Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 75 - Owieczka na ruszcie

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl

Szeroka na 7 i głęboka na 12 metrów rozpadlina powstała nagle w niejasnych okolicznościach. Na jej dnie widać tunel, z którego wedle słów synów latarnika wychynąć miał troll i porwać owcę, która spadła na dno parowu. Bohaterowie mocują liny i na oczach ciekawskiej gawiedzi (do latarnika i jego rodziny, dołączyły dzieciaki z sąsiedzkich farm) opuszczają się w dół.

Rozpadlina powstała w miejscu jakiegoś podziemnego pomieszczenia. Pod zwałami kamieni i ziemi widać fragmenty zdruzgotanej posadzki. W tymczasowej ścianie, przysypane kamieniami tkwią drzwi z szarego, kamiennego z wyglądu drzewa. Te nie dają się otworzyć, przynajmniej nie bez ogromu włożonej pracy, za to po drugiej stronie rozpadliny zieje wilgocią mroczny otwór korytarza.

Zdziwienie bohaterów jest ogromne, kiedy zdają sobie sprawę, że korytarz jest wynikiem pracy wcale zdolnego architekta. Ciosany kamień ścian, wysoki sufit, kamienne płyty posadzki. Krótki korytarzyk prowadzi do sali z piecem do wypalania naczyń i dużą ilością, przeróżnej wielkości garnków, stągwi, miseczek i flasz wypełnionych dziwnymi substancjami. Kolejne drzwi i drużyna staje w jadalni z długim drewnianym stołem i ławami, na których walają się sztućce i miski po jakby dopiero co skończonym posiłku. Słowo dane Geltemu zaczyna ważyć więcej niż się początkowo wydawało.

Za kolejnymi drzwiami Keffar zatrzymuje drużynę. Na samym środku skrzyżowania korytarzy stoi metrowej długości żuk, o świecącej oleiście skorupie i groźnie zadartymi w górę rogami, zaraz za nim drugi jego pobratymiec. Drużyna mierzy się z niepewnymi stworzeniami wzrokiem przez dłuższą chwilę, a Keffar powolutku wycofuje wszystkich do jadalni. Stworzenia również oddały pola, wycofując się gdzieś w głąb kompleksu. Niestety okazało się, że te dwa to tylko połowa z żerujących w spiżarni gigantów, reszta przypadkowo odcięta od wyjścia rzuca się wściekle na drużynę.

Jak to już jest w zwyczaju, pierwszy impet przyjmuje na siebie Keffar. Pierwszy z żuków pluje na niego oleistą substancją parząc boleśnie odsłonięte fragmenty ciała łowcy, po czym szarżuje z nisko pochylonym łbem paskudnie rogami raniąc słabiej opancerzone nogi. Drużyna rzuca się do walki. Nuadu stara się zasłonić mniej odpornych na ciosy towarzyszy i sam zostaje lekko ranny, ale poza tym już nikt nie zostaje poszkodowany. Kilka minut później wszyscy ze współczuciem patrzą na opatrywanego Keffara, którego skóra pokryła się czerwienią oparzeliny i bąblami. Feste proponuje jakiś specyfik, który jednak prócz tego że pomaga, również straszliwie piecze, zamieniając marudzącego Keffara we wściekłego marudzącego Keffara. Obywa się jednak bez ofiar.

Okazuje się, że żuki przyszły krętymi schodami ze znajdującego się około 8 metrów niżej poziomu. Z małej komnaty, na którą wychodzą schody, awanturnicy przenoszą się do korytarza, w którym wyraźnie pachnie pieczystym. Skradając się bohaterowie docierają do otwartych drzwi dużej komnaty na środku której, nad ogniem opieka się nabita na ruszt owieczka. Na wielkim stosie skór i śmieci służącym za barłóg leży natomiast śmierdzący troll, podśpiewując pod nosem jakąś nieznaną piosenkę.

Jeszcze ciszej niż poprzednio, awanturnicy wycofują się do pomieszczenia ze schodami i postanawiają przemyśleć dalsze posunięcia. Dość żywiołową rozmowę przerywają jednak zbliżające się dźwięki ciężkich kroków i pobrzękiwania metalu. Drużyna cichcem wbiega po schodach na wyższy poziom.

View
Skrzydła Rocranon cz. 74 - Koniec rocranońskiego lata

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Od oblężenia Sotham przez morskie diabły mija tydzień. Ten czas drużyna wykorzystuje na złapanie oddechu i pomoc w przeorganizowaniu się i dostosowaniu mieszkańców Sotham do nowych warunków. Okryci chwałą i sławą obrońców portu, która przyćmiła nawet sławę rycerstwa broniącego zamku i murów stają się autorytetami dla rozmaitych grup. Keffar i Montcort bierą udział w naradach w zamku i długoterminowym planowaniu strategii, Nuadu pomaga byłym niewolnikom ze statku Trozzego w asymilacji i stworzeniu nowej społeczności, Simeon pomaga Oethedowi w przetrząsaniu biblioteki w poszukiwaniu odpowiedzi, Mabon i Feste pomagają w organizowaniu prowizorycznych siedzib dla napływających do miasta ludzi z okolicznych wiosek.

Samo miasto zaroiło się ofiarami wojny i uchodźcami. Wiele osób poniosło poważne rany i wielu kalekich ludzi widać na ulicach.Folke Artin i jego straż miejska ma sporo problemów z utrzymaniem porządku – w mieście pojawiło się zbyt wielu nędzarzy, żebraków i ludzi szukających kąta – a pomiędzy nimi drobnych złodziejaszków, paserów i podobnego sortu spod ciemnej gwiazdy próbujących zarobić na ludzkim nieszczęściu, braku żywności i zawierusze wojennej.

75 dzień wzrastania

Mabon budzi się rano słysząc nieprzyjemny odgłos tarcia. Odwraca się i widzi Keffara stojącego do niej tyłem, pracującego zawzięcie nad czymś co leży na dużym dębowym stole. Ze stołu na podłogę kapie krew i zbiera się w sporej kałuży. Kap, kap, kap. Przerażona i zahipnotyzowana Mabon widzi jak Keffar odwraca się ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. W ręce trzyma małego trolla, którego trze na miazgę na tarce do prania…

Zlana potem Mabon budzi się – to był tylko sen. Czy aby na pewno? Gdzieś z oddali dochodzi taki sam odgłos tarcia. Wyglądając przez okno Mabon orientuje się jednak z ulgą, że to tylko uczniowie Simeona pracują nad jakimś roślinnym przecierem potrzebnym do alchemicznych eksperymentów.

Tymczasem na zamku już od wczesnego rana trwają ożywione dyskusje i narady. W zamku zjawił się Artis – dyplomata z Haegavo, proponujący pomoc w rozwiązaniu problemu ryboludzi. Szlachta wydaje sie popierać ten pomysł, jednak sam Wanryk Śmiały szybko ucina ich ekscytację – nie ma zamiaru sprzymierzać się z ludźmi do których najwyraźniej żywi jakąś osobista urazę. W szorstkich słowach odprawia posła, ku niezadowoleniu szlachty. Jedynym skutkiem wizyty posła są wiadomości o tym, że ataki ryboludzi dotknęły tylko osady leżące wzdłuż wybrzeża Zatoki Kła. Warto wspomnieć, że Zatoka Kła jest obecnie strategicznym akwenem Rocranon: zapewnia bezpieczny port oraz, co ważniejsze, dostarcza Ostrzyc – ogromnych i smacznych ryb, które są najważniejszym surowcem eksportowym Rocranon i na nich opiera się obecne bogactwo wyspy. Jednym z kluczowych miejsc w zatoce jest latarnia na małej wyspie “czopującej” wejście do zatoki. Problem jej bezpieczeństwa zostaje podniesiony przez Simeona, co spotyka się z aprobatą starszego nad monetą Gilliama, który obiecuje zorganizować wsparcie dla wyspy. Drużyna proponuje też zaplanowanie komunikacji z latarnia, na wypadek ataku ryboludzi. Korzystająz z chwili uwagi Simeon i Oethed przedstawiają wyniki swoich badań nad zapisami o ryboludziach – okazuje się, że ataki tego typu zdarzały się już, średnio co kilkadziesiąt lat. W księga znajdują się dokładne zapiski o co najmniej trzech takich atakach, a więcej można znaleźć w zapisach legend i baśń z odleglejszych w czasie lat. Niepokojące wydaje się fakt, że ataki częstokroć trwały nawet i cały sezon, a ryboludzie potrafili wedrzeć się daleko w głąb lądu. Kroniki mówią jednak, że na suchym lądzie tracą oni nieco ze swoich zdolności bojowych i są zgodne, że to w głębi lądu dokonywano ostatecznego starcia i zniszczenia nacierających sił. Oczywiście dowódca obrony zostawał potem władcą wyspy. Jedna z relacji wspomina jednak o nieznanym artefakcie, który rzekomo miał wspierać obrońców, a który pojawiał się w posiadaniu bohatera dowodzącego siłami Rocranon. Rzeczony artefakt był według podania przechowywany przez elfy zamieszkujące puszczę Quonit na północ od miejsca, gdzie obecnie znajduje się Sotham. W samej relacji pojawia się wiele odniesień gnostycznych do magii krwi a sam tekst jest bardzo surowy, w przeciwieństwie do bogatych w erystyczne konstrukcje pozostałych bohaterskich eposów. W tym jednak momencie, kiedy Oethed chciałby zwrócić na te interesujące fakty uwagę, do sali wchodzi Jacques Gujoza, demonstracyjnie padając na jedno kolano przed Wanrykiem i wygłaszając kwiecista mowę o tym jak to ze swymi ludźmi wyjechał na krucjatę przeciwko elfom, w czasie, gdy Sotham zagroziło tak wielkie niebezpieczeństwo. Zapewnia, że wrócił, gdy tylko dowiedział się o problemach i przyprowadził ze sobą trzydziestu rycerzy i drugie tyle lekkozbrojnych, aby wesprzeć siły Sotham w walce z diabłami morskimi, a siebie oddaje pod bezpośrednia komendę Wanryka. Ta manifestacja wywołuje podziw wśród zebranych, który postanawiają wykorzystać przedstawiciele Kościoła Ostatecznego Porządku. Wraca temat pozyskania sojuszników w postaci paezurczyków, co jednak nie podoba się szlachcie. Keffar wtrąca swoje trzy grosze proponując wynajęcie ostrojczyków za godną cenę, co jednak natychmiast zostaje skontrowane faktem, że ostrojczycy w ostatnim czasie pracują głównie dla argadyjczyków, z którymi Wanryk nie chce mieć do czynienia. Jeden z przedstawicieli rady kupców (?) niejaki Wellson, nalega, aby walczyć własnymi siłami i stworzyć federacje opartą na osadnikach mieszkających na Rocranon. Pomysł Keffara, aby w poczet osadników zaliczyć także dzikich – oraz elfy i innych rdzennych, nieludzkich mieszkańców wyspy wywołuje osłupienie a niedługo potem ożywiona dyskusję, krzyki i kłótnię. Głosy aprobaty szybko zostają jednak zagłuszone przez szlachtę i zwolenników Kościoła.

