Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 80 - Nazywam się Hashbelu

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
2 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Drużyna znów namawia Festego, aby w końcu otworzył te cholerne drzwi, ten jednak musi wygłosić parę uwag natury ogólnej i sceptycznej. Po czym oczywiście bierze się do roboty. Po sprawdzeniu drzwi na wypadek pułapki, ostrożnie je uchyla i zagląda – w nikłym świetle pochodni trzymanej przez Mabon widać tylko niknący w oddali korytarz. Drużyna wchodzi i ostrożnie podąża dalej, mijając po drodze jeden zakręt i dochodząc w końcu do małego, ale przytulnie urządzonego pomieszczenia. W środku uwagę przykuwa ogromne lustro w bogatej oprawie. Mimo, że wywołuje ono pewne podejrzenia o ewentualnej naturze ukrytych za lustrem przejść, okazuje się, że jest to zwykły mebel, nie kryjący żadnych niespodzianek. Po bezskutecznym przeszukaniu reszty pomieszczenia, bohaterowie postanawiają wynieść lustro – wygląda na sporo warte, poza tym Simeon wspominał coś, że przydałoby się takie w kajucie kapitana na Kalmarze.

Drużyna wraca do pomieszczenia z sarkofagami i bada ostatnie drzwi. Po otwarciu okazuje się, że to koniec tego poziomu lochów – w dół prowadzą schody, z dołu dochodzi niezwykłe ciepło. Keffarowi nie dają spokoju sarkofagi i całą swoją charyzmę wkłada w próbę przekonania Festego do wykazania się talentem włamywacza. Ten jednak, mimo dwóch prób i wykorzystania spinki do włosów Mabon nie jest w stanie nic wskórać – zamek jest zbyt skomplikowany. Kolejne kilka minut kłótni przynosi kolejny plan, prosty jak konstrukcja cepa Windhera – rozpierniczyć kłódkę lub całą kratę na drobne kawałeczki! W tym czasie kończy się ostatnia pochodnia i drużyna, ku niezadowoleniu Keffara, musi zacząć używać lampy oliwnej, do której paliwo jest, w mniemaniu Keffara, zdecydowanie za drogie, aby marnować je na taki podrzędny loch.

Montcort – Pół litra, które trzyma 4 godziny, nieeeźleee…
(O lampie olejowej, gdyby ktoś się nie domyślił)

W czasie gdy Simeon argumentami próbuje odwieść Keffara od dalszych prób dobrania się do sarkofagów, Feste ponownie bada pomieszczenie, tylko po to aby odnaleźć wandalski napis na pomniku maga. Zaciekawiony Simeon wykorzystuje swoje zdolności, aby odczytać napis: “_Nie dotykać, bo może up…_” (…aść, …ierdzielić ręce?). Dziwny napis nie daje spokoju uczonemu, tak więc gdy drużyna jest już na schodach postanawia przetestować jedną z hipotez, wykorzystując manewr Keffara – rzuca sporą świecą w kierunku pomnika, mając nadzieję zobaczyć jakieś efektywne sztuczne ognie. Nic takiego jednak się nie dzieje, a świeca odbiwszy się ląduje u stóp alchemika. Zawiedziony podnosi ją i chowa do plecaka.

Na dole drużyna zbiera się już w skupieniu wokół podstawy kręconych schodów. Z pomieszczenia wychodzi tylko jedna droga, z której czuć gorący powiew. Ustawiony na szpicy Feste słyszy niepokojące odgłosy dochodzące z tunelu – po chwili orientuje się, że to słowa w jakimś syczącym języku. Wycofuje się i zdaje raport Montcortowi, który rusza do tunelu z przygotowanym do strzału łukiem. O dziwo wydaje się, że głosy zaczynają się zbliżać… Drużyna przygotowuje broń.

Przygotowując się do zasadzki na zbliżających się jaszczuroludzi:
Simeon – (bawiąc się strzałką zasięgu) Uwielbiam zapach alchemii o poranku!
Montcort – Zawał wywołujesz przeciągając tą strzałkę zasięgu!

Montcortowi coś jednak nie gra – głosy jaszczuroludzi są zbyt regularne, układają się najwyraźniej w jakiś komunikat. Do tego słychać szuranie pazurami po ścianie – jakby wcale nie chcieli ukryć swojej obecności w tunelu. Na rozkaz Montcorta Mabon odsłania zakrytą latarnię, oświetlając trzech jaszczuroludzi w tunelu. Ci jednak nie rzucają się do ataku, mimo, że Montcort celuje do nich z łuku. Pierwszy z napastników unosi palec do ust w geście nakazującym milczenie – chyba chce paktować? Montcort rozluźnia cięciwę i opuszcza łuk, zaprasza jaszczury bliżej. Następuje niezręczna chwila, gdy dwie grupy nie potrafiące dogadać się we wspólnym języku próbują przekazać sobie jakieś ważne informacje. Simeon próbuje nakłonić ich do pisania,a le bez skutku, natomiast Keffar wpada na pomysł – wyrywa pergamin uczonemu, wskazuje na ślady krwi i rysuje potwora na pergaminie. W odpowiedzi słyszy podekscytowane głosy: “Abishaj! Abishaj!”. Dowódca jaszczurów daje znak, aby drużyna za nim poszła.

