Skrzydła Rocranon

Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 2)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

25. dzień starości, port: Ipo

Wczoraj wyruszylim z Ipo pod pełnymi żaglami, niestety nie z samego rana – a wszystko to przez te szczury lądowe, pasażerów, znaczy, co sobie umyślili do Harivik z nami popłynąć. Tak po prawdzie to było ich pięć sztuk – jakiś mydłek w wytartej kapocie, który bezustannie rozprawiał o sposobach gręplowania wełny z owiec ostrojskich, a oprócz tego rodzinka – chudy jegomość z wąsem, tęga jejmość z charakterkiem oraz dwójka berbeci. A że dobre mam serce, jakem kapitan Roge, policzyłem cenę za oba dzieciaki jak za jednego dorosłego człeka. Nawet to porządnie od pokładu nie odrosło, miejsca też wiele nie zajmą, strata żadna. Jegomość z jejmością wydawali się zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Nasza podróż jednak się opóźniła – zanim podróżni wnieśli na pokład swoje klamoty, słońce już wzeszło. A ja tak lubię odbijać bladym świtem…

Nic to. Gorsze nadeszło później. Ledwieśmy odcumowali z Ipo, gdy zażywna jejmość podniosła wielki lament, jakoby jej “słodkie dzieciątko” (niechaj skisnę jak śledź! Tak powiedziała o tym diablęciu!) zaginęło i ani chybi wypadło za burtę! Kazałem nadobnej Eadburh bić w dzwon okrętowy i wydać stosowne rozkazy załodze. Kręciliśmy się po obszarze portowym wypatrując tego obsmarkanego utrapieńca za burtą do końca wachty porannej. O, wstydzie! Chyba długo nie pokażę się w tutejszej tawernie portowej, na nabrzeżu mieli z nas zaprawdę niezłe pośmiewisko! Jejmość raz po raz dostawała spazmów przerywanych ciskaniem gróźb w kierunku mej Losowi ducha winnej załogi, swego męża i każdego, kto znalazł się w zasięgu wzroku. Chciałem to babsko zdzielić piącha między te jej kaprawe oczka, ale po prawdzie to żal mi jej męża było. Biedny chłopina widząc reakcję żony bladł coraz bardziej, podtykał jej w stosownych chwilach sole trzeźwiące i gruchał do niej “nie martw się, moja duszko, Adzio na pewno się znajdzie”! Łypał przy tym co i raz na mnie błagalnym wzrokiem, w którym mogłem wyczytać katusze, jakie przechodził – i coś mi mówiło, że nie były to katusze jeno z powodu zagubienia potomka, a dodatkowo – że ani chybi trwały tak na oko od momentu zrękowin z tą jejmością. Tak. Naprawdę wspaniałe jest życie Kapitana Żeglugi Morskiej Masyma Roge! Szczególnie, jak ma przy boku taką dorodną dziewuchę jak Eadburh… [kleks]

Taak, Eadburh. To właśnie ona sprawiła, że nasze męki dobiegły końca. Ani chybi natchniona przez Los zeszła pod pokład do ładowni i, wciórności, znalazła tam tego gówn[przekreślone], to jest, słodkie dzieciątko, które zabawiało się wydłubywaniem dziur w workach z właśnie zakupioną pszenicą i wrzucaniem ziaren do cebrzyka z resztkami smoły do uszczelniania! Myślałem, że smarkowi te jego tłuściutkie nóżki z dupska powyrywam! Eadburh mnie jakoś powstrzymała, ach słabość mam okrutną do tej kobiety, ani chybi przez to, że przypomina mi o morzu: gdy się porusza pewnym krokiem po pokładzie, aż miło popatrzeć jak jej tam wszystko co trzeba faluje!
O czym to ja… Ach, bachor. Został zapoznany ze smakiem ojcowskiego pasa – ma się rozumieć poza zasięgiem wzroku jejmości, która ani chybi wpadłaby w kolejne spazmy, że jej “słodkiemu maleństwu” krzywda się dzieje. Smarkacza do końca rejsu do Harivik pilnował na pokładzie Edhar Bezoki, niechaj wiatry smrzyjają temu żeglarzynie, aż miło było popatrzeć, jak ten piekielny malec zalewał sie łzami za każdym razem (a nawet, zdaje się wnoszac po smrodzie, raz popuścił!), gdy Edhar uśmiechał się do niego, ukazując resztki sczerniałych zębów, albo zdejmował z zabliźnionego oczodołu opaskę. Zemsta jest słodka…

26. dzień starości, port: Harivik, wieczór

Te cholerne szczury lądowe w końcu zeszły na ląd, tfy!, w końcu mogłem się zająć pracą. Harivik do najłatwiejszych portów nie należy, liczne szkiery uniemożliwiaja szybką nawigację nawet tak znamienitemu kapitanowi jak mi, dlatego wynająłem pilota i zszedłem pod pokład sprawdzić jak się ma nasza beczułka z rumem. Inspekcja zapasów żywności to podstawa!

27. dzień starości, port: Harivik

Po odwiedzeniu kilku kupców z samego rana dnia następnego okazało się, że nie mają zbyt wiele chodliwych towarów do zaoferowania. W dodatku niewielu kwapiło się do interesów. Zakupiłem trochę kamieni półszlachetnych i dobrze je ukryłem w swej kajucie, aby mieć na nie baczenie. Całkiem niezłą cenę udało mi się stargować, nie chwaląc się. Dałem załodze pół dnia wolnego, a sam opiłem sukces z Eadburh w tawernie. Oj, ma twardą głowę ta dziewucha!

28. dzień starości, port: Harivik

Postanowiłem oczekiwać na lepsze wiatry jeszcze jeden dzień, bo w końcu zgłosiło się do mnie dwóch kupców – zakupiłem wszystko, co mieli zaoferowania, coby jakoś ładownię naszego „Kalmarka” zapełnić, niech pokaże jak się sprawuje na pełnym morzu! Zakupiłem różnorakie naczynia szklane (ktoś to przecie gdzieś musi kupić, może jakie szlachcice?), a i 10 beczułek przedniego wina udało mi sie wytargować, choć lekko nie było, kupczyna wił się jak piskorz, alem w końcu targu dobił. Po załadunku byliśmy gotowi do drogi powrotnej. 410 kilometrów, wciórności, jak my to zrobim w dwa dni?! Nasi czcigodni armatorzy przykazali nam być 30 dnia starości na miejscu i odebrać podróżników… Oj, przyjdzie nam pomodlić się o sprzyjające wiatry. Wyruszamy w drogę!

Idzie nam jak z płatka. Co za przepyszny wiatr! „Kalmarek” się dzielnie sprawiał i zrobiliśmy według mych map całe 160 km zamiast spodziewanych 130! Wąchaj skisłe śledzie, kapitanie Yrghardzie ze „Sztormowego Petrela”, coś mi przy piwie w Harivik mówił, że „Kalmar” powyżej 140 km dziennie nie wyciągnie! Ta twoja rzeczna barka, co ją próbowali przerobić na statek handlowy na pewno nawet 140 km nie przemierzy, jeno pierwej przeciekać zacznie!

29. dzień starości, na pełnym morzu

Wiatr się wzmagał od rana, w dodatku wiał uparcie na wschód, w stronę Argadów, a niech to dudnder świśnie! Nagle niebo zasnuło się chmurami, na Ducha Wiatru!, przyszły chyba znikąd. Gdy pojawiła się flauta i morze całkiem się uspokoiło, już wiedziałem. Czekała nas przeprawa przez sztorm.

Rozpętało się piekło, ledwie zdążylim zrefować żagle. Edhar, który przywiązywał wszystkich linami, tak się zapamiętał w swym zadaniu, że z wrażenia zapomniał o sobie i prawie za burtę nie wypadł. Wichura i coraz większe fale miotały „Kalmarkiem” jak łupiną orzecha. Opiliśmy się wszyscy wody morskiej, a gdy błyskawice zaczęły walić, przyznam, że nawet ja po cichu wzywać zmiłowania od Ducha Wiatru zacząłem. Gdy kadłub wydał z siebie dziwny dźwięk, myślałem że już po nas. Do dziś nie wiem, co to było – jakaś skała podmorska, potwór z głębin, a może jeszcze co inszego? Zaczęlim nabierać wody, więc Eadburh zapędziła wszystkich do wypompowywania jej. Sternik Vyncis, co łapskami może podkowy giąć, ledwie ster trzymał, sam mu w tym pomagałem – niemal nam go kilka razy z rąk wyrwało. Wszystkim nam po głowach kołatała się jedna myśl: byle do świtu…

30. dzień starości, na pełnym morzu

W trakcie wachty cmentarnej, w nocy, wszystko się uspokoiło. Odetchnąłem z ulgą i zerknąłem w czyste teraz niebo, na którym szczęściem widać było gwiazdy. A niechby to zdechły halibut! Zniosło nas kawał drogi w kierunku Argadów. Wokół ani pół statku, pewnikiem wszystkim przyszło do portów zawinąć.
Ustawilim poprawny kurs, przygotowalim żagle, ale wiatr całkiem osłabł. Poruszamy się teraz z prędkością leciwego żółwia morskiego pełzającego po dnie, czyli z taką, do jakiej zwyczajny ten przeklęty kapitan Yrghard. Ani chybi on tym swym mieleniem ozorem po próżnicy przeklął ten rejs! Huncwot za moje własne pieniądze pił!

32. dzień starości, okolice Sotham

Kolejne dwa dni pełzniemy bez zmian w kierunku Sotham i modlimy się o wiatr. A niech to dunder świśnie! Panienka Mabon pewnie rwie włosy z głowy, a Pan Keffar to pewnie uszu mi natrze jak nic za takie opóźnienie! Żeby mi tylko z pensum nic nie potrącili!
Coby załoga się zanadto nie leniła, kazałem im naprawić szkody w towarze powstałe w ładowni oraz jako-tako podreperować kadłub. Uszkodzenie nie jest tak duże, jakem początkowo myślał, chwała niech będzie wszystkim morskim duchom! Wygląda na to, że przeciekające poszycie kadłuba da się zalepić smołą i pakułami. Pęknięcia będzie trzeba naprawić w suchym doku.

Słyszę radosne pokrzykiwanie sternika, poczciwego Vyncisa. Widać ląd! Chwalić Los, dopłynęliśmy. Kwaterka rumu dla wszystkich! Dwie dla mnie, ma się rozumieć.

View
Skrzydła Rocranon cz. 91 - Furia dzika

Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

23 dzień starości

W czasie, gdy elfim pasterzom drzew nie spieszy się na spotkanie, bohaterowie są coraz bardziej niespokojni. Czas ucieka, a oni zmuszeni są do gnuśności. Nic dziwnego, że szukają jakiegokolwiek zajęcia. Na ten przykład Mabon postanawia zbadać dokładniej fosforyzujące dziwnie, ogromne i prastare drzewa. Kontakt fizyczny z nimi jednak kończy się bardzo szybko, gdy magiczna energia niewiadomej natury przeskakuje na szamankę, mocno wstrząsając jej wewnętrzną aurą i zsyłając na nią niepokojącą wizję. Od tego czasu staje się nieco osowiała, co oczywiście rozpętuje w obozie dyskusję i niepokoje – jeszcze niedawno podobne wydarzenie doprowadziło do znacznych perturbacji charakterów Festego i Simeona. Mabon jednak uspokaja towarzyszy, że wszystko tym razem jest w porządku.

Wkrótce zjawiają się długo oczekiwani elfowie. Montort, Keffar i Halden na spółkę wyjaśniają istotę misji z którą przybyła drużyna, nawzajem uzupełniając wszelkie szczegóły. Po wysłuchaniu relacji bohaterów delegacja udaje się na naradę ze starszyzną, w czasie której drużyna zostaje uraczona posiłkiem. Apetyt jednak nie do końca dopisuje,ze względu na nerwowe oczekiwanie na decyzję gospodarzy co do pomocy. Na szczęście starszyzna pasterzy drzew zgadza się wskazać drogę do świątyni kapłanów Tilleopessi, tajemniczo wspominają także coś o championie i jego roli w sukcesie całego przedsięwzięcia bohaterów.

Po południu Halden ćwiczy nowo poznana umiejętność rzucania czarów, przy czym wydaje się, że obecni na polanie młodzi elfowie są tym żywo zainteresowani i nawet wydają się kibicować początkującemu magowi. Chcąc wykorzystać sytuację – być może elfy znów czegoś go nauczą – Halden postanawia postarać się najlepiej jak potrafi i wyczarować coś ciekawego korzystając z jedynego czaru jaki posiada – prostej sztuczki iluzji. W końcu udaje się mu wyczarować iluzję świecących motyli, które unoszą się do koron drzew. Po tym pokazie elfowie wracają jednak do swoich zajęć jakby nigdy nic. Halden martwi się, że pewnie uważają go za nieudacznika.

Jednak próbuje (z pomocą Nuadu) zagadać jeszcze raz do tych elfów wieczorem przy kolacji, tym razem odnosząc sukces – nawiązuje się ciekawa rozmowa na temat magii wśród elfów, magii jako takiej, jej natury i jej powiązań ze światem. Halden poznaje kilka teoretycznych podstaw a pod koniec rozmowy dostaje propozycję pozostania w gościnie u elfów w celu dalszego studiowania magii. To przeszło wszelkie marzenia młodego maga i nie trzeba oczywiście zgadywać jaka była jego decyzja. problemem jednak jest drużyna i konieczność powiadomienia ich o tej decyzji. Nuadu oczywiście zgodnie ze swoja milczącą naturą nie zamierza się wtrącać i zostawia Haldenowi wolny wybór, co do sposobu powiadomienia pozostałych.

Reszta drużyny w tym czasie wysłuchuje relacji elfów na temat kapłanów Tilleopesii i sposobu ich odnalezienia. Dziesięć kilometrów w dół rzeki ma znajdować się jezioro, nad którym piętrzy się samotna łysa góra. To w tym miejscu ma znajdować sie hram kapłanów Tilleopesii. Drużyna dowiaduje się, że kapłanów jest coraz mniej i że z roku na rok tracą część swojej mocy. Elfowie jednak nie są w stanie (a może nie chcą?) wyjaśnić dlaczego.

Gdy pozostali pochylają się nad mapą rysowaną przez jednego z elfich zwiadowców, Montcort zauważa, że obóz opuszcza Bruna, będąca w wyraźnie złym nastroju. Postanawia za nią pójść i dowiedzieć się co się stało. Nie udaje mu się wyciągnąć z wojowniczki powodu jej złego humoru, ani tego na kogo tym razem się obraziła, najwyraźniej zyskuje jednak jej sympatię.

24 dzień starości

Mroźny ranek budzi drużynę chłodem, skostnieniem i bólami pleców. Poza obrębem magicznych drzew leży cieniutka warstwa śniegu, jednak w porannym słońcu szybko znika. Zima zbliża się wielkimi krokami!

Gdy inni pakują obóz przed odejściem, Mabon odchodzi samotnie, aby pomedytować. Samotnie? Nie do końca. Jeszcze nie wie, że śledzi ją Feste, który chciałby się chyba odegrać za śledzenie go parę nocy wcześniej. Gdy Mabon zapada w trans widzi między drzewami swe totemiczne zwierzę – kruka. “To co widziałaś, to przeszłość”, rozlega się wtedy głos, dochodzący jakby ze wszystkich kierunków naraz. Nagle Mabon słyszy coś jakby śpiew – mantrę wypowiadaną pięknym , jednak monotonnym głosem. Udaje się w kierunku głosów i jest świadkiem jakiegoś rytuału elfów. Nagle, obok niej pojawia się przedziwna istota – podobna do elfów, lecz jeszcze bardziej delikatna. Wydaje się być ubrana w tunikę z kory i mchu – nie, zaraz, jej skóra jest korą! A sylwetka wydaje wyłaniać się z pobliskiego drzewa! Driada uśmiecha się figlarnie do Mabon, kładąc palec na ustach w geście ciszy, znika w drzewie, by po chwili pojawić się znowu – tym razem pod postacią bardzo podobną do elfa. Rusza w kierunku śpiewających strażników drzew, mając chyba ochotę zrobić im jakiś psikus. W tym jednak momencie, czający się nieopodal Feste potyka się i robi straszny hałas (specjalnie?). Wystraszona driada kryje się w swoim drzewie Mabon patrzy karcąco na Festego który tylko wzrusza rękami. Nagle! Kuglarz obrywa dostaje szyszką w czoło od chichoczącej driady. Mabon wraca obserwować elfy, gdy tymczasem Feste pieczołowicie rozgląda się za driadą, która najwyraźniej bawi się w chowanego. W pewnym momencie ją dostrzega – gdy ta znów rzuca mu coś, tym razem pod nogi. Feste szybko łapie woreczek i chowa prezent do kieszeni, tak aby Mabon nie zauważyła. W tym czasie Mabon widzi, jak elfy opuszczają polanę. Szamanka podchodzi wiedziona ciekawością do pozostawionych przez elfy miseczek – znajduje się w nich jakiegoś rodzaju kadzidło, o intensywnym, ale przyjemnym zapachu żywicy i łamanych igieł świerkowych.

Pozostali są już praktycznie gotowi do wyruszenia. Uwagę na siebie zwraca Halden, który, gdy podaje Mabon jedną z ksiąg – dotyczacą języka jaszczuroludzi i prosi o jej przekazanie Simeonowi. Prosi także o przekazanie szczerych przeprosin, za swoja ucieczkę. Gdy Montcort zdaje sobie sprawę co się właśnie dzieje, postanawia interweniować – z pozycji autorytetu próbuje przemówić młodemu magowi do rozsądku, ten jednak jest niezłomny w swej decyzji. Montcort kapituluje, gdy pozostali przyznają rację młodzieńcowi – Nuadu przekazuje Haldenowi w darze mały mieszek z doskonałymi igłami wykonanymi z rybich ości – “abyś o nas pamiętał i do nas wkrótce wrócił” – mówi.

Robson grający zwykle starzejącym się alchemikiem Simeonem obecnie gra jego uczniem Haldenem (dawniej Harderem :P). Gdy ten ostatni podjął decyzję o pozostaniu wśród elfów, gracze zaczęli się zastanawiać, kim teraz zagra Robson…
- Ale on rozsiewa te postaci po świecie!
- Ja po prostu liczę na 500+ – Robson uchyla rąbka tajemnicy.
- 500 pedeków na sesję za postać?!
- Ja mam postulat dla MG: dodatkowe 500 PD na każdą postać powyżej pierwszej na gracza!

Smartf0x bezlitośnie drwi z kolegi i jego specyficznej maniery nazywania postaci:
- A wiecie, jak się będzie nazywać nowa postać Robsona? Przyjdzie i powie „Cześć, jestem Soften!”
- Jeszcze brakuje nam Longera i Shortera.
- To będzie Chińczyk Long Wang! – wyjaśnia Robson.

Odejściem Haldena najbardziej poruszony jest Montcort, jako że on zajmował się „przysposobieniem obronnym” młodzieńca. W dodatku okazuje się, że to on ma w imieniu chłopaka przeprosić Simeona za nieposłuszeństwo. Montcort kipi ze złości, jednak Feste i Mabon mają jak zwykle swoją teorię:
- Ojoj, Montcorta chyba spotkał zawód miłosny… – spojrzenia Montcorta w stronę tej dwójki nie będziemy tu opisywać.

Drużyna opuszcza magiczny zagajnik, od czasu do czasu rzucając spojrzenia na magiczne światło, które zostaje za nimi. Przed nimi droga w nieznane i walka z nasilającą się z każdą chwilą niespodziewaną burzą śnieżna.

Drużyna nadal ze smutkiem wspomina Haldena i pożegnanie z nim, ponieważ prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczymy. Nawet Montcort zmarkotniał. Nadal nie ustają spekulacje co do nowej postaci Robsona. Gdy MG zarządza krótką przerwę, Mijau puszcza wodze fantazji:
- Montcorcie, wyczuwasz obecność przy Twoim prawym ramieniu. Odwracasz się, a tam niziołek wpatrujący się w Ciebie jak w obrazek. Gdy nawiązujecie kontakt wzrokowy, mówi dość głośno: „NO CZEŚĆ, JESTEM WASZYM NOWYM TOWARZYSZEM!”
Smartf0x zachowuje kamienną twarz. Robson zaraz podejmuje wyzwanie:
- Hej, cześć i czołem, pytacie skąd sięęę wzioooołem? Jeeeestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek a w domku światło, linę, miecz, a więc zaśpiewam jeszcze raz!…
Nie wiedzieć czemu Montcort (a może Smartf0x?) wykonał bardzo długi facepalm mentalny.

W pewnym momencie burza nasila się tak bardzo, że nawet potężni wojownicy mają problem z brnięciem dalej. Drużyna znajduje zagłębienie pod zwalonym konarem i przeczekuje niepogodę. Mabon pomaga ziołami Nuadu, któremu odezwały się jakieś zadawnione rany. Gdy przestaje padać śnieg, bohaterowie ruszaja dalej.