Montcort przedstawia teorie spiskowe na radzie.
Simeon – Montcort Max Kolanko!
Montcort – Mówię jak jest!

Po obradach drużyna wreszcie ma trochę czasu aby dokonać dokładniejszej inspekcji statku, który został wyremontowany. Keffar rozglądając się w porcie za kandydatami do załogi, obserwuje jak rozładowywany jest statek z pomocą z wioski Trzewia. W pewnej chwili widzi jak po podeście schodzi na ląd barczysty wielkolud z ogromną maczetą niedbale przerzuconą przez ramię, bystrymi oczami taksujący okolicę. Za nim pojawia się dwóch ludzi w tunikach z symbolami Kościoła Ostatecznego Porządku. Keffara uderza uczucie – ja już tego gościa gdzies widziałem… I tak, chwila namysłu i Keffar postanawia, że lepiej dla wszystkich będzie się nie witać i rozejść w dwie przeciwne strony. Rzeczeni ludzie to ekipa, która swego czasu polowała na centaury i zabiła w bestialski sposób jednego z nich nieopodal Trzewi.

MG opisuje bardzo dokładnie i w kwiecistych słowach wyremontowany statek drużyny
Keffar – A grzane zydle ma?

Druzyna stwierdza, że w Sotham zaczyna się robić tłoczno, szczególnie zagęszczenie osób wspierających prawo i porządek przekracza tolerowane przez większość osób w drużynie normy, tak więc zapada decyzja o zostawieniu wielkomiejskiej polityki innym i o udaniu się z wizytą w dzikie ostępy. Pada pomysł o odwiedzeniu starych znajomych w Talzanii. Na popołudnie zaplanowano kolejna naradę, otwartą dla wszystkich obywateli Sotham i na niej drużyna postanawia zakomunikować władzom miasta, że poszukają rozwiązania problemu ryboludzi na własną rękę.

Mabon – ale jak to idziemy do Wanryka na kolację? Nie mam się w co ubrać!
Keffar – pomalujmy ją farbkami Festego!
Montcort – Ale farbki Festego są do białego mężczyzny a nie negroidalnej kobiety!
Mabon – Ja nie jestem negroidalna! Tylko dawno się nie myłam…

Na naradzie Arles Wellson ogłasza wszem i wobec decyzje Wanryka Smiałego. Otóż armia Sotham ma wyjść ryboludziom na spotkanie w otwartym polu, że nowym bohaterem i przyszłym królem całego Sotham jest zwycięski Wanryk Śmiały, a każdego kto zaciągnie się pod jego sztandar opromieni wieczna chwała. Wiwatom w tłumie nie ma końca.

Po części oficjalnej, Simeon próbuje przekonać Wellsona, aby zorganizował osobiste spotkanie z Wanrykiem, na którym chciałby przedstawić plan drużyny. Słowa jednak odbijają się od Wellsona, którego umysł zaprzątnięty jest już organizacją wielkiej kampanii. Półgębkiem obiecuje, że porozmawia z Wanrykiem i przyśle w razie czego umyślnego. Drużyna postanawia poczekać do dnia po święcie ostatniego dnia lata.

Noc – 76 dzień wzrastania / 1 dzień starości – święto

Równonoc jesienną drużyna postanawia spędzić tak jak inni ludzie – świętując. Zgodnie z tradycją w tę ostatnią noc lata odbywają się pielgrzymi z pochodniami na okoliczne wzgórza, a ludzie biesiadują przy ogniskach, zażywają symbolicznego odpoczynku od trudów letnich prac a także dają upust radości i innym żądzom, świętując koniec urodzajnego okresu zbiorów. Noc kończy się za szybko i rankiem pierwsze zimne podmuchy wiatru witają pierwszy dzień jesieni.

1 dzień starości

Po dwóch dniach, nie doczekawszy się wizyty posłańca od Wanryka, drużyna uzupełnia zapasy na podróż i okrętuje się na swój statek. Kierunek: Trzewia. Ciągle czujni, pamiętając o niebezpieczeństwie ze strony ryboludzi, bohaterowie żeglują wzdłuż południowego wybrzeża Zatoki Kła, ciągle mając w zasięgu wzroku ląd. Po kilku godzinach, ze sprzyjającym wiatrem na horyzoncie dostrzegają zarys wysokiej budowli – latarni. Pamiętając o szczególnym znaczeniu tego miejsca, drużyna postanawia sprawdzić, czy załoga latarni nie ucierpiała w jakimś ataku ryboludzi. Przybiwszy do brzegu szybko orientują się, że dzieje się coś niedobrego – w ich kierunku z krzykiem biegnie dwóch wieśniaków. Dziękując niebiosom za ratunek dopadają do naszych bohaterów przekrzykując się tłumaczą co się stało – gdzieś na wyspie otwarły się “piekielne czeluście”, a z nich wychodzą potwory i kradną “łowiecki”.

O powitaniu lokalnych farmerów:
Montcort – jaka odmiana, zawsze do nas kamieniami rzucali…

O dziurze z potworami
Montcort – ale tylko zajrzymy do środka, mam rację, nie?…

Drużyna obiecuje zająć się potworami, jednocześnie dopytuje o ewentualny problem z ryboludźmi. Na szczęście młodzi farmerzy, bliźniacy o wdzięcznych imionach Hrido i Wido i posługujący się równie wdzięczną gwarą, nic nie słyszeli o diabłach morskich. Bracia prowadzą druzyną do wieży – jak się okazuje prostego stosu kamieni układanego bez zaprawy – gdzie rezyduje latarnik, Gelto, ojciec bliźniaków. Gelto zapytany przez Keffara opowiada swą historię posługując się całkiem przyzwoitym językiem argadyjskim – był kiedyś oficjelem na dworze, ale w wyniku jakichś machinacji politycznych został zesłany za karę na tę wyspę. na pocieszenie dostał do towarzystwa niejaką Radissę, która została jego żoną. Wprawdzie niezbyt obyta i rozgarnięta, dobrze zajmuje się domem a i innych “talentów” jej nie brak. Kiedy drużyna zajęta jest słuchaniem opowieści i pałaszowaniem kolacji, wieśniacy organizują line i pochodnie niezbędne do badania lochów. Po posiłku bliźniacy prowadzą drużynę do piekielnej czeluści…

View
Skrzydła Rocranon cz. 73 - Noc w której ożyło morze

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 65 wzrastania

Cały dzień minął na szkoleniu rekrutów i przygotowaniu barykad w porcie, w mieście pojawiają się patrole złożone z rekrutów. Nastroje w mieście stają się coraz bardziej napięte. Kulminacją jest nocny atak nieznanego osobnika. Zdarzenie rozpoczęło się od Nuadu, który zauważył dziwna postać przeskakującą przez mur i przemykającą w porcie pod osłoną nocy. Nuadu podążą za osobnikiem, który znienacka atakuje jednego ze strażników pełniących wartę w porcie. Strażnik ginie, ale Nuadu podnosi alarm, przeciwnik zmuszony jest do ucieczki. Napastnik okazuje się jednak bardzo zwinny i kilkoma susami udaje mu się uciec wykorzystując dachy budynków portowych. W dokach patrol Nuadu znajduje porzuconą łódź rybacką.

Dzień 66 wzrastania

Przyspieszona naprawa statku Simeona zostaje ukończona, zostaje on zabezpieczony w dokach na czas potencjalnego oblężenia. W międzyczasie na zamku odbywa się publiczna debata nad losami wyspy. Okazuje się, że jeździec konny, który w galopie minął pewnego dnia drużynę wiózł ze sobą makabryczne trofeum – głowę istoty z głębin – ryboczłeka. Istoty te, przez gmin zwane Diabłami Morskimi, były przyczyna upadku Przystani Pawolda. Groźba ataku z morza staje się naprawdę realna. Szacowny Oethed z Berne, uczony, wygłasza długie oratorium na temat istot i aktualnego stanu wiedzy na temat ryboludzi i przeszłych z nimi kontaktów – wygląda na to, że to nie pierwszy raz, kiedy to zagrożenie pojawia się w historii wyspy. Techniczny monolog uczonego przerywaj Keffar z Montcortem, którzy raportują spotkanie druzyny z diabłami morskimi podczas powrotu na Rocranon z Haegawo, kiedy to dzielnie dali opór istotom atakującym inny napotkany statek. Oczywiście słowem nie wspominają o taktycznym odwrocie. Swoja znajomością tematu zjednują sobie znów władców miasta, co pieczętuje ich pozycję jako dowódców obrony miasta. Po naradzie Simeon nawiązuje kurtuazyjna rozmowę z Oethedem i poleca swoją pomoc w przeszukiwaniu księgozbioru zgromadzonego w Sothamskim zamku i Świątyni, mając nadzieję, ze dodatkowa wiedza może w przyszłości okazać się kluczem do rozwiązania problemu. Gdy Simeon przekopuje kolejne sterty książek oraz pomaga swoim uczniom przygotowywać mikstury leczące, pozostali członkowie drużyny wracają do swoich zadań. Niestety nadchodząca noc nie będzie okazją do odpoczęcia po trudach dnia.

Noc z 66 na 67 dzień wzrastania

Podczas wart Nuadu w obozie obrońców na wybrzeżu podnosi się alarm. Niskie wyszkolenie i morale przygodnych żołnierzy rekrutowanych z gminu wywołują początkowo zamęt i panikę, którą Nuadu szybko ucina w krótkich, żołnierskich słowach przywołując dowódców pododdziałów do porządku i dobiera ich raport. Rozpoczął się atak ryboludzi na port!

Mabon i Festwe wysyłaja uliczników na zwiady po dachach domów. Od strony portu natomiast słychać dziwne skrzeczenie, przechodzące w wycie, które mrozi obrońcom szpik w kościach. Już po chwili z wież zamku widać pierwsze lecące pociski wystrzelone z trebuszy. Płonące kule wkrótce oświetlają port i ukazują przerażające sylwetki ryboludzi wychodzące na brzeg, uzbrojone po zęby w długie włócznie, dziwne prymitywne miecze i lekkie kusze dziwnej konstrukcji. Wśród nich wyróżniają się szczególnie duże osobniki, wyższe od przeciętnego człowieka, muskularnie zbudowane. Także jedna z postaci przykuwa wzrok – obwieszona dziwnymi totemami i fetyszami – wygląda jakby skupiała wokół siebie szczególna uwagę pozostałych istot. Pod jej rozkazami ponad setka istot karnie ustawia się do szyku bojowego i rusza z impetem na umocnienia. Ryboludzie wyglądają na prawdziwych, szkolonych wojowników.

