Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 70 - Groza, która nadchodzi

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

61 dzień Wzrastania

Na Rocranon zbliża się jesień. Wraz z pierwszymi zimnymi podmuchami wiatru wracają z wyprawy w góry Keffar, Montcort i Windher, a niedługo potem także Avelox uratowany przez mieszkańców jednej z górskich kopalń. Powracając przynoszą smutne wieści, w szczególności bolesne dla Simeona: jego wychowanek, Korin, zginął. W wyprawie życie stracił także Haeri, a los drugiego z uczniów Simeona, maga imieniem Tal, pozostaje zagadką.

W minorowych nastrojach drużyna spędza wieczór we wspólnej izbie nad pracownią alchemiczną w domu w dzielnicy rzemieślniczej (aka Gildia Alchemików), wspominając poległych, wymieniając się informacjami i snując plany na przyszłość. Spotkanie przerywa pojawienie się Nogli-Cuira – wojownika, którego drużyna poznała podczas zdarzeń przy Płaskowyżu Tafli. Nogli-Cuir – obecnie sierżant w straży miejskiej Sotham – przybył z ważną oficjalna sprawą oraz prowadząc niespodziewanego gościa. Najpierw wielkie zdziwienie drużyny, a potem radość z odzyskania starego kompana. Nuadu, bo o nim mowa, natychmiast stał się centrum zainteresowania, kiedy opowiadał historię swego zniknięcia na wyspie Sennej oraz późniejszych losów. Okazało się, że na targu w Mrzyśnie Nuadu dojrzał jakiś przedmiot, który bez dwóch zdań pochodził z jego rodzimej wioski. Nuadu, który do tej pory był przekonany, że nikt z jego ziomków nie przeżył, natychmiast wypytał o przedmiot sprzedawcę – a ten wskazał na wychodzący właśnie z portu statek. Po tym nastąpiła scena, którą drużyna znała z wizji Bjorneja. Okazało się, że na statku rzeczywiście przebywała osoba, która była w stanie doprowadzić łowcę do kobiety żyjącą ongiś w wiosce Nuadu. Niestety kobieta ta w wyniku traumy straciła zdrowe zmysły i nawet plemienni uzdrowiciele w Talzanii nie byli jej w stanie pomóc. Kiedy tylko Nuadu dowiedział się, że w Sotham pojawił się Simeon, postanowił jeszcze u alchemika poszukać lekarstwa na mentalną chorobę swojej krewnej.

Nogli-Cuir przysłuchiwał się wszystkim opowieściom, jednocześnie pałaszując kolejne smakołyki ze stołu, co nie spodobało się chyba Montcortowi (który najwyraźniej zaraził się skąpstwem od Keffara). Cyniczne odcinki Montcorta odbiły się jednak od twardej głowy zawodowego żołnierza i poskutkowały jedynie tym, iż zanim Montcort zdążył zareagować, jego kolacja znalazła się na talerzu Nogli-Cuira.

Po kolacji Nogli-Cuir przeszedł do sedna sprawy z która się zjawił: Sotham znalazło się w trudnym położeniu i potrzebuje doświadczonych w bojach wojowników. Rajd dziwnych istot, o którym szerzyły się plotki, wymusił wymarsz znacznych sił z Sotham pod wodzą Wanryka Śmiałego, czyniąc miasto podatnym na ewentualny atak. Okazuje się, że atak stał się bardzo prawdopodobny, a to za sprawą ostatnich wydarzeń w Pomoście Pawolda. Wioska ta, odwiedzona jeszcze niedawno przez Keffara z drużyną, padła ofiarą najazdów dziwnych istot, które pojawiły się praktycznie znikąd – niektórzy twierdzą, że wyszły z morza. Ocaleni opisywali najeźdźców jako mroczne bestie – diabły. Drużyna podejrzewa, że mogły to być te same istoty, z którymi walczyli na morzu podczas powrotu z Haegavo. Nogli-Cuir przekonuje drużynę, aby zjawili się u niego w porcie w koszarach, a zaproponuje im stanowisko w straży miejskiej. Nie byle jakie stanowisko, ale dowódcze. Drużyna udziela dyplomatycznej odpowiedzi: musimy to jeszcze przemyśleć.

Simeon “wujek dobra rada” – To może byście wynajęli jakichś milicjantów?
Nogli-Cuir – No właśnie próbuję ale jesteście cholernie oporni!

W tym czasie w porcie Sotham ze statku schodzi młoda paezurska kobieta imieniem Mabon. Zdezorientowana wielkością i tłokiem w mieście zaczepia pierwszą lepszą osobę pytając o drogę do najbliższej gospody. Zaczepiony pijaczyna, przedstawia się jako mistrz garncarstwa Tolo (Bolo?) i proponuje Mabon ciepłe miejsce u niego na zapiecku. Zakłopotanej Mabon, która najwyraźniej nie jest przyzwyczajona do zwyczajów panujących w wielkim mieście, po krótkiej wymianie zdań udaje się jednak uzyskać wskazówki co do drogi do najbliższej gospody. Gospoda znajduje się na parterze portowego dźwigu, wielkiej drewnianej (choć podmurowanej kamieniem, na lokalna modłę) budowli pochylającej się nad przystanią. Zanim Mabon udaje się podejść bliżej, drzwi otwierają się z hukiem a ze środka wypada jeden z bywalców karczmy w stanie wybitnie wskazującym na zawodowy status miejscowego pijaka. Za drzwi dobiega głośna muzyka i bije ciepłe światło. Omijając bełkoczącego i próbującego się podnieść pijaka Mabon cichaczem wchodzi do karczmy. Po krótkiej chwili i drobnych poradach szynkarza (“Panienka se siędzie…”) trafia do jedynego w miarę wolnego stolika – zajmowanego jedynie przez trefnisia imieniem Feste. Kurtuazyjną rozmowę przerywa dziewka służebna przynosząca kolację, u której Mabon stara się zamówić wodę do picia, czym wprawia zarówno Festego jak i obsługę karczmy w osłupienie. Suma sumarum, Mabon zadowala się kompotem niewiadomej proweniencji. Miejscem, gdzie nasi bohaterowie ułożą się do snu jest wspólna izba – jedyny pokój dostępny w tej karczmie.

62 dzień Wzrastania

Rankiem, podczas śniadania, Mabon wyjawia Festemu, że poszukuje w Sotham swojego brata. Nie mając nic innego do roboty, Feste o złotym sercu postanawia pomóc damie w opresji i obiecuje zaprowadzić ją do kogoś, kto może wiedzieć więcej. Wybór pada na gildię dokerów lub na lokalny magistrat.

W tym czasie w Gildii Alchemików drużyna decyduje się złożyć wizytę u Nogli-Cuira celem zaciągnięcia się do straży miejskiej, przy okazji uzupełniają ekwipunek u miejscowych handlarzy.

Montcort – 20 kłów! 20 kłów za zwykły łuk? Jak ja to powiem Keffarowi…

Oczywiście spacer po mieście nie może obyć się bez niespodzianek – na placu targowym pojawia się wóz otoczony przez tłuszczę. W środku drużyna dostrzega rannego trolla. Keffar wdaje się w dyskusję z lokalnym “bohatyrem” – dowódcą bandy, która złapała stworzenie. Podczas przechwałek ujawnia on swoje imię: Jorund Byk, ale imię Keffara Twardziela wzbudza większy respekt. Podsłuchany szept jednego z towarzyszy Jorunda ujawnia, że najprawdopodobniej troll spadł ze skały, co oczywiście zapala lampkę ostrzegawczą u co poniektórych członków drużyny. Widząc jednak że pojawia się straż miejsca, drużyna postanawia dać sobie spokój z łysym Bykiem i jego sługusami. Wóz, Byk, tłuszcza i strażnicy oddalają się w kierunku placu broni, aby dokonać linczu na stworzeniu.

Fameous Last Words
Keffar – Ale po co nam broń w mieście?

Na efekty nie trzeba długo czekać – regenerujący się troll, jeden niecelnie rzucony kamień, spłoszony osioł, przeżarta przez korniki drewniana klatka na wozie – to oczywiście najprostsza droga do tragedii. Drużyna jeszcze nie zdążyła dokończyć zakupów, a już słychać przerażone krzyki tłumu rozbiegającego się na wszystkie strony. Na środku placu pozostaje troll trzymający głowę pyszałkowatego Jorunda Byka, z której wystaje pozostałość kręgosłupa. Świadkami makabrycznej sceny są Feste i Mabon, którzy akurat przechodzili niedaleko. Zręczny Feste szybko ściąga zaskoczoną Mabon w bezpieczne miejsce – do kryjówki za skrzynkami z egzotycznymi towarami.

W tym czasie drużyna postanawia potwierdzić swą reputację, i stanąć dzielnie ramię w ramię ze strażnikami miejskimi w obronie ludu Sotham. Pierwszy do akcji przystępuje Nuadu, który kilkoma zręcznymi susami zajmując taktyczną pozycję na dachu pobliskiego budynku i oddaje celnie wymierzony strzał z łuku, prosto w jedno z oczu potwora. W tym czasie Keffar i Winder przystępują do szarży, a z tyłu, celnymi strzałami, wspiera ich Montcort. Uciekający tłum stanowi jednak znaczą przeszkodę. W tym czasie Simeon szybko przetrząsa przepastne kieszenie swojego płaszcza, ale znajduje w nich tylko puste fiolki i garnuszki. Rozglądając się na lewo i prawo zauważa z jednej strony kuźnię z rozpalonym piecem a z drugiej handlarza oliwą. Po krótkiej wymianie zdań z tym ostatnim udaje się mu “na krechę” zdobyć amforę z olejem, po czym przygotowuje dwa granaty zapalające.

W tym czasie Keffar i Winder solidnie już okładają trolla, jednak zauważają, że co i rusz rany na trollu zasklepiają się. Walka może być trudniejsza niż się pierwotnie wydawało. W czasie gdy trwa walka, Feste z Mabon przygotowują się do wsparcia drużyny uwijając się z długim kawałkiem liny. Już po chwili Feste wybiega zza beczek i zarzuca na trolla lasso. Razem z Mabon udaje się im sprowadzić trolla do parteru. Istota jest jednak bardzo silna i nie zamierza się tak łatwo poddać. Simeon nadbiega ze swoimi granatami zapalającymi, ale po drodze potyka się chyba o połę swego długiego (już) płaszcza i zamiast w trolla trafia w Keffara – na szczęście niegroźnie. Przeklinając niezdarność uczonego, Montcort wyrywa drugi granat z ręki oszołomionego Simeona i rzuca w trolla. Płomienie ogarniają istotę na krótką chwilę, przypuszczalnie wstrzymując jego regeneracyjne zdolności… Ale czy aby na pewno?