Drużyna wędruje przez las w niesprzyjającej pogodzie. Czarnoskóry Feste opada z sił, na szczęście obok pojawia się dzielny wojownik Wielki Wude (NPC) o hebanowej skórze i bierze błazna pod ramię, pomagając mu w tej trudnej chwili. W oddali bydło zaczyna muczeć:
- BLACK POWER!

Walcząc z silnym wiatrem w końcu udaje się dotrzeć do morza, Idąc dalej według wskazówek elfów drużyna dociera między wzgórza. Tu czeka bohaterów niespodzianka, gdyż przed sobą widzą zarys jakiś zabudowań. czyżby to był klasztor Tilleopesii? Postanawiają oczywiście to sprawdzić. Budynek wykonany jest w bardzo misterny sposób, z dobrej jakości budulca – wygląda na marmur – jednak stan samej budowli jest raczej opłakany. Widać sporą wieżę, jakieś łuki, przypory – zabudowania wyglądają no coś co rzeczywiście mogłoby być świątynią. Pamiętając uwagę o upadku kultu, bohaterowie stwierdzają, że chyba znaleźli to czego szukali. Ostrożność jednak zawsze popłaca i na zwiady zostaje wysłany Keffar, który niepostrzeżenie skrada się do budynku. Coś jest jednak nie tak – nad niewielkim strumykiem ktoś wybudował prymitywny most z drewna, zupełnie nie pasujący do reszty. Dalej łowca znajduje ślady małych humanoidów – czyżby znów gobliny albo koboldy? W sumie Hashbelu z wyspy Wichrowych Wzgórz także wspominał o kapłanach Tilleopessi. Czyżby mieli oni okazać się istotami chaosu?

Napotkaliśmy ruiny starego (elfiego?) zamczyska. Drużyna zastanawia się, co robić:
- Tam mogą być koboldy…
Robson odzywa się znienacka głosem kobolda:
- Witajcie, czy szukacie nowego towarzysza?
Montcort w końcu niemal traci opanowanie:
- Napiszcie na jukach naszego osła, że rekrutacja zamknięta!!!

Na dalsze zwiady, dla bezpieczeństwa do Keffara dołącza Nuadu i Montcort. Gdy łowcy zakradają się bliżej zabudowań, słyszą… kwiczenie dzikiej świni? Wszystko zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie. Keffar wraca przywołać resztę drużyny, gdy tymczasem pozostali widzą jak z budynku wychodzi kobold. Nie ma jednak już możliwości poinformowania Keffara. Wszyscy, łącznie z koboldem, widzą jak przez mostek bez żadnego skrępowania maszeruje Feste. Już po chwili ze środka budynku dochodzi sygnał alarmu, brzmiący jak walenie chochlą w patelnię. Z zabudowań wypadają kolejne koboldy.

Nagle skądś słychać chrumkanie dzika. Spanikowany Smartf0x oświadcza:
- Robson teraz zagra dzikiem, który chce zostac druidem!
- Tak, to będzie druid zmiennokształtny, świniołak – dopowiada uradowany Robson. – Specjalna zdolność: znajdowanie trufli!
- Potem zagra truflem – dodaje Smartf0x złowieszczo. – Albo truflą?

Drużyna postanawia wkroczyć w ruiny zamku. Mistrz Gry opisuje:
- Wbiegacie na wieżę. Czujecie zapach wielu niemytych ciał, odchodów…
- Coś jak trzeci dzień konwentu?

Drużyna rozbiega się, gdy koboldy zaczynają strzelać z łuków. Mabon, Feste i Wude kryją się za murkami rozrzuconymi to tu to tam, gdy tymczasem Nuadu i Montcort strzelają do koboldów, zabijając kilku. Keffar obchodzi budynek, szukającinnej drogi wejścia niż obsadzona koboldzimi łucznikami przednia rampa. Znajduje wyłamane drzwi, a za nimi obszerne pomieszczenie, ze schodami prowadzącymi na dół w ciemność i do góry – najwyraźniej w kierunku posterunku koboldów łuczników. Widzi jak grupa koboldów wybiega po schodach na górę. Natychmiast postanawia zaszarżować ich “z flanki” na schodach i wywołać w ten sposób panikę. Szybko udaje mu się zabić kilku. W tym momencie jednak z drugiej strony, z ciemnego otworu w podłodze wybiega kilka koboldów i… dzik, który natychmiast szarżuje na Keffara. Sytuacja robi się nieciekawa, kiedy łowca musi walczyć na dwa fronty – z koboldami z góry i dzikiem z dołu. Na szczęście nikt tu nie ma broni miotanej, a na schodach jest dość wąsko, tak, że Keffar walczyć musi jedynie po jednym przeciwniku z każdej strony.

Dzielnych śmiałków atakuje CAŁA MASA koboldów, wiele z tych stworów pada z ręki walecznych postaci, ale ciągle pojawiają się nowe. Ekipa się niecierpliwi:
- Oni chyba sobie do serca wzięli te 500+…
- Modelowa rodzina!

W tym czasie na górze Montcort co i rusz ubija kolejnego kobolda, których strzały są dla bohaterów niegroźne. Feste próbuje włączyć się do walki rzucając sztyletami i próbując sprowokować koboldów do pomyłki swoimi “występami”, jednak nie udaje mu się osiągnąć większych efektów. Wude nakazuje Mabon zostać w miejscu a sam wykonuje brawurową szarżę na frontowe schody, po drodze robiąc marmoladę z jednego kobolda za pomocą swojego wielkiego młota bojowego. Nuadu zakrada się z drugiej strony i po zwalonej kolumnie, niczym zawodowy elf z pewnej trylogii, wyskakuje na podest wieży, gdzie znajduje się główne stanowisko łuczników – przez co powoduje małe zamieszanie. Daje tym samym okazję Wudemu na przedostanie się wyżej i włączenie się do walki.

Mordercza drużyna zabija koboldy aż (nie)miło, trup ściele się gęsto. Przypominamy sobie wydarzenie sprzed kilkunastu sesji, gdy po zabiciu złowrogiego trolla okazało się, że on tylko bronił leża, w którym popłakiwały małe, [[Skrzydła Rocranon cz. 71 – Trzy trollątka | słodziutkie trollątka]] wołające za mamą. Keffar ostrzega wszystkich:
- Zobaczycie, a potem się okaże, że to przytułek dla sierot koboldzich Matki Halucyny z Mrzysnu!

W tym czasie Keffarowi na pomoc przychodzi wysłana przez Montcorta Bruna – widząc jednak kotłowaninę na schodach i hordę istot w wieży, nie decyduje się na szarżę. Zamiast tego zaczyna rzucać oszczepami, chowając się za zawalonym murkiem. Keffar jednak coraz bardziej potrzebuje pomocy – okazuje się, że dzik jest bardzo twardym przeciwnikiem i poważnie poturbował naszego łowcę. Ten nie jest dłużny i co rusz zadaje okropne rany swym zaczarowanym toporem. Dzik jednak jest chyba w amoku i nie zwraca na nie uwagi.

Na dachu Wude i Nuadu rozprawiają się z koboldami – Nuadu rusza w kierunku schodów, aby dostać się do Keffara, gdy tymczasem Wude decyduje się na ryzykowny manewr i skacze z wieży, około 5 m w dół, aby szybciej znaleźć się przy okropnie ranionej właśnie Brunie. Skok z dachu nie udaje się jednak do końca i Wuda pada na ziemie nie mogąc się długo pozbierać. Na szczęście podczas upadku połamał jednego z atakujących Brunę koboldów. Stworzeń jednak przybywa, tak, że nawet Montcort musi odrzucić łuk i bronić się w zwarciu.

Gdy już wydaje się, że nie uda się przetrwać kolejnej fali, Keffarowi nareszcie udaje się ubić dzika. Mimo, że poważnie ranny, wojownik jest nadal w lepszej kondycji niż niektórzy z pozostałych członków drużyny. Z jego pomocą szybko udaje się odrzucić kolejną falę potworów. Część z nich wycofuje się w ziejącą ciemnością dziurę w podłodze wieży.

Nastąpiła przerwa w walce z koboldami. MG zadaje tradycyjne pytanie:
- To co robicie?
- No jak to – stwierdza Montcort – idziemy strzelić kobolda w kask!

Poranieni bohaterowie dźwigają się ciężko, otaczając mroczne przejście – co się zaczęło, trzeba będzie skończyć. Mabon na ile może leczy pozostałych a Nuadu rozpala pochodnię. Gdy wszystko jest gotowe, zaciskając przemoczone od krwi rękawice na stylisku swego topora, Keffar rusza przodem.

View
Skrzydła Rocranon cz. 90 - Strażnicy drzew

Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

20 dzień starości, obóz elfów

Wieczorem znów wszyscy gromadzą się wspólnie przy wielkim ognisku. Wśród elfów pojawia się sporo nowych twarzy, których bohaterowie nie rozpoznają. Nuadu udaje się nawiązać rozmowę z jedną z nowo przybyłych elfek, która wydaje się być zafascynowana znajomością języka elfów, którą może pochwalić się Nuadu. Jego akcent przykuwa uwagę, stąd tez musi on wyjaśnić, że nauczył się go na innym kontynencie – w paezurii. To proste stwierdzenie sprawia, że elfka, Nerwenye, tym bardziej jest zainteresowana opowieściami łowcy z dalekich krajów.

W tym samym czasie Halden szuka sposobności, aby wyrwać się spod bacznego wzroku Montcorta i spróbować zrealizować część swojego planu. W końcu udaje mu się namówić Daenaliego, aby ten zabrał go jako pomocnika do kuchni. Tam, obierając warzywa opowiada o swoich planach i o księdze, którą ma ze sobą. Elf chce zobaczyć księgę, ale Halden martwi się, co zrobi Montcort, gdy zobaczy go pałętającego się po obozie, nie chce ryzykować opuszczenia bezpiecznego schronienia w kuchni. Daenali zgadza się przynieść rzeczy młodego maga… Udaje mu się bez zwracania uwagi wyciągnąć rzeczy Haldena i już po chwili jest spowrotem. Jednak okazuje się, że księga jest zbyt skomplikowana. Radzi Haldenowi, aby porozmawiał z Ladrime, która posiada tutaj chyba największą wiedzę w zakresie magii.

Feste wymyka się po cichu do lasu, ale czujna Mabon zauważa to. Martwiąc się jeszcze, po niedawnych przygodach, o swojego przyjaciela namawia Keffara aby oboje śledzili minstrela i sprawdzili, czy nie zrobi ‘czegoś głupiego’. Tracą jednak w ciemności trop. Rozglądając się bezradnie Mabon nie dostrzegają, gdy w pobliżu pojawia się bezszelestnie jeden z elfów. Gdy Mabon go dostrzega, omal nie dostaje zawału – elfowi udało się podejść niezauważenie na odległość wyciągniętego ramienia! Przy takim wyczynie, nawet Keffar zwątpił w swoje umiejętności tropienia. Elf nic nie mówiąc, gestem nakazuje iść za sobą. Prowadzi dwójkę przyjaciół do wielkiego zwalonego drzewa, po czym znika. W zagłębieniu pod korzeniami Keffar dostrzega pochyloną sylwetkę Festego, który… rozpala ognisko.

Mabon z Keffarem chodzą po lesie, szukając Festego, który się gdzieś zawieruszył. Wkrótce spotykają elfiego strażnika. MG opisuje sytuację:
- Elf coś mówi śpiewnie w swoim języku, uśmiecha się i wskazuje wam drogę w ciemność.
Mabon i Keffar nie znają tego języka i nic nie rozumieją. Z pomocą przychodzi im Nuadu, który udając mowę elfa, tłumaczy, szeroko się uśmiechając:
- Idźcie tam, ludzie, tam są kociołki, w których gotujemy obcych!

Gdy ogień zaczyna wesoło trzaskać łotrzyk wstaje i zaczyna się rozglądać z zakłopotana miną, tak jakby czegoś szukał. W pewnym momencie jego wzrok napotyka Mabon i Keffara. Trefniś jest zmieszany i nie za bardzo wie jak się wytłumaczyć ze swoich poczynań (miał w planach przygotowanie trucizny ze zdobytych składników) – tak więc zamiast wyjaśnień postanawia przejść do kontrataku i zaczyna wypytywać co to Mabon i Keffar sami po nocach robią w krzakach tak daleko od obozu? Zmieszana Mabon jąkając się i czerwieniąc tłumaczy, że to tylko z troski poszła za nim, aby upewnić się, że wszystko ok i że z Keffarem to nic a nic nie znaczy. Suma sumarum, po dłuższej wymianie zdań i paru uszczypliwości ze strony Festego, cała trójka wraca do obozu. Feste zaś zastanawia się przez resztę wieczoru skąd wytrzasnąć naczynka.

Rozkojarzona po spotkaniu w lesie i oskarżeniach Festego Mabon postanawia zajrzeć do świata duchów. Gdy wszyscy zajmują się swoimi sprawami szamanka wykonuje jeden ze swoich rytuałów i zapada w trans. Cała polana ożywa niesamowita ferią barw magicznych żył drzew i bogactwem żwawych dusz zwierząt. Szczególnie jej uwagę przyciąga niewielki, ale jasno świecący duch oposa, który przysiadł na pobliskim drzewie. Mabon wyciąga rękę i karmi ducha tak jak zwykłe zwierzę, resztką kolacji, co napawa jej dusze dziwnym spokojem i harmonią…

21 dzień starości

Drużyna budzi się o świcie i zaczyna zwijać obóz. Zaspana Mabon jest jak zwykle głodna, więc wyciąga skądś udko z kurczaka i zaczyna je wcinać. Zdumiony Keffar pyta:
- Skąd je masz?
- Z wczoraj! – pada odpowiedź.
- Jak by ją wziąć za nogi i wytrzepać – myśli na głos Nuadu – pewnie wypadłoby masę żarcia!
Jak zwykle Montcort O Ciętym Języku nie może się powstrzymać od przedrzeźniania koleżanki:
- „O, to jadłam dwa tygodnie temu! O, a to marchewka! A nie, to nie do jedzenia…”

Elfy znów zniknęły wcześnie rano. W obozie został praktycznie sam Daenali, który od rana stara się wymyślić jakąś rozrywkę dla naszych bohaterów. Razem z Nuadu postanawiają nałapać ryb na obiad, gdy tymczasem Montcort wpada na cudowny jego zdaniem pomysł szkolenia dla Haldena: pójdziemy tropem elfów. Haldenowi nie jest to w smak, ale Daenali wyjaśnia, że razem z elfami jest też Ladrime – to nieco ożywia markotnego młodzieńca. Wyruszają w trójkę z Keffarem.

W tym czasie Feste zaczepia Mabon i dopytuje się, tym razem bez świadków, co tak naprawdę łączy Mabon z Keffarem – widać chłopak wziął sobie wczorajsze spotkanie ‘do serca’. Mabon jak zwykle ma problemy z rozmawianiem na takie tematy i czerwieniąc się uroczo zapewnia, że nie ma żadnych powiązań i że nie ma o czum mówić, a w ogóle to może dobrze byłoby zmienić temat i pozbierać nieco ziół w lesie. Razem udają się na pobliską łączkę, gdzie… znajdują rozerwanego na strzępy królika. Nie zdążyli jeszcze pomyśleć, że coś jest nie tak, gdy z lasu szarżuje na nich wielka stonoga! Szybko zrywają się do biegu, pamiętając opowieści Keffara o śmiertelnie groźnych i jadowitych aszerach. Udaje im się uciec, po drodze jednak gubią drogę. Mabon postanawia użyć magii, aby wykryć właściwy kierunek. Gdy już wydaje jej się, że w miarę rozróżnia strony świata, ustanawia kierunek. Po kilku minutach ostrożnego skradania się gęsty dotąd las zaczyna się przerzedzać, a przed nimi wydaje się otwiera się polanka. Feste jest pod wrażeniem zdolności Mabon, jednak po chwili okazuje się, że to jednak nie obóz elfów, a wielka polana wypełniona wysokimi paprociami. Mabon wyczuwa, że coś jest nie w porządku z magia tutaj, dlatego postanawiają pójść brzegiem i nie zanurzać się w dziwnie wybujałe krzaki. Około kilometra dalej wynurzają się w pustym obozie. Gdzie podziali się wszyscy?

Po kilku godzinach ‘szkolenia’ Montcort postanawia schować się Haldenowi, dla psikusa, i zobaczyć jak młody chłopak sam poradzi sobie w lesie. Okazuje się, że Halden jest niezrażony. Jednak zamiast szukać łucznika, postanawia sam wrócić do obozu. Dzięki wyczuciu i swoim ostrym zmysłom udaje mu się zlokalizować rzekę i pójść jej brzegiem we właściwym kierunku. Montcort podąża za nim, obserwując z ukrycia. Gdy około południa udaje się Haldenowi, a następnie dwóm łowcom wrócić do obozu, zastają Nuadu i Daenaliego przy przygotowaniu posiłku złożonego ze złowionych ryb – zapowiada się kolejna suta uczta. Dopiero po chwili dociera do przyjaciół fakt, że nigdzie w obozie nie ma Festego i Mabon. Daenali przypomina sobie, że nie widział ich od rana. Drużyna szybko organizuje się w celu wykonania akcji ratunkowej, po śladach szybko docierają do martwego królika i tropów co najmniej dwóch aszer. Tych jednak nigdzie nie widać. Drużyna idzie dalej po tropach spodziewając się najgorszego. Na niebie pojawiają się burzowe chmury i zaczyna padać. Przemoczeni do suchej nitki mijają polane z paprociami i w końcu docierają do obozu, gdzie znajdują winnych, od jakiegoś czasu schowanych pod płachtą i grzejących się przy ognisku… Widząc nietęgie miny zmoczonych towarzyszy Feste tylko wzrusza ramionami i uśmiecha się rozbrajająco.

Gdy wieczorem pojawiają się elfy, Eron przyprowadza nieznajomego, ubranego od stóp do głów w strój złożony z liści i gałązek idealnie pasujący do aktualnej pory roku. Wyjaśnia, że nazywa się on Gonarfin i będzie to przewodnik do opiekunów drzew. Nieznajomy nie odzywa się wiele i drużyna nie uzyskuje dodatkowych informacji.

Przy ognisku Feste postanawia zorganizować występy i śpiewa rzewną piosenkę miłosną. Wszystko byłoby dobrze, gdyby na końcu nie okazało się, że bohaterowie poematu to dwaj mężczyźni. Na koniec Feste zamaszyście kłania się i uśmiecha się w kierunku Montcorta. O co chodziło trefnisiowi? Tego Montcort nie jest w stanie pojąć…

Haldenowi udaje się uzyskać pomoc Nuadu i porozmawiać z Ladrime. Ta ogląda księgę i po jej zamknięciu zadaje pytanie: dlaczego Halden zaczyna od tak trudnej wiedzy? Ten jest zmieszany i odpowiada tylko, że to dlatego iz nie ma dostępu do innej wiedzy, a sam nie wie jak się uczyć. Ladrime nakazuje mu gestem podążać za sobą i prowadzi go poza krąg ogniska. W ciszy i spokoju rozpoczyna naukę prostego zaklęcia. Wolno wykonuje wszelkie ruchy i obserwuje jak Halden je powtarza. Wielokrotnie każe powtarzać parę słów. Wreszcie, gdy Haldenowi wydaje się, że minęły wieki, Ladrime przerywa i udaje się znów w kierunku obozu. Gdy zasiadają przy ognisku do Haldena pochodzi elf z dziwnymi narzędziami, które okazują się służyć do wykonywania tatuaży. Między kciukiem a palcem wskazującym lewej ręki Haldena elf wykonuje pojedynczy, delikatny symbol, po czym kłania się i odchodzi. W ten sposób Halden poznał i zapamiętał swój pierwszy czar.

22 dzień starości

Wczesnym rankiem Gonarfin budzi drużynę i ponagla do szybkiego marszu. Widocznie coś dzieje się w lesie. Idąc na zachód drużyna napotyka dwóch elfów, ubranych maskująco tak jak Gonarfin, oraz stos ludzkich (!) ciał naszpikowanych strzałami. Szybko jednak bohaterowie zauważają, że są to ciała istot nieumarłych. Widocznie udało im się przebyć rzekę. Gonarfin tym bardziej nalega na pospiech. Po długim, forsownym marszu na horyzoncie pojawia się jakaś dziwna, bursztynowo-zielona łuna. Gonarfin wskazuje przed siebie i mówi: Strażnicy Drzew. Bohaterowie schodząc ze ścieżki i zanurzają się w lesie. Las staje się czystszy a drzewa znacznie potężniejsze i rzadziej rosnące. W pewnym momencie Gonarfin zatrzymuje się – w odległości około 100 metrów od kręgu ogromnych drzew – w ich korze widać cieki żywiczne, które opalizują tym dziwnym, magicznym światłem. Aura spokoju i niezmierzonych wieków promieniuje z tego miejsca. Z braku lepszych pomysłów bohaterowie idą w ślad za przewodnikiem. Mija godzina czekania, która nie dłuży się, gdyż rzadko ludzie mogą być świadkami takiego cudu natury jakim jest ten las. Zadumę przerywa pojawianie się trzech elfów – ku zdumieniu drużyny – starych, posiwiałych i pomarszczonych, jak zwyczajni ludzie! Widać w ich twarzach jednak szlachetne rysy elfów, a z postawy bije dostojeństwo wielu wieków życia. Krótkie powitanie i… mimo, że Montcort i Nuadu chcieli od razu wyłożyć cel misji, strażnicy drzew odkładają rozmowę na jutro! Postrzeganie upływu czasu przez elfy jest po prostu dla naszych bohaterów nie do zrozumienia.