Przeciwko nim na barykadach zgodnie z rozkazami Keffara ustawiają się obrońcy. Przewagę w wyszkoleniu ryboludzi mają nadzieję zrównoważyć ilością i elementem zaskoczenia. Czekają w pełnym napięcia milczeniu licząc kolejne uderzenia serca i obserwując zbliżających się przeciwników. Jeden, dwa, trzy… Teraz! Krzycza jednoczesnie Montcort i Nuadu na dwóch przeciwległych flankach, oddając pierwsze strzały wskazując cel swoim łucznikom. Śmiercionośna salwa opada na niczego niespodziewających się ryboludzi.

Po udanym, aczkolwiek niezbyt śmiercionośnym strzale:
Nuadu do Montcorta: podrzuciłeś mi serowe strzały jak spałem!

Strzały jednak nie powstrzymują natarcia. Na całej długości frontu ryboludzie dopadają do barykady i zaczyna się okrutna walka w zwarciu. Na flankach udaje się obrońcom odeprzeć atak, zabijając wielu ryboludzi przy minimalnych stratach własnych, jednak centrum nie wytrzymuje zmasowanego ataku i musi się wycofać. Jednocześnie morale obrońców zostaje wystawione na próbę, gdy w porcie pojawia się kolejny oddział ryboludzi. Wraz ze swoimi łucznikami Nuadu próbuje wygrać bitwę przelewając krew dowódcy. Mimo słabego światła celuje i trafia w szamana! Ten z rykiem odwraca się, ale tylko po to aby zobaczyć złowrogi cień opadający z nieba. Łapiąc się za przeoraną pazurami twarz, kapłan ryboludzi wycofuje się w głąb swoich oddziałów. Ani Feste ani Nuadu nie mają już szansy go zaatakować, pozostaje jednak nieuchwytny cień z niebios – jeden z bojowych orłów Montcorta. Ptak ponawia atak, jednak zostaje przepłoszony gradem strzał ochroniarzy kapłana. Jedna z takich strzał trafia także nieszczęśliwie w Festego, który bez ducha zostaje odciągnięty z barykady. W ostatnim zrywie udaje się utrzymać go przy życiu dzięki jednej z mikstur leczniczych od Simeona.

O nieprzytomnym Feste:
Keffar: Lewatywę mu zrób z flaszki leczniczej!
Montcort: od razu, kroplówkę mu daj, dziurę już ma do wenflona…

W tym czasie obrońcom w odważnym zrywie udaje się odzyskać barykady w centrum, a natarcie ryboludzi na flankach załamuje się. Podbudowani i rozochoceni widmem zwycięstwa ludzie opuszczają swoje barykady i nacierają na wycofujących się wrogów spychając ich do morza. W centrum ryboludzie walczą zaciekle, powalając wielu obrońców, ci jednak nie dają za wygraną i ostatecznie dziesiątkują napastników, biorąc pozostałych przy życiu ryboludzi w niewolę.

Jeszcze zanim zaświtały pierwsze promienie słońca bitwa była wygrana a miasto obronione. Spośród przeszło dziesięciu tuzinów atakujących ryboludzi śmierć poniosła prawie setka a ośmiu zostało wziętych do niewoli.

W czasie bitwy Simeon wraz ze swoimi uczniami prowadził nieopodal barykad prowizoryczny lazaret. Dopiero rankiem okaże się, jak dobry był to pomysł. Wykorzystując całą swą wiedzę Simeonowi udało się uratować cztery tuziny spośród obrońców, którzy doznali ran podczas szturmu ryboludzi. Kolejnego dnia jednak nie ujrzało szesnastu mieszkańców miasta. Tylko, a może aż? Pierwsze promienie słońca ujawniły też rozmiar strat jakich doznały budynki poza murami miasta, a żyw nie uszedł nikt z tej garstki nieszczęśników, którzy uparcie zostali bronić swoich domów.

Ryboludzie zostali odparci, ale groźba z ich strony nie została zażegnana definitywnie. Co zrobią bohaterowie teraz? Będą nadal wspomagać ludzi w obronie miasta, czy poszukają jakiegoś heroicznego sposobu na zażegnanie problemu raz na zawsze? Otwiera się wiele dróg…

Podliczanie XPków, a Mabon ciągle na 1 poziomie:
MG – Mabon ma 720 xpeków…
Mabon (bez entuzjazmu) – Jeeej… tłumy szaleją…

Podliczanie XPków cd., MG tłumaczy jak liczy XP za walne bitwy:
Keffar – a ile jest za jednego ryboludzia luzem?
MG – jakieś 120…
Keffar – ILE? O_O
Montcort – Keffar! DAWAJ TYCH WZIĘTYCH ŻYWCEM!

Podliczając straty po stronie ryboludzi:
MG – zabiliście jednego porucznika!
Keffar do Montcorta – mielibyśmy generała, gdyby ta Twoja kura trafiła!

View
Skrzydła Rocranon cz. 72 - Zaciąg

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 64 wzrastania

Rankiem 64 dnia wzrastania bohaterowie stają przed jedną z bram Sotham – prowadzącą do biedniejszej części miasta. Dziwnie duże zbiegowisko ludzi i długa kolejka do wejście (chyba straż prowadzi akcję typu “znicz” i trzepie wchodzących do miasta ludzi pod kątem dziwnego zachowania).

O mapie pokazanej przez MG:
MG – Nuadu pierwszy pochwalił, to dostanie 5 xpeków.
Montcort – A można przebijać? (do żony) ASIAAA! CHOĆ ZOBACZ JAKĄ FAJNĄ MAPĘ SŁAWEK ZROBIŁ!
Mabon – No nie. Muszę sobie jakąś żonę sprawić…
MG – No to Montcort przebił…
Nuadu – Ej… Kto daje i odbiera…

Długie oczekiwanie może być przyczyną znudzenia bohaterów, a to zwiększa szanse na ni szanse na ciekawe wydarzenia. Kręcący się niespokojnie Feste wpada na 140 KG żywej masy ciała – potężnie zbudowanego Ostrojczyka, który okazuje się dość nieufny w stosunku do ludzi, szczególności takich wyglądających na rzezimieszków. natychmiast oskarża Festego o kradzież sakiewki, łapie biednego chłopaka za nogę i do góry nogami unosi w powietrze. Sprytny Feste niewiele się zastanawiając wymierza precyzyjny cios w najbardziej czułe miejsce każdego mężczyzny. Okazuje się, że Ostrojczycy niczym nie różnią się pod tym względem od innych ludzi i oto wolny Feste szybko umyka za plecy pozostałych członków druzyny.

Feste: to ja z całej siły ściskam jego “klejnoty”
MG: Feste, “Z całej siły”? Masz 9 siły… w Twoim przypadku tak się nie mówi…

Dwóch Ostrojczyków zawsze sie potrafi dogadać i juz po krótkiej chwili Keffar zdobywa zaufanie nieznajomego, który przedstawia się jako Sokni Dwie Córy. Sokni zostaje zaproszony na kolejkę do Gildii Alchemików. Podczas wędrówki ulicami miasta Montcort próbuje dociec o co chodzi z przezwiskiem Sokniego. Niewybredne komentarze pod adresem córek Ostrojczyka sprawiają, że atmosfera staje się napięta. Na szczęście dobry trunek potrafi złagodzić największy gniew. Keffar próbuje zwerbować Sokniego do pomocy w obronie miasta, ten jednak nie zamierza pracować dla “władzy”. Ostatecznie obiecuje, że na wiosnę, gdyby drużyna potrzebowała załogi okrętu – będzie można znaleźć go w Sotham lub okolicach. Ostrojczyk zostawia prezent w postaci srebrnej, rzeźbionej w dwa splecione węże spinki do płaszcza. Warto wspomnieć, że w międzyczasie pojawia się także rudy Gauwis ze straży przynosząc zapłatę za obywatelski patrol dnia wczorajszego – całe 30 kłów.

Drużyna wyrusza z wizytą do kapitana straży, Folkego. W Gildii pozostaje Simeon i jego uczniowie, aby zająć się bardziej przyziemnymi sprawami (“najpierw crafting”). Folke przedstawia zakres obowiązków drużyny – organizacja rekrutacji, szkolenie rekrutów oraz nieco papierkowej roboty. Cała drużyna ma otrzymywać 63 kły żołdu tygodniowo. Po umówieniu szczegółów drużyna rusza do Gildii Dokerów ustalić szczegóły budowy barykad w porcie, po drodze stając się świadkami nagłego zdarzenia – oto głównym traktem miasta w kierunku zamku pędzi na znakomitym rumaku posłaniec, roztrącając w pośpiechu ludzi. Do łęku siodła przytroczony ma pokaźny worek z którego kapie świeża krew. Bohaterowie postanawiają na tę chwilę pominąć to wydarzenie i zabierają się za organizację barykad i werbunek rekrutów.

Trzeba przyznać, że Keffar i Montcort nawykli są do wydawania rozkazów i organizacji tego typu przedsięwzięć wojskowych. Nieco zagubieni czują się Mabon i Feste. Swoim zwyczajem pakują się w tarapaty. Podczas wędrówki w dokach Mabon zostaje zaczepiona przez dwóch podpitych weteranów siedzących na ławce przed jednym z szynków. “Hej panienko, chodź do nas!”, “Trzeba nam towarzystwa!”, “takim bohatyrom jak my dwaj się nie odmawia!”, “Daj-że pyska” – słychać standardowe zaczepki. Jeden z żołnierzy wstaje i zataczając się podchodzi. Mabon sparaliżowana sytuacją zamiast zwiewać stoi w miejscu. Żołnierz przedstawia siebie i kolegę – Lenio i Gauto i zaczyna nagabywać zmieszaną Mabon. Do akcji wkracza Feste. Sprowokowany przez żołnierzy słownymi groźbami postanawia działać stanowczo. Podkłada nogę jednemu z nich, wywracając obu. Wykorzystując ich alkoholową “nieporadność” Mabon i Feste wtapiają się w tłum.

Montcort (w tle) – Mabon, zrekrutuj ich!

W tym czasie Montcort i Keffar przeprowadzają przegląd zrekrutowanego wojska: dziesięć tuzinów zdolnych do walki, w tym trzy weteranów i dwa łuczników. Dowódcy wyrokują: mało wojska. Aby przyciągnąć uwagę Keffar wykorzystuje umiejętności Festego do zadziwiania tłumów. Okazując wielką odwagę pozwala Festemu rzucać nożami w jabłko leżące na własnej głowie! Ten pokaz brawury (Keffara) i umiejętności (Festego) zjednuje im tłum. Nogli-Cuir w krótkich żołnierskich słowach wychwala zdolności Keffara i przytacza dobrze znaną już na Rocranon historię “O trzech bramach”. Efekt: do oddziałów dołączają prawie trzy tuziny nowych rekrutów. Nieopodal Mabon udaje dogadać się w lokalnym slangu młodocianych gangów z przywódcą rzezimieszków z Sotham. Obiecują oni wspomóc obrońców jako kurierzy i poprzez swoje umiejętności posługiwania się procami.