W pomieszczeniu do którego docierają, zaskoczeni znajdują kobolda okutanego w długie szaty, z duża ilością fetyszy rozwieszonych na całym ciele. Zdziwienie staje się większe, gdy ten przemawia w znanym wszystkim języku argadyjskim. Przedstawia się jako Hashbelu, sługa i uczeń Ramna Ariela, wielkiego maga i pana tego zamku. Bez ogródek przechodzi do interesów – proponuje bogactwo za pomoc w rozwiązaniu pewnego problemu. Podejrzliwi poszukiwacze przygód postanawiają jednak dopytać najpierw o szczegóły. Simeon wypytuje dokładnie o wszelkie niezwykłe rzeczy, które bohaterowie widzieli w lochu do tej pory – rozbite klatki, pentagramy, uwięzione demony… Odpowiedzi Hashbela są jednak enigmatyczne i sprowadzają się zazwyczaj do zdania “_to wielka tajemnica mistrza Ramna Ariela_”. Zniecierpliwiony Simeon okazuje podejrzliwość i sugeruje drużynie pospieszne opuszczenie podstępnego kobolda. Gdy Keffar przytakuje, Hashbel natychmiast zaczyna przegrzebywać swoje szaty i skądś wyciąga ogromny kamień szlachetny – szmaragd. “_Zaliczka, zaliczka za pomoc!” – woła zdesperowany. To oczywiście jest miód na serce Keffara, ale nie tylko – widać jak Montcortowi i Festemu zaświeciły się oczy. Ku niezadowoleniu Simeona, zgadzają się oni wysłuchać kobolda i rozważyć sprawę pomocy. Hashbelu nakazuje swoim straznikom-jaszczurom zabarykadowanie pomieszczenia i zaczyna opowiadać o ostatnich wydarzeniach w twierdzy. Okazuje się, że mieszkańcy mają ogromny problem w postaci uwolnionego jednego z eksperymentów swego pana – chodzi o demona z zewnętrznych kręgów otchłani zwanego Abishajem – nazwa ta przywołuje w umyśle Simeona wspomnienie z lektury księgi “_O znaczeniu żywiołów_”. Hashbelu w tym czasie kontynuuje opowieść i stwierdza, że demon nie byłby problemem, gdyby był tu ich pan – Ramna Ariel, który ponoć jest wielkim magiem. Ma on ponoć także klejnot, który umożliwia przyzwanie jakiegoś rodzaju potężnego strażnika – Hashbelu komentuje, że sam strażnik wystarczyłby, aby rozprawić się z demonem, wystarczyłoby tylko poprosić mistrza o użyczenie kamienia. Zapytany, dlaczego nikt jeszcze do mistrza nie poszedł w tej sprawie, bohaterowie słyszą pokrętna odpowiedź – coś o złości mistrza i o tym, że potrzeba kogoś o sercu świętego męża. Drużyna patrzy na kobolda jak na pomylonego, ale w końcu lituje się i każe zaprowadzić się do komnat mistrza, chcąc przekonać się ile z tego co mówi kobold jest prawdziwe. Hashbelu prowadzi drużynę nieco inną drogą – po drodze omijają ogromny posąg istoty podobnej do bohatera jaszczuroludzi odzianego w zbroję, którego podobizna zdobiła sklepienie kaplicy poziom wyżej. Kobold z wyrazem uwielbienia zatrzymuje się przed posągiem i szepcze: “_Wielki Strażnik!”. Drużyna przygląda się posągowi i dostrzega na jego piersi dziwne zagłębienie – w kształcie wielofasetkowego kamienia. Feste postanawia sprowokować Hashbela, pytając, czy ten cały Ramna Ariel rzeczywiście istnieje, skoro jego strażnik jest posągiem. Kobold obrusza się, po czym wyrzuca przed siebie rękę z której buchają płomienie zamieniające się po chwili w ogniste motyle. “_Mistrz Ramna Ariel nauczył Hashbela sztuki magicznej, tak jest!” – skrzeczy dumny kobold. Niezrazony Feste postanawia się odciąć, pokazując swoje sztuczki “_O widzę, że robimy pokaz sztuczek, ja też coś pokarzę!” – woła, po czym płynnym ruchem wyciąga swój zdobny miecz i… połyka go. Hashbel zaczyna się denerwować “To tylko sztuczki, sztuczki. Mistrz prawdziwy – ja pokażę!” – po czym pośpiesznie rusza ku schodom.

O Festem połykającym miecz
Simeon – ciekawe czy wytarł truciznę…

Hashbel prowadzi śmiałków poziom wyżej, do komnaty z wielkim lewitującym kryształem. Ku ich zaskoczeniu zatrzymuje się w jednym z rogów pomieszczenia i skrycie zaczyna przesuwać rękami wzdłuż ściany. Mabon uważnie się przyglądając zauważa, że jego ręka na chwile zatrzymuje się na jednej z cegieł muru i wciska ją lekko do środka. Po chwili słychać “klik” i mur ustępuje, odsłaniając przejście. Drużyna zaczyna wspinać się po schodach choć z jakiś powodów z każdym krokiem wydaje się, że w powietrzu narasta dziwny opór. Nawet słynący z wyjątkowej siły Keffar zaczyna coraz gwałtowniej walczyć z dziwna barierą. Co bardziej ciekawe, wydaje się, że bariera działa także na Hashbela i jego strażnika-jaszczura. Jedyną osobą, która niczego nie zauważa jest o dziwo Simeon. Dopiero dotarłszy na górę zauważa, że pozostali poruszają się w dziwny sposób. Gdy docierają na szczyt schodów, Hashbelu wskazuje na dziwne znaki opalizujące na podłodze korytarza – “_dalej nie możemy iść_”. “Jak to_?” – pyta Simeon. Hashbelu wydaje polecenie w języku jaszczuroludzi i jego strażnik rusza z wysiłkiem do przodu, tylko po to aby na granicy pierwszych runów odbić się od niewidzialnej ściany. Zaciekawiony Simeon podchodzi jak gdyby nigdy nic… i przekracza barierę. Stając w centrum kręgu Simeon widzi zdziwione wyrazy twarzy pozostałych i radość na pysku kobolda! “_Tak tak! Iść do mistrza i z nim porozmawiać!” Simeon nie zamierza jednak pakować się w nieznane w pojedynkę. Po krótkiej inspekcji zauważa, że runy są w rzeczywistości wytrawione w kamieniu, po czym ktoś wsypał do nich jakiś złotawy proszek. Zza pazuchy wyciąga mały pędzelek, służący do alchemicznych czynności i zaczyna wymiatać magiczny pył z kolejnych runów… pięć, cztery, trzy, dwa… gdy wymiata ostatnią z run następuje potężna eksplozja kinetycznej siły, która wyrzuca alchemika w kierunku drzwi, a stojącego zbyt blisko Festego prosto w objęcia zaskoczonej Mabon. Simeon stękając wstaje, widząc jak pozostali już przechodzą przez niedawny glif strażniczy, a Mabon szybko i skutecznie zrzuca Festego, prychając, sprzedaje mu jeszcze mocnego kuksańca łokciem w żebra. W zamieszaniu Hashbelu próbuje się ulotnić, ale zostaje zatrzymany przez Keffara. Drużyna domyśla się, że stosunki panujące między mistrzem a jego sługami są oparte na klasycznym zastraszeniu, co nie świadczy dobrze o nadchodzącym spotkaniu.