View
Skrzydła Rocranon odc. 69 - Przez góry na przełaj

Avelox
czarownik
2 lvl
Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Simeon

W Sotham, Simeon nie wiedział nic o tragedii jaka rozegrała się daleko w górach. Na jego głowie spoczywało uruchomienie gildii alchemicznej w Sotham, przypilnowanie remontu łodzi, zatrudnienie ludzi, zarówno uczniów jak i ochroniarzy dla biznesowego przedsięwzięcia, a to wszystko w miejscu mu niemal nieznanym.

Budynek gildii przechodził remont, przygotowywanie głównego pomieszczenia, sprzątanie piwnic, łatanie dziur w dachu, przerabianie wspólnej sali. Simeon kręcąc się po targu nabywał podstawowe przyrządy do labolatorium, nowe stoły, ławy, posłania. W końcu udało się również zakupić koło garncarskie i uruchomić w piwnicy produkcję własnych naczyń. Nieco kłopotu sprawił zakup odpowiedniej gliny, nikt nie chciał bawić się w ilości tak znikome, na jakich zależało alchemikowi. Dopiero bosman jednego ze statków oddał przysługę za pomoc w wyleczeniu pewnej wstydliwej przypadłości, ani chybi pamiątki po sothamskich zamtuzach.

Chętnych do wstąpienia na termin do alchemika również nie brakowało, jedni z polecenia, inni pchani ambicją, jeszcze inni szukający czegoś nowego w życiu. Na nauki przyjęty został Artin, którego królestwem miała na początek stać się piwnica i warsztat garncarski, oraz Harder Brancet, szlachetnie urodzony młodzieniec, o bystrości umysłu mogącej onieśmielić każdego.

Kiedy wszystko wydawało się układać coraz lepiej i lepiej, nadeszły czarne wieści.

Avelox

Wierzchowiec, którego ukradł Avelox był prawdziwym błogosławieństwem. Przyzwyczajony do górskich ścieżek, nie zważając na ciemności ruszył z rannym jeźdźcem na grzbiecie, bezpiecznie wybierając drogę. Czarownik boleśnie spięty i przytulony do końskiego grzbietu czuł, jak rana z której sterczała strzała coraz bardziej odbiera mu siłę do dalszej ucieczki. Powoli tracił czucie w ramieniu, ale mimo to udało się jakoś dotrwać do zimnego i mglistego świtu. Otaczały go nieznajome góry. Miał tylko ogólne pojęcia o kierunkach i wspomnienia skąd przybył razem z drużyną.

Naprędce opatrzona rana rwała tępym bólem, a obrany kierunek podróży tylko z pozoru mógł być tym właściwym, na domiar złego niebo zaczęły zaciąg ciemna, burzowe chmury. Pierwsze krople deszczu Avelox spędził jeszcze na grzbiecie konia, ale kiedy burza uderzyła z całą siłą co prędzej znalazł schronienie dla siebie i wierzchowca, pod występem skalnym. Kryjówka nie była idealna i wkrótce był cały mokry i zziębnięty. Kiedy tylko deszcz zelżał czarownik wrócił na grzbiet wierzchowca i ruszył w poszukiwaniu drogi powrotnej na Mroźny Kieł. Niestety kiedy pomarańczowa kula słońca zaczęła zachodzić za grzbietami gór musiał przyznać się sam przed sobą, że zabłądził.

Po krótkim, nieco nerwowym śnie pośród kamieni osuwiska skalnego, które z grubsza utworzyły coś na kształt zagrody, Avelox postanawia ruszyć w kierunku południowym. Zmarznięty i głodny coraz częściej musi prowadzić konia za uzdę aby uchronić go od okulawienia. Kolejne małe granie, za którymi ma nadzieję zobaczyć znajome kształty Mroźnego Kła okazują się tylko kolejnymi granicami, z którymi tylko kolejne stromizny, kamieniste dolinki i urwane ścieżki. Około południa uciekinier zdaje sobie sprawę, że od świtu wspiął się o dobre kilkaset metrów, zamiast schodzić w dół. A przed nim kolejne wzniesienie i kolejna wspinaczka. I wtedy pojawia się coś co wlewa w serce nadzieję.

Na jednym z niskich, trawiasto-kamiennych szczytów przycupnęła osada złożona z kilku domów. Niestety obecnie leży w ruinie. Jednak gdzieś pomiędzy ścianami zabudowań wyraźnie widać jakiś ruch. Zostawiwszy konia, Avelox próbuje podkraść się do osady i zbadać z kim może mieć do czynienia. W osadzie, pomiędzy ruinami domów odkrywa posągi ludzi, kiedy nagle pomiędzy dwoma domami przebiega jakaś niewysoka istota ludzka. Nie było czasu nawet dokładnie jej się przyjrzeć. Avelox z zapartym tchem odczekuje jeszcze kilka minut. Nic się nie dzieje. Czarownik postanawia nie ryzykować i wraca do swojego wierzchowca.

Znów musi wspinać się, ale teraz również zawracać kiedy dociera do miejsca gdzie jego koń nie wejdzie. Kilka znalezionych jagód tylko rozjusza pusty żołądek i przypomina o głodzie. W końcu ze szczytu jednej z grani czarownik dostrzega krętą linię drogi. Nareszcie! Cel, do którego można dążyć! Radość zakłóca jednak rozsądek, schodząc zboczem w dół, czarownik nie zauważa w pierwszym momencie turlających się wkoło kamieni. Kiedy doganiają go pierwsze większe głazy rozumie już niebezpieczeństwo, ale jest za późno. Spłoszony koń przewraca się, pociąga za sobą swojego opiekuna i tak obaj zjeżdżają i toczą się w dół zbocza. Kiedy w końcu się zatrzymują Avelox podnosi się obolały, ale cały, za to koń wierzgając złamaną nogą nie jest w stanie podnieść się z ziemi. Czarownik nie ma żadnego narzędzia aby ukrócić jego cierpienia. Zostawia zwierzę i rusza w dalszą drogę.

Na trakcie skręca ku zachodowi i drogą poznaczoną koleinami kół wozów rusza przed siebie. Po zmierzchu dociera do kopalni srebra, gdzie opowiada o swoim zagubieniu. Opatrzony i nakarmiony zasypia w spokoju, po raz pierwszy od wielu dni. Za kilka dni, do Pomostu Pawolda wyjeżdża wóz z urobkiem, górnicy obiecują zabrać ze sobą ocaleńca.

Feste

Tymczasem na ląd w porcie Sotham schodzi Feste. Niepozorny, szczupły kuglarz z Paezurii z pobieloną twarzą, nietypową czapką, o kroku delikatnym i płynnym jak u tancerza. Po chwili zastanowienia kieruje swe kroki do najbliższej tawerny, jak człowiek, który ma jasno określony cel. Kuglarz szybko nawiązuje znajomości i pada ofiarą kieszonkowców niejakiego Barabasza, ulicznego artysty, takiego samego jak Feste. Dzięki niemu wkrótce jednak udaje mu się przedstawić gildii cyrkowców i zgłosić swoje przybycie, czego wymaga dobry obyczaj przed podjęcie pracy na nowym terytorium.

Feste z rosnącym zdziwieniem, ale i niepokojem podobnym do tego jaki ogarnia mieszkańców miasta, obserwuje jak z koszar i zamku wymaszerowują jeden po drugim oddziały wojska i ruszają gdzieś na wschód. Pomiędzy ludźmi zaczyna krążyć plotka o wojnie. Wsie leżące na wschodzie zostały ponoć zaatakowane przez nieznanego przeciwnika. Ponoć z każdym dniem jest coraz bliżej Sotham.

Keffar, Montcort i Windher

W niewoli u Savry pozostało tylko trzech awanturników: Keffar, Montcort i Windher. Spętani przy głazie obserwowali jak ciała ich towarzyszy odniesiono poza obóz, jak rankiem pościg wraca z pustymi rękoma, bez Aveloxa i Tala. W końcu jak Savra prowadzi swoich podwładnych szlakiem w dół, aby zgodnie z planem stawić czoła trollom, które obraziły jej pana. W obozie zostaje tylko garstka zajętych głównie sobą, goblińskich strażników. Bohaterowie odczekali chwilę i postanowili zaatakować. To była być może ostatnia szansa na ucieczkę z niewoli?

Przy pomocy grotów strzał, które Montcort ukryte miał w ubraniu, udało się uwolnić z więzów, a potem atakiem z zasadzki zdobyć broń i wierzchowce. Raniony w nogę Windher miał problemy z poruszaniem się, ale Keffar i Montcort ani myśleli zostawiać go za sobą. Nie tracąc zbędnego czasu pogalopowali w noc drogą, którą tu ledwo dzień wcześniej przybyli, przeklinając na głos cały swój ekwipunek, który musieli porzucić. Nie dane im było uciekać daleko, zanim dostrzegli za sobą pierwsze ślady pościgu. Jeźdźcy zbliżali się do nich z każdą chwilą i prędzej czy później musieli by wpaść w ich ręce na szlaku. Bohaterowie zdecydowali zjechać z trasy i począć się wspinać w terenie, gdzie wierzchowce na pewno by nie weszły. Na każdym kroku pomagając rannemu Windherowi znaleźli wejście do kompleksu jaskiń i w przypływie desperacji postanowili się w nim schować.

Okazało się, że jaskinie należały niegdyś do jakiegoś kultu, o czym świadczyć mogły pozostawione księgi, maski wiszące na ścianach, a także fragmenty błękitnych posadzek, jednak to musiało być dawno. W chwili obecnej jaskinie zamieszkiwały inne stworzenia. Bohaterom przyszło przebijać się przez wielkie nietoperze, ogromne stonogi, oraz stanąć oko w oko z jaszczuroludziami. Jednak najtrudniejszym wyzwaniem był atak wielkiego pająka, który o mało śmiertelnie nie zatruł Keffara. Koniec końców okazało się jednak, że z jaskiń jest drugie wyjście i bohaterowie umknąwszy pogoni mogli ruszyć bezpiecznie w stronę domu.

Jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że Strażnica na Mroźnym Kle jest opuszczona. Na miejscu pozostał tylko Thatelach, który wytłumaczył, że Eamwund Conda wrócił do Sotham po tym, kiedy otrzymał rozkaz pilnego odwrotu. Szlachcic jednak honorowo zostawił drużynie obiecaną zapłatę. Keffar, Montcort i Windher odpoczęli tylko chwilę i postanowili czym prędzej wrócić do Simeona, Thatelech jednak, wyraźnie podupadły na kondycji przez ostatnie tygodnie, postanowił się odłączyć i pożegnać z towarzyszami. Ruszył dalej, szukać pracowni Shieldsona, tak jak pierwotnie miał to w zamiarze.

Drużyna

Przykry to był powrót. Simeon zasmucony wieścią o śmierci Korina i Haeriego i niewiadomych losach Tala i Aveloxa podupadł na nastroju. Montcort podjudzał towarzyszy do jak najszybszego zebrania oddziału i ruszeniu przeciw Savrze, w celu wywarcia zemsty, ale wydarzenia następnych dni odsunęły te zamiary.

Do miasta docierało coraz więcej niepokojących wieści, a także pierwsi uchodźcy, uciekający przed nieznaną grozą. Wkrótce wrócił również Avelox, informując, że Pomost Pawolda został zniszczony. Z morza wyleźć miały “diabły”, mówili ocaleli z nocnego ataku i zabić wszystkich mieszkańców przystani, którzy nie zdołali uciec.

Ponuro zapowiadała się przyszłość przed naszymi bohaterami.
Koniec sezonu trzeciego.

View
Skrzydła Rocranon odc. 68 - Ostatni ryk szału

Avelox
czarownik
2 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Montcortowi wyjątkowo nie uśmiechał się układ, na jaki z Savrą chciał pójść Keffar. Współpraca z dzikusami i potworami nie leżała w jego naturze, postanowił więc odebrać jeźdźcom zaufanie do drużyny, którym do tej pory dość hojnie ich obdarzali na rozkaz swojej przywódczyni, nawet nie pętając swoich jeńców, a jedynie pozostawiając ich w środku swojego obozu bezbronnych. Okazję znalazł kiedy tylko jeden z jeźdźców warknął w stronę awanturników aby przymknęli mordy. Montcort odpyskował brzydko, nazywając wojownika psem na łańcuchu, na co ten nie mógł nie odpowiedzieć, stracił by bowiem szacunek w oczach towarzyszy.

Jeździec podszedł do głazu przy którym zgromadzeni zostali jeńcy i patrząc z paskudnym uśmiechem w oczy Montcorta zaczął powoli rozsznurowywać i opuszczać spodnie. Montcort niczym kobra zaatakował, zarzucając na przyrodzenie nieszczęśnika linkę myśliwskich sideł, którą od dłuższej chwili trzymał ukrytą za plecami i zaciągnął pętlę na wrażliwym organie jeźdźca. Towarzysze schwytanego zerwali się na równe nogi, a Montcort śpiewając obraźliwą piosenkę zaczął biegać wokół ogniska ciągnąc za sobą wydzierającego się wniebogłosy nieszczęśnika.

Montcort próbuje we wnyki złapać ptaszka jeźdźca.
MG – Cel jest mały.

Wszyscy w osłupieniu patrzyli na ten makabryczny taniec, aż w końcu jeden z jeźdźców zakończył zabawę zdzielając Montcorta trzonkiem włóczni w twarz. Usta łowcy pękły niczym dojrzały owoc a z nosa poszła krew. Padł na ziemię krztusząc się swoją własną posoką. Ten moment był jak spust, do walki rzucili się Haeri, Keffar i Windher, jak należało się jednak spodziewać nie mieli wielkich szans z przeważającymi przeciwnikami. Wkrótce związani wylądowali przy swoim głazie, a Montcort rozciągnięty na włóczni został powieszony nad ziemią na jednym z “sęków” drzewopodobnego stworzenia, które trzymało się cały czas z goblinami.

Zagotowało się wśród awanturników. Spętani wojownicy wkrótce, przy pomocy pozostałych towarzyszy zostali uwolnieni, a w tym czasie Korin pyskował do jeźdźców i szwendał się w ich pobliżu narażając się im paskudnie. Wulfer jednak kazał wszystkim wracać na swoje miejsca, zamknąć pyski i spać. Noc była już w pełni. Bohaterowie zastanawiali się w jakie bagno tym razem wdepnęli i tylko w głowie Haeriego gotowała się gorąca krew. Nie mógł oderwać oczu od rozkrzyżowanego towarzysza, pozostawienie go samemu nie wchodziło w grę u młodego wojownika. Wkrótce nad obozowiskiem zapadła cisza, przerywana tylko sennymi pomrukiwaniami, chrapaniem i parskaniem koni.

Ogniska nieco przygasły i tylko od czasu do czasu, któryś z wartowników dorzucał do nich drwa. Haeri wstał nagle i bezszelestnie przemknął ku koniom, za nim jak cień podążył Korin. Zwierzęta zaniepokojone obecnością obcych ożywiły się, ściągając na kark awanturnikom strażnika. Haeri wyminął go przy wydatnej pomocy Korina, który wziął strażnika na siebie i bawił się z nim przez chwilę w ciuciubabkę zanim został złapany i odtransportowany pod głaz, gdzie odpoczywała reszta drużyny. W tym czasie Haeri był już jednak w pobliżu Montcorta.

Jak zwykle kiedy wściekłość zalewała Ostrojczyka, potrafił on dojrzeć tylko najbliższe niebezpieczeństwo, konsekwencje jego poczynań w dłuższym czasie były dla niego nieodgadnione. Teraz widział przed sobą drzewopodobną istotę, na której wisiał rozkrzyżowany Montcort i cztery gobliny w jej bezpośredniej bliskości. Haeri pewnym krokiem doskoczył do Montcorta próbując go zdjąć, ale nim zdążył zrobić cokolwiek podniósł się alarm i już miał na głowie śpiące obok gobliny.

W obozie powstało zamieszanie, które natychmiast wykorzystał Korin ponownie chowając się między końmi. Avelox nałożył kaptur i zbliżył się ku jeźdźcom starając się wykorzystać ich nieuwagę i przedostać się ku ścieżce prowadzącej w góry. Keffar rozdarty w końcu ruszył na pomoc towarzyszowi. Tymczasem Haeri już walczył w pełnym okrążeniu zabijając kolejne gobliny, kiedy do walki dołączyli idący z odsieczą jeźdźcy. Choć Ostrojczyk uwijał się jak w ukropie, nie mógł bronić się przed wszystkimi na raz. Raniony raz po raz przez wrogów wydał z siebie potworny ryk i w berserkerskim szale rzucił się ze zdwojoną siłą do walki. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać od walki.

Avelox został zauważony przez jednego z jeźdźców. Czarownik prosto w oczy rzucił mu czar światła, oślepiając kilku przeciwników i pognał w stronę koni, zaraz za nim biegł Thal, sadząc wielkie susy. Gdzieś przed nimi Korin siedział już na grzbiecie konia i poganiał go do ucieczki. Keffar starł się w walce z wściekłym Wulferem, który zabronił komukolwiek dołączać się do starcia, chciał w końcu ukarać tych pyszałków, których rozkazała tolerować mu Savra.

Wkrótce jednak szczęście zaczęło odwracać się od bohaterów. Korin dosięgnięty jedną ze strzał, wystrzelonych przez jeźdźców spadł z konie i znieruchomiał na ziemi. Haeri zmieciony potężnym ciosem drzewopodobnej istoty legł obok ciał istot, których sam pozbawił życia. Thalowi i Aveloxowi co prawda udało się pogalopować w ciemność, choć ten drugi draśnięty strzałą zachwiał się przez chwilę w siodle. Keffar widząc co dzieje się wkoło poddał się, próbując uniknąć dalszych tragedii, choć Wulfer był niemal pokonany.

Montcort nie znosił Korina za jego nieobliczalność. Podkradanie przedmiotów spotykanym osobom, wciskania nosa wszędzie gdzie się go nie chciało, obudzenie szkieletowych strażników grobowca i co tam jeszcze sobie tylko można wymyślić. Ale kiedy młodzieniec padł pod strzałami jeźdźców Savry…
Montcort – Korin miał końcówkę mistrzowską, to co mnie wkurwiało okazało się jego mocną stroną. Tak jak wkurwiał nas to okazało się, że wkurwia innych.

W obozie zorganizowano pościg za uciekinierami, jednak kiedy wrócili o świcie, ani Thala, ani Aveloxa nie było z nimi. Uciekli. Montcort nadal związany, leżał odseparowany od Keffara i ranionego niegroźnie Windhera. Korin i Haeri nie przeżyli jednak tej nocy. Drużyna obrońców Strażnicy na Mroźnym Kle, już nie istniała.

View
Skrzydła Rocranon odc. 67 - W rękach Savry

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Kiedy nadszedł świt, przyszedł czas na podsumowanie strat i rozejrzenie się na przedpolu muru, które obecnie zasłane było ciałami zabitych potworów. Brama porąbana toporami ogrów trzymała się tylko na słowo honoru, potrzebne były prace wzmacniające. Keffar, Montcort i Avelox rozeszli się po przedpolu strażnicy, zbierając znalezione kosztowności, strzały i bełty do wałowej kuszy. W tym czasie, pozostali przy życiu żołnierze, układali na murze ciała swoich martwych towarzyszy, przykrywając je kocami, aby mogły doczekać czasu na godniejszy pochówek.

Zginął baron, który wynajął drużynę jako najemników. Nowy wymijająco mówi o płaceniu za dotychczasowe usługi.
Montcort skarży się Keffarowi – Chyba chcą nas zrobić w wała. Przelewaliśmy krew twoją i Haeriego i co?

Keffar z ustami pełnymi jedzenia prosi o leczenie Bjorneia.
Bjornei – Oj! Z pełnymi ustami? To się dobrze nie skończy – rzut K6 na leczenie, wynik 1 – Tak, tego należało się spodziewać.