Okazuje się, że sprawnie przeprowadzone przygotowania przyciągnęły uwagę nie tylko mieszkańców Sotham. Wieczorem pojawia się dziwnie odziany posłaniec, o niezwykle ciemnej karnacji. Zaprasza Keffara na jeden ze statków cumujących jeszcze w porcie. Okazuje się, że jego właścicielem jest niejaki Trozzo Kecci, kupiec z dalekich krain, który pragnie zdobyć sławę jako jeden z obrońców Sotham. Zwierza się, że zamierza tej nocy opuścić Sotham, ale przed wypłynięciem, za obietnicę uwiecznienia jego imienia w annałach historii, proponuje zasilenie szeregów rekrutów – o zgrozo! – niewolnikami, których trzyma pod pokładem. Wstrząśnięta drużyna widząc warunki jakie panują pod pokładem stawia warunek, że uwolnieni mają być wszyscy niewolnicy. Trozzo nie chce się zgodzić na wypuszczenie kobiet i dzieci. Nuadu wpada w furię i bierze Trozzo jako zakładnika, przykładając sztych miecza do jego gardła. Dwóch osiłków – ochroniarzy – rusza mu na pomoc, jednak ich pan wstrzymuje ich. Ostatecznie zgadza się uwolnić wszystkich niewolników.

Po wypłynięciu statku z portu, Nuadu oświadcza wszystkim niewolnikom, że od tej chwili są wolni. jednak ciężko stwierdzić, czy ta wiadomość dociera do ich świadomości. Drużyna tworzy dla nich azyl w jednym z magazynów portowych, organizuje jedzenie.

Dzień 65 wzrastania

Rankiem okazuje się, że pewna część niewolników zniknęła – zapewne postanowili szukać swojego szczęścia gdzie indziej. Spośród tych, którzy zostali Montcort rekrutuje dodatkowych obrońców – kolejne 3 tuziny wojowników.

View
Skrzydła Rocranon cz. 71 - Trzy trollątka

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Niedługo drużyna cieszyła się z zatrzymania regeneracji trolla. Gdy tylko zgasły płomienie, pozostałe rany zaczęły się na nowo zasklepiać. Simeon znów zakasał swój długi płaszcz i tym razem popędził do kowala. W tym czasie Montcort, którego nie najlepszej jakości łuk pękł w zawierusze, łapie reprezentacyjny miecz Festego i znienacka wbija trollowi w plecy. Troll zaczyna chwiać się na nogach, tak więc Feste postanawia wykorzystać jeden ze swoich asów w rękawie i sporo ryzykując rzuca małym nożem prosto w kłębiących się w walce przeciwników. Pech chce, że w tym czasie Keffar wyprowadzając cios włócznią wchodzi na linię strzału (rzutu). Nie dość, że obrywa nożem (póki co wygląda, że niegroźnie) to jeszcze wytrącony z równowagi zadaje bardzo słaby cios. Troll nadal żyje. Nie mija pięć sekund kiedy zaczyna działać trucizna, którą Feste nasmarował swoją broń. Ku przerażeniu wszystkich przyjaciół Keffar pada jak długi. Drużynie udaje się jednak kupić dość czasu, aby powrócił Simeon z wielkim garnkiem oliwy i zapaloną pochodnią. Z żywym, palącym ogniem i lepką oliwą troll nie ma szans. Montcort natychmiast dopada do Keffara, aby sprawdzić co się stało – na szczęście wojownik żyje, choć jest sparaliżowany. Simeon ustala, że przyczyną jest trucizna o nazwie Różany Pąs, która zwiotcza wszystkie mięśnie. Wszystkie. Szybko okrywają Keffara, aby uchronić jego honor przed ewentualnym wstydem. Drużyna znajduje wóz na który ładuje Keffara i stągwię pozostałej oliwy, którą Simeon kupił “na krechę”, tyle że na konto straży miejskiej (chyba się zdziwią).

Gadka-szmatka przed sesją:
Keffar – Kości mi się zepsuły…
Mabon (uczenie) – To się nazywa: osteoporoza.

W międzyczasie zjawia się straż miejska, z dowódcą o imieniu Folke Artin – u niego drużyna miała się zaciągnąć do pomocy w obronie miasta. Mieszkańcy Sotham widząc, że już po wszystkim wychodzą z ukrycia i gratulują drużynie. Jedyna osoba z drużyny Jorunda Byka, która przeżyła masakrę, rudzielec o imieniu Gauwis Willey, zjawia się wstrząśnięty przed drużyną i strażą miejską przepraszając i prosząc o wymierzenie surowej kary. Simeon postanawia dać lepszą lekcję i rozkazuje zapisać się do straży miejskiej, aby młodzieniec pomógł w nadchodzących dniach. Tym okazaniem łaski chyba zjednuje sobie sympatię Gauwisa. Drużyna wraca do Gildii Alchemików aby zająć się rannym Keffarem.

Gdzieś w tłumie znikają Feste z Mabon. W zamieszaniu nikt nie zauważył skąd wziął się sztylet w Keffarze, ale trefniś najwyraźniej lęka się Montcorta, który zaczyna coś podejrzewać. Oboje docierają do magistratu, jednak nie mają dostatecznej siły przebicia, aby znaleźć w tym urzędniczym chaosie kogoś kto pochyliłby się nad ich sprawą. Postanawiają wrócić jutro, w godzinach kiedy nie będzie tylu petentów. Wędrując do kapitanatu spotykają rudzielca (Gauwisa), który został wysłany ze straży miejskiej z misją dostarczenia wiadomości do Gildii Alchemików. Mabon i Feste postanawiają dowiedzieć się cóż to jest za przybytek.

Na miejscu okazuje się, że Simeon i jego uczniowie od dłuższego czasu zajmują się Keffarem. Nie będzie dane im jednak zaznać spokoju, gdyż co rusz pojawiają się nowi goście. Feste, Gauwis i Mabon zostają uraczeni jakąś ciepłą strawą, kiedy drużyna znów jest nagabywana przez Nogli-Cuira do pomocy przy obronie miasta. Ku rozpaczy Montcorta, Mabon okazuje się nie mniejszym łasuchem od Nogli-Cuira. Montort jednak szybko zapomina o Mabon, gdy zauważa Festego zakradającego się do pokoju Keffara. Szybko zagradza mu drogę i wypytuje o zdarzenia dnia dzisiejszego.

Montcort (o nożu) – My to wyciagnelismy z naszego kolegi
Feste – A nie z trolla?
Montcort – Nieeee… ale przyznaje, można pomylić…

Montcort (o sparaliżowanym Keffarze)- Feste, to on jest świadomy? Ok. Keffar, potrzeba mi łuku, wezmę kasę. Kiwnij na “nie” jak się nie zgadzasz. Dzięki, wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć!

Montcort – Feste, to było dobre wejście, ale ustalmy: jak jest walka na poważnie to nie robisz skeczy!

Jednej rzeczy chyba nie wziął Feste pod uwagę podczas tej rozmowy, a mianowicie faktu, że Keffar wszystko słyszał. A Keffar do wybaczających nie należy. Miało się to wkrótce Festemu odbić na nerkach.

W głównej izbie natomiast pozostali rozprawiają o wieściach przyniesionych przez rudego Gauwisa. Twierdzi on, że w pobliżu wsi Mlecze, gdzie Jorund Byk znalazł trolla, było więcej śladów tych przerażających istot. W związku z tym, Folke Artin prosi drużynę o dokonanie zwiadu. Pod nieobecność Montcorta i Keffara decyzję podejmuje Simoen: skoro mamy bronić miasta, nie możemy pozwolić sobie na atak z tyłu. Musimy zbadać sprawę. Stawia jednak warunek, że straż miejska ma dostarczyć co najmniej trzech ochotników, którzy dołączą do drużyny. Na tym dzień się kończy.

Dzień 63 wzrastania

Rankiem drużyna wyrusza na zwiady. Dziwnym trafem Feste co rusz wpada to na ścianę to ze schodów, to przepada przez włócznię… I nie, nic wspólnego z tym nie ma wyjątkowa bliskość uśmiechającego się złowieszczo Keffara. Po paru godzinach podróży drużyna dociera do miejsca, gdzie złapany został troll, następnie po śladach wędruje do jaskini wśród wzgórz. Tutaj okazuje się, że nie zabrano ze sobą odpowiedniego sprzętu do badania jaskiń (pochodni).

Montcort (narzekając na ciągłe lochy) – Następnym razem jak będę grał u Ciebie, to nie będę brał sokoła, tylko kreta bojowego!
MG – przecież gra nazywa się Dungeons & Dragons a nie Meadows & Mandrills! (jak to dokładnie szło?)

Ten problem rozwiązuje rudy Gauwis, przynosząc pochodnie z pobliskiej wioski. W międzyczasie drużyna jest świadkiem jak z jaskini na krótką chwilę wychyla się dziwne, pokręcone stworzenie rozmiaru małego psa – młody troll! Istota widząc tak wiele ludzi szybko ucieka w głąb jaskini wydając prawdopodobnie odgłosy mające być płaczem. Uzbrojeni w pochodnię do jaskini wchodzą Keffar, Montcort, rudy i jeden pomagier przysłany ze straży. W legowisku znajdują jeszcze kilka małych trolli. Staje przed nimi trudny wybór: co zrobić? Małe trolle teraz są niegroźne, jednak co będzie kiedy podrosną? Keffar podejmuje decyzję o zadaniu im szybkiej śmierci teraz – tak aby w przyszłości nie mogły zrobić krzywdy ludziom z pobliskich wiosek, ani aby same nie stały się celem linczu i tortur, jak to miało miejsce w przypadku ich matki. Po wykonaniu krwawego zadania, niepocieszony łowca przetrząsa jeszcze legowisko i ku własnemu zdumieniu odnajduje fragment statku. Okazuje się, że antyczny wrak zawiera ciężką, okutą, wytrzymałą skrzynię, którą też szybko wyciąga z jaskini. Ze sprawdzeniem zawartości drużyna postanawia poczekać aż wrócą do miasta. W nie najlepszych nastrojach, drużyna udaje się w drogę powrotną, kontemplując trudne wybory moralne, które czasami ludzie zmuszeni są podejmować.