Starcy odchodzą, Gonarfin znika. Drużyna nie za bardzo wie co ze sobą zrobić. Nie wiedzą nawet czy mogą przebywać w obrębie drzew. Po krótkiej obserwacji otoczenia Nuadu wreszcie zauważa elfa – jednego z mieszkańców świętego gaju – i wypytuje go o zwyczaje i prawa panujące w tym lesie. Przepisy wydają się być jasne – poza obszarem magicznych drzew możemy zachowywać się jak zawsze – ale z umiarem. Natomiast krąg drzew jest miejscem uświęconym i nie wolno w nim zabijać ani niszczyć żadnego żywego stworzenia czy rośliny.

Podczas rozbijania obozu, na skraju świętego lasu, Montcort i Keffar odkrywają, że niektóre z drzew są żywe! Jedno właśnie wstało i odmaszerowało… Byłby to może szok, gdyby nie fakt, że z jednym drzewcem ale dużo mniejszym!) mieli już do czynienia podczas obrony przełęczy Zimowego Kła. Dzień kończy się, gdy każdy z bohaterów zajmuje się swoimi sprawami. w szczególności Halden zostawiony samemu sobie przez Montcorta ma wreszcie czas aby czytać księgę. Zasypia marząc o chwale i potędze czarnoksiężnika.

View
Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 1)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

18. dzień starości, port: Trzewia
A niech to dunder świśnie, flauta z samego rana! Na początku rejsu? Niepomyślny to znak. Wiatr wzmógł się szczęśliwie na sam koniec porannej wachty, choć, wciórności, niewiele. Załoga sprawia się cosik niemrawo, trza ich będzie trochę przećwiczyć, gdy wypłyniem w dalszy rejs. Zobaczą, jak się żegluje pod kapitanem Roge! Dobrze, że przynajmniej tą fest babę bosmanem zrobili, gdy huknie na jednego z drugim, aż miło posłuchać… no i popatrzeć, ma się rozumieć, jest na co. Jak to mój dziadunio mawiali, baba ma być taka, coby jak ją w zadek trzaśniesz, policzki się jej trzęsły. Dziadunio wiedział, co gadał, cztery żony miał w końcu, a co jedna, to bardziej rozłożysta, choć sam kościsty jak szczapa. Gadał, że niby w łożu miękko mieć musi… i wiedział, co gadał, wciórności. Ta tutaj Eadburh jak nic łoże umie sobą wymościć. Ciekawym czy ta młódka piła kiedy grog z kapitanem? O czym to ja…

[…]

Słaby wiatr sprawił, że rzucilim cumy w Trzewiach dopiero na wieczór.
Po spotkaniu z kupcami podług życzenia panienki Mabon okazało się, że nijak nie są naszym ładunkiem soli zainteresowani. Cwany kupiec o kaprawych oczkach, Zyvalt chyba go wołali, próbował nawet zbić cenę, alem nijak nie mógł na to przystać. W końcu zacny zarobek mi przyobiecano z zysków, dziesięc od sta! Ten cały Zyvalt jest jakoby przedstawicielem rybaków z Trzewi łowiących ostrzyce, alem łatwo zmiarkował, że to całe jego przedstawicielowanie polega głównie na napychaniu własnych kieszeni. Kapitan Roge zna takich jegomościów nie od dziś!

Jużem chciał odchodzić z tamtego miejsca, ale Zyvalt, niechybnie widząc, że nie dam się na jego sztuczki nabrać, chciał mnie zażyć z innej mańki i powiedział, że ma do sprzedania gigantyczną rybę! Niech mnie kule biją, większego dziwoląga nie widziałem. Takiej ryby zresztą też nie. Trzymają to bydle długości 8 metrów w zmyślnie skonstruowanym baseniku nieopodal portu, rybsko paskudne i stare, mawiają, że z 50 lat ma jak nic! Jeden z drugim zakładali się o to, czy da się na niej jeździć jakoby na koniu. Ech, w Trzewiach zawsze ludziskom durne pomysły w łbach się lęgły! Nic tu po nas, czas podnieść kotwicę! Ale najpierw czas do balwierza, może ma jaką pomadę do włosów.

20. dzień starości, port: Ipo
Chwalić bogów, wiatry nam zaczęły sprzyjać. Zawinęliśmy do Ipo bez przeszkód i stanęliśmy na kotwicowisku, nie cumując w porcie, coby grosza przyoszczędzić. Przy okazji przećwiczyłem załogę na okoliczność szybkiego rzucania i podnoszenia kotwicy, coby się te moje szkorbutniki zbytnio nie leniły. Ta cycata Eadburh niezłą ma rękę, a w zasadzie to żem powinien napisać „łapsko”, he he. Cóż ona tymi łapskami potrafi wyrabiać! [kleks] Umie tych bęcwałów nieźle do roboty pogonić. Takiego babska mi na pokładzie trza było, a wredne toto prawie jak trzecia żona mego dziadunia! Tylko, że tamta zbyt obrotna była i szybko się zmiarkowała, że dziadunio człek łasy na wszelkie pokusy i oprócz jej łoża lubi też przydybać dojareczkę na sianie. Oj, dostało się dziaduniowi warząchwią…

24. dzień starości, port: Ipo
Negocjacyje z kupcami do najłatwiejszych nie należały, alem robił, com mógł. Nawet w Ipo słyszeli o kapitanie Roge i wiedzą, huncwoty jedne, że mnie nie oszukają! Sól udało się mi sprzedać z całkiem zacnym zyskiem 90 kłów (minus opłaty portowe i rozładunek). A ledwiem ogłosił, że szukam nabywców na nasz ładunek srebra, kupczyki jęły się pchać do mnie na wyprzódy i dalej się targować kto da więcej! Jeden był szczególnie zdesperowany, mówiąc że jego zleceniodawca skłonny jest zapłacić całkiem ładną sumkę, jeśli targu dziś ubijemy. No to cóżem miał robić? Srebro sprzedałem, zarabiając jakiejsik 150 procent, czyli 3600 kłów! Jakem kapitan Roge, taki interes dawno mi się nie trafił! Oj, podumać mi przyjdzie, co z zarobkiem zrobię, gdy na ląd zejdę!

Gdym się targował o cenę srebra, sprzątnęli mi sprzed nosa całkiem porządny ładunek broni – 200 włóczni. Za grosz ci Ostrojczycy taktu nie mają, że też nie poczekali na mnie z ubiciem targu. Próbowałem się wywiedzieć, kto śmiał mi z onucami w handel wchodzić, ale zastrachany kupczyna, co to jeszcze mleko pod nosem ma, wybąkał coś o ludziach Jarla Erlerta skupujących broń na potęgę. Co się na tych Ostrojach dzieje? Ani chybi wszyscy się szaleju najedli, że tacy w gorącej wodzie kąpani. Chyba, że i do nich ryboludy zawitały… a może coś inszego się kroi? Cokolwiek to będzie, obyśmy zdążyli podnieść kotwicę i obrać kurs na powrót na południe zanim nam w tym przeszkodzą…

Udało się też zakupić ładunek pszenicy w miłej dla trzosika cenie, już liczę te kły, gdy zawiniemy choćby do Sotham! Przyjąłem też na pokład 4 podróżnych do Harivik, naszego kolejnego celu podróży. Będą się pewnie plątać po pokładzie, szczury lądowe, ale przynajmniej dzięki nim pokryć się uda nie takie znowu niskie ostrojskie opłaty portowe.

Gdym świętował pomyślne załatwienie interesów w pobliskiej tawernie „Pod kiszoną płetwą rekina”, słyszałem, jak ludziska już gadać zaczęli o mym sukcesie ze srebrem. Jakiś jednooki jegomość twierdził, jakoby Tan Vahlid potrzebował srebra, a jego kompan go wyśmiewał – no bo i po co Tanowi jeszcze więcej srebra?

View
Skrzydła Rocranon cz. 89 - Kiedy nadejdzie po temu czas

Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

17 dzień starości

Incydent z Haldenem i Montcortem był najpoważniejszym z tych, które wydarzyły się po lądowaniu, ale były też inne. Otóż wszystkich zaskoczył wielki Wude – jeden z byłych niewolników na galerze, a obecnie wynajęty przez drużynę ochroniarz (za godziwą zapłatę!). Po wylądowaniu upadł na piasek plaży i zaczął wznosić głośne dziękczynne modły do duchów wody. Bruna skomentowała ten fakt ostentacyjnym prychnięciem i kręceniem głowy.

Już w trakcie rejsu morze było niespokojne i dął silny wiatr, ale teraz na otwartej przestrzeni drużyna naprawdę poczuła jego przeraźliwie zimne kąsające podmuchy. Dodatkowo z nieba zaczął siąpić deszcz, który w kilka chwil przemoczył podróżników. Wszyscy natychmiast przywdziali swoje najcieplejsze ubrania – opłaciło się dobrze wyposażyć przed podróżą. Mimo ciepłego ubrania Bruna i tak co rusz klęła na czym świat stoi całą tę bardziej zimową niż jesienną pogodę. Jedyny całkowicie zadowolony ze zmiany ciepłego miasta na zimną dzicz wydawał się być Nuadu, który szybko wyrwał się na przód pochodu. Kierunkiem był oczywiście las Quynoth, choć drużyna zdecydowała się, że pierwszą noc spędzą jeszcze poza lasem, aby nie “drażnić” elfów, które mogą być zaniepokojone obecnością intruzów w swoim lesie.

Obóz zostaje założony w zagłębieniu okrytym pniem zwalonego ogromnego drzewa, tuż poza linia lasu. Zanim na dobre rozpoczyna się ulewa Nuadu udaje się rozpalić ogień, a Montcortowi z Haldenem postawić prowizoryczne zadaszenie dla drużyny. Cisnąc się przy ciepłym ogniu drużyna słucha uspokajającego, miarowego szumu deszczu, drzew i śpiewu ptaków, nastroje poprawiają się. Po chwili Wude zaczyna nucić jakąś wesołą piosenkę, co podchwytuje Feste i na dzwoneczkach zaczyna ją powtarzać – w końcu jest to melodia znana mu z jego ojczystych stron. Zachęcony Wude zaczyna śpiewać niskim głosem dziwną, ale wpadającą w ucho piosenkę. Po chwili pod nosem zaczyna nucić nawet Keffar. Halden próbuje wydębić w tym czasie jedną ze świec od Mabon, aby zagłębić się w lekturze księgi magicznej, jednak jego próby kończą się fiaskiem, a reszta drużyny ma uciechę rzucając niewybredne komentarze na temat różnorakiego zastosowania świeczek.

Montcort szybko znajduje nowe zajęcie dla Haldena i goni go na pierwszą wartę. Ale nie byle jaką wartę – połączoną z nauka surwiwalu i wojskowego drylu. Po tych nocnych manewrach, cały uwalany błotem i wymęczony Halden zwala się na ziemię i zasypia, nie mając już siły nawet myśleć o księgach.

Motncort jednak nie daje za wygraną i niemiłosiernie gnębi kota-Haldena:
- Zbuduj szałas!
- Pościel nam posłania!
- Wypucuj kociołek!
Halden w końcu znajduje chwilę wytchnienia i zaczyna zajmować się swoimi sprawami. Montcort od razu to zauważa, ale obóz już rozbity, wszystko gotowe i na poczekaniu nie może wymyślić żadnego nowego sposobu znęcania się nad uczniem alchemika:
- Chodź do lasu… – zaczyna Montcort. – Muszę… Ci pokazać… rzeczy…
- Aha! – Nuadu rozszyfrowuje zamiary Montcorta. – Będziesz mu pokazywał rzeczy teraz!
Zupełnie nie wiadomo dlaczego, drużyna wybucha śmiechem. Montcort jest smutny.

Podczas warty Wude i Festego w lesie słychać dziwne odgłosy. Feste uważnie przygląda się drzewom szukając wspinających się po nich elfów z niecnymi planami – ale nie, to tylko na gałęzi przysiadła z furkotem harpia, jeden z ptaków Montcorta, wracająca z nocnych łowów.

Montcort z dumą zdradza tajemnice swojego ptaka. Takiego latającego, wiecie, sokolnikiem jest:
- Mój orzeł nazywa się Terror. Ma wgrany program antyterrorystyczny.

Podczas warty Bruny i Nuadu dochodzi między nimi do dłuższej wymiany zdań. Wygląda na to, że Bruna jest przekonana, że Nuadu jej nie lubi. Nasz łagodny i przyjazny dla wszystkich łowca jest zaskoczony i szybko wyjaśnia, że ma po prostu taki charakter samotnika i bez potrzeby nie lubi strzępić języka, więc zazwyczaj wychodzi na gbura. Ale do nikogo urazu nie ma i jest zadowolony z obecności wojowniczki. Ta wydaje się zadowolona z takiego obrotu sprawy.

18 dzien starości

Rano drużyna zrywa się wcześnie. Przy śniadaniu okazuje się, że mieszczuch Halden nie przygotował się do wyprawy należycie i ma tylko małą manierkę na wodę. A przecie w głuszy czysta woda to podstawa. Póki co Nuadu udostępnia mu swoje zapasy, które w paru sporych bukłakach dźwiga osiołek.

Drużyna wchodzi ostrożnie w las, rozglądając się uważnie. Nie jest jednak niepokojona i po pewnym czasie wszyscy rozluźniają się podziwiając jesienną przyrodę w całej okazałości. Po drodze drużyna znajduje źródełko, gdzie uzupełnia zapasy krystalicznie czystej wody. Wydaje się, że niefrasobliwość Haldena nie będzie tu zbyt dużym problemem. Nuadu i Mabon rozglądają się za ziołami, ale nie znajdują zbyt wiele. Nuadu będący na szpicy grupy słyszy w pewnym momencie odgłosy ciągnięcia czegoś ciężkiego po poszyciu. Wygląda zza pobliskiego wzgórza i widzi istotę ciągnącą martwego jelenia. Po chwili dostrzega drugą, podobną. Są to dwa ogromne żuki, podobne do tych spotkanych niegdyś w podziemiach Czerwonej Twierdzy. Daje znać pozostałym i drużyna wycofuje się cicho, czekając aż żuki odejdą w spokoju.

Kilka godzin później, nie niepokojeni bohaterowie docierają do wyższych, łysych wzgórz, z których rozpościera się szersza panorama na las. Drzewa są jeszcze w dużej mierze zazielenione, ze względu na wczesną porę jesienną, choć gdzieniegdzie już widać pierwsze kolorowe liście. Drużyna postanawia założyć obóz, a łowcy udają się na polowanie. Zdobywają sporo dzikich gęsi, które w bardzo smaczny sposób przyrządza Wude.

19 dzień starości

Drużyna nadal wędruje po lesie, tym razem skrzętniej szukając jakichkolwiek oznak bytności rozwiniętej cywilizacji – w końcu elfy muszą gdzieś mieszkać i zostawiać jakieś ślady… Po paru godzinach wreszcie się udaje – przy wodospadzie odkrytym przez Haldena łowcy dostrzegają w błocie płytkie ślady obutych stóp. Nuadu, Feste i Montcort podejmują trop skradając się, jednak reszta drużyny, mimo pozostania w tyle robi multum hałasu. Tropiącym nie udaje się nic zauważyć, tak więc niemal podskakują ze strachu, gdy w pewnym momencie zza ich pleców dobiega kobiecy, melodyjny głos. Niesamowicie piękna elfka wita drużynę we wspólnym języku, pytając o cel wizyty w lesie elfów. Gdy Montcort odwdzięcza powitanie widzi, że elfka niezgrabnie (o dziwo) wyciąga rękę, w ludzkim geście powitania. Montcort delikatnie odwzajemnia uścisk dłoni, elfka wydaje się zadowolona. Pojawia się więcej elfów. Nuadu dostrzega, że są one inne, niż dzikie elfy, które spotykał do tej pory. Elfka przedstawia się jako Ladrime, a innego elfa jako Eron. Eron i Ladrime jako jedyni potrafią mówić w języku ludzi. Feste jednak nie może się powstrzymać, aby nie przedrzeźniać śmiesznego akcentu Erona. Montcort i Keffar mają ochotę zdzielić go w łeb, a Mabon praktycznie się nie patyczkuje i pakuje Festemu ogromną bułkę w usta. Jednak nawet to nie pomaga… na szczęście elfy wydają się nie zwracać na wygłupy błazna uwagi.

Jak na sprytnego szlachcica przystało, Montcort nie zorientował się, że ślady, które widzieliśmy, to ślady elfów, a nie ludzi. Pozostali gracze nie dają mu spokoju:
- Montcort, od czasu gdy zostałeś szlachcicem, tytuł lordowski padł ci na mózg.
- Lordozy dostał!

Spotykamy elfy w lesie Quonyth. Brzechwy ich wymierzonych w nas strzał są żółte, przewiązane niebieską nicią, a my wciąż nie wiemy, czy elfy są przyjaźnie do nas nastawione, czy nie.
- Żółte i niebieskie?! To przecież szwedzkie elfy! – rozwiązuje zagadkę Mabon.
- DZIEŃ DOBRY! JESTEŚMY IMIGRANTAMI! – rzuca pośpiesznie Montcort.

Feste – Afe czemu fam zie samknonć?
Mab – Ja mu wsadzam bułkę, żeby się zamknął!
Montcort – Ty nie rób tak, bo on się nauczy, że jak robi sztuczkę to dostaje nagrodę!

Montcort próbuje przedstawić cel wizyty drużyny, jednak zostaje powstrzymany przez Ladrime – na poważne rozmowy o szczegółach przyjdzie czas potem – mówi – teraz jest czas na odpoczynek. Eron i Ladrime prowadzą gdzieś bohaterów, przy okazji rozmawiając co rusz z innym członkiem drużyny. Pozostałe elfy wydają się być bardzo spięte.

Rozmowa z elfów z Bruną kończy się dla tych pierwszych rozszerzeniem zakresu słownictwa o nowe przekleństwa.
Mabon – szukam w plecaku kolejnej bułki

Nagle pochód zatrzymuje się, w miejscu wyglądającym całkowicie na losowe dla drużyny. Jednak elfy szybko organizują obóz, jakby to miejsce było ku temu przeznaczone. Wszyscy zasiadają przy jasno świecących ogniskach. W ich świetle, w koronach najpotężniejszych drzew bohaterowie dostrzegają jakieś dziwne zgrubienia – czyżby tak wyglądały domostwa elfów? Gospodarze podają kolację i organizują muzykę – delikatne dźwięki lutni zostają za chwilę zastąpione jednak przez donośny głos Wude, który na kolanie wybija rytm. Elfy wydają się być zainteresowane nowym zjawiskiem. Gdy zapada całkowita ciemność Nuadu przemawia w imieniu drużyny, wręcza podarunki i wyjaśnia cel wizyty. Eron oznajmia, że sprawa ta może być rozwiązana tylko przez Strażników drzew. Obiecuje wkrótce zaprowadzić do nich drużynę. Okażę się jednak wkrótce, że dla elfów czas biegnie nieco inaczej i “wkrótce” to całkiem spory okres czasu. Eron ostrzega także drużynę, aby nie zapuszczała się za rzekę, bo to tereny “nieumarłych”. Na koniec, przed snem, drużyna zostaje obdarowana przez elfy przedniej roboty kaftanami, kilkoma zdobionymi sztyletami, strzałami, manierkami i podobnymi przedmiotami. Wśród nich jest także aromatyczny i pożywny chleb.

20 dzień starości

Drużyna miała nadzieję, że dzisiaj spotkają opiekunów drzew, jednak nic z tego – czas elfów rządzi się swoimi prawami i oto drużyna ma do swojej dyspozycji cały dzień. Keffar i Nuadu dołączają do patrolu elfów zmierzającego do podnóży Tahadów, Mabon szuka ziół w pobliskim zagajniku, a Feste z pomocą elfów znajduje nieco qurary. Halden czyta swą księgę i zastanawia się jak wyłożyć swoje prośby elfom, szczególnie, że nie zna ich języka. Pozostali odpoczywają.

View
Skrzydła Rocranon cz. 88 - Odejdź nieproszony duchu!