Kiedy tylko awanturnicy wrócili z wypadu za mur, Montcort został wezwany przed oblicze obecnego dowódcy strażnicy, mężczyzny który przyprowadził posiłki. Mężczyzną tym był młody szlachciac, sir Eamwund Conda. Tymczasowy dowódca strażnicy wiedział w jak ciężkiej sytuacji znalazł się ze swoimi kilkoma żołnierzami, potwierdził zatem wcześniejsze zobowiązania wobec najemników i zaproponował im przedłużenie najmu. Montcort szybko skonsultował się z drużyną, która postanowiła przystać na proponowane warunki, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nikt nie wie, gdzie obecnie znajduje się Haeri. Ponownie…

Greda przyrządza solidną wojskową fasolówkę. Wciska ją w ręce powracającego od dowódcy Montcorta.
Motcort – Staram się nie wywalić miski z zupą, ręce mi się trzęsą i mało się nie rozryczę. Ja nie brałem nigdy wcześniej udzialu w bitwie!
MG – W ostatniej też nie brałeś.

Tymczasem młodego Ostrojczyka gnębiła cały czas myśl o gnollach, które przedostały się przez mur na południe. Napomknął nawet o tym drużynie, ale spiorunowany wzrokiem przez Montcorta porzucił temat, przynajmniej pozornie. Gdy tylko jego towarzysze wyszli na północ, na przedpole strażnicy, Haeri po cichu zebrał swój ekwipunek i ruszył w drugą stronę, widziany przez jednego z żołnierzy, który zapytany opowiedział o tym wściekłym awanturnikom.

Haeri znów poszedł na samowolkę, tym razem szukać Gnolli. Montcort wychodzi już z siebie ze wściekłości, ale organizuje ponownie ekspedycję ratunkową.
Montcort – Ptaki biorę ze sobą, one go znają mają rozkaz go osrać!

Montcort miotał przekleństwa, odgrażał się niebiosom, ale wiedział, że musi ruszyć towarzyszowi na ratunek. Nie spodobało się to Eamwundowi, ale w końcu zgodził się na oddalenie najemników, jeśli w zamian będą bez szemrania wykonywać wszystkie jego nadchodzące rozkazy. Wkrótce drużyna była w drodze.

W tym czasie Haeri raźnie maszerujący zboczami gór rozglądał się uważnie na boki, starając się dojrzeć, dokąd to zniknęły gnolle. Nieco przeliczył się ze swoimi możliwościami i począł martwić się, że nie wziął, że sobą żadnego z tropicieli, ale szybko odrzucił od siebie tę myśl. Musiał radzić sobie sam. Kiedy w końcu wpadł na jakiś obiecujący trop, okazało się, że wszedł na teren polowań dzikiego kota, który zaskoczywszy wojownika rzucił się na niego w nadziei na łatwą zdobycz.

Choć Haeri zazwyczaj najlepiej czuł się w walce, to w przypadku dzikiego kota, wyraźnie odstawał od niego zwinnością. Pudłując raz za razem dał się dosięgnąć pazurzastą łapą i kiedy popłynęła krew, zdał sobie sprawę z powagi swojego położenia. Wojownik coraz bardziej opadał z sił i cofał się, kiedy z jasnego nieba na jego przeciwnika spadł Terror, potężny orzeł Montcorta. Pazury ptaka przeorały pysk kota zmuszając go do ucieczki, zaskoczonego tak nagłym atakiem. Haeri padł zmęczony na ziemi, ciesząc się tak nagłym ocaleniem.

Wkrótce do Ostrojczyka dotarli towarzysze i co tu dużo mówić, nie szczędzili mu słów krytyki, zwłaszcza Montcort, który chyba najbardziej przejął się ponownym zniknięciem i samowolką towarzysza. Cała ekipa wróciła na mur, gdzie czekał już Eamwund Conda z rozkazami. Atak potworów został odparty, ale niedobitki są gdzieś tam w górach. Drużyna dostała zadanie sprawdzenia gdzie się podziali i dokąd zmierzają. Wymarsz miał nastąpić z samego rana. Podczas odpoczynku towarzysze uznali, że ranny Thatelech powinien pozostać w strażnicy, reszta zaś z zapasami ruszy w góry szukać uciekinierów.

Ślad uciekinierów jest wyraźny i prowadzi w góry gdzieś na wschodzie. Klucząc pomiędzy graniami, tropiciele wyraźnie widzą jak rozbite jednostki grupowały się i obierały wspólny kierunek marszu. W grupie były zarówno gobliny jak i ogry, a także wielkie, drzewopodobne stworzenie, które pod mury Strażnicy na Mroźnym Kle przyprowadził gobliński szaman. W końcu awanturnicy dostrzegają kilometry przed sobą nitki dymów ognisk unoszące się nad linią horyzontu, w tamtą stronę muszą się udać.

Kiedy po wyjściu na równinę, do uszu bohaterów dociera tętent wielu kopyt, na ucieczkę jest już za późno. Choć wyciągają nogi, na równinie dopada ich oddział blisko 30 jeźdźców, lekkozbrojnych, odzianych w skóry, z kołczanami pełnymi pierzastych strzał, uzbrojonych w lekkie włócznie. Oddziałem dowodzi kobieta o imieniu Savra, a awanturnicy stają się jej zakładnikami i zostają popędzeni w stronę, w którą i tak już zmierzali.

Keffar zbladł nieco na widok Savry, wojowniczki, która wraz z jeźdźcami wzięła do niewoli drużynę.
Bjornei – Poślady mu się zwarły.
Keffar – Chyba mi się rozluźniły.
Montcort – Poślady mu opętańczo klepoczą

Ze słów zastępcy Savry – Wulfera awanturnicy wnioskują, że mają oni coś wspólnego zarówno z goblinami jak i trollami i wkrótce okazuje się to prawdą. Pozbawieni broni zostają zapędzeni na obszerną półkę skalną, na której schroniły się niedobitki sił szturmujących niedawno strażnicę. Towarzysze nie są w stanie nie zauważyć dziwnego zachowania Keffara, który od momentu spotkania z dzikimi jeźdźcami uspokaja towarzyszy i tonuje ich emocje. Wkrótce zapada zmierzch, a po Ostrojczyka zostaje posłany jeden z jeźdźców. Savra zapraszam Keffara na rozmowę.

Montcort zaczepia porucznika Savry – Znacie panie mowę ostrojczyków?
Porucznik – Pierwsze słyszę.
Montcort wskazując na Haeriego – Trochę się uspokoiłem.

Montcort zadaje głupie pytania porucznikowi, jedno za drugim prosząc się o kłopoty. W końcu dostaje kuksańca włócznią od jednego z jeźdźców.
Montcort konfidencyjnie do reszty drużyny – Sprawdziłem ich odporność, trzy pytania wytrzymują…

W osobności, nad urwiskiem Savra potwierdza, że ściga trolle, które naraziły się jej panu. Gobliny miały to samo zadanie, ale nieco zbyt pewny siebie szaman popchnął ich na ludzi, zamiast dowiedzieć się więcej o samych trollach. Savra obiecuje uwolnić bohaterów, jeśli pomogą jej spacyfikować trolle. Keffar przedstawia propozycję drużynie, mocno oponuje jej Montcort, który nie ma ochoty stanąć po tej samej stronie barykady co jego prześladowcy. Pozostali bohaterowie nie bardzo wiedzą, po której stronie stanąć, więc Montcort postanawia nie dać im żadnego wyboru…

Wszyscy ślinią się do Savry, za wyjątkiem Bjorneia, który twierdzi, że jego funkcja czyni go aseksualnym.
Montcort podsumowuje – Szamani lubią takie dziwne rzeczy. Czasem Celi batem przywalić, czasem Joli batem przywalić.

Michał przysypia już pod koniec sesji.
Montcort: Michał nie śpij, michał nie śpij
Bjornei: Z byle kim!

View
Skrzydła Rocranon odc. 66 - Szturm na Mroźny Kieł

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Wroga armia to dziesiątki goblinów, jaszczuroludzi, kilka ogrów i drzewopodobne stworzenie kołyszące się niezgrabnie z boku na bok. Cała ta tłuszcza wyjąc dziko zbliża się do muru, na którym pozycje zajmuje oddział przybyły z odsieczą z Sotham. Wkrótce salwa strzałów z łuku pokryw przedpole i padają pierwsze ofiary. Również Montcort z Windherem uruchamiają wielką kuszę obronną i próbują wyłapywać co groźniejszych przeciwników, z różnych skutkiem. Na salwę obrońców odpowiadają strzały zza muru i choć blanki są niezłą ochroną, to pojawiają się i tutaj pierwsi ranni, a wkrótce zabici, wśród żołnierzy.

Keffar i Thatelech wraz z dwoma żołnierzami Redara Porte przesuwają się ku bramie, ku zgromadzonym zawczasu stertom kamieni, już wkrótce będą mogli zrobić z nich użytek, bo pod wrota dopadają dwa ogry z wielkimi toporami i zaczynają zapamiętale walić nimi, aż z drzwi zaczynają sypać się wielkie szczapy drewna. Co gorsza, jaszczuroludzie, którym udało się dotrzeć do muru, zarzucają na niego liny zakończone drewnianymi poprzeczkami, które mają za zadanie zaczepić się o blanki i pozwolić wspiąć się stworzeniom na górę.

W ogniu walki.
Haeri – rzuć go kamorem!
Bjornej – Komorem? Rzuć komorem w tego faceta z dudami!

Wszyscy zwijają się jak w ukropie, strzały latają w obie strony, brama trzeszczy coraz bardziej żałośnie pod razami toporów, a na szczycie murów pojawiają się pierwsi jaszczuroludzie, a za nimi gobliny. Redar i jego dwaj żołnierze, Keffar, Haeri i Thatelech wchodzą do walki wręcz, ścierając się z wrogami. Kolejne trupy padają po obu stronach. Thatelech rzuca się ku jednej z zaczepionych lin i odcina ją, niestety wystawiając się na ostrzał z dołu. Kilka celnie posłanych przez gobliny strzał dociera celu i Thatelech pada umierający na kamienny mur. Z pomocą mu zmierza Montcort, który w ostatniej chwili wlewa w usta krasnoluda magiczny wywar Simeona, przywracając przyjaciela światu żywych.

Tymczasem sto metrów dalej, przez nikogo nie niepokojona, na mur wspięła się banda gnolli. Widząc związanych walką bohaterów, bez pośpiechu schodzą po wewnętrznej stronie murów i uciekają na południe, byle z dala od toczącej się walki.