View
Skrzydła Rocranon cz. 70 - Groza, która nadchodzi

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

61 dzień Wzrastania

Na Rocranon zbliża się jesień. Wraz z pierwszymi zimnymi podmuchami wiatru wracają z wyprawy w góry Keffar, Montcort i Windher, a niedługo potem także Avelox uratowany przez mieszkańców jednej z górskich kopalń. Powracając przynoszą smutne wieści, w szczególności bolesne dla Simeona: jego wychowanek, Korin, zginął. W wyprawie życie stracił także Haeri, a los drugiego z uczniów Simeona, maga imieniem Tal, pozostaje zagadką.

W minorowych nastrojach drużyna spędza wieczór we wspólnej izbie nad pracownią alchemiczną w domu w dzielnicy rzemieślniczej (aka Gildia Alchemików), wspominając poległych, wymieniając się informacjami i snując plany na przyszłość. Spotkanie przerywa pojawienie się Nogli-Cuira – wojownika, którego drużyna poznała podczas zdarzeń przy Płaskowyżu Tafli. Nogli-Cuir – obecnie sierżant w straży miejskiej Sotham – przybył z ważną oficjalna sprawą oraz prowadząc niespodziewanego gościa. Najpierw wielkie zdziwienie drużyny, a potem radość z odzyskania starego kompana. Nuadu, bo o nim mowa, natychmiast stał się centrum zainteresowania, kiedy opowiadał historię swego zniknięcia na wyspie Sennej oraz późniejszych losów. Okazało się, że na targu w Mrzyśnie Nuadu dojrzał jakiś przedmiot, który bez dwóch zdań pochodził z jego rodzimej wioski. Nuadu, który do tej pory był przekonany, że nikt z jego ziomków nie przeżył, natychmiast wypytał o przedmiot sprzedawcę – a ten wskazał na wychodzący właśnie z portu statek. Po tym nastąpiła scena, którą drużyna znała z wizji Bjorneja. Okazało się, że na statku rzeczywiście przebywała osoba, która była w stanie doprowadzić łowcę do kobiety żyjącą ongiś w wiosce Nuadu. Niestety kobieta ta w wyniku traumy straciła zdrowe zmysły i nawet plemienni uzdrowiciele w Talzanii nie byli jej w stanie pomóc. Kiedy tylko Nuadu dowiedział się, że w Sotham pojawił się Simeon, postanowił jeszcze u alchemika poszukać lekarstwa na mentalną chorobę swojej krewnej.

Nogli-Cuir przysłuchiwał się wszystkim opowieściom, jednocześnie pałaszując kolejne smakołyki ze stołu, co nie spodobało się chyba Montcortowi (który najwyraźniej zaraził się skąpstwem od Keffara). Cyniczne odcinki Montcorta odbiły się jednak od twardej głowy zawodowego żołnierza i poskutkowały jedynie tym, iż zanim Montcort zdążył zareagować, jego kolacja znalazła się na talerzu Nogli-Cuira.

Po kolacji Nogli-Cuir przeszedł do sedna sprawy z która się zjawił: Sotham znalazło się w trudnym położeniu i potrzebuje doświadczonych w bojach wojowników. Rajd dziwnych istot, o którym szerzyły się plotki, wymusił wymarsz znacznych sił z Sotham pod wodzą Wanryka Śmiałego, czyniąc miasto podatnym na ewentualny atak. Okazuje się, że atak stał się bardzo prawdopodobny, a to za sprawą ostatnich wydarzeń w Pomoście Pawolda. Wioska ta, odwiedzona jeszcze niedawno przez Keffara z drużyną, padła ofiarą najazdów dziwnych istot, które pojawiły się praktycznie znikąd – niektórzy twierdzą, że wyszły z morza. Ocaleni opisywali najeźdźców jako mroczne bestie – diabły. Drużyna podejrzewa, że mogły to być te same istoty, z którymi walczyli na morzu podczas powrotu z Haegavo. Nogli-Cuir przekonuje drużynę, aby zjawili się u niego w porcie w koszarach, a zaproponuje im stanowisko w straży miejskiej. Nie byle jakie stanowisko, ale dowódcze. Drużyna udziela dyplomatycznej odpowiedzi: musimy to jeszcze przemyśleć.

Simeon “wujek dobra rada” – To może byście wynajęli jakichś milicjantów?
Nogli-Cuir – No właśnie próbuję ale jesteście cholernie oporni!

W tym czasie w porcie Sotham ze statku schodzi młoda paezurska kobieta imieniem Mabon. Zdezorientowana wielkością i tłokiem w mieście zaczepia pierwszą lepszą osobę pytając o drogę do najbliższej gospody. Zaczepiony pijaczyna, przedstawia się jako mistrz garncarstwa Tolo (Bolo?) i proponuje Mabon ciepłe miejsce u niego na zapiecku. Zakłopotanej Mabon, która najwyraźniej nie jest przyzwyczajona do zwyczajów panujących w wielkim mieście, po krótkiej wymianie zdań udaje się jednak uzyskać wskazówki co do drogi do najbliższej gospody. Gospoda znajduje się na parterze portowego dźwigu, wielkiej drewnianej (choć podmurowanej kamieniem, na lokalna modłę) budowli pochylającej się nad przystanią. Zanim Mabon udaje się podejść bliżej, drzwi otwierają się z hukiem a ze środka wypada jeden z bywalców karczmy w stanie wybitnie wskazującym na zawodowy status miejscowego pijaka. Za drzwi dobiega głośna muzyka i bije ciepłe światło. Omijając bełkoczącego i próbującego się podnieść pijaka Mabon cichaczem wchodzi do karczmy. Po krótkiej chwili i drobnych poradach szynkarza (“Panienka se siędzie…”) trafia do jedynego w miarę wolnego stolika – zajmowanego jedynie przez trefnisia imieniem Feste. Kurtuazyjną rozmowę przerywa dziewka służebna przynosząca kolację, u której Mabon stara się zamówić wodę do picia, czym wprawia zarówno Festego jak i obsługę karczmy w osłupienie. Suma sumarum, Mabon zadowala się kompotem niewiadomej proweniencji. Miejscem, gdzie nasi bohaterowie ułożą się do snu jest wspólna izba – jedyny pokój dostępny w tej karczmie.

62 dzień Wzrastania

Rankiem, podczas śniadania, Mabon wyjawia Festemu, że poszukuje w Sotham swojego brata. Nie mając nic innego do roboty, Feste o złotym sercu postanawia pomóc damie w opresji i obiecuje zaprowadzić ją do kogoś, kto może wiedzieć więcej. Wybór pada na gildię dokerów lub na lokalny magistrat.

W tym czasie w Gildii Alchemików drużyna decyduje się złożyć wizytę u Nogli-Cuira celem zaciągnięcia się do straży miejskiej, przy okazji uzupełniają ekwipunek u miejscowych handlarzy.

Montcort – 20 kłów! 20 kłów za zwykły łuk? Jak ja to powiem Keffarowi…

Oczywiście spacer po mieście nie może obyć się bez niespodzianek – na placu targowym pojawia się wóz otoczony przez tłuszczę. W środku drużyna dostrzega rannego trolla. Keffar wdaje się w dyskusję z lokalnym “bohatyrem” – dowódcą bandy, która złapała stworzenie. Podczas przechwałek ujawnia on swoje imię: Jorund Byk, ale imię Keffara Twardziela wzbudza większy respekt. Podsłuchany szept jednego z towarzyszy Jorunda ujawnia, że najprawdopodobniej troll spadł ze skały, co oczywiście zapala lampkę ostrzegawczą u co poniektórych członków drużyny. Widząc jednak że pojawia się straż miejsca, drużyna postanawia dać sobie spokój z łysym Bykiem i jego sługusami. Wóz, Byk, tłuszcza i strażnicy oddalają się w kierunku placu broni, aby dokonać linczu na stworzeniu.

Fameous Last Words
Keffar – Ale po co nam broń w mieście?

Na efekty nie trzeba długo czekać – regenerujący się troll, jeden niecelnie rzucony kamień, spłoszony osioł, przeżarta przez korniki drewniana klatka na wozie – to oczywiście najprostsza droga do tragedii. Drużyna jeszcze nie zdążyła dokończyć zakupów, a już słychać przerażone krzyki tłumu rozbiegającego się na wszystkie strony. Na środku placu pozostaje troll trzymający głowę pyszałkowatego Jorunda Byka, z której wystaje pozostałość kręgosłupa. Świadkami makabrycznej sceny są Feste i Mabon, którzy akurat przechodzili niedaleko. Zręczny Feste szybko ściąga zaskoczoną Mabon w bezpieczne miejsce – do kryjówki za skrzynkami z egzotycznymi towarami.

W tym czasie drużyna postanawia potwierdzić swą reputację, i stanąć dzielnie ramię w ramię ze strażnikami miejskimi w obronie ludu Sotham. Pierwszy do akcji przystępuje Nuadu, który kilkoma zręcznymi susami zajmując taktyczną pozycję na dachu pobliskiego budynku i oddaje celnie wymierzony strzał z łuku, prosto w jedno z oczu potwora. W tym czasie Keffar i Winder przystępują do szarży, a z tyłu, celnymi strzałami, wspiera ich Montcort. Uciekający tłum stanowi jednak znaczą przeszkodę. W tym czasie Simeon szybko przetrząsa przepastne kieszenie swojego płaszcza, ale znajduje w nich tylko puste fiolki i garnuszki. Rozglądając się na lewo i prawo zauważa z jednej strony kuźnię z rozpalonym piecem a z drugiej handlarza oliwą. Po krótkiej wymianie zdań z tym ostatnim udaje się mu “na krechę” zdobyć amforę z olejem, po czym przygotowuje dwa granaty zapalające.

W tym czasie Keffar i Winder solidnie już okładają trolla, jednak zauważają, że co i rusz rany na trollu zasklepiają się. Walka może być trudniejsza niż się pierwotnie wydawało. W czasie gdy trwa walka, Feste z Mabon przygotowują się do wsparcia drużyny uwijając się z długim kawałkiem liny. Już po chwili Feste wybiega zza beczek i zarzuca na trolla lasso. Razem z Mabon udaje się im sprowadzić trolla do parteru. Istota jest jednak bardzo silna i nie zamierza się tak łatwo poddać. Simeon nadbiega ze swoimi granatami zapalającymi, ale po drodze potyka się chyba o połę swego długiego (już) płaszcza i zamiast w trolla trafia w Keffara – na szczęście niegroźnie. Przeklinając niezdarność uczonego, Montcort wyrywa drugi granat z ręki oszołomionego Simeona i rzuca w trolla. Płomienie ogarniają istotę na krótką chwilę, przypuszczalnie wstrzymując jego regeneracyjne zdolności… Ale czy aby na pewno?