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

15 dzień starości

W drodze poza mury miasta drużyna widzi jakiś ruch i słyszy wykrzykiwane rozkazy. Spory oddział rycerzy prowadzi swego rodzaju musztrę, przygotowując się zapewne do wymarszu. Montcort wyjaśnia, że są to Miecze Redara, dowodzone przez Enryna Porte – tego, który zrobił tęgie larum na niedawnym spotkaniu u Wanryka. Montcort stara się dać wykład ze znajomości szlacheckich powiązań, musi jednak przerwać, gdyż oto drużyna dochodzi do bram zamku, gdzie Montcorta porywa jego senior, Baron Wellson. Drużyna kontynuuje swą wyprawę po zioła, gdy tymczasem Montcort zagłębia się w świat polityki.

Gdy Montcort pojawia się w zamku pierwsze co słyszy to słowa Lorda Gilliana, który stoi na podwyższeniu i peoruje coś na temat górników i zamkniętych kopalń. Najwyraźniej pojawił się spory problem natury ekonomicznej, gdyż ze względu na niebezpieczne szlaki górnicy nie chcą przysyłać transportów srebra i żelaza. Tych jednak i tak nie dałoby się sprzedać, gdyż brak statków mogących je wywieźć z wyspy. Cała sytuacja grozi poważną zapaścią gospodarczą. Ignorując jednak te mało interesujące ekonomiczne rozważania Montcort przedstawia Wellsonowi plan drużyny co do sprawdzenia wiadomości pozyskanych przez uczonych Simeona i Oetheda. Obiecuje, że postara się załatwić tę sprawę jak najszybciej po czym planuje wyruszyć rozwiązać sprawę sporu elfów z ludźmi Enryna Porte. Wellson martwi się jednak, że gdy drużyna wyjedzie z miasta to nie będzie miał kto bronić ludzi na ulicach. W Sotham ma zostać jedynie załoga zamku, gdyż niedobór ludzi bardzo wiąże Wanrykowi ręce. Niektórzy szlachcice w ogóle nie chcą wyprowadzić swych ludzi z podległych sobie ziem. Montcort dowiaduje się także o co chodzi z musztrą w porcie – to wina Guiosy, który postanowił oddać się oczyszczeniu w świątyni KOP. Te rytuały trwają już cały ranek, co opóźnia wymarsz oddziałów Enryna (którym z rozkazu Wanryka Guiosa miał towarzyszyć). Enryn Porte jest z tego powodu wściekły, przez tą jeszcze jedną zniewagę, a swoją złość wyładowuje przez musztrę na żołnierzach.

Na koniec Montcort otrzymuje zgodę na wykonanie zaproponowanych zadań specjalnych. Młody Lord postanawia jednak, że znajdzie sposób na rozwiązanie problemu braku milicji dla obrony ludzi w mieście. Wychodząc z narady Montcort zostaje zatrzymany przez samego Wanryka, który prowadzi go do ogrodu wypytując o jego przeszłość i o rodzinę oraz dotychczasowe zajęcia. Prowadzi go ku zabudowaniom gospodarczym i ostatecznie na strych, gdzie swoje klatki ma spora kolekcja sokołów. Wanryk bez owijania w bawełnę proponuje Montcortowi zajęcie pozycji nadwornego sokolnika. To jednak nie jest w smak młodemu szlachcicowi, który właśnie przed tym uciekł z rodzinnych Argadów. Taktownie stara się odmówić, jednak widocznie swą odmową zaprzepaszcza możliwość nawiązania bardziej zażyłych stosunków ze swoim suwerenem. Przed pożegnaniem jednak Wanryk oznajmia, że pozycja jest jednak ciągle otwarta i że liczy na zmianę zdania w przyszłości. Montcort grzecznie żegna władcę Rocranon i wraca do gildii. Po drodze natyka się jednak na oddział Nogli-Cuira szturmujący pobliski magazyn. Zaintrygowany próbuje się wtrącić. Nogli-Cuir jednak powołuje się na swój urząd i twierdzi, że świetnie sobie poradzi sam, a Montcortowi radzi zająć się swoimi sprawami. Ta niezbyt grzecznie wrażona opinia wchodzi młodemu i krewkiemu szlachcicowi na ambicję. postanawia zostać i przypatrywać się akcji, nie szczędząc strażnikowi miejskiemu złośliwych komentarzy.

Pierwsza fala szturmy strażników załamuje się, gdy tylko po otwarciu drzwi szopy jeden z nich zostaje trafiony bełtem z kuszy. Rannego odciągają pozostali. Pada rozkaz wykurzenia bandytów ogniem. Jakieś szemrane postacie pojawiają się wśród tłumu gapiów i zbierają zakłady ilu strażników zginie w akcji. Zostają jednak złajani i odprawieni przez Montcorta.

Gdy ogień w stosach siana pod drzwiami rozpalił się na dobre z budynku wypadło od razu trzech zakapturzonych i uzbrojonych osobników. Dwóch z nich szybko unieszkodliwili strażnicy, trzeci uciekł. Tutaj swą szansę na włączenie się do akcji dostrzegł wreszcie Montcort i popędził za rzezimieszkiem. Niestety ten chyba lepiej znał dzielnicę i jej zaułki oraz wykazał się niezwykła zręcznością i zniknął za jednym z licznych murów kończących ślepe uliczki miasta. Montcort postanowił dać za wygraną i omijając miejsce akcji strażników inna drogą udał się do Gildii Alchemicznej.

W tym czasie drużynie udaje się zdobyć sporo ziół a także zbliżyć się o wioski Apor. Mabon prowadzi wszystkich do starej walącej się chatki, każe reszcie zaczekać i zagląda do środka. Na szczęście Wearda jest na miejscu i po krótkiej wymianie zdań (babcia nie ma chyba najlepszej pamięci) obie przygotowują ziołową herbatkę, w tym dwie specjalne porcje dla Simeona i Festego. Babcia wychodzi przywitać gości a Mabon częstuje naparem. Niczego niespodziewający się Feste i Simeon szybko wypijają aromatyczny napar – wszak po długiej wędrówce są spragnieni a i ufają, że Mabon ich nie otruje… Już po chwili Feste pada jak długi. O dziwo Simeonowi udaje się utrzymać na nogach – zapewne ze względu na swoją wypracowaną odporność jako alchemik – jednak jest oszołomiony, jak po mocnym trunku. Prowadząc go do chatki babcia mruczy coś o silnej głowie. Festego zanoszą Keffar i Nuadu.

W środku babcia tłumaczy Mabon cały rytuał, po czym przystępują do odczynienia uroku. Niezbędnymi ingrediencjami są liczne zioła, odrobina krwi, dziwna zdobiona starożytna włócznia oraz… kot w klatce. Na szczęście żywy – przynajmniej na razie… Obie kobiety zaczynają hipnotycznie wypowiadać śpiewnym głosem trzy powtarzające się słowa i rysować krwią symbole na czołach Festego i Simeona. Nuadu i Keffarowi wydaje się, że światło w chatce przygasa. Po chwili Feste i Simeon zaczynają rzucać się i krzyczeć jak w malignie, a kot zaczyna syczeć i jeżyć sierść na grzbiecie. W jednej chwili energia, coś jak wyładowanie elektryczne, przeskakuje od pacjentów i uderza w kota. Gdy tylko Simeon i Feste uspokajają się, a cała magia zostaje uwięziona w nieszczęsnym kocie, ten zaczyna rzucać się tak mocno, że rozbija klatkę i próbuje uciec. Staruszka krzyczy do Mabon aby ta złapała zwierzę. Mabon próbuje pochwycić kota, jednak ten zamienił się w jakąś maszkarę, która ostrymi pazurami atakuje jej twarz. Mabon w przerażeniu puszcza demona i cofa się. Demon zauważa drogę ucieczki – uchylone drzwi – i rzuca się w ich kierunku. Mabon w duchu prosi ducha opiekuńczego o pomoc, a ten wskazuje na kamienną włócznię – “weź ją i uderz”.

Mabon jednak nie trafia, a w kolejnej sekundzie kot jest już przy drzwiach. Nuadu i Keffar próbują zatrzasnąć drzwi lub trafić zwierzę tym co mają pod ręką, ale im także się nie udaje, zapewne przez odrętwienie spowodowane obecnością przy tak potężnym rytuale. Na zewnątrz chatki Mabon ostatni raz próbuje cisnąć włócznią w uciekającego kota, ale o cal pudłuje. Zwierzę-demon znika w gęstwinie leśnej. Bohaterowie są przerażeni następstwem tej porażki, jednak wiedźma uspokaja ich: waszym przyjaciołom nic nie grozi, a duch uwięzionym w tak małym ciele jak to kota nie zdoła długo przeżyć.

W chatce w tym czasie do siebie wracają Feste i Simeon – udało im się zrzucić klątwę ołtarza – zmiany charakteru. Gdyby ktoś w tej chwili patrzył na twarz Festego najpierw zobaczyłby wyraz ulgi, przechodzący w łobuzerski uśmiech, który natychmiast zmienił się w wyraz paniki, gdy młody łotrzyk zdał sobie sprawę, że będąc pod wpływem klątwy wysłał pewien list do pewnego bardzo wpływowego człowieka z Paezurii. Czy uda się jeszcze ten uczynek odwrócić?

Montcort nie znajdując nikogo w Gildii Alchemików (widać wyprawa na zioła się przeciągnęła). nakłania pełniącego dyżur na warcie Windhera do podjęcia się funkcji dowódcy lokalnych oddziałów samoobrony. Ten początkowo jest niechętny podejmowaniu się obowiązków wojownika i dowódcy, ale daje się przekonać argumentowi o ochronie siebie, swego domu i narzeczonej. Mając już kandydata na dowódcę Montcort udaje się do karczmy, w której często bywają członkowie jego oddziału obrony portu. Tam stara się ich przekonać do dalszego doskonalenia swych umiejętności podczas regularnych, obiecując, że będą mieli dowódcę z prawdziwego zdarzenia – Windhera, który wiele czasu spędził z drużyną i osiągną do pewnego stopnia sławę w lokalnym społeczeństwie.

Po południu wraca drużyna i ku wielkiej uldze pozostałych w Gildii osób (szczególnie uczniów Simeona) okazuje się, że alchemik jest znów tym samym starym i dobrotliwym wujkiem Simeonem, a Feste znów potrafi dokazywać swoimi celnymi żartami. Montcort jednak psuje nieco wesoły nastrój wspominając o kłopotach z Kalmarem i o potencjalnych długach. Keffar i Montcort zabierają dokumenty i zamierzają wybrać się do portu, aby rozpytać o co chodzi. Zdolności perswazyjne Keffara mają być dodatkowym atutem. Po chwili namysłu Nuadu postanawia zobaczyć Keffara w akcji.

Drużyna zbiera się do portu wyjaśnić sprawę kar jakie mają ponoć zapłacić za swój okręt.
Nuadu – Czy oni idą robić jakąś rozpierduchę? Mam iść z nimi?
MG – Nie wiesz czy masz za nimi, ale Montcort ubrał zbroję…
Nuadu – Już lecę! Czekajcie!

Za nimi, także z ciekawości człapie Mabon (z pajdą chleba grubo posmarowana omastą) i Halden, jako przedstawiciel Simeona. W Gildii dokerów panuje cisza i spokój. przy głównym biurku siedzi urzędnik, a przy innym znajomy skryba, który niedwuznacznym spojrzeniem wita Mabon. Rozmowę z głównym urzędnikiem zaczyna Montcort, bardzo nonszalancko i dyplomatycznie, co jednak stawia drużynę na straconej pozycji, bo oto daje szanse gryzipiórkowi poczuć wysokość swego urzędu i odnosić się do petentów z wyższością. Keffar jednak szybko wykorzystuje swoje zdolności dyplomatyczne, krótko wspominając tytuł Lorda Montcorta. Od teraz rozmowa toczy się już całkiem inaczej. Okazuje się, że żadnych poważnych długów nie ma, jedynie brak rejestracji pod jaką flaga pływa okręt i brak opłaty portowej za ostatnie parę tygodni. Ta jest niewielka i drużyna szybko ja reguluje.

Po wyjściu z kapitanatu drużyna postanawia, za radą Mabon, pójść zakupić dary dla elfów, których mają odwiedzić z misją dyplomatyczną. Darami mają być metalowe narzędzia, zdobna broń i rzadkie przyprawy lub nasiona roślin.

16 dzień starości

Ostatni dzień przed wypłynięciem upływa na przygotowaniach i odpoczynku. Wieczorem drużyna jest świadkiem kłótni Haldena z Simeonem. Młody szlachcic chce wypłynąć na wyprawę, ale Simeon się stanowczo nie zgadza – przypominając co stało się ostatnim razem z Talem i Korinem. Mabon próbuje stanąć w obronie Haldena, ale Simoen jest nieprzejednany, dodatkowo ma poparcie Montcorta. Dziewczyna nie ma jednak zamiaru dawać za wygraną, mimo, że Montcort deklaruje przeszukanie całego statku w razie próby ukrycia się na nim młodzieńca.

17 dzień starości

Jak zadeklarował tak też zrobił. Montcort przetrząsnął cały statek od stępki do bocianiego gniazda. Jednak Halden i Mabon wpadli na pomysł, aby przebrać ucznia Simeona za marynarza. Sam Halden dla efektu postanowił zgolić brodę i chyba dzięki temu udało mu się uniknąć czujnego spojrzenia Montcorta. Podróż na drugi brzeg zatoki nie trwała długo. Mając nadzieję, że nikt nie będzie fatygował statku powrotem do Sotham, Halden postanawia się ujawnić i dołączyć do drużyny. Zostaje jednak mocno złajany przez Montcorta, a próbując zaimponować swoimi umiejętnościami strzeleckimi wywołuje tylko grymas kpiny na twarzy doświadczonego łucznika. Montcort postanawia dać młodemu szkołę życia, czego Halden jeszcze nie przeczuwa….

Mabon jest oburzona sposobem w jaki Montcort traktuje Haldena.
Mabon – wiecie co… lubiłam Montcorta jak nie był lordem
Montcort nie zważając na nic, kontynuuje połajanki Haldena – Więc chcesz zostać uczniem czarodzieja? A tak. Idę się odlać do krzaków!
Mabon – Ja to lubię, że Montcort jest taki szlachecki.

Epilog

16 dzień starości, pracownia alchemiczna, godziny wieczorne

Simeon zasiadł w krześle przy solidnym stole, na którym położył solidny kubek ziołowego naparu, który przed chwilą zniosła Mabon. “Kochana ta dziewczyna” – pomyślał Simeon – “Taka uczynna…”. Pociągnął długi łyk rozgrzewającego napoju. We znaki dawały mu się jeszcze bóle głowy po wizycie u tej dziwnej staruszki. “Jutro wypływają, a ja zostaję… ech… Tak właściwe to co mnie podkusiło żeby tu zostać? Pamiętam ten lazaret, no i niby gildia alchemiczna, ale ostatnio dużo już nad nią pracowałem, nie powinno być problemów… Może bym jednak się zebrał rano i popłynął z nimi? Jak zwykle. Przygody…” – Simeon uśmiechał się przez chwilę. Po chwili jednak zasępił się, gdy tylko przypomniał sobie biednego Korina… potem Sahibeena, Haeriego, Koukhasha“Tak, to mi przypomina o czymś” – ziewnął przeciągle, gdy nagle dopadła go senność – “Muszę jutro przypilnować tego nicponia Haldena. Kto by pomyślał, szlachcic, a taki krnąbrny…” -ziewnął ponownie. “Ach, czas do pracy, muszę skończyć… to… ehm… co ja właściwe ro… " – chrrrrrrrrr. W pracowni rozległo się głośnie chrapanie, gdy alchemik bezwiednie oparł głowę o blat stołu. Obok w retorcie bulgotał wolno podgrzewany napój, a obok stał do połowy pusty kubek z nalewką ziołową…

17 dzień starości, godziny południowe

-_ By to śnieg spalił!_ – Simeon zerwał się jak poparzony (właściwie mało brakowało, gdyż dekokt, który warzył w nocy wygotował się permanentnie, a próbówka po prostu eksplodowała). Złapał za kubek i przyglądał mu się podejrzliwie przez parę uderzeń serca – “no cóż, wygląda na poczwórną dawkę wszystkiego co można by podać osobie chorej na bezsenność” – pomyślał. Jeszcze niedawno, podczas zbierania ziół o tym z Mabon rozmawiali. “Coś mi mówi, że nie mam co wypytywać o tego nicponia, Haldena… " – Simeon oparł się cięzko o stół –_ “Do króćset!”_ – zaklął w duchu, po czym cicho wyszeptał – Powodzenia, szaleńcy, wróćcie w jednym kawałku… – rozprostował ręce, przeciągnął obolały kręgosłup –_ “Czyli jednak mam przymusowe wakacje, nie można ich marnować po próżnicy, czas zabrać się do roboty – Gildia czeka”_ – zakasał rękawy i zabrał się za porządkowanie pracowni.

View
Skrzydła Rocranon cz. 87 - Lord Montcort

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

13 dzień starości

Wielki dzień dla Montcorta – to dzisiaj ma zostać nadany tytuł lorda dworu. Młody szlachcic wydaje się jednak jak podchodzić do sprawy całkiem bezstresowo – jak to ma w zwyczaju nawet rzuca dowcipnymi uwagami podczas przygotowania i potem spaceru do zamku. Czy jest to jedynie maska, która ma ukryć zdenerwowanie? Wszyscy oczywiście przygotowali się odświętnie – nawet Keffar i Nuadu wcisnęli się w nieco lepsze szaty, niekoniecznie straszące grubą ochronną skórą i niewyprawionym futrem tak popularnym wśród bywalców dzikich ostępów. Simeon przybrał szatę uczonego a Feste swój nowy, elegancki i klasyczny strój mieszczański. Tylko Mabon nigdzie nie widać – zniknęła gdzieś rano, rzucając tylko uwagę że na pewno zjawi się na czas w zamku.

Przed bramą zamku drużynę oczywiście zatrzymuje straż. Tym razem jednak sprawa jest poważna, bo żołdacy domagają się złożenia wszelkiej broni w stróżówce. To oczywiście nie podoba się Nuadu, ale przede wszystkim Keffarowi, który miał nadzieję chyba pochwalić się swoim nowym magicznym toporem. Dodatkowo, wyraża on swoje obiekcje co do jakości depozytu i obawia się ewentualnego aktu kradzieży. W końcu jednak daje za wygraną, a strażnicy pozwalają bohaterom zachować podstawową małą broń, typu sztylet.

Strażnicy tłumaczą, że można mieć przy sobie tylko krótką broń…
MG – Nie nie, tylko taka krótka broń!
Keffar – A przecież to jest krótki topór!

Zamczysko okazuje się być niezmiernie przestronne. Wielkie komnaty i długie korytarze udekorowane nieco wypłowiałymi, ale okazałymi gobelinami. Wystrój jest raczej surowy i typowy dla wojowniczych nacji, co przypada do gustu naszym wojownikom. W głównej sali audiencyjnej natomiast odbywa się już wspaniała uczta. Nie ma wiele muzyki, ale tą i tak zagłuszyłyby szumy rozmów ogromnej rzeszy ludzi zgromadzonej w sali. Uwagę bohaterów przyciąga też okazałe siedzisko znajdujące się na podwyższeniu. Tron władcy Rocranon, mimo swoich rozmiarów jest wykonane ze smakiem i brak mu udziwnień i wyolbrzymień, tak popularnych na nowocześniejszych dworach. Wykonany z surowego, ciemnego drewna posiada subtelne zdobienia w kształcie motywów roślinnych. Szczególnie do gustu przypada Keffarowi, który stwierdza, że podobnego siedziska nie powstydziłby się żaden szanujący się władca Ostrojów.

Zagubioną wśród tłumu i ściśniętą we własnym towarzystwie grupę zauważa wreszcie Eamwund Conda, który podchodzi dziarsko, wita przybyłych (szczególnie Montcorta) i wznosi toast za nadanie tytułu młodemu łucznikowi. Nawiązuje się kurtuazyjna rozmowa, ze względu na obecność Eamwunda dołączają inni szlachetnie urodzeni. W tym towarzystwie i w tej roli niezbyt dobrze znajduje się Keffar, którego próby dyplomacji mogą doprowadzić do incydentu politycznego… Sytuacje jednak rozładowuje pojawienie się jednego z oficjeli – Lorda Gilliana, starszego nad monetą – który zaprasza gości do stołu. Wojowników nie trzeba dwa razy zapraszać, choć chyba przemyka im przez myśl: “_Mabon chyba nie wie co traci_”. W tej jednak chwili Keffar wpada na zastygłego w miejscu Montcorta, który ze szczęką na podłodze patrzy gdzieś w dal. Śledząc jego wzrok przyjaciele napotykają zapierający dech w piersi widok.