Keffar stawia kobolda przy drzwiach i kiwa głową w ich kierunku. Przyjmując służalczą postawę i składając ręce w proszącym geście Hashbelu uchyla drzwi. “_O najwspanialszy mistrzu Ramna Arieluuuu… to ja… twój ulubiony sługa… Hashbeeelu…” – uniżenie nawołuje. Nikt jednak nie odpowiada. Drużyna otwiera drzwi do pomieszczenia, po to aby przekonać się że nikogo nie ma. Na środku pomieszczenia znajduje się oczko wodne otoczone piedestałami. Troje innych drzwi prowadzi w każdym z pozostałych kierunków. Gdy bohaterowie wchodzą do pomieszczenia, słychać przerażający odgłos dziwnego ni to ryku, ni zionięcia – coś jakby wycie wichru w wysokich turniach, czy ryk nadciągającego sztormu. Wszyscy patrzą na Hashbela, a Simeon zadaje pytanie: “_Kim do diaska jest ten twój pan?”. Hashbel wzrusza ramionami i stwierdza, że jest kuzynem innych jaszczuroludzi. Drużyna podejrzewa po tym opisie, że będzie miała do czynienia co najmniej ze smokiem.

Uchyliwszy drzwi do gabinetu mistrza szybko jednak konfrontują swoje wyobrażenia z rzeczywistością – gdy tylko drzwi się otwarły w ich stronę polecała ogromna bryła ziemi, a nieziemski ryk powtarza się. Ostrożnie zaglądając do pomieszczenia bohaterowie przekonują się, że pokój jest normalnych rozmiarów, zawalony różnego rodzaju magicznymi utensyliami, stołami i sprzętem jak z sali tortur. Pod jedną ze ścian – która okazuje się kamiennym zawałem – znajduje się strzaskany w części pentagram. W nim uwięziona jest istota wyglądająca jak kawał ziemi wydarty siłą z gruntu – mający jednak coś na kształt masywnych nóg i ramion, którymi w złości wymachuje, czepiając się wszelkich elementów jaskini, które mógłby wyrwać z ziemi. Wkurzony żywiołak ziemi. Nieopodal, w kupce gruzu i sporych kamieni leży zmiażdżone ciało jaszczuroczłeka w ozdobnej szacie. W tej chwili cała historia ostatnich kilku dni, trzęsienia ziemi i innych wydarzeń zaczyna układać się w całość.

Siemon – wymyśliłem dowcip:
“- Hasbelu, czy to wasz mistrz?
– Nie, mistrz nie był taki płaski. “

W tym momencie sesja się kończy, a gracze mają okazję zastanowić się cały tydzień, co dalej począć…

View
Skrzydła Rocranon cz. 79 - List z nieodległej przeszłości

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Keffar powoli dochodzi do siebie pod czujnym okiem Simeona i stałą opieką Mabon. Biedak jeszcze nie wie, że jego ryś, Lynx, zginął po swojej panicznej ucieczce – drużyna nie zdążyła przybyć na czas. Choć Simeon i tak za cud uważał uratowanie Keffara.

Podczas długich wieczorów, przy czuwaniu, Simeon głęboko przemyśla plan dotyczący dalszej penetracji lochu – bardzo boi się o swoich pozostałych towarzyszy i chce zaradzić zarówno na problem żółtej pleśni jak i nieznanej istoty z klatki, która mogłaby się okazać śmiertelnie niebezpieczna. Plan ten przedstawia, gdy tylko Keffar dochodzi do siebie, na tyle, że może rozumieć co się do niego mówi. Niestety mówienie sprawia mu duże problemy i może mówić jedynie szeptem.

Keffar, gdy tylko dowiedział się o losie rysia, zaczyna rozpytywać tubylców o możliwość zakupu łodzi. Początkowo drużyna jest zdezorientowana, ale po chwili wpadają na pomysł – Keffar, ostrojskim zwyczajem, będzie chciał oddać ciało swojego towarzysza morzu. Po krótkich poszukiwaniach, jeden z mieszkańców zgadza się odsprzedać starą łódź, po dość zawyżonej cenie. O dziwo Keffar nie skąpi – towarzysze chyba jeszcze nie znali go z tej strony. Ten akt lojalności zjednuje mu resztę drużyny i wszyscy, z wyjątkiem Simeona, który mruczy coś pod nosem o konieczności zajęcia się problemami ludzi, zjawiają się o zmierzchu u boku Keffara, który przygotowuje ciało swojego zwierzęcego towarzysza do ostatniej podróży. Gdy łódź oddala się w stronę pełnego morza, Keffar ze smutkiem w oczach kiwa głową w stronę Montcorta, który oddaje strzał i podpala łódź. Przepełnieni smutkiem towarzysze patrzą na płonący punkt na horyzoncie, rozmyślając o tym, jak sami blisko śmierci się znaleźli.