View
Skrzydła Rocranon odc. 69 - Przez góry na przełaj

Avelox
czarownik
2 lvl
Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Simeon

W Sotham, Simeon nie wiedział nic o tragedii jaka rozegrała się daleko w górach. Na jego głowie spoczywało uruchomienie gildii alchemicznej w Sotham, przypilnowanie remontu łodzi, zatrudnienie ludzi, zarówno uczniów jak i ochroniarzy dla biznesowego przedsięwzięcia, a to wszystko w miejscu mu niemal nieznanym.

Budynek gildii przechodził remont, przygotowywanie głównego pomieszczenia, sprzątanie piwnic, łatanie dziur w dachu, przerabianie wspólnej sali. Simeon kręcąc się po targu nabywał podstawowe przyrządy do labolatorium, nowe stoły, ławy, posłania. W końcu udało się również zakupić koło garncarskie i uruchomić w piwnicy produkcję własnych naczyń. Nieco kłopotu sprawił zakup odpowiedniej gliny, nikt nie chciał bawić się w ilości tak znikome, na jakich zależało alchemikowi. Dopiero bosman jednego ze statków oddał przysługę za pomoc w wyleczeniu pewnej wstydliwej przypadłości, ani chybi pamiątki po sothamskich zamtuzach.

Chętnych do wstąpienia na termin do alchemika również nie brakowało, jedni z polecenia, inni pchani ambicją, jeszcze inni szukający czegoś nowego w życiu. Na nauki przyjęty został Artin, którego królestwem miała na początek stać się piwnica i warsztat garncarski, oraz Harder Brancet, szlachetnie urodzony młodzieniec, o bystrości umysłu mogącej onieśmielić każdego.

Kiedy wszystko wydawało się układać coraz lepiej i lepiej, nadeszły czarne wieści.

Avelox

Wierzchowiec, którego ukradł Avelox był prawdziwym błogosławieństwem. Przyzwyczajony do górskich ścieżek, nie zważając na ciemności ruszył z rannym jeźdźcem na grzbiecie, bezpiecznie wybierając drogę. Czarownik boleśnie spięty i przytulony do końskiego grzbietu czuł, jak rana z której sterczała strzała coraz bardziej odbiera mu siłę do dalszej ucieczki. Powoli tracił czucie w ramieniu, ale mimo to udało się jakoś dotrwać do zimnego i mglistego świtu. Otaczały go nieznajome góry. Miał tylko ogólne pojęcia o kierunkach i wspomnienia skąd przybył razem z drużyną.

Naprędce opatrzona rana rwała tępym bólem, a obrany kierunek podróży tylko z pozoru mógł być tym właściwym, na domiar złego niebo zaczęły zaciąg ciemna, burzowe chmury. Pierwsze krople deszczu Avelox spędził jeszcze na grzbiecie konia, ale kiedy burza uderzyła z całą siłą co prędzej znalazł schronienie dla siebie i wierzchowca, pod występem skalnym. Kryjówka nie była idealna i wkrótce był cały mokry i zziębnięty. Kiedy tylko deszcz zelżał czarownik wrócił na grzbiet wierzchowca i ruszył w poszukiwaniu drogi powrotnej na Mroźny Kieł. Niestety kiedy pomarańczowa kula słońca zaczęła zachodzić za grzbietami gór musiał przyznać się sam przed sobą, że zabłądził.

Po krótkim, nieco nerwowym śnie pośród kamieni osuwiska skalnego, które z grubsza utworzyły coś na kształt zagrody, Avelox postanawia ruszyć w kierunku południowym. Zmarznięty i głodny coraz częściej musi prowadzić konia za uzdę aby uchronić go od okulawienia. Kolejne małe granie, za którymi ma nadzieję zobaczyć znajome kształty Mroźnego Kła okazują się tylko kolejnymi granicami, z którymi tylko kolejne stromizny, kamieniste dolinki i urwane ścieżki. Około południa uciekinier zdaje sobie sprawę, że od świtu wspiął się o dobre kilkaset metrów, zamiast schodzić w dół. A przed nim kolejne wzniesienie i kolejna wspinaczka. I wtedy pojawia się coś co wlewa w serce nadzieję.

Na jednym z niskich, trawiasto-kamiennych szczytów przycupnęła osada złożona z kilku domów. Niestety obecnie leży w ruinie. Jednak gdzieś pomiędzy ścianami zabudowań wyraźnie widać jakiś ruch. Zostawiwszy konia, Avelox próbuje podkraść się do osady i zbadać z kim może mieć do czynienia. W osadzie, pomiędzy ruinami domów odkrywa posągi ludzi, kiedy nagle pomiędzy dwoma domami przebiega jakaś niewysoka istota ludzka. Nie było czasu nawet dokładnie jej się przyjrzeć. Avelox z zapartym tchem odczekuje jeszcze kilka minut. Nic się nie dzieje. Czarownik postanawia nie ryzykować i wraca do swojego wierzchowca.

Znów musi wspinać się, ale teraz również zawracać kiedy dociera do miejsca gdzie jego koń nie wejdzie. Kilka znalezionych jagód tylko rozjusza pusty żołądek i przypomina o głodzie. W końcu ze szczytu jednej z grani czarownik dostrzega krętą linię drogi. Nareszcie! Cel, do którego można dążyć! Radość zakłóca jednak rozsądek, schodząc zboczem w dół, czarownik nie zauważa w pierwszym momencie turlających się wkoło kamieni. Kiedy doganiają go pierwsze większe głazy rozumie już niebezpieczeństwo, ale jest za późno. Spłoszony koń przewraca się, pociąga za sobą swojego opiekuna i tak obaj zjeżdżają i toczą się w dół zbocza. Kiedy w końcu się zatrzymują Avelox podnosi się obolały, ale cały, za to koń wierzgając złamaną nogą nie jest w stanie podnieść się z ziemi. Czarownik nie ma żadnego narzędzia aby ukrócić jego cierpienia. Zostawia zwierzę i rusza w dalszą drogę.

Na trakcie skręca ku zachodowi i drogą poznaczoną koleinami kół wozów rusza przed siebie. Po zmierzchu dociera do kopalni srebra, gdzie opowiada o swoim zagubieniu. Opatrzony i nakarmiony zasypia w spokoju, po raz pierwszy od wielu dni. Za kilka dni, do Pomostu Pawolda wyjeżdża wóz z urobkiem, górnicy obiecują zabrać ze sobą ocaleńca.

Feste

Tymczasem na ląd w porcie Sotham schodzi Feste. Niepozorny, szczupły kuglarz z Paezurii z pobieloną twarzą, nietypową czapką, o kroku delikatnym i płynnym jak u tancerza. Po chwili zastanowienia kieruje swe kroki do najbliższej tawerny, jak człowiek, który ma jasno określony cel. Kuglarz szybko nawiązuje znajomości i pada ofiarą kieszonkowców niejakiego Barabasza, ulicznego artysty, takiego samego jak Feste. Dzięki niemu wkrótce jednak udaje mu się przedstawić gildii cyrkowców i zgłosić swoje przybycie, czego wymaga dobry obyczaj przed podjęcie pracy na nowym terytorium.

Feste z rosnącym zdziwieniem, ale i niepokojem podobnym do tego jaki ogarnia mieszkańców miasta, obserwuje jak z koszar i zamku wymaszerowują jeden po drugim oddziały wojska i ruszają gdzieś na wschód. Pomiędzy ludźmi zaczyna krążyć plotka o wojnie. Wsie leżące na wschodzie zostały ponoć zaatakowane przez nieznanego przeciwnika. Ponoć z każdym dniem jest coraz bliżej Sotham.

Keffar, Montcort i Windher

W niewoli u Savry pozostało tylko trzech awanturników: Keffar, Montcort i Windher. Spętani przy głazie obserwowali jak ciała ich towarzyszy odniesiono poza obóz, jak rankiem pościg wraca z pustymi rękoma, bez Aveloxa i Tala. W końcu jak Savra prowadzi swoich podwładnych szlakiem w dół, aby zgodnie z planem stawić czoła trollom, które obraziły jej pana. W obozie zostaje tylko garstka zajętych głównie sobą, goblińskich strażników. Bohaterowie odczekali chwilę i postanowili zaatakować. To była być może ostatnia szansa na ucieczkę z niewoli?

Przy pomocy grotów strzał, które Montcort ukryte miał w ubraniu, udało się uwolnić z więzów, a potem atakiem z zasadzki zdobyć broń i wierzchowce. Raniony w nogę Windher miał problemy z poruszaniem się, ale Keffar i Montcort ani myśleli zostawiać go za sobą. Nie tracąc zbędnego czasu pogalopowali w noc drogą, którą tu ledwo dzień wcześniej przybyli, przeklinając na głos cały swój ekwipunek, który musieli porzucić. Nie dane im było uciekać daleko, zanim dostrzegli za sobą pierwsze ślady pościgu. Jeźdźcy zbliżali się do nich z każdą chwilą i prędzej czy później musieli by wpaść w ich ręce na szlaku. Bohaterowie zdecydowali zjechać z trasy i począć się wspinać w terenie, gdzie wierzchowce na pewno by nie weszły. Na każdym kroku pomagając rannemu Windherowi znaleźli wejście do kompleksu jaskiń i w przypływie desperacji postanowili się w nim schować.

Okazało się, że jaskinie należały niegdyś do jakiegoś kultu, o czym świadczyć mogły pozostawione księgi, maski wiszące na ścianach, a także fragmenty błękitnych posadzek, jednak to musiało być dawno. W chwili obecnej jaskinie zamieszkiwały inne stworzenia. Bohaterom przyszło przebijać się przez wielkie nietoperze, ogromne stonogi, oraz stanąć oko w oko z jaszczuroludziami. Jednak najtrudniejszym wyzwaniem był atak wielkiego pająka, który o mało śmiertelnie nie zatruł Keffara. Koniec końców okazało się jednak, że z jaskiń jest drugie wyjście i bohaterowie umknąwszy pogoni mogli ruszyć bezpiecznie w stronę domu.

Jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że Strażnica na Mroźnym Kle jest opuszczona. Na miejscu pozostał tylko Thatelach, który wytłumaczył, że Eamwund Conda wrócił do Sotham po tym, kiedy otrzymał rozkaz pilnego odwrotu. Szlachcic jednak honorowo zostawił drużynie obiecaną zapłatę. Keffar, Montcort i Windher odpoczęli tylko chwilę i postanowili czym prędzej wrócić do Simeona, Thatelech jednak, wyraźnie podupadły na kondycji przez ostatnie tygodnie, postanowił się odłączyć i pożegnać z towarzyszami. Ruszył dalej, szukać pracowni Shieldsona, tak jak pierwotnie miał to w zamiarze.

Drużyna

Przykry to był powrót. Simeon zasmucony wieścią o śmierci Korina i Haeriego i niewiadomych losach Tala i Aveloxa podupadł na nastroju. Montcort podjudzał towarzyszy do jak najszybszego zebrania oddziału i ruszeniu przeciw Savrze, w celu wywarcia zemsty, ale wydarzenia następnych dni odsunęły te zamiary.