Oto na salę wchodzi młoda kobieta, olśniewającej urody. Ubrana w czerwoną, wytworną suknię bezbłędnie podkreślającą kobiece kształty, z upiętymi mistrzowski lśniącymi włosami i gustownie dobraną biżuterią. Do tego wielka gracja w poruszaniu się i delikatny wachlarz podkreślający zmysłową tajemniczość. Kilka uderzeń serca zabiera Keffarowi i Nuadu zorientowanie się z kim mają do czynienia – tak, to Mabon. Kolejne szczęki lądują na podłodze. Kiedy Mabon zauważa grupkę, ze szczerym, rozbrajającym uśmiechem podchodzi szybko, ale zgrabnie. “_Cześć chłopaki!”, “_Mfhpasfjsad…” – odpowiedział Keffar, a Montcort w pośpiechu aplikuje sobie dla uspokojenia pełny kufel mocnego miodu. Kręcąc głową z dezaprobatą Simeon podaje Mabon kurtuazyjnie rękę i prowadzi ją do stołu, tak jak nakazuje etykieta. Reszta grupy, totalnie zatkana, sztywno podąża za nimi…

Zachowanie Mabon przy stole jest też znacznie odmienne, od tego do którego przyzwyczajeni są towarzysze. Mabon czeka cierpliwie aż służba poda jej jedzenie na talerz, dziękując grzecznie i szczypiąc drobne porcje widelcem i nożem. Spod czaru przemiany Mabon najszybciej wyłamuje się Nuadu, który widząc brak apetytu przyjaciólki, postanawia jej pomóc podsuwając co lepsze kąski. Na pierwszy rzut idą pieczone kuropatwy.

Nuadu nadskakuje Mabon, podsuwając jej smakołyki, choć ta wyraźnie się wzbrania przed ich przyjęciem.
Mabon: Dziękuje Nuadu, ale tylko taki mały kawałeczek…
Nuadu: To chociaż do torebki, do torebki na potem?

W trakcie posiłku do stołu podchodzi Oethed, aby poprosić na bok Simeona. Zauważa jednak ciemną skórę Festego i wyraża swoje głębokie zainteresowanie, czym okazuje się jednak nieuważnie obrazić odmienionego kuglarza. Tyradę na temat niesprawiedliwości i segregacji rasowej, pod ciężarem której biedny stary uczony wydaje się niemalże uginać przerywa ponowne pojawienie się Eamwunda, który prosi Montcorta na prywatna rozmowę. Eamwund skonsternowany zauważa aktualny stan młodego podopiecznego – który zdążył już dla odwagi wychylić kilka głębszych (ciągle nie może zebrać się aby odezwać się do Mabon). Ten moment wykorzystują Oethed i Simeon aby uciec do swoich obowiązków.

Po posiłku wszyscy rozchodzą się, w szczególności Mabon zostaje wciągnięta w towarzystwo dam dworu, wśród których jej pojawienie wywołano istną sensację. Wszystkie chcą wiedzieć kim jest i czym się zajmuje. Mabon zdobywa tez nieco plotek na temat paezurskiej wizyty dyplomatycznej – w szczególności samej delegatki, która pozuje w wyszukanej zbroi, co oczywiście, według wielu, nie przystoi damie.

Rozmowy przerywa zapowiedź herolda i oto już pojawia się sam Wanryk. Dostojnie wita gości i zasiada na tronie. Jego minister, Lord Gillian zaczyna wstęp do oficjalnej części, po czym ogłasza, że Wanryk zdecydował się podjąć wyzwanie własnymi siłami i odrzuca wszelką wymuszoną pomoc – zarówno paezurską jak i argadyjską. Wśród głosów aprobaty większości tutejszej szlachty przebijają się głosy niezadowolenia poselstw. Ostentacyjne z sali wychodzi Lord Enryn Porte, będący sojusznikiem Argadów, paezurska dyplomatka zaś zachowuje się powściągliwie, próbując ułaskawić Wanryka zapewnieniami o dobrych zamiarach swego suzerena.

Po tym zajściu dyplomatycznym ogłoszone zostaje, że oto tego wieczoru nadany zostanie tytuł lorda dworu dla młodego szlachcica zwanego Montcortem, który wsławił się przykładną postawą podczas obrony miasta i dzielnie prowadził swoich ludzi, czym dał wyraz swemu bohaterstwu jak i przykładnym cnotom rycerskim. Montcort, o dziwo już całkiem trzeźwy, występuje w asyście Barona Wellsona i przyjmuje od Wanryka nadanie ślubując swą służbę i wierność. Sam Wellson gromkim głosem oznajmia, że “_Lord Montort takoż popiera samodzielną walkę w obronie wyspy_”, a także pozwala Montcortowi powiedzieć kilka słów. Ten wygłasza może niezbyt zgrabną, ale za to bardzo motywującą przemowę, czym zdobywa sobie przychylność tłumów i brawa.

Po występie Montcorta przychodzi czas na Oetheda i Simeona. Simeon przedstawia całe sprawozdanie z prowadzonych prac, czym doprowadza część zebranych do ziewania. W krótkich słowach: wyprawa do lochów pod wieżą na wyspie wichrowych wzgórz przyniosła potwierdzenie informacji zdobytych wcześniej, a konkretne nazwy pozwoliły ustalić gdzie należy szukać kultu ducha Thileopessi, który miał drzewiej być kluczem do rozwiązania problemów z atakami ryboludzi. Simeon konkluduje, że trzeba zbadać każdą możliwość dającą przewagę w nadchodzącym starciu.

Dalej wychodzą kolejni dostojnicy i zabierają głos. Ktoś zwraca uwagę na zagrożenie ze strony sojuszu Argadów z Ostrojami (tu dziwnie Keffar chowa się gdzieś po kątach). Nagle do sali wpada lord Enryn prowadząc zmaltretowanego i wycieńczonego żołnierza. Ten zdaje relację z ataków elfów na ziemie swego pana. Enryn oskarżaJaquesa Guiose o niepotrzebne wywołanie swą pochopną krucjatą napięcia między elfami a ludźmi. Enryn grozi wycofaniem swych wojsk z wojny i powrotem na swe ziemie w celu obrony. Guiosa bije się w pierś i poprzysięga, że pozbędzie się zagrożenia ze swymi oddziałami, ale Wanryk go powstrzymuje, gdyż rycerz bardziej potrzebny jest władcy tu w mieście. Dyskusje i kłótnie narastają a w sali zaczyna panować straszny rwetes.

Drużyna odchodzi na bok i zastanawia się co począć dalej. Simeon i Keffar przekonują Montcorta do wyruszenia na poszukiwania awatara Thileopessi wśród elfów z lasu Quonyth. Ten obiecuje poprosić o ten przydział przy najbliższej naradzie.

14 dzień starości

Kolejny dzień upływa na drobnych sprawunkach i odpoczynku. Mabon proponuje aby na następny dzień zaplanować wypad “_po zioła_”, na który usilnie stara się namówić Festego i Simeona, wspominając coś o pewnej staruszce, która chciałaby Festego zobaczyć. Rozdrażniony poprzednimi docinkami ze strony Oetheda dotyczącymi swojego pochodzenia, Feste broni się usilnie, ale suma sumarum zostaje przekonany przez Simeona, który zgadza się udać do wioski, ze względu na możliwość zebrania ziół do swoich zapasów.

15 dzień starości

Tego dnia drużyna wyrusza na zioła… i do babci-wiedźmy. Mabon ma tajny plan. Zanim jednak towarzysze opuszczą gildię, zostają odwiedzeni przez posłańca, którzy przynosi pięknie zapieczętowany list do Mabon. W środku prośba o wizytę w porcie u Aguesa Lansy Raudy w sprawie wieści o bracie. Do dzielnicy świątynnej (gdzie jak pamiętamy kotwiczy paezurska galera) udaje się dostać dzięki znajomościom Simeona, który często ostatnio bywał w świątynnej bibliotece i który już jest znany tutejszym strażnikom. Za statek natomiast Mabon dostaje się bez problemu pokazując list. Okazuje się jednak, że i tym razem trop biegnie donikąd i Mabon nie zdobywa żadnych konkretnych wieści.

View
Skrzydła Rocranon cz. 86 - Bosman, oprych, szlachcic, szpieg

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

10 dzień starości

Nie mogący usiedzieć na miejscu Keffar wybiera się sam do karczmy w poszukiwaniu godnej zaufania załogi. Kroki kierują go do “ Mosiężnej flaszy” – pełnego wilków morskich przybytku. Mimo konkretnego zadania, z jakim tu przyszedł, pierwszym na co zwraca uwagę są przechwałki jednego z bywalców, który opowiada jakoby na płaskowyż znów spadła z nieba gwiazda pełna diamentów i innych skarbów i że szuka on śmiałków aby na płaskowyż wyjść i zdobyć bogactwo, jak to drzewiej zdarzało się bohaterom w historii. Płaskowyż brzmi aż nadto znajomo, stąd Keffar od razu wtrąca trzy grosze, dopytując o szczegóły, w szczególności, czy chodzi o Płaskowyż Tafli – bo jesli tak, to wejście na płaskowyż jest zablokowane od prawie roku. Jego rozmówca taksuje go od stóp do głów, ale widocznie boi się zadawać z dwa razy większym od siebie ostrojczykiem. Zdawkowo opowiada, że płaskowyż to płaskowyż, a szczegółów zdradzać nie będzie, bo by mu mogli inny całe bogactwo podebrać – tu przygląda się nienawistnie na naszego bohatera – a wy panie, to co wy możecie wiedzieć o skarbach i płaskowyżu? Keffar w kwiecistych słowach zaczyna opowiadać, ale ani zdaniem nie zająknie się kim jest. Niewiele jednak trzeba, aby dogoniła go sława i ku jego zadowoleniu szybko ktoś z tłumu woła: ‘dyć to Keffar jest, ten co o nim balladę “O trzech bramach” nie dawniej niż dwa dzwony temu bard śpiewał!’ Podekscytowane głosy rozchodzą się szmerem wśród tłumu. Keffar stwierdza, że to dobry moment, aby zrealizować swój pierwotny plan: szybko rozgłasza, że potrzebuje ochotników do pracy na statku. I oto już po chwili zjawa się bez mała pół tuzina zainteresowanych posadą, dwóch z nich praktycznie zapatrzonych w Keffara jak w obrazek (ze względu na jego sławą). Wśród marynarzy znalazła się i idealna kandydatka na bosmana – kobieta o ‘wdzięcznej’ budowie i jeszcze ‘wdzięczniejszym’ imieniu: Eadburh. Gdy tylko podchodzi do Keffara słychać niewybredne komentarze, które ta ucina jednym szybkim zdaniem typu: “Wy…jazd, albo wpier…dziel”, co zdaje się działać bardzo dobrze. Keffar wydaje się być zadowolony z nowych interpersonalnych umiejętności przyszłej pani bosman.

W Gildii Alchemicznej natomiast Simeon wprowadza ścisły rygor i porządek prac. Uczniowie uwijają się z pracą jak w ukropie, ale unikają nieco mistrza, w szczególności Ian wydaje się mieć ku temu powody, gdyż (być może z niezawinionego przez niego) powodu w ostatnim miesiącu wyniki finansowe Gildii były delikatnie rzecz ujmując niezadowalające. Oczywiście pod czujnym okiem mistrza wszystko chodzi jak w zegarku. Wieczorne wizyty w bibliotece u Oetheda zaowocowały, dzięki wiadomościom przywiezionym przez Simeona z wyspy Wichrowych Wzgórz, odnalezieniem zapisków świadczących o istnieniu w przeszłości kultów Thileopessii a także ich późniejszym losie. Okazuje się, że przez szereg lat bóstwo o tej nazwie posiadało niewielki, ale silny i nie pozbawiony wpływów kult na wyspie Rocranon. Później, za sprawą jakiś religijnych wojen zniknął z kart historii, aby pojawić się później jako nienazwany, tajny kult. Wydaje się także, że wszystko wskazuje także na powiązania z elfami z puszczy Quonyth i artefaktem bohaterów-królów, używanym w wojnach z ryboludzmi. Uczeni mają nadzieję, że dalsze badania niedługo przyniosą kolejne rewelacje.

W czasie, gdy w Gildii praca wre, pozostali członkowie drużyny zażywają odpoczynku, szczególnie, że jest po temu okazja – niedaleko Gildii, w jednej z alejek swój obóz rozbili muzykalni uchodźcy. Kolorowa zbieranina co wieczór gromadzi się, gra skoczne melodie na instrumentach i urządza tańce. Zabawy przeciągają się późno w noc, a w dobrym towarzystwie i przy zacnym trunku dużo łatwiej o poprawę samopoczucia i dojście do siebie po długich godzinach wędrówek w ciemnych lochach.

Pewnie te imprezy nieco znieczuliły czujność towarzyszy. Nikt tez nie zwracał uwagi, że alchemik zaczyna coraz później i później wracać z narad z Oethedem. I jak można się było spodziewać, w końcu Simeon się doigrał. Wracając dobrze przed północą z biblioteki i mając nowe zaskakujące informacje, Simeon bez zastanowienia skrócił drogę – skręcając w uliczkę, którą za dnia nawet sam by się nie zapuścił. Nie trzeba było wiele, aby tuż za rogiem wpakował się na grupę czterech pokaźnych oprychów. Szef bandy oczywiście zażądał standardowego ‘myta’ za przejście. Biedny Simeon jednak nie posiadał przy sobie większej ilości pieniędzy, a dodatkowo jakieś dziwne uczucie zapaliło się w jego brzuchu i klatce piersiowej. I nie był to, o dziwo – jak stwierdził – strach, tylko bardziej intensywne, rozpalające uczucie. Gniew? Nie myśląc wiele postanowił zastosować fortel – prosząc szefa bandy o podejście zaczął grzebać w torbie – rzekomo w poszukiwaniu łapówki. Gdy jednak bandyta zbliża się, Simeon niespodziewanie wyszarpuje jedną z mikstur i ją połyka – oprych widząc to, unosi paskudny kij nad głowę ze słowami: “A bodajby Cię… ” – nie kończy jednak, gdy z ust Simeona buchają płomienie, które w oka mgnieniu zamieniają jego ciało w skwierczące zwłoki. Pozostali członkowie gangu staja jak wryci, a Simeon próbuje ich zastraszyć. Pot spływa mu z czoła, gdyż wie, że była to jego jedyna mikstura ofensywna… Ciśnienie rośnie mu jeszcze bardziej, gdy za oprychami pojawiają się kolejne sylwetki. Te jednak w oka mgnieniu powalają napastników, nad którymi staje rosły mężczyzna z paskudną blizną. “Nie lza bić naszego doktora. Doktor pomaga. Zrozumiano?”. Okazuje się, że jest to jeden z ochotników, biorących udział w obronie portu – jeden z tych, któremu Simeon uratował w lazarecie życie, gdy z rozpłataną czaszką, ledwie żywy, został w noc ataku ryboludzi przywleczony przez kamratów. Na imię ma Riwelh Stere.

Rewilh odprowadza Simeona do Gildii, po drodze alchemik proponuje mu rozmowę z Keffarem w sprawie pracy, ale mężczyzna nie jest zbyt chętny – póki co, woli nie wychylać głowy, ale obiecuje, że przynajmniej postara się o bezpieczeństwo w mieście dla członków drużyny – tych którzy sami się bronić nie mogą.

Po powrocie do Gildii, towarzyszy czeka jeszcze jedna niespodzianka. Radości i głupim komentarzom nie ma końca, gdy Montcort prezentuje swój nowy strój, wystawny niczym paw, wedle krawca ostatni krzyk mody w stolicy Paezurii. Oby tylko tego pawia nie zechciały upolować drapieżniki Montcorta!

Montcort dostał swój nowy, modny strój. Kaftan jest w kolorze…
Montcort – Oberżynowy?! OBERŻYNOWY?! Ja nie będę w różowym chodził!!!
Simeon – A nie mogłeś mu w RGB podać?
Montcort – Ja bym mu podał, ale on mi i tak w LGBT wszystko sprzedał!

11 dzien starości

Jedenasty dzień jesieni upływa pod znakiem wizyty w dzielnicy portowej (dla większej części drużyny) i na naradzie wojennej u Wanryka (dla Montcorta). Od rana Mabon chodzi poddenerwowana, przygotowując się do wyjścia. Wie tylko (od swoich uliczników), że ma koniecznie dostać się na paezurski statek. Do konduktu dołączają wszyscy, jako że Simeon ma udać się do biblioteki a Montcort ma po drodze na spotkanie w arsenale. Jego fama pośród wojska i szlachty okazuje się zresztą bardzo pomocna, gdy znów uporczywi strażnicy nie chcą wpuścić bohaterów do dzielnicy świątynnej. Po przeprowadzeniu pozostałych sam rusza na naradę. Przechodząc przez plac obok arsenału widzi, że szubienica postawiona przez paladyna Guiosę nadal stoi i wydaje się być czynna… Nie wróży to najlepiej. Zaraz jednak opuszcza go ta przygnębiająca wizja, gdy tylko zagłębia się w komnatach – wszędzie pełno jadła i napitku. Arles Wellson wita go ze szklanicą przedniego miody i wznosi toast za swojego przyszłego podopiecznego. Gdy kurtuazyjne rozmowy wybrzmiewają, następuje część oficjalna. Wszyscy stają przy wielkiej taktycznej mapie Rocranon, z zaznaczonymi drewnianymi pionkami oddziałami a także przypuszczalnymi pozycjami armii ryboludzi. Niestety, jak donoszą raporty duże straty poniosła kawaleria Sotham oraz oddział Mieczy Redara. Dobrą wiadomościa jest jednak to, że ryboludzie dostali ‘solidne lanie’ i się wycofali. Trudno jednak przewidzieć jaki będzie ich kolejny ruch, szczególnie że nie do końca znane są ich obecne pozycje oraz liczebności poszczególnych zgrupowań nie zgadzają się z poprzednimi szacunkami. Możliwe, że szykują jakąś pułapkę. Montcort przysłuchuje się z uwagą wszelkim wiadomościom, stara się także zadawać pytania i wtrącić jakieś swoje sugestie. Jednak wygląda na to, że sam nie ma jeszcze wyrobionego zdania o całej sytuacji. Postanawia podzielić się zdobytą wiedzą z przyjaciółmi i wtedy przedyskutować możliwości. Sam snuje plany powołania własnego oddziału.

Reszta drużyny przybywa tymczasem do molo, gdzie kotwiczy paezurska karawela. Tutaj znowu strażnicy doprowadzają Mabon do białej gorączki, nie przyjmując żadnego tłumaczenia. Do całego zajścia włącza się Nuadu (paezurczyk) przekomarzając się z rodakami. Mabon próbuje wziąć strażników na litość zalewając się łzami. Keffar z uśmiechem siedzi na pobliskim murku i ostentacyjnie ostrzy topór rzucając co rusz niedwuznaczne spojrzenia w kierunku strażników, którzy jednak okazują się być bardziej zadziorni niż na to wyglądają. Simeon załamuje ręce, jako że nie zna języka paezurii i nie może się wtrącić w tą zaogniającą się sytuację (może to i dobrze?). Wygląda na to, że wszystko może się skończyć solidnym mordobiciem i wizytą w miejskich lochach… W pewnej chwili jednak słychać delikatne słowa uspokojenia w języku paezurskim i strażnicy rozstępują się przed schodzącym po trapie… mężczyzną? Zniewieściała, szczupła postać ubrana jest niezwykle szykownie, ale strój odbiega od ogólnych trendów przyjętych na wyspie przyjętych dla brzydszej z płci.

Ni stąd ni zowąd, okazuje się, że Mabon ma 17 lat.
Montcort – To ja już wiemy czemu ona tyle je, jest dorastająca!
Nuadu – O boże! To ona będzie jeszcze większa?!

Postać okazuje się być Aguesem Lansa Raudą – markizem w służbie ambasador paezurii. Zamienia on kilka uprzejmych słów z Mabon (o dziwo, zauważa Nuadu, że dziewczyna ma niezłe obycie w dworskich manierach), która przekazuje mu swoje pytania odnośnie zaginionego brata i jego statku. Markiz obiecuje, że skontaktuje się z odpowiednimi ludźmi i dowie się wszystkiego co może. Nie obiecuje jednak, że uda się znaleźć cokolwiek. Umawia się na któryś kolejny dzień.

Nuadu brakuje niewielu PDków do osiągnięcia następnego poziomu. Po spotkaniu ze strażnikami statku dyplomatycznego pluje sobie w brodę.
Nuadu – A mogłem się zacząć bić z tymi łachudrami! To może by coś wpadło…

Ukontentowani bohaterowie (z wyjątkiem Simeona, który kieruje swoje kroki do świątynnej biblioteki) udają się do kraczmy, aby świętować mały sukces. W karczmie bohaterowie spotykają znajomego ostrojczyka – Sokniego Dwie Córy, któremu Keffar stawia kolejkę i kolejny raz próbuje go przekonać do zaciągnięcia się na statek. Ten jednak woli zostać na lądzie i pracować tam "gdzie będzie można komuś tęgo przywalić’. Keffar odpowiada, że i taka robota pewnie się znajdzie. Parę kolejek później i Sokni coraz bardziej staje się rozmowny. W którymś momencie wyjawia, że brat Keffara “też u Lordów służy”. Keffar wydaje się nie być zadowolony ze zmiany tematu. Sokni wnet reaguje na nagłą markotność towarzysza i natychmiast proponuje następną kolejkę. Jak wiadomo, ostrojczycy znają tylko jedno lekarstwo – ale za to dobre na wszystko.