O Montcorcie podczas ceremonii:
Simeon – a on trafi do tej łodzi?
MG – Montcort jest przecież świetnym strzelcem…
Keffar – Powiedziałbym coś, gdybym był złośliwy
Montcort – Nie możesz nic mówić! Bo się nałykałeś grzybów! hehehe…

Gdzieś w międzyczasie drużyna jest świadkiem jak jakiś nieznany okręt cumuje nieopodal Kalmara. Niedługo potem zjawia się posłaniec, który na ręce Montcorta składa zalakowany list. Mimo wzbudzenia ogólnej ciekawości, Montcort postanawia początkowo zachować treść listu dla siebie. Dopiero gdy drużyna zostaje sama, bez dodatkowych par uszu w postaci Geltha i jego ziomków, Montcort ujawnia treść wiadomości, która okazuje się pochodzić od Eamwunda Condy i zawiera informacje o aktualnych intrygach przewalających się według niego przez Sotham. Ponoć sir Guiosa zebrał sporą część z załogi Sotham, ludzi kŧórych drużyna szkoliła, i pociągnął na nową krucjatę. Osłabione Sothem jest areną starć polityczynych pomiędzy stronnictwami wspierającymi z jednej strony Argady a z drugiej Paezurię, w szczególności rosnący w siłę Kościół Ostatecznego Porządku mocno naciska na przyjęcie pomocy ze strony króla Paezurii. Eamwund nalega, aby Montcort zebrał przyjaciół i jak najszybciej wracał do Sotham, gdyż kazda pomoc ze strony ludzi wspierających niezależność Rocranon jest teraz wskazana.

Montcort kwituje treść listu stwierdzeniem, że według niego powinniśmy wracać, jeśli chcemy jeszcze kiedykolwiek mieć gdzie wracać. Mabon i Feste okazują niechęć co do tego pomysłu, naciskani, wyjawiają swoje motywy. Mabon szuka brata, który zaginął na morzu, ale nie widzi możliwości uzyskania tych informacji w Sotham (straciła nadzieję po wielu nieudanych próbach). Feste najwyraźniej nie chce mieszać się w politykę, co związane jest z jego paezurskim pochodzeniem. Montcort i Keffar jednak szybko obiecują pomoc dla Mabon – mimo, że deklaruje ona, że nie ma jak za to zapłacić – towarzysze zgadzają się, że przyjaciołom trzeba pomagać. Mabon jest wyraźnie podbudowana tym, że wreszcie znalazła ludzi, którym może zaufać. Feste natomiast stwierdza, że przecież ciągle może wykorzystać swoje wcielenie w rolę błazna – nie wyjaśnia jednak dlaczego tak bardzo boi sie wykrycia przez paezurczyków.

Drużyna odczekuje kilka dni, do 5 dnia Starości, w tym czasie Keffar dochodzi do siebie, a Simeon zajmuje się uzupełnieniem zapasów drużyny (mikstury leczące i zioła).

5 dzień Starości

Ponownie drużyna wraca do lochu. W znanych już sobie korytarzach bohaterowie spotykają żuki olejowe. Nauczeni ostrożnością, próbują je najpierw zwabić w pułapkę. Feste rzuca granatem zapalającym Simeona, ale straszliwie nie trafia. Mimo to jeden z żuków staje na chwilę w ogniu. Żuki rzucają się w pościg. Gdy tylko jeden z nich przekracza próg komnaty, Keffar zwinnym ruchem zamyka drzwi, izolując pojedyncze stworzenie. Drużyna natychmiast atakuje i zabija je. Mimo tak przemyślanego planu i tak żukowi udaje się plunąć żrącą wydzieliną w Montcorta, który natychmiast zostaje poparzony. Skacząc z bólu w koło pomieszczenia zrywa z siebie zbroję, aby unikając dalszych poparzeń. W tym czasie pozostali członkowie drużyny dobijają drugiego żuka, który został za drzwiami.

Teraz czas na test odwagi. Drużyna wraca do korytarzy zainfekowanych żółta pleśnią. Wykorzystując metodę Keffara rzucają fragmentami ławek w kierunku gdzie znajduje się pleśń, po to aby wywołać reakcję wyrzucenia zarodników, co też się dzieje. Simeon odbezpiecza jeden granat zapalający i rzuca w chmurę śmiercionośnych zarodników, podpalając je, a także pleśń na ścianach. Ostatnie pozostałości wypalone zostają przez Montcorta dzięki zmyślnie umieszczonej pochodni na kiju.

Przed ruszeniem w dalszą drogę Mabon postanawia wykorzystać swoje zdolności i rzuca czar spojrzenia w świat duchów. Rozgląda sie wokoło i zauważa, że kryształ lewitujący na środku komnaty wydaje się mieć dobrą, pozytywną aurę. Tego samego nie da się powiedzieć o sąsiednim pokoju, w którym znajduje się zawał i rozbita klatka. Makabryczny obraz demonicznych istot przedzierających się przez ranę w osnowie rzeczywistości odrzuca Mabon i wywołuje w niej strach. Zapytana, opowiada co widziała. Simeon próbuje wykryć magie w tym pomieszczeniu, ale nić tam nie ma – być może Mabon widzi jakiś relikt przeszłości – co jeszcze bardziej utwierdza Simeona w przekonaniu, że trzeba bardzo uważać na te istotę uwolnioną z klatki.

Z jakiegoś powodu Keffar wydaje się być onieśmielony manifestacją mocy Mabon. Wydaje się, że zyskała u niego wielki szacunek. W czasie gdy Mabon i Keffar rozmawiają Simeon i jego uczeń Artin ustawiają pułapkę, która ma ostrzec druzyne przed kimkolwiek, kto wdarłby się do pomieszczenia z kryształem.

Drużyna rusza dalej, tunelami uprzednio zajętymi przez pleśń. Tutaj Mabon znów ma wizję – widzi omen czarnego kruka wylatującego z zakrętu tunelu, co bardzo ją przeraża. Za najbliższymi drzwiami drużyna znajduje dziwne pomieszczenie – całkowicie puste, ale wypełnione zapachem ozonu. Podejrzliwy Simeon wrzuca tam różne przedmioty – aby sprawdzić, czy nie wywoła jakiejś magicznej pułapki – np. gromów, które mogą tego typu substancje katalizować. Gdy do pomieszczenia zagląda Mabon, poprzez swoje wejrzenie w świat duchów widzi bezkresna przestrzeń – jakby znajdowała się wiele kilometrów nad ziemią – po horyzont widać błękitne niebo.

Warto nadmienić, że otwierając drzwi do tego pomieszczenia, drużyna usłyszała trzaśnięcie drzwi w innej części korytarza – co omal nie przyprawiło część drużyny o zawał.