Do miasta docierało coraz więcej niepokojących wieści, a także pierwsi uchodźcy, uciekający przed nieznaną grozą. Wkrótce wrócił również Avelox, informując, że Pomost Pawolda został zniszczony. Z morza wyleźć miały “diabły”, mówili ocaleli z nocnego ataku i zabić wszystkich mieszkańców przystani, którzy nie zdołali uciec.

Ponuro zapowiadała się przyszłość przed naszymi bohaterami.
Koniec sezonu trzeciego.

View
Skrzydła Rocranon odc. 68 - Ostatni ryk szału

Avelox
czarownik
2 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Montcortowi wyjątkowo nie uśmiechał się układ, na jaki z Savrą chciał pójść Keffar. Współpraca z dzikusami i potworami nie leżała w jego naturze, postanowił więc odebrać jeźdźcom zaufanie do drużyny, którym do tej pory dość hojnie ich obdarzali na rozkaz swojej przywódczyni, nawet nie pętając swoich jeńców, a jedynie pozostawiając ich w środku swojego obozu bezbronnych. Okazję znalazł kiedy tylko jeden z jeźdźców warknął w stronę awanturników aby przymknęli mordy. Montcort odpyskował brzydko, nazywając wojownika psem na łańcuchu, na co ten nie mógł nie odpowiedzieć, stracił by bowiem szacunek w oczach towarzyszy.

Jeździec podszedł do głazu przy którym zgromadzeni zostali jeńcy i patrząc z paskudnym uśmiechem w oczy Montcorta zaczął powoli rozsznurowywać i opuszczać spodnie. Montcort niczym kobra zaatakował, zarzucając na przyrodzenie nieszczęśnika linkę myśliwskich sideł, którą od dłuższej chwili trzymał ukrytą za plecami i zaciągnął pętlę na wrażliwym organie jeźdźca. Towarzysze schwytanego zerwali się na równe nogi, a Montcort śpiewając obraźliwą piosenkę zaczął biegać wokół ogniska ciągnąc za sobą wydzierającego się wniebogłosy nieszczęśnika.

Montcort próbuje we wnyki złapać ptaszka jeźdźca.
MG – Cel jest mały.

Wszyscy w osłupieniu patrzyli na ten makabryczny taniec, aż w końcu jeden z jeźdźców zakończył zabawę zdzielając Montcorta trzonkiem włóczni w twarz. Usta łowcy pękły niczym dojrzały owoc a z nosa poszła krew. Padł na ziemię krztusząc się swoją własną posoką. Ten moment był jak spust, do walki rzucili się Haeri, Keffar i Windher, jak należało się jednak spodziewać nie mieli wielkich szans z przeważającymi przeciwnikami. Wkrótce związani wylądowali przy swoim głazie, a Montcort rozciągnięty na włóczni został powieszony nad ziemią na jednym z “sęków” drzewopodobnego stworzenia, które trzymało się cały czas z goblinami.

Zagotowało się wśród awanturników. Spętani wojownicy wkrótce, przy pomocy pozostałych towarzyszy zostali uwolnieni, a w tym czasie Korin pyskował do jeźdźców i szwendał się w ich pobliżu narażając się im paskudnie. Wulfer jednak kazał wszystkim wracać na swoje miejsca, zamknąć pyski i spać. Noc była już w pełni. Bohaterowie zastanawiali się w jakie bagno tym razem wdepnęli i tylko w głowie Haeriego gotowała się gorąca krew. Nie mógł oderwać oczu od rozkrzyżowanego towarzysza, pozostawienie go samemu nie wchodziło w grę u młodego wojownika. Wkrótce nad obozowiskiem zapadła cisza, przerywana tylko sennymi pomrukiwaniami, chrapaniem i parskaniem koni.

Ogniska nieco przygasły i tylko od czasu do czasu, któryś z wartowników dorzucał do nich drwa. Haeri wstał nagle i bezszelestnie przemknął ku koniom, za nim jak cień podążył Korin. Zwierzęta zaniepokojone obecnością obcych ożywiły się, ściągając na kark awanturnikom strażnika. Haeri wyminął go przy wydatnej pomocy Korina, który wziął strażnika na siebie i bawił się z nim przez chwilę w ciuciubabkę zanim został złapany i odtransportowany pod głaz, gdzie odpoczywała reszta drużyny. W tym czasie Haeri był już jednak w pobliżu Montcorta.

Jak zwykle kiedy wściekłość zalewała Ostrojczyka, potrafił on dojrzeć tylko najbliższe niebezpieczeństwo, konsekwencje jego poczynań w dłuższym czasie były dla niego nieodgadnione. Teraz widział przed sobą drzewopodobną istotę, na której wisiał rozkrzyżowany Montcort i cztery gobliny w jej bezpośredniej bliskości. Haeri pewnym krokiem doskoczył do Montcorta próbując go zdjąć, ale nim zdążył zrobić cokolwiek podniósł się alarm i już miał na głowie śpiące obok gobliny.

W obozie powstało zamieszanie, które natychmiast wykorzystał Korin ponownie chowając się między końmi. Avelox nałożył kaptur i zbliżył się ku jeźdźcom starając się wykorzystać ich nieuwagę i przedostać się ku ścieżce prowadzącej w góry. Keffar rozdarty w końcu ruszył na pomoc towarzyszowi. Tymczasem Haeri już walczył w pełnym okrążeniu zabijając kolejne gobliny, kiedy do walki dołączyli idący z odsieczą jeźdźcy. Choć Ostrojczyk uwijał się jak w ukropie, nie mógł bronić się przed wszystkimi na raz. Raniony raz po raz przez wrogów wydał z siebie potworny ryk i w berserkerskim szale rzucił się ze zdwojoną siłą do walki. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać od walki.

Avelox został zauważony przez jednego z jeźdźców. Czarownik prosto w oczy rzucił mu czar światła, oślepiając kilku przeciwników i pognał w stronę koni, zaraz za nim biegł Thal, sadząc wielkie susy. Gdzieś przed nimi Korin siedział już na grzbiecie konia i poganiał go do ucieczki. Keffar starł się w walce z wściekłym Wulferem, który zabronił komukolwiek dołączać się do starcia, chciał w końcu ukarać tych pyszałków, których rozkazała tolerować mu Savra.

Wkrótce jednak szczęście zaczęło odwracać się od bohaterów. Korin dosięgnięty jedną ze strzał, wystrzelonych przez jeźdźców spadł z konie i znieruchomiał na ziemi. Haeri zmieciony potężnym ciosem drzewopodobnej istoty legł obok ciał istot, których sam pozbawił życia. Thalowi i Aveloxowi co prawda udało się pogalopować w ciemność, choć ten drugi draśnięty strzałą zachwiał się przez chwilę w siodle. Keffar widząc co dzieje się wkoło poddał się, próbując uniknąć dalszych tragedii, choć Wulfer był niemal pokonany.

Montcort nie znosił Korina za jego nieobliczalność. Podkradanie przedmiotów spotykanym osobom, wciskania nosa wszędzie gdzie się go nie chciało, obudzenie szkieletowych strażników grobowca i co tam jeszcze sobie tylko można wymyślić. Ale kiedy młodzieniec padł pod strzałami jeźdźców Savry…
Montcort – Korin miał końcówkę mistrzowską, to co mnie wkurwiało okazało się jego mocną stroną. Tak jak wkurwiał nas to okazało się, że wkurwia innych.

W obozie zorganizowano pościg za uciekinierami, jednak kiedy wrócili o świcie, ani Thala, ani Aveloxa nie było z nimi. Uciekli. Montcort nadal związany, leżał odseparowany od Keffara i ranionego niegroźnie Windhera. Korin i Haeri nie przeżyli jednak tej nocy. Drużyna obrońców Strażnicy na Mroźnym Kle, już nie istniała.

View
Skrzydła Rocranon odc. 67 - W rękach Savry

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Kiedy nadszedł świt, przyszedł czas na podsumowanie strat i rozejrzenie się na przedpolu muru, które obecnie zasłane było ciałami zabitych potworów. Brama porąbana toporami ogrów trzymała się tylko na słowo honoru, potrzebne były prace wzmacniające. Keffar, Montcort i Avelox rozeszli się po przedpolu strażnicy, zbierając znalezione kosztowności, strzały i bełty do wałowej kuszy. W tym czasie, pozostali przy życiu żołnierze, układali na murze ciała swoich martwych towarzyszy, przykrywając je kocami, aby mogły doczekać czasu na godniejszy pochówek.

Zginął baron, który wynajął drużynę jako najemników. Nowy wymijająco mówi o płaceniu za dotychczasowe usługi.
Montcort skarży się Keffarowi – Chyba chcą nas zrobić w wała. Przelewaliśmy krew twoją i Haeriego i co?

Keffar z ustami pełnymi jedzenia prosi o leczenie Bjorneia.
Bjornei – Oj! Z pełnymi ustami? To się dobrze nie skończy – rzut K6 na leczenie, wynik 1 – Tak, tego należało się spodziewać.

Kiedy tylko awanturnicy wrócili z wypadu za mur, Montcort został wezwany przed oblicze obecnego dowódcy strażnicy, mężczyzny który przyprowadził posiłki. Mężczyzną tym był młody szlachciac, sir Eamwund Conda. Tymczasowy dowódca strażnicy wiedział w jak ciężkiej sytuacji znalazł się ze swoimi kilkoma żołnierzami, potwierdził zatem wcześniejsze zobowiązania wobec najemników i zaproponował im przedłużenie najmu. Montcort szybko skonsultował się z drużyną, która postanowiła przystać na proponowane warunki, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nikt nie wie, gdzie obecnie znajduje się Haeri. Ponownie…

Greda przyrządza solidną wojskową fasolówkę. Wciska ją w ręce powracającego od dowódcy Montcorta.
Motcort – Staram się nie wywalić miski z zupą, ręce mi się trzęsą i mało się nie rozryczę. Ja nie brałem nigdy wcześniej udzialu w bitwie!
MG – W ostatniej też nie brałeś.

Tymczasem młodego Ostrojczyka gnębiła cały czas myśl o gnollach, które przedostały się przez mur na południe. Napomknął nawet o tym drużynie, ale spiorunowany wzrokiem przez Montcorta porzucił temat, przynajmniej pozornie. Gdy tylko jego towarzysze wyszli na północ, na przedpole strażnicy, Haeri po cichu zebrał swój ekwipunek i ruszył w drugą stronę, widziany przez jednego z żołnierzy, który zapytany opowiedział o tym wściekłym awanturnikom.

Haeri znów poszedł na samowolkę, tym razem szukać Gnolli. Montcort wychodzi już z siebie ze wściekłości, ale organizuje ponownie ekspedycję ratunkową.
Montcort – Ptaki biorę ze sobą, one go znają mają rozkaz go osrać!