W tym czasie Mabon i Feste zostają ukradkiem zaczepieni przez ulicznika Riksę, który przyniósł Mabon wieści – otóż w Aporze (pobliska wieś) ma mieszkać staruszka o imieniu Wearda Zielony Wzrok. Tutaj Riksa mierzy wzrokiem Festego. “Ona będzie wiedzieć co i jak” – Riksa puszcza jeszcze łobuzersko oko do Mabon i znika w zaułku. Feste wydaje się być skonfundowany, ale Mabon szybko go uspokaja.

Reszta dnia upływa spokojnie.

12 dzień starości

Mimo ostrego deszczu Keffar, Nuadu i Mabon udają się w dzicz. Nuadu chce odetchnąć od zgiełku miasta i odprężyć się, robiąc to co najbardziej lubi, a Mabon ma plan dotrzeć do Aporu i spotkać się z wiedzącą. Być może z tego powodu “zapomniała” obudzić Simeona, który przecież także chciał udać się na poszukiwanie ziół.

Rozmowa z Weardą przebiega miło, jednak staruszka nie przejawia wielkiego zainteresowania goścmi… do momentu, kiedy Mabon wspomni o swoim duchu opiekuńczym – czarnym kruku. W tym momencie staruszka podbiega do Mabon, zagląda jej głęboko w oczy, po czym przebiega po kuchni łapiąc co rusz jakieś losowe przedmioty i już po chwili trzyma w ręku kubek z dziwnym naparem – “Wypij to córuś! Ale do dna! A wy dwaj” – zwraca się do Nuadu i Keffara – “nie stójcie tak! Siednijcie se i poczęstujcie się słoniną!”. Mabon wypija miksturę, by po chwili, ku przerażeniu Nuadu i Keffara wpaść w ostre delirium. “Nie gapcie się tak, tylko łapcie dziewuchę!” – krzyczy babcia, trąc w rękach dziwną badylastą roślinę, coś jakby dziki koper. Ostry zapach przypraw unosi się w powietrzu, gdy babcia zaczyna nucić dziwną, powtarzalną pieśń w nieznanym języku. Świat czernieje, że aż łowcy mrugają, aby przekonać się, czy co nie zawładnęło ich wzrokiem. Tymczasem Mabon i staruszka uspokajają się i zapadają w długi trans. Po plecach przesądnych łowców przebiega dreszcz, gdy zdają sobie sprawę z obecności wiedźmiej magii. Po chwili jednak staruszka otwiera oczy i z uśmiechem i uspokajającym głosem odprowadza obu do stołu, gdzie częstuje ich świeżym chlebem i przednim boczkiem. Gdy Mabon się budzi, staruszka jest przy niej – “Przyprowadź swojego przyjaciela do mnie. Pomogę. A teraz możecie już iść.” Wychodząc z chatki Mabon zostaje zaczepiona przez Keffara, który wpychając w rękę pajdę chleba z grubym plastrem boczku szepcze konspiracyjnie – “Dla Ciebie… pomyślałem, że możesz być po tym…hmmm… ‘czarowaniu’ trochę głodna”.

Dziwnie raźnie cała trójka wraca do miasta, aby przygotować się na kolejny dzień, w którym Montcort ma dostąpić zaszczytu nadania tytułu lorda dworu Sotham.

View
Skrzydła Rocranon cz. 85 - Czarne chmury nad Sotham

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

7 dzień starości

Powrót na stare śmieci jest słodko-gorzki. Windher, wierny towarzysz ostatnich wypraw prosi Montcorta na stronę, gdzie tłumaczy mu, że chciałby wycofać się z awanturniczego życia. Okazuje się, że poznał kobietę, z którą bardzo poważnie wiąże swoją przyszłość i chciałby osiąść w Sotham. Żal druha zostawiać za sobą gdy czekają nowe przygody, ale drużyna życzy mu wszystkiego co najlepsze i proponuje, aby przyjął pracę od nich tu na miejscu, jako ochrona w gildii alchemicznej. Zwłaszcza, że ostatnio doszło do włamania do piwnicy, podczas którego na szczęście nic nie zginęło.

Tymczasem jednak miasto jest pełne uchodźców, ludzi którzy schronili się za jego murami w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Z jednej strony to potencjalnie niebezpieczne, bo na ulicach kipi jak w kotle, z drugiej zaś jest większa szansa na znalezienie nowych rąk do walki. Tymczasem miejsce Windhera zastępuje Wielki Wude, jeden z niewolników wyzwolonych przez drużynę tuż przed oblężeniem miasta, w czasie którego zresztą Wude dzielnia stawał do walki.

8 dzień starości

Kolejny dzień to czas na sprawunki. Drużyna odwiedza sklepy i knajpy, nabywa w “sklepie różności Verdiego” magiczny oręż dla Montcorta, niezwykłej urody topór, który sprawił ogromną radość Ostrojczykowi. Verdi, sam pochodzący ze stron Keffara, ostrzega go przed przyznawaniem się do swojego brata, który kręci jakieś interesy z Argadyjczykami i nic dobrego z tego wyniknąć nie może.

Wieczorem, podczas zakrapianej trunkami wieczerzy “Pod złodziejem i maczugą” drużyna rozpuszcza wici o tym, że szuka jeszcze dobrych wojowników. W tem sprawie zgłasza się srebrnowłosa Bruna, która głośnym i pewnym siebie zachowaniem wydaje się być świetnym materiałem na awanturnicę. Tylko Mabon zauważa szramy po samookaleczeniach (?) na jej udach i ramionach. Montcort dla żartu proponuje sprawdzenie jej umiejętności i zmierzenie się z Festem, któremu kobieta też nieszczególnie przypadła do gustu.

Drużyna napuszcza Brunę na Festego, który sam z siebie rozmyślnie ją denerwuje. Wojowniczka jest jednak solidnej postury, co może się skończyć dla kuglarza przykro.
MG zatroskany patrząc na to co robi Feste – Masz jakiś pomysł na wybieg w walce z nią?
Simeon – Raczej na nową postać…

O mały włos jedynie Feste wygrywa dzięki swej szybkości i sprytowi, bo Bruna okazuje się rzeczywiście całkiem niezłą wojowniczką. Mimo porażki drużyna proponuje jej standardowe 50% działki udziału i wita w szeregach. Czy to z tego powodu, czy może dlatego, że Feste ostatnio źle się czuje we własnej skórze i chodzi rozdrażniony i zły, znika nagle z oczu towarzyszom i postanawia sam powrócić do gildii alchemicznej. Po drodze mijając grupę pijanych kupców, sam ze zdziwieniem odkrywa, że nie zamierza pozbawić ich sakiewek, choć łup wydaje się być dziecinnie prosty do sięgnięcia po niego. Czego nie robi Feste robią ulicznicy i Feste rzuca się za nimi w pościg, aby oddać (!!!) sakiewki poszkodowanym. Dzieciaki jednak są szybkie, a nade wszystko świetnie znają okolicę, bo wkrótce znikają mu z oczu.

9 dzień starości

Montcort dostaje wiadomość o powrocie Eamwunda Condy do Sotham, chce spotkać się z sokolnikiem jeszcze tego samego dnia. Całą drużyna stawia się w zamku portowym, ku zdziwieniu szlachcica, który w tej niezręcznej sytuacji tłumaczy jak się sprawy w mieście mają i ponawia propozycję nadania przez barona Arlesa Wellsona tytułu szlacheckiego Montcortowi. Tylko on jako pochodzący z dobrej, argadyjskiej rodziny może mieć możliwość uzyskania takiego zaszczytu. Arles Wellson potrzebuje po swojej stronie jak najwięcej wiernych ludzi, aby przeforsować swoje stanowisko, pozostania Sotham odrębną dziedziną tak od Argad jak i Paezurii.

Morskie diabły siedzą na wybrzeżu, Argadyjczycy czekają na hołd Wanryka, a Paezuria ze wszystkich sił chce przekonać, że chętnie pomoże Sotham zupełnie bezinteresownie. Czarne chmury wiszą nad miastem i wyspą Rocranon. Montcort wacha się, obiecuje dać wkrótce odpowiedź, Eamwund oznajmia, że za dwa dni odbędzie się narada wojenna, na której powinien się stawić.

Drużyna opuszcza zamek w rozterce. Co teraz począć? Jak powinien zachować się Montcort? Jak to wpłynie na integralność drużyny? Simeon po cichu odłącza się od grupy i zmierza ku świątyni Kościoła Ostatecznego Porządku, gdzie chce przekazać Oethedowy z Byrne informacje o kulcie Thilleopessi. Zostaje tam do późnej nocy, badając wraz ze starym kapłanem historyczne księgi.

View
Skrzydła Rocranon cz. 84 - Zasypany świat - EPILOG

Zebrane komentarze z dyskusji pomiędzy sesjami

Port w Sotham wygląda na opuszczony. Kilka jednostek stoi na kotwicy w pewnym oddaleniu od brzegu, na nieco niespokojnych wodach Zatoki Kła. Przy nabrzeżu dzielnicy świątynnej, kołysze się na falach wojenna karawela pod barwami krain należących obecnie do Paezurii. Do przybijającego do portu statku garną się tłumy ludzi. Jedni chcą wejść na pokład i odpłynąć stąd inni kupić towar, który przypłynął, jeszcze inni coś zwędzić.

Na lądzie jest zgoła odmiennie. Ludzie tłoczą się w porcie i dzielnicy kupieckiej spoglądając z mieszaniną obaw i nadziei na nowo przybyłych. Wiele sklepów, stoisk i zakładów rzemieślniczych jest zamkniętych, za to ceny w pozostałych osiągają horrendalną wysokość. Co i rusz wybuchają mniejsze i większe burdy, czasem do ich rozwiązania ktoś użyje noża, pałki, albo topora, jednak nie ma nikogo kto reagował by na to bezprawie.

Szybciej niż byście się mogli spodziewać zaczepiają was grupy werbowników, szukające ochotników do dołączenia do sił obrony Sotham. Żołd w wysokości 1 kła tygodniowo dla piechura, uzbrojenie oraz obietnica wyżywienia i zapewnienia dachu nad głową wydaje się być wystarczająca dla wielu, a werbownicy są dość bezczelni i nachalni.

Przy studniach warty zaciągnęli strażnicy miejscy, a bramy obstawione są wojskiem, które w sposób opryskliwy i mało delikatny traktuje wszystkich, którzy próbują przemieszczać się za miasto, ale również w kierunku dzielnicy świątynnej…

Mabon

Mabon burczało w brzuchu.

Wiatr przywiał na statek zapachy portowych tawern, w tym smakowitą woń smażonych ryb.
“Świetnie”, pomyślała, “pora obiadowa, a na pokładzie ani okruszka. Trzeba było poprosić wyspiarzy o trochę więcej tego ich sera owczego, ach, ten niezapomniany aromat… Całe szczęście, że już dopływamy.”

Po chwili dziewczyna, której wypłowiałe włosy targała morska bryza, stanęła przy jednej z burt, cierpliwie przyglądając się całej procedurze przybijania do portu – choć doskonale ją znała, zazwyczaj oglądała ją z portu, zaraz przed tym, jak jej brat lub ojciec wyruszali w morze, w kolejną podróż handlową… wtedy, w tamtym życiu…. Jej oczy zaszły lekką mgiełką na to wspomnienie, szybko przetarła je jednak dłonią, rozglądając się wokół, by się upewnić, że nikt nie widział tej chwili słabości. Przymknęła oczy i zaczerpnęła głęboki oddech, starając się odnaleźć spokój. Ze wszystkich sił starała się odgonić natarczywe wspomnienia i zająć umysł czymś innym.

I wtedy go zobaczyła. Jednooki Kruk znów się pojawił. Szybował na wietrze, nadlatując w jej kierunku. Nie wylądował tym razem na jej ramieniu, ale zaraz przed jej twarzą załopotał czarnymi skrzydłami i głośno zakrakał na powitanie – w tych dźwiękach słychać jednak było dezaprobatę. „Znowu błądzisz w otchłani przeszłości”, zdawał się mówić, „tamto już nie wróci. Pamiętaj o przyszłości. Duchy pragną, byś szła naprzód. Rozejrzyj się wokół siebie… i trzymaj się na baczności, nadchodzą groźne chwile!” Kruk zakrakał jeszcze raz i odfrunął równie niespodziewanie, jak przybył, znikając gdzieś wśród chmur.

Mabon otrząsnęła się, otworzyła oczy – jej wzrok powędrował wzdłuż kei. Po chwili jej oczom ukazały się maszty jakiegoś wojennego statku o słusznych rozmiarach, na których łopotały… tak! To były barwy paezurskie! Mabon cichutko pisnęła z radości. Nie widziała tutaj tego statku wcześniej, może oni mają nowe wieści? Może słyszeli o zaginionym statku jej brata? Taki duży statek… Musieli coś wiedzieć. Postanowiła, że pierwsze, co zrobi, to uda się tam i zasięgnie języka. Kto wie, jakie jeszcze wieści ze sobą przywieźli? Uda się jeszcze do kapitanatu i w kilka innych miejsc, gdzie pozostawiła wiadomości z prośbą o pozostawienie nawet najmniej znaczących informacji o „Szarym Albatrosie”.

Młoda szamanka zerknęła w tej chwili na Feste. Stał oparty o reling, nie spoglądając wcale na port, ale wpatrując się gdzieś w dal, gdzie sine, morskie wody smagane zacinającym deszczem łączyły się z szarością zachmurzonego nieba. Martwiła się o niego. W ciągu ostatnich dni dokonała się w nim zauważalna zmiana, gdzieś przepadł jej wesoły, skłonny do figli i łobuzerki towarzysz. Włożyła dłoń do kieszeni, w której znalazła kilka drobnych monet z dalekich krajów i kolczyk z fioletowym piórkiem, który od niego dostała. Pamiętała jeszcze jego słowa: „Weź to, Mabon. Nie mam prawa mieć tych rzeczy. Zdobyłem je w niegodny sposób. I nie mówmy już o tym.” – To nie był Feste, którego zdążyła poznać. Ścisnęła w dłoni kolczyk i postanowiła, że zachowa go, by przypominał jej o prawdziwej naturze przyjaciela. Kto wie, może kiedyś Feste przyjdzie do siebie? Może jeszcze nie wszystko stracone, może uda się znaleźć jakiś sposób na uleczenie go? A czy to w ogóle była choroba? Mabon wiele nauczyła się od swego mistrza, Talana, ale nigdy nie słyszała nic od niego na temat tak dziwnych przypadłości, a także tego czy da się je wyleczyć… lub odwrócić działanie czarów, jeśli w sprawę była zamieszana magia. Potrząsnęła głową ze smutkiem. Musi zapytać uliczników, czy nie słyszeli o przebywającej w okolicy Wiedzącej lub kimś podobnym, bardzo potrzebowała z kimś takim porozmawiać. Ale przede wszystkim postanowiła, że przed udaniem się na spoczynek, już na lądzie, porozmawia z Festem, sprawdzi jak się czuje… i korzystając z okazji odczyta jego aurę. Może tam znajdzie jakąś wskazówkę?

Marynarze zajęli się właśnie rzucaniem trapu. Tym razem wiatr przywiał smród portowych zaułków, wszechobecnego brudu i gnijących wodorostów. Mabon lekko zmarszczyła nos. Miała szczerą nadzieję, że nie zostanie zbyt długo w tym mieście. Nie była zbyt dobrym wojownikiem – nie do fizycznych starć ją przecież szkolono – a coś jej mówiło, że powinna się przygotować na walkę, która wkrótce nadejdzie. Westchnęła z cicha i postanowiła wstąpić do kowala, kupić kilka mocniejszych oszczepów i paliwo do lampki olejowej. Myśl o samotnym przemierzaniu ulic niezbyt jej się jednak uśmiechała. Spojrzała w zamyśleniu na przygotowującego się do zejścia na ląd Nuadu – wyglądał na równie niezadowolonego wizytą w mieście, a że był jej krajanem, czuła się w jakiś niewytłumaczalny sposób bezpieczniej w jego towarzystwie. Groźny wygląd małomównego wojownika nieco ją onieśmielał, ale zebrała się na odwagę i podeszła do niego, by zapytać się, czy zechce jej towarzyszyć. W końcu jest już najwyższa pora, żeby zejść na ląd.

Mabon burczało w brzuchu.


Po zejściu z trapu, Mabon zaczepia w mieście pierwszego napotkanego ulicznika i prosi aby przekazał informacje Ricsie. Ten odnajduje ją kilka godzin później, niezmieniony, z udawaną obojętnością i niesfornym kosmykiem włosów odrzucanych co i rusz znad prawego oka. Sam jest dzieckiem miasta i zapytany mówi, że o żadnej “wiedzącej” nie ma pojęcia, ale jeśli tylko będzie miał czas, dowie się wszystkiego co będzie mógł. Wypytany o nastroje i sytuację w mieście Ricsa uśmiecha się wpierw i mówi, że jest fantastycznie, mnóstwo naiwniaków z prowincji i ogólny nieporządek wynikający z sytuacji powoduje, że ulicznikom żyje się naprawdę nieźle, chyba nawet się nieco obłowili. Ludzie się boją, ale od tamtej nocy przed tygodniem, morskich diabłów pod miastem nie uświadczono. Ricsa nic nie wie na temat posiłków wojskowych, ani tego co dzieje się poza miastem, wręcz niektóre pytania konfundują go nieco. Mabon szybko zdaje sobie sprawę, że jedyne co zna ten młodzik to swoje miasto. Nie wie gdzie leży Pajęcza knieja, nie od razu kojarzy czym jest Wyspa wichrowych wzgórz. Chyba nigdy wcześniej nigdzie nie podróżował. Ricsa ‘słyszał’ o tym, że na statku paezurskiego ambasadora, który stoi w porcie jest ogromna skrzynia ze złotem, za które Wanryk ma sprzedać miasto i uciec z tym skarbem pod osłoną nocy. Tchórz! Wie również na pewno, że przedstawiciele Ligii Handlowej (liga jest organizacją skupiającą największe kupieckie rodziny archipelagu) pakują swój majątek i statkami wywożą skrzynie ze wszystkim co jest cenne. Pewnie gdzieś na Argady. Kilka skrzyń zawieruszyło się, za sprawą uliczników, jak tłumaczy z dumnym uśmiechem Ricsa.

Dostanie się do paezurskiego statku nie okazało się dla Mabon łatwe, ze względu na to, że znajduje się on przy nabrzeżu dzielnicy świątynnej, natomiast Kalmar w ogólnie dostępnym porcie. Wyprawa przez “bramę świątynną” normalnie nie sprawia problemów, ale tym razem stało przy niej kilku strażników, którzy nie przebierając w słowach tłumaczą większości chętnych do przejścia co ze swoimi chęciami mogą sobie zrobić. Niestety Mabon spotyka to samo i o przejściu dalej może dziś tylko pomarzyć.

Mabon westchnęła. Pobyt w mieście nie zaczął się najlepiej. Niewiele myśląc, stwierdziła, że gdy załatwi wszystkie sprawunki, spotka się z Montcortem i poprosi go o pomoc w sprawie statku. Kto wie, może zajęty przygotowaniami do zejścia ze statku Montcort znajdzie dla niej chwilę? Westchnęła ponownie. Doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że przyjęcie jego pomocy wiąże się z dłuższym pozostaniem w mieście i zrewanżowaniem się pomocą przy problemie trawiącym miasto… “Trudno”, pomyślała. “Teraz najważniejsze jest odnalezienie jakichkolwiek wieści o moim bracie. Przy okazji może uda się pomóc mieszkańcom Sotham.”


Kolejny przystanek na mapie miast to urząd, który od biedy można nazwać kapitanatem, mieszczący się w gildii dokerów, najpotężniejszej organizacji portowej miasta. Zwyczajowy gwar ubijania różnorakich interesów, zastąpiły podniecone, pełne niepokoju głosy. Członkowie gildii martwią się o brak pracy, o niepokoje narastające w porcie i o przyszłość ich i ich rodzin. W końcu Mabon udaje się jednak porozmawiać z jednym z młodszych klerków, który za niewygórowaną cenę sprawdza, że statek, którego szuka nie dokował w porcie Sotham w ostatnich tygodniach. Obiecuje, że jeśli tylko czegoś się o nim dowie, sam przyjdzie ci o tym powiedzieć. Uśmiecha się przy tym dość lubieżnie, taksując Mabon od stóp do głów z pytaniem: “no więc mówiłaś, że gdzie się ‘uroczy kwiecie’ zatrzymałaś?”. W odpowiedzi Mabon postanawia się zabawić kosztem mikrego urzędnika i wymierzyć psztyczek zarówno w jego nos jak i w jego ego.

