczytał na sarkofagu.
MG gry zastanawiając się nad szansą – Ile masz mądrości?
Simeon – 16
MG rzuca kością – Nic nie wiesz o Maximalthei.
Maynard – Jakbyś miał 9 i czytał komiksy to byś wiedział.

Simeon tłumaczy cierpliwie, że wykończyły mu się już wszystkie czary i musi odpocząć, żeby wymedytować nowe, po czym kładzie się spać.
Maynard znawca czarostwa – Simeonie, a nie mogłeś się nauczyć tych czarów w domu?

Haeriego przez cały czas interesowała zawartość sarkofagu, tak skrzętnie omijanego przez towarzyszy. Kiedy więc Simeon odszedł od niego, a reszta towarzystwa zajmowała się wynoszeniem rydwanu, ostrojczyk podjął próbę zdjęcia wieka kamiennej trumny, bez wyraźnego skutku. Dopiero kiedy z pomocą przyszedł mu Maynard z Thatelachem, droga do jej zawartości stanęła otworem.

Drużyna przystępuje do wspólnego podnoszenia wieka, w końcu choć odrobinę ruszyło.
Maynard – Na razie jeszcze nikt nam nie pomaga od środka?

W surowym, kamiennym wnętrzu trumny leżał pożółkły, humanoidalny szkielet, który musiał należeć niegdyś do rosłego męża. Resztki skórzanego odzienia i stary hełm nie wzbudziły zainteresowania awanturników, czego nie można było powiedzieć już o krótkim mieczu z brązu, na którego głowni jarzyły się leciutko czerwone runy. Haeri na wszelki wypadek przerwał przy pomocy topora kręgi szyjne szkieletu, oddzielając czaszkę od reszty kości i dopiero wtedy sięgnął po miecz. Jeśli ktoś spodziewał się jakichś niezwykłych wydarzeń to musiał być bardzo rozczarowany, bo nie stało się kompletnie nic. Miecz w końcu trafił w ręce Keffara, a drużyna postanowiła porozmawiać o tym, co robić dalej.

Haeri trzyma w rękach czaszkę wyciągniętą z sarkofagu.
Haeri – Czuję że powinienem zadać jakieś pytanie.
Maynard – Dubi dubi du?

Keffar z Maynardem wyjrzeli na zewnątrz jaskini i z zadowoleniem stwierdzili, że przestało padać, za to zbliża się już ku zmierzchowi. W pewnym momencie, na granicy widoczności przemknęła jakaś istota. Tylko czujne oko Keffara zdołało ją dostrzec. Łowca ruszył w dół zbocza ku ścianie lasu i wkrótce stał nad śladami istoty o jednej z nóg przypominającej szpon drapieżnego ptaka. Po raz kolejny ten ślad pojawił się i nie kojarzył się dobrze, bo poprzednio widzieli go tuż obok świeżego dołu z krwią.

Dyskusja, wracać czy nie wracać do osady na nocleg. A może zostać w grobowcu?
Keffar pewny siebie – Co nam zrobią? I tak warty trzymamy i tak warty trzymamy.
Maynard z przekąsem – Tak, powiedz to mułowi Montcorta.

Po tym znalezisku drużyna postanowiła pozostać na noc w korytarzy podziemi, wystawiając warty również przy wyjściu z jaskini do lasu. Kilka godzin po północy, kiedy wydawało się, że noc minie już bez żadnych groźnych wydarzeń, na nogi podniósł wszystkich przeraźliwy wrzask Korina…


O taki nam się przydarzył cliffhanger. Tymczasem co tam słychać w naszych fajnych wątkach, prócz niezwykle ważnej misji renowacji rydwanu? Przypomnijmy

- W Dolinie Lodowego Lasu znajduje się kilka osad. Osiedlisko Rogate Koźle, leżące na południowy zachód od niego Ulepki, Palisada gdzieś na północnym zachodzie w pobliżu wycinki, Smolary ledwo o rzut kamieniem dalej, a także leżąca na północnym zachodzie osada dzikich.
- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione wnętrznościami i krwią jakich stworzeń. Okazuje się, że pojawiły się wcześniej niż drwale. Drużyna przybyła tutaj zbadać ten fakt.
- Z jakiegoś powodu przy jednym z zasypanych dołów pojawił się rój os, czy to czyjeś celowe działanie?
- Drugi z dołów wypełniony był wyłącznie krwią i resztką wnętrzności. Gdzie kości, mięśnie, jakieś większe części człowieka?
- Co Eldad, młodzieniec niespełna rozumu ma wspólnego z dołami z krwią i tajemniczą jaskinią? A może nie ma nic tylko nie rozumie ich znaczenia?
- Wizja szamana niepokojąco zbiegła się z wydarzeniami następnego dnia. Jakim stworzeniem był plugawy wilk ze świata duchów?
- Tajemnicza jaskinia okazała się wejściem do starożytnego grobowca Maho-Anura czempiona Maximalthea. Kim była ta istota i czy ma jakiś związek z wydarzeniami ostatnich tygodni?
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy?
- Wszędzie tutaj sporo pająków, ich jad potrafi być dla człowieka śmiertelny, to bardzo wymagający przeciwnicy.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.