Coraz więcej istot wspina się na szczyt muru po zawieszonych linach, coraz więcej zabitych jest po stronie wojowników broniących muru, tymczasem Korin zauważa nietypową postać stojącą tuż obok drzewopodobnej istoty. Niepozorny goblin okutany jest w kolorowy, zszyty z wielu różnych skór płaszcz, zamiast hełmu nosi czaszkę jelenia, z przyczepionymi do niej kolorowymi piórami i zasuszonymi trawami owiniętymi wokół pokręconych patyków. Niewiele zastanawiając się wskazuje go towarzyszom, a jeszcze szybciej posyła w jego stronę strzałę, która sięga celu, ciężko raniąc stworzenie. Dzieła dokańcza Avelox, a z chwilą kiedy pada tak celnie rażony wróg, przez szeregi przeciwników przechodzi fala żałosnego wrzasku.

Gobliny i ogry rzucają się do ucieczki, pozostawiając za sobą tylko rozpalonych żarem bitwy i zbyt głupich by dostrzec moment, w którym powinny się wycofać jaszczuroludzi. Ta zapiekła nienawiść doprowadza niestety do tragedii. W ostatnich minutach tego starcia, na murach, broniąc swoich towarzyszy, życie oddaje baron Redar Porte.

Zapada ogromna cisza. Ci, którzy przeżyli padają zmęczeni gdzie tylko mogą i rozglądają się wkoło. Pierwsze wrota muru są w fatalnym stanie, ledwo minut brakło aby całkiem padły. Z wojowników broniących muru padło dziewięciu, w tym dotychczasowy dowódca, pozostało jedynie czterech wojowników z odsieczy i ich lider. Wkoło leży kilkadziesiąt trupów goblinów i jaszczuroludzi, ale gdzieś na południe, przez mur, przedarł się oddział gnolli. Mimo, że widać jeszcze plecy uciekających wrogów, to bohaterowie mają świadomość, iż obecnie atak może przyjść z obu stron, a niewiele pozostało już sił aby się przed nim bronić.

View
Skrzydła Rocranon odc. 65 - Znikający Ostrojczyk

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Haeriego bardzo ciągnęło za mury, albo do jaskiń, martwiło go jednak, że Montcort tak twardo obstaje przy pozostaniu na pozycjach obronnych. Natura młodzieńca walczyła z jego przywiązaniem do towarzysza. W końcu uczucie było tak nieznośne, że młody Ostrojczyk postanowił, znaleźć sobie ciche miejsce, gdzie będzie mógł to wszystko przemyśleć w spokoju, nie narażając się na pokusę pójścia na przeciw trollom. Niestety jego towarzysze nie mogli docenić tej dojrzałej jak na niego decyzji, bo z nikim nie podzielił się informacją o tym, co zamierza robić.

Pierwszy nieobecność Haeriego zauważył w środku nocy Montcort i z właściwą dla siebie pasją zaczął kląć głupotę młodego wojownika. Dla wszystkich było właściwie pewne, że Ostrojczyk, albo wpadł w jakieś potężne tarapaty, albo ruszył w pojedynkę szukać trolli, co właściwie na jedno wychodziło. Gorączkowe poszukiwania i wypytywanie wśród załogi twierdzy nie przyniosły rezultatów, nawet Keffar nie potrafił znaleźć żadnych śladów. Obudzony zarządca Nichye, otworzył spiżarnię, jedyne zamknięte pomieszczenie w wieży, ale tam pomiędzy tuszami wędzonego mięsa i innymi zapasami biegało tylko kilka szczurów. Haeri zapadł się jak pod ziemię.

Montcort chciałby sięgnąć po magiczne sposoby na rozwiązanie problemu, który “niespodziewanie wyskoczył”.
Montcort – Czcigodny Aveloxie, nie masz tam jakiegoś czaru znajdującego imbecylów?
Avelox – Haeri się zgubił?

Montcort ciągle wściekły na Haeriego, który zniknął bez śladu.
Montcort – Jest na trzecim levelu no nie przyjebię mu bo mi odda, ale mentalnie tak mu napieprzam po twarzy!

Chcąc, nie chcąc, postanowiono zwrócić się do drużynowego szamana, który znany był z niechęci do sięgania po swoje mistyczne umiejętności wróżbiarskie, czy rozmowy z duchami. Bjornei zakręcił się, pochrząkał, w końcu postanowił sięgnąć po pomoc duchów. Pamiętając o szczurach w pobliżu spiżarni, to tam udał się najpierw, gdzie wymruczał kilka słów, otwierając swoje spojrzenie na świat duchów. Tak jak podejrzewał, zbiorowość gryzoni wytworzyła coś na kształt wspólnej, duchowej świadomości. Czym prędzej przystąpił do rytuału, w którym chciał przekonać duchy wszędobylskich stworzeń do pomocy w poszukiwaniu Haeriego. Te wydawały się zainteresowane pomocą, ale wyraźnie kazały sobie za taką zapłacić.

Jako, że Nichye wrócił już spać, a pewnie i tak nie zgodziłby się na oddanie pięknej szynki wiszącej w spiżarce szczurom, sprawę w swoje ręce postanowiła wziąć drużyna. Korin wydłubał ze swoich sakiewek wytrychy i z dużą łatwością otworzył nimi wielką kłódkę, a następnie odciął i zrzucił na ziemię kawał mięsa, na który ostrzyły sobie zęby szczury. Niemal natychmiast zapanował ruch. Gryzonie wylazły ze wszystkich szpar i zakamarków strażnicy i rozbiegły się po murze.

Bjornei sięga po kalambur, kiedy okazuje się, że kłódka nie zamknie się sama po tym, kiedy Korin ukradł szynkę ze spiżarni.
Bjornei – Kłódka zatrzaskowa – Od nazwiska radzieckiego uczonego Witalija Zatrzaskowa, któremu nie chciało się kręcić kluczem w tę i we w tę.

Montcort sięga po poezję polską, kiedy do gry wchodzą duchy szczurów Bjorneia.
Przeniósł się szczur do miasta, rozejrzał się z wolna,
Patrzy – a za nim drepcze mała myszka polna.
Wtedy szczur oburzony rozdarł na nią pyska:
- To straszne, jak ta wiocha do miasta się wciska!

Nie mija wiele czasu kiedy gryzonie wracają i wyraźnie zachęcają swoim zachowaniem szamana, do podążenia za nimi. Bjornei, Montcort i Keffar ruszają za szczurami, które wbiegają na blanki muru, budząc popłoch u strażników i zaczynają biec w stronę końca muru. Kiedy bohaterowie już dawno minęli bramę, nagle Montcort i Keffar spostrzegają, że doliną od strony północnej, w stronę muru maszeruje duży oddział wojska. Drużyna rozdziela się. Bjornei i Keffar nadal podążają za szczurami, a Montcort wraca co prędzej ostrzec załogę przed zbliżającymi się, potencjalnymi wrogami. Wkrótce alarm ogłoszony w Strażnicy Mroźnego Kła powoduje, że na murach stoją już wszyscy żołnierze i z niepokojem patrzą w głąb doliny.

Drużyna biegnie po murze za szczurami, które, mają nadzieję, prowadzą ich do Haeriego.
Montcort – Ja biegnąć przeskakuje ponad ustawioną kuszą, mam +3 do zręczności, tak żeby Wojciech nie zapomniał.

Keffar dopytuje Bjorneia czy ten jest pewien, że należy biec za szczurami?
Bjornei – Nie wiem czemu biegniemy za szczurami, mam wrażenie że tak trzeba, jak w bajkach Disneya, zawsze się biegnie za zwierzątkami.

Tymczasem Keffar i Bjornei znajdują zgubę. Haeri zmęczony straszliwie myślami rozrywającymi jego duszę, zasnął biedulek w samym końcu muru i pochrapując lekko nieświadom był całego zamieszania jakiego był sprawcą. Keffar budzi towarzysza potężnym kopem w zadek i popędza ku strażnicy.

Haeri został odnaleziony w najbardziej odległym zakątku muru, śpiący snem sprawiedliwego.
Montcort – Czy ja dobrze rozumiem? On zabłądził na murze, który nie ma rozgałęzień? To jak zgubić się na torze kolejowym.

Wstające słońce oświetla zakamarki doliny, którą maszeruje ku strażnicy oddział złożony z dzikich stworzeń. Im bliżej są muru, tym łatwiej zauważyć potężne ogry, jaszczuroludzi, gnolle, gobliny, a nawet ogromną sylwetkę czegoś przypominającego drzewca. Nad tym wszystkim zaś krążą harpie. Istot musi być więcej niż setka. Oddział zatrzymuje się w sporej, bezpiecznej odległości od muru i tylko harpie ruszają na zwiad, krążąc wysoko nad murem i po okolicznych graniach zdają się szukać czegoś, a może tylko próbują ocenić siłę obrońców?

Cały dzień trwa nerwowe oczekiwanie, czy coś się stanie i spoglądanie na trakt z tyłu, czy nadchodzą już posiłki z Sotham. Żołnierze w gotowości utrzymywali swoje posterunki na murach, ale było ich tak bardzo za mało. W końcu wraz z zapadnięciem zmierzchu zaczyna się coś dziać. Ruch we wrogich siłach budzi niepokój, nagle od górskich ścian odrywają się latające bestie, harpie i ze świdrującym śpiewam spadają do ataku na obrońców muru.

Salwa strzał zabija tylko jedno stworzenie, pozostałe dziewięć spada na awanturników i strażników, ale większość z obrońców nie jest w stanie walczyć. Oczarowani magicznym śpiewem harpii rozglądają się niepewnie, nie mogąc podjąć żadnej czynności, która mogła by zaszkodzić przerażającym, uskrzydlonym istotom. Straszliwe żniwo śmierci zbierają harpie wśród na wpół bezbronnych przeciwników. Tylko nieliczni są w stanie walczyć, w tym wśród bohaterów tylko Avelox. Wkrótce jednak harpie zaczynają padać, jedna po drugiej, a wraz z każdą zabitą, któryś z obrońców uwalnia się spod czaru i dołącza do walki.