Drużyna postanawia zostawić dziwne pomieszczenie w spokoju. Za kolejnym zakrętem wzmocnione duchowe spojrzenie Mabon przyprawia ją o atak paniki. Radzi, aby za nic nie otwierać następnych drzwi. Festego pożera jednak ciekawość i po uprzednim sprawdzeniu drzwi na obecność pułapek zagląda do środka. A tam… na środku komnaty dostrzega ludzką sylwetkę, lewitującą w powietrzu i makabrycznie rozpiętą, jakby na kole do tortur. Wykrzywiona twarz wydaje się przeraźliwie krzyczeć, mimo, że nie dobiegają z krtani żadne dzwięki. Postać lewituje nad dziwnym pentagramem wytrawionym w posadzce pomieszczenia. Oprócz niego, nie ma w pomieszczeniu chyba nic. Przerażony Feste szybko zamyka drzwi i nie chce pokazać ani powiedzieć co jest za nimi. Zmuszony naciskianiem Simeona opowiada ze szczegółami co widział.

Drużyna obchodzi pomieszczenie i udaje się do innej części korytarza. Tutaj znów Feste zagląda pierwszy. Na szczęście nie ma nic makabrycznego. Pomieszczenie wypełniaja dzbany z popiołem, którego pełno jest także na podłodze.

O Festem:
Keffar – Ja tam patrze mu za ramieniem, bo ten bydlak jak widzi coś fajnego to od razu zamyka

Za załomem korytarza znajdują się kolejne drzwi – prowadzące jak się okazuje znów do pomieszczenia z uwięzioną istotą w pentagramie. O dziwo, zaglądając do pomieszczenia Simeon i Feste z przerażeniem stwierdzają, że istota jest do nich znów odwrócona przodem – wpatrując się w nich jakby świadomymi oczyma. Simeon rozpoznaje w istocie mieszkańca innych wymiarów – tak jak opisali to w księdze “O znaczeniu żywiołów”. Szczegółów jednak nie jest w stanie sobie przypomnieć.

Drużyna opuszcza przeklęte korytarze, po drodze zahaczając o pomieszczenie, które wygląda jak amfiteatr. Pod sceną Feste znajduje skrzynię na rekwizyty, ale nie ma w niej skarbów, tylko jakieś stare szaty, wyglądające na ceremonialne lub należące do jakiegoś kultu.

Drużyna przechodzi znów przez salę z wielkim kryształem i udaje się krwawym śladem do nowego pomieszczenia. Tutaj znajdują dwie ogromne rzeźby, stojak na świece i oddzielone od reszty pomieszczenia solidną kratą trzy katafalki. Bohaterowie spędzają sporo czasu próbując odkryć o co chodzi z tym pomieszczeniem, jednak bez efektów. Zostają dwa mozliwe wyjscia – jedno w dół a drugie na wschód. Podążając na wschód drużyna znajduje pokój mieszkalny i zaklinowane we framudze drzwi, z zerwanym jednym z zawiasów – to rozwiązuje zagadkę nieotwieralnych drzwi, z którymi spotkali się wcześniej. Wykorzystując odrobinę sprytu i małą dźwignię, towarzysze otwierają drzwi, aby skrócić sobie ewentualna drogę powrotu na powierzchnię. W tym czasie Feste przeszukuje pomieszczenie i znajduje sporej wielkości skrzynkę, ukrytą we wnęce podłogi – pod deskami. Po tym sukcesie drużyna gromadzi się wokół ostatnich (?) nieotwartych drzwi na tym poziomie – ale co za nimi znajdą – tego dowiemy się następnym razem.

View
Skrzydła Rocranon cz. 78 - Za ostatni oddech

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Po odpoczynku przychodzi czas na konfrontację z rzeczywistością – loch z każdym zbadanym pomieszczeniem wydaje się jeszcze większy. To co miało być prostym zadaniem ubicia trolla, stało się sporych rozmiarów wyzwaniem, którego rozwiązanie może pokrzyżować inne plany bohaterów. Co zrobić? Zapał Keffara i Montcorta studzą utyskiwania Mabon i Festego, którzy nie nawykli do tak dramatycznych wyzwań. Simeon siedzi dziwnie osowiały i tylko zdawkowo odpowiada na pytania. Latarnik Geltho zwraca uwagę, że bohaterowie już chyba zbyt mocno nadepnęli na piętę mieszkańcom lochu i miejscowi ludzie boją się o swoje życie, jeśli drużyna zostawiłaby ich teraz samych – to i zdawkowa zgoda Simeona przesądza o dalszym losie przygody. Geltho zaniepokojony stanem psychicznym alchemika postanawia sprezentować mu lokalny napój energetyczny – specjalnie przygotowywaną nalewkę na miodzie i ziołach. Nie tylko Simeon wykorzystuje okazję i już niedługo cała grupa jest w nieco weselszym nastroju za sprawą “magicznego” napoju.

Mały chłopak z wioski przybiega do Montcorta i zaczepia go, wykrzykując, że coś się na dole zmieniło – ktoś chyba zawalił drzwi. Przepytany przez Montcorta szybko przyznaje się, że zszedł na dół po linie w odpowiedzi na wyzwanie rzucone przez inne dzieciaki z wioski. Montcort ruga młodego na czym świat stoi, mając nadzieję, że uchroni urwisa przed pakowaniem się w kolejne, śmiertelne niebezpieczeństwo.

Drużyna schodzi po linach do pieczary, aby odkryć, że rzeczywiście ktoś zaczopował i zatarasował wejście. Dwa kopniaki Keffara jednak szybko dają sobie radę z prowizorycznym zabezpieczeniem. Kiedy Mabon krzesa pochodnię a Feste po raz wtóry wyraża swoje obiekcje co do penetrowania tego lochu, Keffar już zagląda do jamy. A tam oczywiście komitet powitalny złożony z kilku goblinów. Nie czekając na nic, Keffar śmiało szarżuje, za nim wpada Montcort i reszta drużyny. Gobliny nie stanowią wielkiego wyzwania, jednak udaje im się nieco poharatać Keffara z dystansu, zanim zdążył on dobiec do walki.