Mabon uiszcza opłatę wyjmując monetę ze swojego niepokojąco już chudego trzosika. Wśród kilku ostatnich monet trafiło się też kilka zamorskich o dziwnych kształtach. Były to monety, które otrzymała od Feste. Te wrzuciła bez wahania z powrotem do trzosa i schowała go w fałdach szaty. Na jej twarzy pojawił się smutek, jej myśli znów popłynęły w stronę Feste… z zamyślenia wyrwała ją jednak nieprzystojna zaczepka portowego urzędniczyny. Odpłaciła się spojrzeniem za spojrzenie, podobnie lustrując jego mizerną, dość niechlujnie odzianą postać postać. Z jedną różnicą – w jej spojrzeniu kryło się rozbawienie, na ustach pojawił sie figlarny uśmieszek. Rozejrzała się szybko wokół – wyglądało na to, że nikt w tej chwili nie zwracał na ich dwójkę uwagi. Zbliżyła się do klerka, obeszła jego biurko i lekko nachylając się nad nim szepnęła mu do ucha:

- Mój drogi, gorąco liczę na te informacje i jeszcze tu zaglądnę. Ale jeśli chcesz wiedzieć, gdzie się zatrzymałam, to najpierw zechciej się wykąpać! – i z tymi słowami, chichocząc, wybiegła z budynku. Poczuła się jak dawniej, gdy spłatała jakiś figiel, co kiedyś wręcz uwielbiała. Wspaniale. Może przyjazd do Sotham nie był takim złym pomysłem?


Wspólna wycieczka z Nuadu i Keffarem do zbrojmistrza pozwoliła Mabon uzupełnić zapasy oręża, przede wszystkim oszczepów, które stały się ostatnio jej ulubiona bronią. Zapasy oliwy uzupełniła ze wspólnej stągwi, którą niegdyś zdobył Simeon.

Wieczorem tego dnia, w miarę możliwości w jak najbardziej zawoalowany sposób Mabon rzuciła zaklęcie czytania aury na Festego i ujrzała, że przygnieciony jest niemal brunatną aurą depresji, przeplecionej gdzieniegdzie niteczkami granatowej wściekłości. Niemal przegapiła jednak delikatną, błękitną poświatę pulsującą lekko po powierzchni aury. Jej mistrz, Talan, mówił, że tak wygląda działanie aktywnej magii i nawet zmuszał Mabon do uczenia się jak rozpoznawać z jakim rodzajem magii ma do czynienia. Zapewne jednak myślała wtedy o bracie, jedzeniu albo śnie, którego zawsze chronicznie jej brakowało, bo za demony nie mogła sobie przypomnieć teraz niczego użytecznego w tym temacie.


Tymczasem Mabon nie mogła zasnąć. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do wypchanego nadmorskimi trawami siennika, na jakim przyszło jej sypiać w Sotham. Panująca w pokoju duchota też nie sprzyjała dobremu samopoczuciu dziewczyny. Jak przez mgłę przypominała sobie miękkość puchowych pierzyn obleczonych w najdroższe tkaniny, jej wygodne łóżko w pokoju dziecinnym i pokojówkę, która zawsze przed snem przynosiła jej kubek gorącego mleka i chrupiące ciasteczko. Westchnęła. Tamto życie coraz bardziej rozwiewało się w jej pamięci, niczym dym z ogniska na wietrze przemykającym między drzewami. Znała jedną z przyczyn swojej bezsenności – tak naprawdę tęskniła do rozległych lasów, otwartej przestrzeni, niesionego lekkim wiaterkiem zapachu dzikich ziół i wolności, jaką poznała żyjąc w wiosce Talana.

Postanowiła przynajmniej otworzyć okno, by poczuć na twarzy morską bryzę. Zerknęła przy tym na Feste śpiącego na sąsiednim posłaniu – jego twarz wyglądała na zatroskaną, a on sam niespokojnie się wiercił we śnie, mamrocząc coś od czasu do czasu. Pochyliła się nad nim, lekko położyła swoją dłoń na jego rozpalonym czole, przymknęła oczy i wyszeptała kilka słów. Były błazen na chwilę przestał się bezładnie miotać po swoim legowisku, mamrotanie ucichło, lecz jego twarz wciąż pozostała zasępiona, na próżno Mabon wyczekiwała cienia uśmiechu. Jedyne, co teraz mogła zrobić, to szczelniej przykryć towarzysza kocem i podejść w stronę okna. Dom był zupełnie cichy, gdzieś zza ściany dobiegało znajome chrapanie… „to pewnie Keffar”, pomyślała z lekkim uśmiechem. Jej nowi kompani wypili nieco piwa świętując powrót do miasta, nic dziwnego, że zmorzył ich sen.

Mabon podeszła w końcu do okna i otwarła je. Mury budynku były dość grube i masywne, wnęki okienne szerokie, niewiele więc myśląc wdrapała się na nią i usiadła opierając się plecami o ościeżnicę, nie zważając na niewygodę. Spojrzała w kierunku morza. Jej twarz owiał lekki wietrzyk… lecz zamiast spodziewanego zapachu przyniósł ze sobą portową zgniliznę i woń rozkładających się ryb. Zmarszczyła nos. Miała nadzieję, że zostaną w Sotham zbyt długo… nie wiedziała, ile jeszcze będzie mogła tu wytrzymać, ciasno nagromadzone budynki działały na nią przytłaczająco, a ludność tego miasta wydawała jej się bardziej niż nieprzyjazna. Ile jeszcze zaczepek ze strony podpitych marynarzy będzie musiała znieść, zanim skończy się jej cierpliwość? Kiedy w końcu zobaczy rozległe, dzikie łąki i szumiące lasy, do których wyrywało się jej serce? Kiedy wreszcie odnajdzie jakiś ślad swojego brata, Aidana? Spojrzała w gwiazdy błyszczące na nocnym niebie, jakby miała nadzieję, że znajdzie tam jakąś wskazówkę… ale świetliste punkciki tylko mrugały bezradnie nad jej głową.

Dziewczyna poczuła się równie bezradnie. W podjęciu tej decyzji nawet ten przystojny zawadiaka Ricsa jej nie pomoże, mimo najszczerszych chęci. Jak miała wytłumaczyć towarzyszom, że jej serce wyrywa się za bratem, gdziekolwiek on się teraz znajduje? Tyle jej pomogli, wzięli ją pod swoje skrzydła, nakarmili (i to jak!), chronili ją… a mimo to jedyne, o czym Mabon myślała, był jej brat. Wiedziała, że oczekują od niej pomocy w nadchodzącej konfrontacji z ryboludziami, chciała pomóc mieszkańcom miasta (szczególnie tym, którzy nie wonieli przetrawionym piwskiem) w ocaleniu Sotham – ostatnie, czego pragnęła, to to, by ktoś przez nią znowu zginął. Wzdrygnęła się i odpędziła wspomnienia. Nie pałała chęcią do zajęcia się negocjacjami z możnymi i cieszyło ją, że Montcort się tym zajął, zyskując przy tym tak silne stanowisko, jednak wciąż myśli o bracie nie dawały jej spokoju. Ciężko jej było skupić się na aktualnych problemach, mając w głowie wizję brata, który być może w tej chwili dogorywa wyrzucony na jakiś dziki brzeg, oczekując na ratunek, który może nigdy nie nadejdzie?

Gdzieś w oddali nagle zakrakał kruk. Mabon rozejrzała się z nadzieją, jednak atłasowy mrok nieba przetykały jedynie diamentowo lśniące gwiazdy. Panowała niemal zupełna cisza, dziewczyna na próżno nasłuchiwała znajomego trzepotu skrzydeł. Niewiele myśląc wyjęła z fałdów swojej szaty fletnię pana i wkrótce dało się słychać niezbyt głośną, tęskną melodię, którą po chwili podchwycił wiatr i poniósł ją ku zimnym gwiazdom.

Feste

Od kiedy wyszliśmy z jaskiń, Feste czuł się źle w swojej skórze. Postanowił zmyć z twarzy bielmo i zaczął z niechęcią patrzeć na swój pstrokaty strój, z którego był tak dumny wcześniej.

Widok paezurskiego statku u wybrzeży Sotham zdawał się tylko podłamać błazna. Zresztą z błazeńskiej natury pozostały mu tylko lekko stawiane kroki i płynność w gestach, twarz czarnoskórego mężczyzny pozostawała w nieprzyjemnym grymasie niezależnie od okoliczności.

Feste już postanowił, że gdy ich statek tylko dobije do portu, uda się do Paezurczyków i wręczy im długi i dość agresywny list do niejakiego Jackie Lockiego, stojącego na czele gildii błaznów.

Zamierza również udać się do krawca i zamówić tradycyjny miejski strój tak, żeby nie wyróżniać się z tłumu i ostatecznie zerwać z przeszłością, do której zaczął odczuwać dziwną odrazę. Zostawi tylko broń, bo jednak czymś trzeba się bronić od szumowin, których nie brakuje w tej okolicy. Może wstąpi też do zielarza i uzupełni trucizny? To znaczy mikstury. Eliksiry.

Poza tym stara się nie oddalać zanadto od drużyny i nerwowo ogląda się przez ramię. Miasto wyraźnie przestało być dla niego przestrzenią naturalną.


Tak jak w przypadku Mabon, Feste napotyka przy bramie do dzielnicy świątynnej strażników, którzy niemal nikogo nie przepuszczają. Również Festemu przyglądają się z dużą dozą podejrzliwości i każą odejść jeśli nie chce mieć kłopotów. Feste wyznaje strażnikom, że po prostu potrzebuje wysłać list do człowieka o imieniu Jackie Lockie w stolicy Paezurii. Proponuję kła zapłaty, jeśli zobowiążą się to załatwić. Strażnicy szeptają nieco między sobą, w końcu jednak biorą list i obiecanego kła, po czym jeszcze raz pytają o imię adresata. Po upewnieniu się zwracają się do Festego per “dobry człowieku” i zalecają aby więcej się nie przejmował sprawą i uznał ją za załatwioną.

Na ulicy Feste zaciąga języka u człowieka, który nosi nie rzucające się w oczy, ale dobrej jakości ubranie i pyta skąd takie wziął. Człowiek wskazuje krawca Gylesa Baldę, który mieszka w dzielnicy rzemieślniczej, całkiem blisko Gildii Alchemicznej Simeona.

Gyles ucieszył się wyraźnie na odwiedziny klienta, bo jak wkrótce wytłumaczył, mimo takiego tłumu ludzi w mieście, jakoś roboty ostatnio mu ubyło niż przybyło. Wysłuchawszy potrzeb Festego zaproponował prosty strój mieszczański: wełniane leginsy (10 kłów), płócienną koszulę (1 kieł 4 skrzela) i porządny kaftan, koniecznie w jasnym kolorze (3 kły i 5 skrzeli). Do tego nieodzowny kapelusz z filcu (1 kieł 2 skrzela), a dla szyku płócienny pas do przewiązania kaftana (6 skrzeli) i być może lekko zdobioną sakiewkę (10 skrzeli). Na wypadek niepogody proponuje płaszcz z wysokim kołnierze lub kapturem (8 kłów). Łącznie strój kosztował będzie w promocji 23 kły i będzie gotowy za dwa dni do odbioru. Zadowolony Feste przystaje na propozycję krawca i pozwala wziąć miarę.

Kolejnym punktem na mapie Festego jest zielarz. Jednak takowego w SOtham najzwyczajnien nie ma, ale napotkani miejscowi, proponują odwiedziny w Gildii Alchemików. Jest od niedawna w Sotham, ale mawiają, że pracują tam prawdziwi uczeni. Potrafią każdy napój miłosny ukręcić, a jak potrzeba czegoś na ból stawów to mają taką maść…

Co się tyczy trucizny, Feste zdaje sobie sprawę, że jedynym jego punktem zaczepienia jest inny członek gildii cyrkowców – ten, którego spotkał zaraz po przybyciu do miasta. Jednak z gildią Feste nie ma zamiaru mieć nic a nic do czynienia.

Montcort

Montcort miał jasno sprecyzowane plany. Wpierw zsiąść z pokładu i ominąć werbownik. Było nie było, nie uważał się za pierwszego lepszego najemnika, który będzie walczyć za 1 kła dziennie. Pieniądze nie były problemem, a narażać życie dla garstki srebra. Wybaczcie, ale to głupie, kiedy ledwie kilka dni wcześniej było się jednym z dowódców obrony portu.
Dlatego zamierzał ominąć werbowników, spoglądają na nich dumnie i z wyższością, a następnie udać się do gildii alchemików. Tam odpocząć, wyspać się solidnie, wykąpać i ruszyć na zakupy. Chciał zrzucić z siebie smród podziemi, stęchliznę i zapach pleśni. Stare ubranie cuchnęło straszliwie. Poprzecierane, okrwawione, nie nadawało się do niczego. Toteż Montcort udał się na targ, by odziać się stosownie do swego statusu. Solidne skórzane portki, dopasowany wams, krótki płaszcza i fantazyjny kapelusz z piórami na łbie zmieniły go nie do poznania. Przy okazji uzupełnił zapasy strzał (może udało mu się zakupić któreś z tych specjalnych cacek, jakimi posługiwał się nim ta suka z gór zabrała mu jego doskonały łuk i pozbawiła ekwipunku?)

Po wszystkim napisał też krótki list i posłał go do Eamwunda, zapowiadając swą wizytę. Zamierzał rozeznać się w sytuacji politycznej w Sotham, dowiedzieć się, kogo obecnie ludzie najbardziej się obawiają. Podczas rozmowy z Eamwundem chciał poruszyć temat wiadomej suki, która zapewne wciąż buszowała po górach. Jeszcze zapłaci za Haeriego – pomyślał. Może jeśli pomoże Wanrykowi, to i Wanryk jemu pomoże w dopełnieniu zemsty?

Pytając tu i ówdzie Montcort dowiedział się, że mieszkańcy niewiele wiedzą o toczącej się wojnie z morskimi diabłami. Te ponoć zajęły wschodnie wybrzeże wyspy i póki co nie poruszają sie głębiej. Nadzieję wiążą z obrońcą miasta, paladynem KOP Jacquesem Guiosą. Ten właśnie zbiera armię, wygłasza płomienne mowy, w odróżnieniu od Wanryka działa. Władca miasta zamknął się ze swoimi doradcami i radzi. A tu nie o radę idzie, ale o działanie przecież! Ludzie są nieco rozczarowani, że na paezurskim statku nie przybyli żołnierze, ale ktoś zaraz gani twojego rozmówcę i nazywa go głupcem, przecież wiadomo, że paezurskie statki wojenne nie mogą popłynąć dalej na północ niż do południowych wybrzeży Rocranon. Taki warunek wymusili na nich Argadyjczycy po wygranej wojnie. Wtedy jeśli paezurskich żołnierzy się spodziewać, to przyjdą oni pieszo z południa a nie przypłyną statkiem.

Po zdobyciu informacji Montcort ląduje u tego samego krawca, co Feste, gdzie zostaje mu zaproponowany ubiór z najwyższej półki: Skórzane portki (20 kłów), skórzany kapelusz z piórem (4 kły), wams (3 kły 5 skrzeli) płaszczyk (5 kłów 4 skrzela) – łącznie 32 kły 9 skrzeli. Montcort jeszcze nie wie co czeka go przy następnej wizycie, gdy już odbierze strój według najnowszej mody…

Keffar

Keffar siedział na zwoju liny i był wyraźnie zdenerwowany (łagodnie rzecz ujmując!). Rzucał co jakiś czas ciężkim słowem, czasem zrywał się na równe nogi, pochodził chwilę nerwowo po pokładzie, walnął pięścią w maszt i wracał na swoje miejsce. Keffar ewidentnie myślał.

Myślał i nie mógł wymyślić, jak pogodzić chęć pomocy mieszkańcom Sotham, ze szczerą niechęcią do plątania się w politykę. Zwłaszcza taką, która go bezpośrednio nie dotyczy. Nie po to wyjechał z Ostrojów, żeby się teraz z kolejną bandą idiotów szarpać. Żeby chodziło jeszcze o danie komuś w łeb to jeszcze pół biedy, ale nie, Montcort chyba dał się umoczyć w jakieś dworskie intrygi. Zaraz zacznie do kościoła chodzić i porządki robić. Zaraza.

Właśnie, porządki, jeszcze z Simeonem coś się porobiło, chodzi jakiś taki jakby mu miotłe w rzyć wetknąć aż po same witki. Co mu ten kobold przeszkadzał, głupi był i chytry, ale może by się dało przeciągnąć na naszą stronę a tak to co? Na buty się teraz nadaje.
Pajacykow też się dziwnie zachowuje, może się od Simeona zaraził? Kiedyś pierwszy do wygłupów a teraz swojej miotły szuka. Dobrze, że mu nikt golema nie zaproponował.

Dobrze że z Nienażartą problemów nie ma. Widzę że dziewczyna ma coś między uszami i jeszcze wyjdzie na ludzi, trzeba ją tylko pokierować w dobrą stronę i pilnować żeby jej co nie zeżarło. Bić się umi, nie pyskuje, chęci ma (nie to co Pajacykow) i jeszcze czarować potrafi. Byle kociołek kaszy był, to i spokój będzie. Notatka do siebie, kupić dla Mabon zbroję o dwa numery większą, widzę że na naszej garkuchni jej poprzednia zbroja zaczęła się czeguś kurczyć.

Widzę, że też coś trapi Nuadu, ale jeśli dobrze czytam nastroje to ma poglądy podobne do moich. Trzeba usiąść i przegadać tą sprawę z wszystkimi na spokojnie. Zobaczmy tylko co władzuchna chce od Montcorta.

Dobra, jeden problem naraz, jak mawiała babka Kunegunda (trzymając garniec miodu i siedząc po pachy w bagnie, gdzie uciekła przed pszczołami i niedźwiedziem) – I zaczął wydawać rozkazy.

Nuadu

Nuadu czuł się źle.

Stare rany znów odzywały się szarpiącym trzewia bólem skutecznie psując mu humor, pospołu z wydarzeniami ostatnich dni. Oparty o reling przyglądał się zbliżającym zabudowaniom Sotham – Znowu miasto – jęknął boleśnie w duchu myśliwy. Ostatnie dni to prawie wyłącznie miasto i lochy. Żadne z nich nie należało do ulubionych przez Nuadu miejsc.

Lochy były przynajmniej na tyle dobre, że odrywały myśli młodego Paezurczyka od powracających koszmarów przeszłości.

Nuadu czuł się źle.

Uciekając z ojczyzny ranny i zaszczuty, gdzieś w głębi ducha żywił nadzieję, że nowe miejsce da mu nowe życie. Znalazł drużynę dobrych druchów, przeżył z nimi sporo i byli mu jak utracone plemię, coraz częściej jednak czuł się niczym miotany przez wiatr jesienny liść. Dzicz, miasta, osady, podziemia i lochy zlewały mu się w jeden ciąg rozmazanych obrazów.

Ciągły ruch zagłuszał poczucie straty, ale coraz bardziej brakowało mu celu.

Myśliwy westchnął w duchu i spojrzał ponownie na coraz bliższe miasto. -Trzeba być gotowym – pomyślał. Cel może pojawić się w każdej chwili, a wtedy muszę być gotowy do drogi. Trzeba zejść na ląd, uzupełnić zapasy. Przygotować się. Sprawdzić kto sprzedaje dobre zwierzęta juczne, gdzie można kupić koce i żywność. Poszukać na targu strzał dla siebie i Moncorta, jeśli starczy czasu poprawić ich upierzenie, bo kupne do niczego się nie nadawało. Rozejrzeć się czy znajdą na straganach jakieś godne uwagi towary. Nigdy nie wiadomo, dobre pancerze i broń, to coś na co zawsze trzeba mieć baczenie. Działanie, przeszłość należy zostawić z tyłu i iść dopóki, dopóty nie pojawi się przyszłość. Załatwić zobowiązania Montcorta i może uda się przezimować w Talzanii. A na razie trzeba się przygotować do drogi, zawsze trzeba być gotowym do drogi…

Nuadu obejrzał się przez ramię na swoją drużynę. Wychwycił wzrok patrzącej na niego Mabon i uśmiechnął się smutno w jej kierunku. W końcu najwyższa już pora zejść na ląd…


Tholip, sprzedawca zwierząt jest osobą, od którego Montcort kupił muła, który niestety został gdzieś w górach za Mroźnym Kłem. Niestety jego zagroda nie wygląda tak dobrze jak w lepszych czasach, zanim zaczęło się to całe zamieszanie. Tholip załamał ręce, tłumacząc że zamiast cieszyć się z tego, że sprzedał wszystkie swoje zwierzęta, to martwi się, że nie bardzo ma gdzie uzupełnić swój “asortyment”. Co prawda ledwo wczoraj odkupił osła od jednego wieśniaka, który razem z rodziną sprowadził się do miasta, ale to przecież tylko jeden osioł! Czy go sprzeda? Oczywiście, że sprzeda, przecież nazywa się Tholip i jest kupcem handlującym zwierzętami! Chce za tego osła, o wdzięcznym imieniu “Bąk” dostać jedyne 18 kłów. Dorzuci także worek obroku!