Ostatnie dwie żywe harpie, nadal groźne dla zdziesiątkowanych obrońców, nie zamierzają przestawać atakować, jednak nagła, niespodziewana salwa strzał powala na śmierć jedną z nich, a druga ucieka w powietrze z głośnym skrzeczeniem. U podnóża muru stoi oddział 10 wojowników, uzbrojonych w łuki i dowodzonych przez bardziej doświadczonego wojownika. To posiłki przysłane z Sotham, które nadeszły ledwo chwilę za późno. Spośród żołnierzy do tej pory broniących strażnicy, atak harpii przeżyła tylko dwójka i ich dowódca, baron Redar Porte. Wszyscy z nich mniej lub bardziej ranni.

Do opatrywania ran przystępuje błyskawicznie Tal i Bjornei, ale resztę drużyny bardziej interesuje to co dzieje się za murami. Cały oddział wrogów przeszedł do ataku na nie i właśnie zbliża się biegiem wrzeszcząc straszliwie przerażającymi głosami.

View
Skrzydła Rocranon odc. 64 - Koboldzia ścieżka

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Po nocy wypełnionej snami o górach i trollach drużyna prowadzona przez Wardera Robyego ruszyła ku Strażnicy na Mroźnym Kle. Awanturnicy chętnie zadawali pytania o umocnienie i dowiedzieli się, że pod dowództwem barona Redara Porte służy tam dziewięciu zbrojnych. Jednym z nich był sam przewodnik, a drugi został wysłany do Sotham z prośbą o przysłanie wsparcia.

Montcort przekonuje, że nie ma sensu pchać się na przeciw górskim trollom, kiedy wymaga się od nich tylko pilnowania murów. Haeri jest innego zdania.
Haeri – Ile trolli zabiliście w życiu?
Montcort – Zero!
Haeri – Czas to zmienić!

Dzień, który wstał chłodny, zapowiadał się spokojnie i podróż miała przebiec bez niespodzianek, niestety wkrótce bohaterowie zrozumieli, dlaczego miejsce, do którego zbliżali się, zwane było Mroźnym Kłem. Chmury, które pojawiły się znikąd przyniosły deszcz, który wkrótce przerodził się w nieprzyjemny deszcz ze śniegiem i to w środku lata. Dodatkowo zimny wiatr, który dął w tandemie do deszczu, nie ułatwiał podróży.

Z radością awanturnicy przyjęli wiadomość, że zbliżają się do celu, ale miny nieco im zrzedły, kiedy zobaczyli czego przyjdzie im wkrótce bronić. Przez środek górskiej przełęczy przeprowadzony był wysoki, siedmiometrowy mur obronny, którego długość wynosiła około 300 metrów. Na wschodnim krańcu muru, przycupnęła solidna wieża obronna, sięgająca wysoko ponad uzbrojony w blanki szczyt obronnej budowli, po której spacerowało dwóch strażników.

Haeri ostro dalej przekonuje do wyjścia zza bezpiecznych murów. Rozmowa trwa w najlepsze w jedynym znanym przez niego języku.
MG – Wszyscy mówicie po Ostrojsku, oprócz chyba Bjorneia bo on nie zna Ostrojskiego.
Bjornei – To się jeszcze okaże, ciągle mam jeden niewykorzystany, znany język.

Nim udało się dostać przed oblicze barona dowódcy strażnicy, bohaterowie z radością wychylili gorące wino w kwaterach żołnierzy, gdzie poznali najdłużej służącego w tej strażnicy Martera. Baron Redar Porte okazał się blisko czterdziestoletnim człowiekiem o poważnym spojrzeniu, pielęgnowanej, krótkiej brodzie, nieco nieobecnym kiedy ze zmarszczonymi brwiami wsłuchiwał się w słowa bohaterów. Bez zbędnych ceregieli, zaproponował nowym najemnikom uczciwą stawkę i zaprosił do zwiedzania muru obronnego.

Drużyna zastanawia się nad możliwościami obrony długiego muru Strażnicy na Mroźnym Kle.
Bjornei – 300 metrów muru, Haeri biegłby z jednego końca na drugi 20 sekund.
Montcort – W berserku 10!

Szybko okazuje się, że budowa wilczych dołów, co proponował Keffar, czy wylewania gorącego tłuszczu, co postulował Montcort, nie wchodzą w rachubę. Za to za pomocą żurawia do podnoszenia towarów bohaterowie postanawiają zgromadzić na murze kamienie, którymi można by obrzucać trolle jeśli jeszcze raz podejdą pod mur. W zbrojowni udało się też znaleźć wystarczającą ilość gizarm i włóczni, które mogą być przydatne w czasie walki. Montcort z radością odkurzył starą kuszę wałową, którą wraz z Gredą, jednym ze służących w strażnicy, postanowił przysposobić do działania i ustawić na murach nieopodal bramy.

Wszystkich niepokoiło zniknięcie trolli, które po starciu z obrońcami wycofali się gdzieś w pole i już nie wróciły. Keffar postanawia zorganizować zwiad i wraz z Haerim, Bjorneim i Windherem odszukać ślady potworów. Dwugodzinne poszukiwania doprowadzają bohaterów na górską ścieżkę, pełną krzewów i kamieni, prowadzącą gdzieś w góry na północny wschód od strażnicy. Ze śladów Keffar wyczytał, że trolle rozdzieliły się po odstąpieniu od bramy i rozeszły po okolicy, po czym ponownie zeszły i ruszyły tą właśnie ścieżką.

Ostrożnie i powoli drużyna rusza przed siebie, aż natrafia na porzucone na trakcie zwłoki jakiegoś niewielkiego stworzenia. Haeri pewnie rusza dalej, zostawiając drużynę z tyłu, aby zbadać znalezisko. Okazuje się, że zabitym jest kobold, a oprócz niego kolejne dwa truchła leżą nieco dalej za zakrętem. Za późno orientuje się, że oto wlazł wprost w pułapkę koboldów i zostaje celnie ugodzony rzuconym oszczepem.

Haeri na zwiadzie postanawia sprawdzić leżące na ścieżce zwłoki.
Haeri – Zachowuje ojstrojskie środki ostrożnosći
MG – tzn?
Haeri – Idę w miarę spokojnie, ale nie krzyczę.

Dochodzi do walki, do której dołączają pozostali członkowie drużyny i już bez kolejnych strat udaje się zabić i przepędzić całą, ośmioosobową grupę stworzeń, atakującą z zasadzki. Wkrótce na ścieżce Keffar odkrywa kolejne ciała koboldów, które musiały się tu zetrzeć z trollami, oraz ślady dziesiątek wycofujących się stworzeń. Trolle zdecydowanie weszły na teren koboldów i pokonały ich w walce, aby w końcu zanurzyć się w mroczną wilgoć jaskini, do której docierają również awanturnicy.

Walka z koboldami zakończona. MG podsumowuje.
MG – jeden kobold uciekł
Bjornei – Gdyby był tu Montcort…
Keffar – To by połowa z życiem uszła

Po powrocie i zdaniu raportu dowódcy, Marter wspomina, że podobno jest przejście przez góry przez jaskinie, ale wedle opowieści ma być niewygodne, czy wręcz groźne dla podróżników. Keffar i Haeri martwią się, że trolle mogą niespodziewanie pojawić się za plecami obrońców, ale Montcort twardo przekonuje, że ich obowiązkiem jest obrona muru i strażnicy, a nie uganianie się za potworami po podziemnych jaskiniach.

Bjorneji siedzi
i wzdycha do duchów ,
Hu hu hu duchu
szumisz mi w uchu
Za skałą trolle
o ja pierdole
Pogoda zmienna
zjadłbym racuchów

View
Skrzydła Rocranon odc. 63 - Gość późną nocą

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Drużyny nieuchronnie zbliżała się do ponurej ściany gór Tahadów. Wkrótce trzeba było się wspinać, póki co jeszcze wygodną drogą, która miała doprowadzić wprost do Miedzianych Min. Szybko jednak góry pokazały jak bardzo potrafią być zmienne i nim drużyna zorientowała się na dobre co się święci, niebo zasnuły chmury, z których spadł rzęsisty deszcz.

Trzeba było szukać schronienia, bo deszcz stawał się coraz mniej przyjemny, a przy tym dzień zaczynał chylić się ku końcowi. Naturalna, wielka niecka, w której zbierała się woda, okazała się łączyć z jaskiniami, które zapowiadały się na dobre miejsce na postój. Niestety okazało się, że są już zamieszkane przez żmije, które w niemałej liczbie wypełzły na spotkanie awanturników. Keffar z Haerim rozprawili się z gadami, zwłaszcza ten ostatni tłukąc je nieprzytomnie swoim toporkiem. Kiedy reszta drużyny sprowadzała do jaskini zwierzęta, Tal i Korin próbowali pobrać gruczoły jadowe żmij dla mistrza Simeona.

Kiedy zapadł zmierzch, drużyna siedziała już w krąg przy ognisku, posilając się i rozmawiając o planach na najbliższe dnia. Wkrótce pozostawiwszy tylko wartownika, bohaterowie położyli się spać. Noc upływała spokojnie, aż po godzinie czwartej, do uszu wartującego Keffara dobiegły odgłosy walki i wściekłego syczenia dzikiego kota. Ryś łowcy wcześniej ruszył na polowanie, stąd dźwięk ten wyjątkowo go zaniepokoił. Zerwał się gotowy biec przed siebie, kiedy zobaczył spadającego wprost do niecki wypełnionej wodą kota. Nie namyślając się dłużej zaczął się wspinać czym prędzej na górę.

Keffar wychodząc z bezpiecznego azylu awanturników, wpadł wprost na rozwścieczonego niedźwiedzia, z którym ryś toczył walkę o upolowane zwierze. Wielkie stworzenie rzuciło się na łowcę, obok którego wyrósł Montcort i Windher. Strzelec jednak przestraszony furią nacierającego zwierza, albo jeszcze nie do końca obudzony, spudłował haniebnie, choć miał szansę aż dwa razy naciągnąć cięciwę swojego łuku. Za mocno pchnięta włócznia Keffara wbiła się błęboko tuż przy obojczyku zwierzęcia, to nie powstrzymało go jednak, aby z impetem wpadł na swojego przeciwnika, zakrzywionymi pazurami zadając paskudne obrażenia.

Montcort biegnie wspomóc Keffara w walce z nidźwiedziem. Napina cięciwę, jednak ma złe przeczucia co do tego co nastąpi za chwilę.
Montcort – Pewnie nie trafie (nie trafia, nie trafia), czy kogoś to dziwi?
MG – No wiesz, twoje ręce się chyba trochę trzęsą ze strachu, albo może…
Montcort – …jestem pizdą?