Do Keffara, tłumacząc nowe mechanizmy
MG – Keffar, zobacz na kartę postaci, tam masz taki przycisk PECH. Nie wszyscy go jeszcze mają, ale Ty masz (szyderczy uśmiech)

Drużyna zajmuje pozycje taktyczne, Montcort zagląda do korytarza, ale nic nie zauważa. Niestety, okazuje się, że jego zmysły zostały oszukane. Nagle, zarówno on, jak i Feste i ryś Keffara, którzy stali najbliżej wyjścia z tunelu, padają jak dłudzy na podłogę! Simeon szybko odciąga Montcorta daleko od wejścia i rozkazuje Artinowi zrobić to samo z Festem. Chwilę potem z korytarza wypadają kolejne gobliny – szaman w asyście czempiona i kilku pomagierów. Drużyna musi szybko się przegrupować, szczególnie, że teraz na wysuniętej pozycji jest Simeon, który zostaje ranny po ataku dystansowym goblinów. Z jakiegos powodu wywołuje to nadzwyczajną zaciekłość uczonego, który zręcznym ruchem rzuca w kierunku nadciągających wrogów granat wybuchający. Dobrze wymierzony strzał powoduje, że gobliny stają w płomieniach, jeden z nich ginie, a spanikowana reszta tratuje szamana! Kiedy Montcort i Feste odzyskują przytomność drużyna podąża dalej korytarzem, gdzie odkrywa kolejne trupy goblinów – wszystkie mocno poparzone, prawie że spalone.

Nie napotykając dalszych przeszkód drużyna schodzi aż do kuchni trolla, gdzie przystaje na chwilę, aby odpocząć. następnie rusza zbadać zamknięte drzwi nieopodal. Mimo wielu wysiłków, drzwi ani drgną. Keffar próbuje na nich użyc swojej nadzwyczajnej siły, ale bez powodzenia. W tym czasie Montcort i Winder oraz Simeon i Artin obchodzą pozycje drużyny, aby dokonać zwiadu. Z korytarza przed nimi dochodzą odgłosy kroków i jakieś pochrząkiwania. Montcort domyśla się, że są to neandertalczycy i szybko zastawia na nich pułapkę. Kiedy troglodyci wychodzą jednak z korytarza, okazuje się, że nie będą takim łatwym orzechem do zgryzienia – potężnie zbudowani i wyposażeni w prymitywne, ale przerażające pałki nabijany krzemiennymi zadziorami. Montcort i Feste kładą trupem pierwszego, ale musieli w tym celu zużyć wszystkie swoje strzały w tej rundzie. Drugiego unieszkodliwia Mabon, celnym rzutem oszczepem zanurzonym wcześniej w truciźnie zwiotczającej mięśnie, otrzymanej od Festego. Niestety z korytarza wypada jeszcze pół tuzina przeciwników! Simeon jeszcze zdąża rzucić granatem zapalającym, zadając znaczne obrażenia, ale po tym zaczyna się ostra kotłowanina – Keffar i Winder przyjmują sporo ciosów, sami również nie pozostają dłużni. Po kilku minutach zażartej walki przewaga taktyczna i przygotowanie po stronie drużyny przeważają szalę zwycięstwa. Ostatni z troglodytów pada. Drużyna ma chwilę na krótki odpoczynek, podczas którego Simeon jak może opatruje rany. Zużyte zostają również niektóre mikstury leczenia – troglodyci mocno dale się we znaki.

Drużyna rusza dalej, i zaraz na rozwidleniu znajduje ślady zakrzepłej krwi – coś lub ktoś ciągnął trupa z północy na południe. Druzyna postanawia sprawdzić najpierw skąd przyciągnięto ofiarę. Na północy, za solidnymi drzwiami znajdują dziwną komnatę z ogromnym kryształem na środku, lewitującym pół metra nad ziemią. Montcortowi oczy zaświeciły się na ten widok – wizją możliwych zysków, jednak Simeon szybko uspokaja – to coś jest magiczne i nie należy tego dotykać.

Kiedy drużyna oderwała wzrok od monumentalnego kryształu, zauwazyła, że pomieszczenie to jest swego rodzaju świątynią – kryształ otoczony jest szeregiem ławek, a nieopodal stoi coś w rodzaju mównicy – ambony. Wśród ławek bohaterowie dostrzegają trupy jaszczuroludzi. Krwawy ślad prowadzi za wschód, gdzie drużyna znajduje zawalisko – które zniszczyło sufit i podzieliło pomieszczenie na dwie części – drugą część pomieszczenia drużyna już widziała. Ta część jest ciekawsza – znajduje się tu dziwna, bardzo mocna klatka z metalowymi prętami, niestety uszkodzona przez zawał, oraz sporo ciał – część, jak można było się spodziewać, z ranami miażdżonymi, ale część, tu niespodzianka, z ranami szarpanymi i ciętymi – jak od kłów i pazurów. Ten widok zapala lampkę alarmową w umyśle Simeona. Gdy tylko drużyna wraca do poprzedniego pomieszczenia, wraz ze swoimi uczniami, Simeon zaczyna przygotowywać pułapkę przy wejściu – tak aby ostrzegła towarzyszy, gdyby uwolniona istota postanowiła wrócić.

Pozostali w tym czasie przygotowują się do wejścia w północne tunele. Niepokój Montcorta wywołuje dziwny, stęchły zapach w jednym z korytarzy, nakazuje więc odwrót. Niestety, nie miał pojęcia w co drużyna się pakowała, więc nie ostrzegł dostatecznie wyraźnie Keffara, aby ten uważał. Gdy tylko Keffar wszedł do drugiego korytarza, na suficie nastąpił cichy wybuch: “puff” i cały korytarz wypełnił się unoszącymi się w powietrzu zarodnikami żółtej pleśni.