Tholip obiecał, że jeszcze tego samego dnia roześle wici w poszukiwaniu kolejnego i rzeczywiście! Już następnego dnia informuje, że ma kolejnego osiołka dla drużyny, którego sprzedać chce wdowa po człowieku, który zmarł tamtej nocy, gdy do Sotham przyszły morskie diabły. Osiołek jest młodziutki i nieco uparty, ale zdrów i silny a to przecież najważniejsze? Wdowa chce za niego 17 kłów, a Thollip weźmie dodatkowe 3 kły za pośrednictwo. Przecież to uczciwa cena prawda?!

Kiedy Keffar i Nuadu przychodzą odebrać osiołka z chałupy za murami miasta, okazuje się, że może to być dla nich trudniejsze niż się wydaje. WOjownicy są nieco skonfundowani, gdy widzą osiołka a do jego ogona uczepioną dwójkę brudnych i zapłakanych tak, że aż zasmarkanych dzieciaków, które nie chcą oddać “Kropka”. Dzieciaki odpędza jednak matula, kuchenną szmatą, ale minę też ma nietęgą. Wojowie po zakupie postanawiają nie wspominać o okolicznościach zakupu bardziej uczuciowym członkom drużyny – po co maja mieć kaca moralnego?

Ze strzałami w Sotkam jest spory problem, choć czy to naprawdę problem? Łuczarze sprzedają wszystko na pniu dla Wanryka, w chwili obecnej zaopatrzenie się w strzały, czy chociaż w groty, graniczy z cudem. Za to podobno za ciężkimi, obronnymi wrotami portowego zamku są ich całe setki.

Koce i żywność to towar, który nadal jest dość łatwo dostępny. Problemem jest raczej brak gotówki części nowych mieszkańców miasta aby je kupić.

Widać, że w mieście od pewnego czasu nie było kupców z zewnątrz, a miejscowi nieco obawiają się wystawiać lepsze rzeczy na sprzedaż. Nikt dziś nie kupi beli jedwabiu, malowanych bogato pater, czy drogich przypraw, a można je wręcz łatwo stracić w inny sposób. Za to królują talizmany wszelakie, broniące przed ogniem, zasadzką czy wręcz odstręczające morskie diabły. Można takie kupić już za 2 ości, ale te potężniejsze kosztują nawet kieł czy dwa. Niestety wśród tych wszystkich utensyliów brakuje broni, która mogłaby zachwycić duszę prawdziwego wojownika.


Pomijając ciągły gwar, ścisk i smród cywilizacja okazała się mieć jednak swoje zalety. Nuadu spędził czas dużo przyjemniej niż zakładał. Większość dnia szwendał się po Sotham z Mabon i Keffarem. Najpierw czekali pod kapitanatem aż dziewczyna załatwi swoje sprawy,
majtali nogami siedząc na nabrzeżu rzucając kamykami w mewy i gryząc świeże pieczywo kupione na straganie. Potem poszli do pracowni Huryego, gdzie Mabon kupiła oszczepy a on krótki miecz. Ponieważ Mabon błyskawicznie zrobiła się głodna zajrzeli do oberży, gdzie rozkoszowali się ciepłym posiłkiem i korzennym piwem. Teraz syty i rozgrzany Nuadu dumał jak spędzić popołudnie. Uznał, że trzeba poszukać ciepłego płaszcza, gdyż pogoda coraz gorsza, może kupić jakąś cieplejszą przyodziewę. Wieczorem zaś wyczyści swe skórzane ubrania i weźmie gorącą kąpiel.


Komin był przyjemnie ciepły, a nocne niebo pełne gwiazd. Nuadu wyszedł na dach gildii pomyśleć i chociaż przez chwilę poczuć się samotny. Kiedy siedział na górze i patrzył w nocne niebo mógł sobie prawie wyobrazić, że nie jest w mieście. Prawie…

Na dole Sotham kładło się spać przy wtórze odległych odgłosów bójek, drących się kotów i trzeszczenia statków w porcie. Nuadu siedział i dumał. Odkąd wylądował na Rocranon, życie stało się niezwykle intensywne. W ciągu nie tak długiego czasu zrobili tak wiele. Zwiedzili wiele miejsc, przeżyli mnóstwo przygód, tworzyli zwartą zgraną gromadę. Najnowsze wydarzenia kładły się jednak długim cieniem na ich wspólnej przyszłości. Simo i Feste wyszli z podziemi odmienieni i Nuadu martwił się o nich. Montcort z drugiej strony dostał propozycję trudną do odrzucenia, mogącą zaważyć na jego przyszłości. Myśliwy w głębi serca rozumiał i popierał dążenie Rocranończyków do niezależności, ale nie była to jego walka i nie chciał stać się pionkiem w rozgrywkach możnych.

Komin grzał w plecy. Gwiazdy mrugały na nocnym nieboskłonie. Przyszłość czaiła sie za rogiem niczym przyczajony groźny zwierz. Nuadu nie bał się zwierząt, w końcu był myśliwym.

Simeon

Simeon zaprzątnięty swoimi sprawami nie miał, ku niezadowoleniu swoich uczniów, ostatnio wiele czasu dla ich nauki. Stąd Halden czuł się ostatnio jak piąte koło u wozu. Na statku nie odnajdywał się – jako szlachcic rzadko musiał zajmować się pospolitymi obowiązkami, jakimi obarczono go na pokładzie. Do tego ciągła monotonia i nuda krajobrazu. Za to wspomnienia z wyprawy do lochu pod latarnią… ech, to była niesamowita przygoda! I te wszystkie przerażające i niesamowite istoty, które spotkali. Największe wrażenie zrobił na nim chyba żywiołak ziemi – ta siła i moc drzemiąca w magii żywiołów! To było coś! Gdyby tylko mistrz Simeon zajmował się takimi intrygującymi sprawami magii, a nie tylko przelewaniem jednych dekoktów do drugich… a teraz dodatkowo zamknął się w sobie, stał się bardziej stanowczy i całymi godzinami przesiadywał sam w kajucie… Może gdy już wrócimy do Sotham humor mistrza się poprawi? Halden rozejrzał się po pokładzie – pozostali nie wyglądali zbyt szczęśliwie. To pewnie ta pogoda na wyspie albo wyziewy z lochu – pomyślał – a może to przez ten wypadek na pokładzie? Przyglądał się chwilę jak pani Mabon pałaszuje resztki koziego sera, które dostali od wieśniaków na wyspie. Obok niej siedział zamyślony trefniś Feste. Jego mina zazwyczaj tak zadowolona i wyrażająca samozachwycenie była teraz przygnębiona i zamyślona. W palcach obracał jakiś drobny przedmiot – kolczyk z piórkiem? – tak jakby zastanawiał się nad jego naturą. Oparty o maszt, ponury i małomówny jak zwykle, łowca Nuadu czyścił i ostrzył miecz – całkowicie oddany swojej pracy – tak jakby chciał odciąć się od całego świata. Potężna sylwetka Keffara majaczyła na pokładzie dziobowym okrętu – ostrojczyk obserwował morze i wydawał co chwila jakieś rozkazy do marynarzy. Nigdzie nie było widać kapitana – zapewne zasnął pijany w jakimś kącie. Jedynie Montcort wydawał się nieco spokojniejszy i z lekkim uśmiechem na ustach karmił swoje ogromne ptaszyska. Ile on może mieć lat? Wydaje mi się, że możemy być nawet w tym samym wieku… Ciekawe, czy jego też z domu wygnała bieda, która dotknęła wiele pomniejszych rodzin szlacheckich? Mógłbym w to uwierzyć, gdyby nie ta zbroja… Halden spojrzał na siedzącego obok Artina, który z zapałem ćwiczył wiązanie węzłów marynarskich, czego nauczyli go marynarze. Chłopak wydawał się uzdolniony do takiej manualnej pracy i najwyraźniej jej wykonywanie sprawiało mu sporą frajdę. Dobrze, że przynajmniej on się czegoś nauczy… Halden zerknął na drzwi od kajuty i westchnął. Może gdy już wrócimy do Sotham, być może wtedy wszystko wróci do normy…
- Miasto na horyzoncie! – gdzieś z pokładu dziobowego dobiegł krzyk marynarza.
Drzwi do kajuty otworzyły się i Simeon skinął na swoich pomocników. Halden uśmiechnął się w duchu i szybkim krokiem ruszył w tamtym kierunku. Nieco wolniej powlókł się Artin, z niejakim smutkiem porzucając zwoje lin.


Spotkanie nie trwało długo. Halden wyszedł z niezbyt zadowoloną miną – miał nadzieję, że w końcu wróci do nauki, tymczasem Simeon zlecił im proste zadania do wykonania – gdy tylko zejdą na ląd. Spojrzał na plik zalakowanych papierów i owinięty w skórę pakunek – po wielkości i ciężarze mógł z łatwością stwierdzić, że jest to książka. Dziwne. Simeon kazał ją wysłać do Haegavo wraz z listem do jego mistrza. Tylko jaka to może być księga? I po co ja wysyłać? W końcu nie znaleźliśmy żadnej księgi w lochach. A mistrz Simeon miał ze sobą tylko dwie księgi – swój notatnik, oraz… zrozumienie spłynęło nagle na Haldena – to był grimuar „O znaczeniu żywiołów”, ta sama, z której uczył się jeszcze niedawno runów arkanów magicznych. Dlaczego Simeon chce ja odesłać? Co się stało? I jak ja teraz będę kontynuował swoja naukę? W natłoku gorączkowych myśli pojawiła się jedna, natrętna, która zaczęła kiełkować i powoli zapuściła korzenie… młody argadyjczyk powziął śmiały plan.


Okrzyk marynarza wyrwał Simeona z zamyślenia. Tak, jestesmy już blisko – pomyślał. Czas wrócić do rzeczywistości i przygotować się do zejścia. Tak. Księgę i listy dam Haldenowi, aby znalazł jakiś statek do Haegavo. Morze jest niebezpieczne, ale mam nadzieję, że choć listy dotrą. Przeklęta księga nie jest warta zachodu, ale nie mogę jej tak po prostu wyrzucić. W końcu to księga – zdobycz naszej cywilizacji. Być może ktoś ją kiedyś wykorzysta w lepszym celu, na przykład do zwalczenia tej bezsensownej herezji jaką jest igranie z siłami chaosu. Tak, to bardzo prawdopodobne. Ale wróćmy do meritum sprawy.
Simeon nachylił się nad biurkiem i zapisał krótką listę: 20 bełtów do kuszy, glina do prac garncarskich, 2 pochodnie, 5 fiolek szklanych, 20 porcji ziół zwyczajnych, 5 porcji ziół rzadkich. Te kartkę przekaże Artinowi – aby mógł zrobić on zakupy. Wszystko na rachunek Gildii Alchemików.
Heh, Keffar to ma smykałkę do górnolotnie brzmiących nazw. Ale może to i dobrze.
Dalej, zanotujmy – spotkanie z Oethed… TRACH – w tym momencie trach, pióro się złamało i na kartce pojawił się spory kleks. Simeon westchnął – muszę to chyba zanotować w głowie. No więc tak – będę musiał udać się do Oetheda i razem z nim spróbować przejrzeć jeszcze raz zasoby świątynnej biblioteki. Teraz przynajmniej wiemy czego szukać. Porównam ryciny z ksiąg z tym co zapamiętałem z lochu. Trzeba poszukać informacji o tym Thileopessii i jego awatarach i wyznawcach. Nie wierzę, aby tylko ta jedna świątynia, o której mówił kobold istniała na świecie. Gdzieś na pewno zachowały się wzmianki. Simeon pokręcił głową. Podziemny świat – kto to widział. Studiowałem tyle lat i nie pamiętam abym się natknął na takie wzmianki. To może naiwne, ale w którymś momencie wyobraziłem sobie świat, w którym lochy pod Czerwoną twierdza na wyspie Sennej i te pod latarnią są połączone wielomilowymi tunelami, a które wypełniają hordy rozmaitych istot. Nie, to niedorzeczność! Jak oni mogą żyć bez słońca, bez dostępu do świeżego powietrza?… Chyba, że wejść do tego dziwnego świata jest więcej niż mi się wydaje… Tak, to też muszę sprawdzić w księgach. Może kapłani ze świątyni coś będą o tym wiedzieć. A jeśli nie wiedzą to powinni wiedzieć… Wszyscy ludzie powinni wiedzieć, gdyż od tego zależy los naszej cywilizacji…
Simeon potarł czoło na które wystąpiły mu kropelki potu. Dość tych mrocznych myśli. Ciekawe jak sobie radzi Ian z prowadzeniem Gildii? Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłem całą obsługę interesu na jego młodych barkach. Gdy tylko wrócę, muszę zakasać rękawy i zabrać się do pracy.
Jeśli ma znów nadejść atak z morza potrzebujemy dużo ale to dużo zasobów. Ja z Ianem zajmiemy się miksturami leczącymi – powinniśmy być w stanie produkować dwie dziennie, pod warunkiem, że będziemy mieć składniki. Być może warto by przekonać Keffara i Nuadu do wspólnej wyprawy poza miasto w celu zdobycia ziół. Ta dziewczyna, mabon, ma chyba smykałkę do ziołolecznictwa – być może zechciałaby pomóc? Wydaje się miła, choćby dla tego biednego chłopaka Festego.
Simeon zastanowił się chwilę. Feste też dotknął stołu ofiarnego i też zaczął ostatnio zachowywać się inaczej niż dotychczas. Być może powinienem z nim o tym porozmawiać? Może dzięki temu dowiem się jaki był efekt działania tej paskudnej magii? Ale ale, za bardzo mi się myśli rozbiegają.
Tak, dwie mikstury leczenia dziennie, aż nasz zapas nie będzie wynosił po dwie na głowę, to jest dwanaście – w sumie sześć dni. Do tego praca nad zleceniami w gildii, pewnie po parę godzin dziennie. Artin w tym czasie powinien przygotować nowe naczynia na granaty. Myślę, że Halden może zająć się przygotowaniem granatów – destylacją oliwy i przygotowaniem mieszanki zapalającej. Ten chłopak jest bystry i na pewno szybko złapie o co chodzi. Potem będzie mi łatwiej dokończyć czynność poprzez nasączenie gotowych pocisków odrobiną magicznej alchemii.
Zastanawiam się, czy nie dałoby się wyprodukować mniejszych wersji tych granatów – takich, które można by umieścić zamiast bełtu w mechanizmie kuszy. To mogłaby być ciekawa broń. Do sprawdzenia. Może Halden będzie zadowolony z możliwości eksperymentowania? Ostatnio chyba był trochę zawiedziony brakiem nauki…
Tak, to chyba tyle. Plan długofalowy. Resztę napisze samo życie… Simeon wstał, poprawił płaszcz i otworzył drzwi. Na pokładzie zaczynała się gorączkowa krzątanina – przygotowanie do wejścia do portu. Skinął dłonią na Haldena i Artina, którzy siedzieli oparci o prawą burtę statku. Silny wiatr targał żaglem i gnał ciemne chmury na stalowoszarym niebu.
No to wracamy do rozwiązywania problemów cywilizacji, pomyślał Simeon i otulił się szczelniej płaszczem.


Haldenowi dni upływały na obowiązkowych lekcjach języka arkanów magicznych, pisania I czytania runów. Kiedy Simeon zorientował się, że młody szlachcic ma wyjątkowe zdolności do języków szybko sprowadził ze świątyni księgę – traktat o języku jaszczuroludzi. Postawił ją przed Haldenem i nakazał naukę. Do południa lekcje, po południu bieganie za posyłkami i praca nad przygotowaniem wybuchowych mikstur – piekielnie stresująca i odpowiedzialne zajęcie. Na szczęście ostatecznym uzbrojeniem granatów w detonator magicznej natury zajmował się już sam Simeon. Na przeglądanie ukrytej na strychu księgi przywołań nie zostawało wiele czasu, do tego lektura była bardzo trudna – jednak ze wszystkich zajęć to sprawiało chłopakowi najwięcej przyjemności.
W czasie gdy Ian z Simeonem przygotowywali mikstury lecznicze, Halden zdołał przygotować pół tuzina granatów. Teraz szło mu już szybciej, ale na początku zmarnował wiele naczyń i materiału. Na szczęście oleju – głównego składnika, mieli pod dostatkiem, a Artin z zawzięciem przygotowywał kolejne stosy naczyń. Chłopak z dnia na dzień stawał się lepszy i część z jego wyrobów – często zdobionych w interesujące wzory – sprzedawało się razem z medykamentami z Gildii Alchemicznej.
Gildia nie miała najlepszego miesiąca. Mimo, że Ian starał się jak mógł problemy które dotknęły Sotham bardzo niekorzystnie odbiły się na popycie na produkty alchemiczne. Najwyraźniej ludzie częściej kupowali zapasy oraz broń i zbroje niż maści i dekokty na pospolite dolegliwości. Ian chodził markotny, opuszczając głowę pod niespotykanie surowym spojrzeniem swojego mistrza. Simeon zakasał rękawy i zabrał się do pracy – całymi dniami przesiadując przy laboratorium lub w bibliotece świątynnej. Bardzo mocno przykładał się także do szkolenia uczniów – Iana w tworzeniu mikstur leczniczych a Haldena w nauce języka arkanów magicznych. Cały tydzień (7 dni) wysiłków przyniósł w końcu rezultaty – pół tuzina granatów i tuzin mikstur leczniczych – trzy z nich Simeon wystawił na sprzedaż w Gildii, aby ratować budżet. Po konsultacji z Keffarem wynajmuje krzykaczy na rynku, którzy zareklamowali napój jako „Cudowny dekokt ratujący życie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Natychmiast leczy wszelkie rany, zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne. Towar pierwszej potrzeby w niepewnych czasach wojny! Cena – jedynie 69.95 KK”.
Artin w ciągu tygodnia pracował intensywnie przy kole garncarskim, wytwarzając małe butelki gliniane z zatyczkami (2 dziennie = 14 sztuk po tygodniu), ozdobne garnuszki z motywami kwiatowymi (na sprzedaż – jedno dziennie – 6 po całym tygodniu, sugerowana cena: 5 skrzeli ?) do tego eksperymentując z produkcją bardzo małych i delikatnych pojemniczków, według kolejnych projektów Simeona. Praca była bardzo wymagająca, gdyż naczynka łatwo pękały po wypaleniu, a Simeon nie tolerował żadnych odstępstw od wyznaczonego kształtu i wymagał wysokiej precyzji i symetrii kształtów. Sam Simeon w wolnej chwili po południu, przed zachodem słońca, zbierał wszystkie pojemniczki po czym… wystrzeliwał je z kuszy w kierunku manekina ustawionego na podwórzu. To nieco irytowało Artina, gdyż tak łatwo na marne szła jego ciężka praca – ale cóż, pan każe, sługa musi – i następnego dnia znów zabierał się za pracę.


Ku wielkiej radości Simeona, okazuje się, że Mabon natychmiast podchwyciła pomysł wspólnej wyprawy w celu zdobycia ziół. Na jej nieśmiałą prośbę o możliwość nauki zielarstwa wyraził oczywiście, że jest zawsze gotowy do prowadzenia wywodów i lekcji – ta propozycja nasunęła mu na myśl pomysł zabrania na wyprawę wszystkich uczniów, aby uczyć o prawach alchemii i ziołach w terenie. Okazało się, że wyjściem w dzikie odstepy zainteresowany jest także Nuadu, tak więc grupa może w poczuciu sporego bezpieczeństwa zrealizować swój plan. Wyprawa zostaje zaplanowana na za kilka dni.

Zapytany przez Mabon o sprawę Festego – Simeon stwierdza, że to ciekawe spostrzeżenie, sam nie zwrócił na to wielkiej uwagi, bo sam był zaprzątnięty ostatnio dość skomplikowanymi przemyśleniami. Jeśli się dobrze zastanowić, to należałoby rozważyć możliwość przeżycia jakiegoś rodzaju szoku – czytał kiedyś o przypadkach ludzi, których wojny czy inne wypadki zmieniały nie do poznania. Jeśli Mabon jest dociekliwa – proponuje SImeon – może spróbować prześledzić ostatnie zdarzenia i wysnuć jakieś wnioski – co mogło Festego tak zmienić? Czyżby bliskość śmierci, kiedy to otrzymał poważną ranę w walce z jaszczuroludzmi? To niewątpliwie jest możliwe… Nie wiem, czy Mabon podzieliła się ze mną swoimi wątpliwościami co do magicznej aury – jeśli tak, to Simeon zacznie się zastanawiać poważnie i wspomni wszystkie momenty, kiedy jego czary poznania magii wykryły jakieś anomalie w lochu – kryształ, komnatę maga, magicznie uwięzionego stwora, kryształ soli, ołtarz w kaplicy, golema…. Ale niestety samej natury magii tych rzeczy nie jest sobie w stanie przypomnieć… W każdym razie jeśli Mabon ma ochotę i wymyśli jeszcze coś, to Simeon jest zawsze do dyspozycji i gotowy do dyskusji.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.