Niedźwiedź walczy wrecz z Keffarem, jednak obrażenia które zadaje są najmniejsze z możliwych
Montcort – Metroseksualny niedzwiedź! tyk tyk tyk, Pac! Pac!
Haeri chce się dołączyć do walki – To ja bym może wykonał… natarcie?
Montcort sarkastycznie – Jestesmy zaskoczeni!

Wkrótce do walczących dołączyli Haeri i Thatelech, ale dramat do końca rozegrał się między niedźwiedziem i Keffarem, który w końcu powalił olbrzyma, odnosząc przy tym kilka nieładnie wyglądających ran. Kiedy na górze wciąż toczyła się walka, Korin i Tal przy pomocy gałęzi przygotowanej do użycia w obozowym ognisku, wyciągnęli z wody prychającego kota, który co prędzej schronił się w najdalszym kącie jaskini. Przygoda zakończyła się szczęśliwie, ale mogło być znacznie gorzej.

Drużyna zabrała się za zdzieranie skóry z niedźwiedzia i porcjowanie mięsa. Nie warto było tracić takiej okazji, wszak nie wiadomo było, co czeka dalej w górach na podróżników. Korin szczególnie zainteresował się pazurami i kłami stworzenia i tylko los mógł wiedzieć co też siedzi w jego głowie.

Praca przy rozbieraniu cielska niedźwiedzia przeciągnęła się do godzin wczesno przedpołudniowych. Na okolicznych skałach zasiadły padlinożerne ptaki, nie mogąc się doczekać kiedy ludzie odejdą i pozwolą posilić się im resztkami zwierzęcia. Nagle Montcort zauważył, że nie tylko ptaki przyglądają się ich pracy. Głowa człowieka zniknęła za skałą kiedy tylko Haeri, nie zważając na upomnienia Montcorta, ujawnił, że obserwator został zauważony.

Montcort co szybciej zebrał swój sprzęt i razem z Windherem wspiął się na skały, próbując dowiedzieć się kim był obserwator. Szybko okazuje się, że to jeden z pasterzy, wypasających swoje owce na halach, zaniepokojony dużą ilością padlinożerców postanowił przyjrzeć się sprawie. Montcort szybko zaprzyjaźnia się z pasterzami i nim wraca do drużyny, opróżniają razem dwie butelki alkoholu, co czyni powrót tym wolniejszym.Drużyna nie czekając na towarzyszy rusza dalej szlakiem. Strzelec i włócznik doganiają ich przed kamieniem z drogowskazem, gdzie wspólnie wybierają drogę na kopalnię miedzi.

Montcort wychylił kilka głębszych z pasterzami, w tym ich nalewkę ziołową, nim wrócił, mocno spóźniony do drużyny.
Keffar zaczepnie – Jałowiec czuję?!
Montcort – Eeeaeaaa… w krzaki wpałem… pokłuty jestem…
Keffar – Ja ci dam krzaki!

Miedziane Miny działają pełną parą, jednak dostępu do terenu kopalni broni zapora na drodze i dwaj jej strażnicy. Awanturnicy po wyłożeniu swojej sprawy, mogą wejść do środka, po pozostawieniu broni na posterunku. Decydują się na to Thatelech, Avelox i Haeri. Nichye, nadzorca kopalni, kieruje awanturników do swojego przewodnika karawany Illiarda, albo łowczego Willipa. Illiard nakreśla z grubsza drogę do pracowni Shieldsona, proponuje również, że awanturnicy mogą zabrać się z następnym kursem miedzi, za trzy tygodnie. To jednak za długo dla bohaterów.

Haeri dość sceptycznie o możliwości spędzenia trzech tygodni w kopalni miedzi, w oczekiwaniu na wyruszeniu do kuźni Shieldsona.
Haeri niczym aniołek – Coś w kościach mi mówi, że 3 tygodni tu nie wytrzymamy… na pewno ktoś się do nas przypierdoli….

Przy blokadzie, gdzie Korin dołączył do strażników grających w zręcznościową grę przy pomocy noża, dochodzi do narady. Drużyna postanawia spróbować trafić sama na miejsce, korzystając ze wskazówek Illiarda. Nim jednak wyruszą w dalszą drogę, dobiega do nich zziajany goniec, opancerzony i noszący zielone barwy, który przedstawia się jako Warder Roby. Niezwykle ucieszył się ze spotkania z awanturnikami i proponuje im, aby udali się z nim do Strażnicy na Mroźnym Rogu, gdzie jego komendant, baron Redar Porte, z chęcią przyjmie ich w roli najemników. Jak się okazało, pod tę budowlę obronną podeszły górskie trolle i doszło do pierwszego starcia z jej ludzką obstawą.

Nadarza się praca dla komendanta strażnicy górskiej.
MG – Czekajcie, zaraz zobaczymy co tam podręcznik mówi o wynajęciu na służbę za żołd…
Keffar – O nie! My tu jesteśmy wysokiej klasy specjalistami!
Montcort – My tylko na umowy cywilnoprawne! Umowa o dzieło…
Korin – I karte multisportu!

Drużyna czego mogła dowiedziała się o strażnicy, trollach i niebezpieczeństwie. Postanawiają dołączyć do obrony.
MG – Czy ktos to wszystko Haeriemu tłumaczy?
Korin – Broń Boże, kurwa nie!

Bohaterowie stwierdzają, że przez kilka dni kuźnia Shieldsona nie zniknie z gór i postanawiają stanąć do walki z Trollami.

View
Skrzydła Rocranon odc. 62 - Ostrojskie pytanie o drogę

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Korin
złodziej
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl

Dzień wyjazdu przyszedł szybciej niż można by myśleć i kiedy Thatelech w pełni wyekwipowany stanął w drzwiach pracowni Simeona, drużyna była całkiem w proszku. Simeon do ostatniej chwili przygotowywał magiczne mikstury dla towarzyszy, bo sam postanowił zostać w Sotham. Zbyt wiele spraw wymagało tu jego uwagi. Jego miejsce w drużynie zajęli Korin i jeden z jego uczniów – Tal. W końcu przed samym wymarszem, awanturników naszła refleksja, że w górach może być dość chłodno a oni nie mają ciepłej odzieży.

Przed wyjazdem drużyny, Simeon postarał się o zaopatrzenie jej członków w niezbędne mikstury leczące.
Siomeon rozdając mikstury – czuję się jak Panoramix… Ale fiolki do zwrotu po wykorzystaniu!
Montcort – No bez jaj…
Simeon – Ty wiesz ile tu kosztują szklane fiolki?
Montcort – Mikstury w butelkach zwrotnych…
Keffar – Pamiętaj, żeby zachować paragon!

Kiedy w końcu wszystkie przygotowania zostały zakończone, grupa wyruszyła na szlak, a było już w okolicach południa. Szybki marsz na zachód a później na północ owocował w spotkania na trakcie, którego każdego dnia używali okoliczni chłopi, myśliwi, drwale, karawany kupieckie, zdążające do i z Sotham.

W końcu bohaterowie zatrzymują się na nocleg w Palisadzie, gdzie wymieniają najnowsze wieści z Alersem i Jamartem. Sytuacja w Dolinie Lodowego Lasu wróciła do normalności, jeśli nie liczyć tego, że mieszkańcy wsi Arenia zniknęli, pozostawiając za sobą jedynie puste chaty.

Z samego rana drużyna rusza dalej, bogatsza o podstawowe wiadomości o okolicy, zasłyszane od gospodarzy. Awanturnicy opuszczają leśne tereny i mogą podziwiać potęgę górskich szczytów na zachodzie. Kiedy jednak droga rozwidla się, wybierają szlak prowadzący ku południowemu wschodowi, gdzie nad brzegiem Zatoki Kła, znajdować ma się osada zwana Pomostem Pawolda. Tam spróbują zasięgnąć wiedzy na temat lokalizacji pracowni Shieldsona.

Utwardzony trakt przechodzi wkrótce w brukowaną kamieniem, solidną drogę. Dociera ona do miejsca, gdzie w spokojnej zatoczce, z lądu wychodzi w morze solidny pomost. Cumują przy nim dziesiątki, różnego rodzaju statków. Od okrętów zdolnych pokonywać morskie przestrzenie, po szerokie, płaskodenne barki, którymi wzdłuż wybrzeża spławia się towary do Sotham.

Drużyna zbliża się do Pomostu Pawolda, który wygląda znacznie mniej okazale niż się spodziewali.
Haeri – Może byśmy sobie dla odmiany złupili wioske?
Montcort – Daj mi pomyśleć. Nie! Nigdy nie myślałeś, że Ci ludzie łupieni mogą być przez to smutni?
Haeri – Widzisz wielki smutek na twarzy Haeriego, gdy myśli o tym co powiedziałeś.
Montcort – Złupione wioski wolno odrastają…
Korin patrząc ze współczuciem pomieszanym z podziwem na Haeriego – On jest złym człowiekiem, ale dobrym Ostrojczykiem….

Osada raczej nie należy do dużych i w różnych momentach wydaje się mieć całkiem różną ilość mieszkańców. Składa się z nielicznych zabudowań portowych, jeszcze mniejszej liczby mieszkalnych, oraz solidnej tawerny zbudowanej na planie sześciokąta. Miejsce to zwane jest Tawerną U Gereya. Poza tymi zabudowaniami Pomost Pawolda tworzą obozowiska ludzi robiących tu interesy. Czasem to po prostu ognisko, wokół którego gromadzą się podróżni, innym razem kilka stojących blisko siebie namiotów, czasem kilka wozów ustawionych w krąg tworzy tymczasową zabudowę obronną.

Naganiacze, którzy od wejścia awanturników do wsi, opadli ich ze wszystkich stron, oferują przeróżne usługi, zwłaszcza te związane z transportem drogą morską, jednak nie potrafią powiedzieć nic na temat pracowni krasnoludzkiego płatnerze. Podobnie w porcie nikt, nie potrafi powiedzieć nic przydatnego. Jedynym miejscem, gdzie można by zadać jeszcze to pytanie, okazuje się być Tawerna u Gereya.