Keffar próbował wstrzymać oddech, ale zrobił to zdecydowanie za późno. Pozostali w panice, porzucając swoją broń, szybko wybiegli z korytarza, dławiąc się i kaszląc. Najpoważniej oberwał Keffar i jego ryś, który w panice przebiegł obok Simeona i zniknął w korytarzu. Na ten widok zdziwiony SImeon odwrócił się i zamarł z przerażeniem na twarzy, gdy zobaczył siniejącego i nie mogącego złapać oddechu Keffara – którego od śmierci przez uduszenie dzieliły teraz sekundy. W umyśle Simeona jak na rozkaz pojawił się obraz z dawnych czasów – zajęcia z anatomii pod czujnym okiem mentora – i operacja tracheotomii, ratująca życie ludziom, których gardło uległo poważnym uszkodzeniom. Bez chwili zawachania wyjął skalpel i nakazał swoim uczniom złapać i przytrzymać szamoczącego się Keffara – co samo w sobie stanowiło wielki wyczyn. Simeon w drżących dłoniach uniósł skalpel nad unieruchomionym Keffarem i szybkim ruchem wykonał głębokie nacięcie powyżej mostka łowcy, przebijając się przez skórę i ścięgna aż do gardła. Otwór wypełniła krew i bąbelki powietrza. Ułamana na jednym końcu cienka fiolka posłużyła za rurkę. Po chwili Keffar wykonał pierwszy spokojny wdech, pomimo gardła ściśniętego przez jad zawarty w zarodnikach pleśni.

Kolejny raz bohaterowie musieli zawrócić do obozu. Tym razem powrót do zdrowia zajmie im dużo więcej czasu…

Gadu gadu po sesji
MG – Za pleśń nie dostaniecie PDków, nie pokonaliście jej…
Keffar – Jak to, wciągnąłem ją do płuc i tam pokonałem!
Mabon – PDki możesz dać pleśni, bo nas pokonała…
Keffar – Ej, bo się jeszcze rozrośnie!
Mabon – Jakbyś się mył to by się nie rozrastała…

View
Skrzydła Rocranon cz. 77 - W Prawo się odmienię

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Za dużo tych niespodzianek spada na drużynę. Keffar wyznacza opierającego się Festego na szpicę drużyny i awanturnicy przystępują do drugiej próby penetrowania odkrytych podziemi. Cóż z tego, skoro na drugim poziomie, niemal natychmiast Feste pakuje się na sześć goblinów. Kompletnie zaskoczony patrzy niemal w pyski karykaturalnym istotom, które prychają, szczerzą się, syczą, niemal szczekają i zawodzą starając się przestraszyć kuglarza. Spanikowany próbuje zaatakować i odskoczyć, niestety sam nie trafia, za to pierwszy z goblinów poważnie godzi go w brzuch swoją bronią.

Keffar postanawia przydzielić zadania drużynie, aby zwiększyć jej skuteczność. Feste ma został przepatrywaczem w podziemach.
Feste protestuje – Ale jestem błaznem! Ja się nie znam na szukaniu pułapek!
Montcort – To przynajmniej nas czasem rozśmieszaj!

Feste nadal zafrasowany nowym zadaniem, przegląda ekwipunek, czy ma coś przydatnego pod ręką.
Feste – Nie wiem, czy mi Keffar tyczki pożyczy…
Montcort – Jak użyjesz kurrary to Ci wszystko pożyczy!

W tej chwili niczym burza dopadają Keffar i Simeon, odciągając w tył towarzysza ratują mu życie, za to sami zajmują miejsce w pierwszym szeregu, choć nie do końca wiadomo czy jest taka potrzeba, bo goblin strzelający w łuku, zamiast łowcę, trafia swojego towarzysza. Ten wściekły rzuca się na niego i już wkrótce zdziwieni bohaterowie patrzą na kotłujące się na podłodze stworzenia. Bohaterowie postanawiają wykorzystać zaskoczenie. Keffar sztychem zabija jednego z potworów, Nuadu z łuky kładzie drugiego, a Simeon ciskając fiolką z trującym gazem kładzie trzeciego i rani dwóch kolejnych.

Feste wpadł wprost na drużynę goblinów, rannego ratuje Keffar wpadając na wrogów jak burza. Cios! Zadaje ogromne obrażenia!
Montcort – Po takim jebnięciu, to umieraja dwa pokolenia goblinów wstecz.

W szeregach wroga panika. Keffar i Nuadu korzystając z zamieszania masakrują przeciwników, a za ostatnim żywym, który rzucił się do ucieczki pognał Lynx, żbik Keffara dopadając go gdzieś w dali o czym świadczą dzikie ryki stworzenia. Kiedy drużyna dociera na miejsce gdzie padł, żbik już przestaje się interesować nieruchomym truchłem.

Jeden z goblinów próbuje strzelić z łuku zza pleców towarzyszy w awanturników. Trafia swojego i natychmiast oba gobliny rzucają się na siebie z pięściami wyjąc i szczekając na siebie.
Montcort – Czy nie masz wrażenia, że MG goblinami parodiuje w krzywym zwierciadle nasze poczyniania?
Keffar – Dlaczego w ‘krzywym’?

Drużyna ogląda komnaty, niegdyś mieszkalne, przez które przebiegła drużyna. W resztkach czegoś co niegdyś musiało być łóżkiem Nuadu znajduje niewielkiego idola z solidnym wzwodem i daje go Simeonowi do zbadania, ten jednak nie potrafi opowiedzieć o nim nic szczególnego. Awanturnicy postanawiają się cofnąć nieco i przeszukać komnatę trolla, którą minęli biegnąc za goblinem.

Troll nie zdążył zdjąć z rusztu owieczki i a ta przypiekła się nieco bardziej niż powinna, ale nadal, część mięsa nadaje się do spożycia, czym zajmuje się drużyna, nie zważając na nieprzyjemne zapachy jakimi przesiąknięta jest komnata. Oczywiste wydaje się, że troll powinien mieć jakiś skarb, więc drużyna przystępuje do jego poszukiwania i po przewrócenia do góry nogami całego legowiska rzeczywiście udaje się znaleźć dużą ilość brązowych i srebrnych moment, z których większości nie udaje się zidentyfikować jako używanych obecnie przez któreś z wielkich królestw.