Montcort miotał przekleństwa, odgrażał się niebiosom, ale wiedział, że musi ruszyć towarzyszowi na ratunek. Nie spodobało się to Eamwundowi, ale w końcu zgodził się na oddalenie najemników, jeśli w zamian będą bez szemrania wykonywać wszystkie jego nadchodzące rozkazy. Wkrótce drużyna była w drodze.

W tym czasie Haeri raźnie maszerujący zboczami gór rozglądał się uważnie na boki, starając się dojrzeć, dokąd to zniknęły gnolle. Nieco przeliczył się ze swoimi możliwościami i począł martwić się, że nie wziął, że sobą żadnego z tropicieli, ale szybko odrzucił od siebie tę myśl. Musiał radzić sobie sam. Kiedy w końcu wpadł na jakiś obiecujący trop, okazało się, że wszedł na teren polowań dzikiego kota, który zaskoczywszy wojownika rzucił się na niego w nadziei na łatwą zdobycz.

Choć Haeri zazwyczaj najlepiej czuł się w walce, to w przypadku dzikiego kota, wyraźnie odstawał od niego zwinnością. Pudłując raz za razem dał się dosięgnąć pazurzastą łapą i kiedy popłynęła krew, zdał sobie sprawę z powagi swojego położenia. Wojownik coraz bardziej opadał z sił i cofał się, kiedy z jasnego nieba na jego przeciwnika spadł Terror, potężny orzeł Montcorta. Pazury ptaka przeorały pysk kota zmuszając go do ucieczki, zaskoczonego tak nagłym atakiem. Haeri padł zmęczony na ziemi, ciesząc się tak nagłym ocaleniem.

Wkrótce do Ostrojczyka dotarli towarzysze i co tu dużo mówić, nie szczędzili mu słów krytyki, zwłaszcza Montcort, który chyba najbardziej przejął się ponownym zniknięciem i samowolką towarzysza. Cała ekipa wróciła na mur, gdzie czekał już Eamwund Conda z rozkazami. Atak potworów został odparty, ale niedobitki są gdzieś tam w górach. Drużyna dostała zadanie sprawdzenia gdzie się podziali i dokąd zmierzają. Wymarsz miał nastąpić z samego rana. Podczas odpoczynku towarzysze uznali, że ranny Thatelech powinien pozostać w strażnicy, reszta zaś z zapasami ruszy w góry szukać uciekinierów.

Ślad uciekinierów jest wyraźny i prowadzi w góry gdzieś na wschodzie. Klucząc pomiędzy graniami, tropiciele wyraźnie widzą jak rozbite jednostki grupowały się i obierały wspólny kierunek marszu. W grupie były zarówno gobliny jak i ogry, a także wielkie, drzewopodobne stworzenie, które pod mury Strażnicy na Mroźnym Kle przyprowadził gobliński szaman. W końcu awanturnicy dostrzegają kilometry przed sobą nitki dymów ognisk unoszące się nad linią horyzontu, w tamtą stronę muszą się udać.

Kiedy po wyjściu na równinę, do uszu bohaterów dociera tętent wielu kopyt, na ucieczkę jest już za późno. Choć wyciągają nogi, na równinie dopada ich oddział blisko 30 jeźdźców, lekkozbrojnych, odzianych w skóry, z kołczanami pełnymi pierzastych strzał, uzbrojonych w lekkie włócznie. Oddziałem dowodzi kobieta o imieniu Savra, a awanturnicy stają się jej zakładnikami i zostają popędzeni w stronę, w którą i tak już zmierzali.

Keffar zbladł nieco na widok Savry, wojowniczki, która wraz z jeźdźcami wzięła do niewoli drużynę.
Bjornei – Poślady mu się zwarły.
Keffar – Chyba mi się rozluźniły.
Montcort – Poślady mu opętańczo klepoczą

Ze słów zastępcy Savry – Wulfera awanturnicy wnioskują, że mają oni coś wspólnego zarówno z goblinami jak i trollami i wkrótce okazuje się to prawdą. Pozbawieni broni zostają zapędzeni na obszerną półkę skalną, na której schroniły się niedobitki sił szturmujących niedawno strażnicę. Towarzysze nie są w stanie nie zauważyć dziwnego zachowania Keffara, który od momentu spotkania z dzikimi jeźdźcami uspokaja towarzyszy i tonuje ich emocje. Wkrótce zapada zmierzch, a po Ostrojczyka zostaje posłany jeden z jeźdźców. Savra zapraszam Keffara na rozmowę.

Montcort zaczepia porucznika Savry – Znacie panie mowę ostrojczyków?
Porucznik – Pierwsze słyszę.
Montcort wskazując na Haeriego – Trochę się uspokoiłem.

Montcort zadaje głupie pytania porucznikowi, jedno za drugim prosząc się o kłopoty. W końcu dostaje kuksańca włócznią od jednego z jeźdźców.
Montcort konfidencyjnie do reszty drużyny – Sprawdziłem ich odporność, trzy pytania wytrzymują…

W osobności, nad urwiskiem Savra potwierdza, że ściga trolle, które naraziły się jej panu. Gobliny miały to samo zadanie, ale nieco zbyt pewny siebie szaman popchnął ich na ludzi, zamiast dowiedzieć się więcej o samych trollach. Savra obiecuje uwolnić bohaterów, jeśli pomogą jej spacyfikować trolle. Keffar przedstawia propozycję drużynie, mocno oponuje jej Montcort, który nie ma ochoty stanąć po tej samej stronie barykady co jego prześladowcy. Pozostali bohaterowie nie bardzo wiedzą, po której stronie stanąć, więc Montcort postanawia nie dać im żadnego wyboru…

Wszyscy ślinią się do Savry, za wyjątkiem Bjorneia, który twierdzi, że jego funkcja czyni go aseksualnym.
Montcort podsumowuje – Szamani lubią takie dziwne rzeczy. Czasem Celi batem przywalić, czasem Joli batem przywalić.

Michał przysypia już pod koniec sesji.
Montcort: Michał nie śpij, michał nie śpij
Bjornei: Z byle kim!

View
Skrzydła Rocranon odc. 66 - Szturm na Mroźny Kieł

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Wroga armia to dziesiątki goblinów, jaszczuroludzi, kilka ogrów i drzewopodobne stworzenie kołyszące się niezgrabnie z boku na bok. Cała ta tłuszcza wyjąc dziko zbliża się do muru, na którym pozycje zajmuje oddział przybyły z odsieczą z Sotham. Wkrótce salwa strzałów z łuku pokryw przedpole i padają pierwsze ofiary. Również Montcort z Windherem uruchamiają wielką kuszę obronną i próbują wyłapywać co groźniejszych przeciwników, z różnych skutkiem. Na salwę obrońców odpowiadają strzały zza muru i choć blanki są niezłą ochroną, to pojawiają się i tutaj pierwsi ranni, a wkrótce zabici, wśród żołnierzy.

Keffar i Thatelech wraz z dwoma żołnierzami Redara Porte przesuwają się ku bramie, ku zgromadzonym zawczasu stertom kamieni, już wkrótce będą mogli zrobić z nich użytek, bo pod wrota dopadają dwa ogry z wielkimi toporami i zaczynają zapamiętale walić nimi, aż z drzwi zaczynają sypać się wielkie szczapy drewna. Co gorsza, jaszczuroludzie, którym udało się dotrzeć do muru, zarzucają na niego liny zakończone drewnianymi poprzeczkami, które mają za zadanie zaczepić się o blanki i pozwolić wspiąć się stworzeniom na górę.

W ogniu walki.
Haeri – rzuć go kamorem!
Bjornej – Komorem? Rzuć komorem w tego faceta z dudami!

Wszyscy zwijają się jak w ukropie, strzały latają w obie strony, brama trzeszczy coraz bardziej żałośnie pod razami toporów, a na szczycie murów pojawiają się pierwsi jaszczuroludzie, a za nimi gobliny. Redar i jego dwaj żołnierze, Keffar, Haeri i Thatelech wchodzą do walki wręcz, ścierając się z wrogami. Kolejne trupy padają po obu stronach. Thatelech rzuca się ku jednej z zaczepionych lin i odcina ją, niestety wystawiając się na ostrzał z dołu. Kilka celnie posłanych przez gobliny strzał dociera celu i Thatelech pada umierający na kamienny mur. Z pomocą mu zmierza Montcort, który w ostatniej chwili wlewa w usta krasnoluda magiczny wywar Simeona, przywracając przyjaciela światu żywych.

Tymczasem sto metrów dalej, przez nikogo nie niepokojona, na mur wspięła się banda gnolli. Widząc związanych walką bohaterów, bez pośpiechu schodzą po wewnętrznej stronie murów i uciekają na południe, byle z dala od toczącej się walki.

Coraz więcej istot wspina się na szczyt muru po zawieszonych linach, coraz więcej zabitych jest po stronie wojowników broniących muru, tymczasem Korin zauważa nietypową postać stojącą tuż obok drzewopodobnej istoty. Niepozorny goblin okutany jest w kolorowy, zszyty z wielu różnych skór płaszcz, zamiast hełmu nosi czaszkę jelenia, z przyczepionymi do niej kolorowymi piórami i zasuszonymi trawami owiniętymi wokół pokręconych patyków. Niewiele zastanawiając się wskazuje go towarzyszom, a jeszcze szybciej posyła w jego stronę strzałę, która sięga celu, ciężko raniąc stworzenie. Dzieła dokańcza Avelox, a z chwilą kiedy pada tak celnie rażony wróg, przez szeregi przeciwników przechodzi fala żałosnego wrzasku.

Gobliny i ogry rzucają się do ucieczki, pozostawiając za sobą tylko rozpalonych żarem bitwy i zbyt głupich by dostrzec moment, w którym powinny się wycofać jaszczuroludzi. Ta zapiekła nienawiść doprowadza niestety do tragedii. W ostatnich minutach tego starcia, na murach, broniąc swoich towarzyszy, życie oddaje baron Redar Porte.

Zapada ogromna cisza. Ci, którzy przeżyli padają zmęczeni gdzie tylko mogą i rozglądają się wkoło. Pierwsze wrota muru są w fatalnym stanie, ledwo minut brakło aby całkiem padły. Z wojowników broniących muru padło dziewięciu, w tym dotychczasowy dowódca, pozostało jedynie czterech wojowników z odsieczy i ich lider. Wkoło leży kilkadziesiąt trupów goblinów i jaszczuroludzi, ale gdzieś na południe, przez mur, przedarł się oddział gnolli. Mimo, że widać jeszcze plecy uciekających wrogów, to bohaterowie mają świadomość, iż obecnie atak może przyjść z obu stron, a niewiele pozostało już sił aby się przed nim bronić.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.