Miejsce to jest zatłoczone i gwarne. Podaje się tu plugawe, rozwodnione piwo, kwaśne jak sok z cytryny wino i byle jak ugotowane warzywa, z niewielką ilością mięsa. Próby nawiązania kontaktu z kimś posiadającą przydatną bohaterom wiedzę idą dość mizernie, kiedy postanawia się do nich włączyć Haeri. Jak to zwykle w jego przypadku bywa, pomieszanie nieznajomości języka, z dość wybuchową naturą i bycie skorym do rozróby, prowadzi do potężnej bijatyki, w którą włączają się niemal wszyscy goście tawerny.

Kiedy w końcu ustaje regularna bijatyka, niemal każdy z jej uczestników ma pamiątkę po przygodzie. A to podbite oko, a to porwaną kurtę, czy napuchnięte, czerwone ucho, z grubsza jednak nikt, na nikogo się nie gniewa, traktując sytuację jako jedną z rozrywek serwowaną na miejscu. Niestety zapytany o wynik przepytywania miejscowych Haeri, spuszcza ze smutkiem głowę, mówiąc, że o nic nawet nie zdążył ich zapytać. Na szczęście innym powiodło się lepiej i bohaterowie wychodzą z tawerny z wiadomością, że powinni udać się do Miedzianych Min, które dostarczają regularnie rudy do pracowni Shieldsona.

Po bijatyce, która wynikła z próby dowiedzenia się czegoś przez Haeriego w tawernie u Gereya.
Montcort – I co Haeri, dowiedziałeś się czegoś?
Haeri – nie miałem czasu zapytać, a co?

Pokrzepieni tą wiedzą bohaterowie natychmiast opuszczają Pomost Pawolda i czynią to bez najmniejszego żalu.

View
Skrzydła Rocranon odc. 61 - Ballada o trzech bramach

Avelox
czarownik
2 lvl
Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Wieści przyniesione przez awanturników uspokoiły drwali i mieszkańców Rogatego koźla. Spokój miał powrócić do Doliny Lodowego Lasu. Bohaterowie zostali na miejscu jeszcze przez dwa dni, oddając ostatni hołd w czasie pogrzebu Maynardowi, nim ruszyli ku Sotham.

Duże miasto tętni życiem. Na placu broni, awanturnicy spostrzegli ze zdziwieniem powstającą, wielką szubiennicę. Jak dowiedzą się później, wisieć maja na niej elficcy przestępcy, którzy napadają na traktach na ludzkie karawany. Czyżby spotkany w lesie rycerz rzeczywiście zaczął działać? Wkrótce okazuje się, że Jacques Guiosa jest nie kim innym, jak najwyższym paladynem Kościoła Ostatecznego Porządku w Sotham i na jego czyny, oraz postawę pada zupełnie nowe światło.

Tymczasem w pracowni alchemicznej Simeona wrze jak w ulu. Robotnicy remontują i przygotowują do użytku pracownię i sklep alchemiczny, zaś u drzwi stoją w rządku chętni do wstąpienia w czeladnictwo młodzieńcy. Simeon rzuca się w wir pracy i obowiązków, a reszta grupy rusza w miasto załatwić najważniejsze sprawunki.

Na placu targowym gwar towarzyszący robieniu interesów jest ogromny. Nim awanturnikom udaje się w ogóle dojść do placu, do nóg Keffara przypada jeden z niewolnych robotników prowadzony przez nadzorców i zwąc go Erkhertem, nie może wyjść z radości, że znów się spotykają. Stara się wyjaśnić jakąś swoją niezrozumiałą winę, nim odciągnięty przez poganiaczy zostaje wciągnięty do szeregu i pognany dalej.

Drużyną wyraźniej zainteresował się naganiach, niejaki Ofwick, który za “zaprawdę symboliczną opłatę”, chętny jest pokazać gdzie szybko, niedrogo, ale co najważniejsze dobrze załatwią swoje sprawunki. Za jego sprawą trafiają bohaterowie do Tholipa, hodowcy zwierząt, gdzie nabywają nowego muła dla Montcorta, a następnie do Hurego Bladej Pięści, niegdyś awanturnika a dziś kowala-płatnerza i wytwórcy broni drzewcowej.

Bohaterowie spotykają naganiacza Ofwicka, który zachęca ich do kupowania u jego kolesiów.
Montcort – Czy oni wszyscy przyjechali tu z Jerozolimy? Mają pejsy i walą czosnkiem?
Keffar – I śmieszne blaszane czapki?

Hury Blada Pięść, jest byłym awanturnikiem, paskudnie okaleczonym przez stratę nosa.
Montcort – Dlaczego już nie bywacie na gościńcach.
MG pokazując na swój nos – Rana spowodowała że zacząłem myśleć…
Montcort – Patrzę na Haeriego, może jest jeszcze dla niego szansa?

Spokoju Keffarowi nie dawała sprawa niewolnika, stąd namówiwszy resztę drużyny, odnalazł handlarzy i jeszcze raz przyjrzawszy się nieszczęśnikowi, postanowił go kupić. Mężczyzna zwący Keffara Erkhartem, sam nazwa się Cere i wydaje się pochodzić gdzieś z południa. W awanturniczych czynnościach raczej nie miał się przydać, ale z łowca postanowił uczynić go odpowiedzialnym za opiekę nad zwierzętami i obozowiskiem drużyny.

Kiedy Keffar dobijał targu z handlarzem niewolnikami, Avelox i Haeri zainteresowani tłumem pokrzykujących ludzi, postanowili zobaczyć co też się tam święci. Kiedy przedarli się przez gęsty tłum, zobaczyli jakiegoś nieszczęśnika, nad którym znęcali się ludzie, obrzucając go wyzwiskami, zepsutym jedzeniem i popychając kiedy tylko spróbował się podnieść z ziemi. Haeriemu nieszczególnie spodobał się sposób traktowania obcego i mocnym sierpowym posłał na ziemię wyrostka, który właśnie oddawał na leżącą ofiarę znęcania się mocz. Kiedy nieszczęśnik odwrócił się w stronę ostrojczyka, ten ze zdziwieniem, w wiecznie uśmiechniętej twarzy debila, rozpoznał niedawnego strażnika miejskiego, który miał nieszczęście postawić się drużynie w pierwszym dniu ich pobytu w Sotham. Keffar znokautował go wtedy potężnym uderzeniem głową i razem z Haerim zaniósł nieprzytomnego do wychodka. Cóż, jak okazuje się, znacznie smutniej dla niego skończyła się tamta przygoda.

Z targu drużyna wracała jeszcze z solidną beczką trunku zakupionego przez Montcorta. W swoim gronie awanturnicy postanowili oddać pamięć poległym i zapomnieć o ciężkich przejściach ostatnich tygodni. Efektem tego był potężny kac następnego dnia, który wygnał Haeriego w poszukiwaniu świeżego powietrza. Zamiast tego, wojownik trafił na tępego osiłka, znęcającego się nad jakimś ulicznikiem. Jak zwykle słowa nie mogły zmienić tego co nadchodziło, bo też i Haeri niewiele rozumiał z potoku słów, jakim zalał go osiłek. Za to te, które zrozumiał, a były to głównie przekleństwa, zadziałały na niego jak płachta na byka. Osiłek pobity umknął, a Haeri wziąwszy na ręce pobitego do nieprzytomności ulicznika, wrócił do pracowni Simeona.

Po ostrym przepiciu, część drużyny obudziła się z ogromnym kacem.
Simeon – Może zrobię im ziółka jakieś?
MG – Na kaca? Znasz takie? Byłbyś bogaczem.

Chłopak nazywał się Tane, jak przedstawił się zaraz po tym, gdy jego, niegroźnymi na szczęście ranami zajął się alchemik. Przechwałkom chłopca nie było końca, a kiedy uciekał ze śmiechem przez okno pracowni, zdążył jeszcze rzucić, że wystarczy o niego zapytać gdyby był potrzebny, bo wszyscy go tu świetnie znają.

Haeri uratował bitego ulicznika, ale kiedy ten dość bezczelnie zaczął mu odpowiadać, ręka sama mu się do bicia uniosła. Na szczęście się powstrzymał.
Montcort – W Haerim obudził się instynkt macierzyński, chciał młodemu wychowawczo przyjebać.

Z rana miłym gościem okazał się być Thatelech, który zawiadomił władze miasta o misji w Dolinie Lodowego Lasu i przyniósł do podziału nagrodę. Krasnolud zwierzył się, że zamierza zrobić sobie trochę przerwy od awanturnictwa i spróbuje znaleźć pracownię legendarnego, krasnoludzkiego płatnerze Shieldsona. Reszta drużyny przyklasnęła pomysłowi i obiecała ruszyć na szlak z towarzyszem, wyraźnie go tym faktem radując.

Montcort jednak wyraźnie sobie zażyczył, aby wynająć dodatkowego wojownika, który będzie osłaniał łuczników. Takowego znaleźć drużyna miała w karczmie “Pod złodziejem i maczugą”, które to miejsce wyraźnie polecał Hure Blada Pięść. Tego wieczoru awanturnicy stawili się w przepełnionej, pachnącej piwem i mięsiwem karczmie i już wkrótce znaleźli odpowiedniego kandydata do dołączenia do drużyny, w postaci włócznika Windhera zwanego Bystrym.

Nim jednak bohaterowie opuścili karczmę do ich uszu dobiegły dźwięki ballady, która jak się okazało traktowała o zamknięciu bram do płaskowyżu Tafli i z imion wymieniani byli w niej między innymi Keffar i Simeon. Tłoczno się i gwarno zrobiło przy drużynie, kiedy Keffar ujawnił swą tożsamość. Wszelkiego autoramentu awanturnicy, najemnicy i prości bywalcy, chcieli uścisnąć mu prawicę i wypić z nim kufelek.

Simeon zaproponował żartem, żeby drużyna została paladynami Kościoła Ostatecznego Porządku.
Keffar – Patrzę na niego jakby mi kota przejechał.
Avelox – Czyli z wdzięcznością?

Pokłosiem tego wieczora, była wizyta dwójki strażników miejskich w pracowni Simeona, następnego ranka. Okazało się, że przyszli z zaproszeniem do wieży straży, od sierżanta strażników – Nogli-cuira. Keffar z radością odwiedził dawnego towarzysza, dziwiąc się jego pozycji w straży. Druhowie serdecznie sobie porozmawiali, nim przyszło po raz kolejny drużynie opuścić największe miasto wyspy Rocranon.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.