Drużyna wraca do penetrowania lochów i trafia na salę, którą przedzielił, tak jak poziom wyżej, zawał kamieni i gruzu. kolejne pomieszczenie wygląda na salę tronową, z poważnie wyglądającym stolcem i krzesełkami dla petentów, ze ścian wystają haki, na których niegdyś musiało coś wisieć. Może banery, a może gobeliny? Za tronem kolejne drzwi prowadzą do sali z dwoma dużymi, marmurowymi stołami i drewnianą zabudową ścienną, z której wyprowadzone są wygodne krzesła. Cała zabudowa jest bogato zdobiona rzeźbieniami z motywami kwietnymi i związanymi z morzem: ryby, kalmary, fale, itp.

Sala tronowa posiada solidne krzesło na postumencie.
MG – Krzesło jest solidne i wygląda na wygodne, masz nawet ochotę aby na nim usiąść.
Nuadu – NIE! Nie mam!

Simeon badający dokładnie drewniane płaskorzeźby zastanawia się nad jednym z elementów ściany i po chwili przy pomocy dwóch bełtów do kuszy uruchamia mechanizm otwierający część ściany. Tajemne przejście! To prowadzi do kolejnej sali, pośrodku której w środku wyrysowanego magicznego znaku stoi ogromna bryła szarej soli. Poza tym w sali są jeszcze tylko ogromne kałuże zaschniętego wosku, z których sterczą mniejsze i większe kawałki świec. Simeon zbiera co mniej zużyte świece i znajduje zatopioną w wosku kartę pergaminu. Ją również zabiera ze sobą, odłupując cały, duży kawałek wosku.

Drużyna wraca do głównego korytarza i natrafia na galeryjkę ze schodami wiodącymi w dół. Na razie jednak pozostawiają schody i kierują się w kierunku kolumnady, docierając nią do dużej sali, przypominającej nieco katedrę. Prócz kolumn, ogromnego marmurowego ołtarza i wnęk w których leżą zawinięte w płótna kości, szczególną uwagę przyciągają ogromne, przytłaczające rozmachem przedstawionych scen, ścienne malunki. Karawany jaszczuroludzi, tuż obok stojącego na skale jegomościa z głową ośmiornicy, wokół którego kłębią się tłumy neandertalczyków. Jadący na ogromnym żuku człowiek o łbie niedźwiedzia, morskie diabły wychodzące z morza, przeciw którym staje na brzegu mąż w błękitnej zbroi a za nim armia ludzi. Cień wyłaniający się z lawy, a nad nią niebieski smok zataczający kręgi i kolejni jaszczuroludzie wznoszący w niebo ręce w geście zwycięstwa. Wiele innych scen można znaleźć jeszcze na tych malunkach, ale drużyna już rozgląda się za czymś jeszcze bardziej niezwykłym.

Feste ciągle się opiera przed byciem awangardą drużyny, albo nawet sprawdzaniem co to za niepokojące dźwięki usłyszała drużyna. Keffar się złości się.
Keffar – A ty masz tam jakieś ukrywanie się w cieniu, czy głupka udajesz?
Feste – No coś tam mam, ale odgrywanie głupka to jest moja praca…

Feste ostrożnie ogląda ołtarz, przed którym ostrzegł go Simeon. Rzucając zaklęcie wykrycia magii alchemik stwierdza, że stół opalizuje wyjątkowo mocną magią. Na blacie leżą dwie czarki z pyłem i kilka kartek zapisanych niezrozumiałymi runami. Simeon przy pomocy zaklęcia czytania języków odcyfrowuje jedną z nich. To hymn dziękczynny składany istocie o imieniu Thileopessia, dziękujący za ochronę, możliwość wzrastania, opiekę przed wrogami. Simeon próbując podnieść kolejną z kart, niechcący, delikatnie dotyka stołu. Nagle wszyscy widzą jak ich towarzysz zatacza się i o mało nie upada.

Tymczasem w umyśle maga jakby wybuchła raca, wszystko staje się zbyt głośne, zbyt jasne, jakby prąd przeszedł przez jego członki. Przy pomocy towarzyszy dociera do kolumny, o którą oparty może dojść do siebie. Nie wie jeszcze, że dotknięcie ołtarza zmieniło jego charakter na praworządny, ale powoli docierać zacznie do niego natura zmiany jaką magicznie przeszedł. Drużyna postanawia wyjść na powierzchnię, dać odetchnąć towarzyszowi i dopiero wrócić do dalszego penetrowania lochów. Za zdziwieniem jednak dostrzegają, że ktoś pozbierał truchła zabitych goblinów i ułożył je w jeden stos. Nagle do awanturników wracają wspomnienia dziwnego zachowywania się Lynxa, zwierzę musiało słyszeć dziwnych ktosiów. Ale kim są i gdzie się podziali?

Drużyna ostrożnie wspina się schodami na wyższy poziom lochów i rzeczywiście wkrótce słyszy jakieś stworzenia rozrabiające w pomieszczeniu z piecem do wypalania gliny. Awanturnicy postanawiają założyć pułapkę i zwabiają w nią goblina! Zaskoczone stworzenie wciągnięte z całą siłę zderza się ze stołem i ginie, a Nuadu i Keffar zauważywszy, że nie mają do czynienia z nikim groźnym, rezygnują z utrzymywania przygotowanych pozycji i niczym barbarzyńcy wpadają do sąsiedniej komnaty lejąc zaskoczone gobliny prawem i lewem. Nawet Simeon rusza do walki zaskoczony zapałem z jakim atakuje potwory. Nagle jakby szczególnie obrzydliwa stała mu się ich egzystencja.

Już na powierzchni drużyna rozbija obóz i mimo mrzawki postanawia spędzić noc w pobliżu rozpadliny. Simeona w nocy męczą jakieś koszmary, zrywa się ze snu, w którym jakiś cień w głębinach morza wyciągał po niego swoją pazurzastą dłoń.

View
Skrzydła Rocranon cz. 76 - Głowa trolla

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Drużyna wycofuje się szybko na wyższe piętro i zajmuje strategiczne pozycje, w cieniu pomieszczeń po obu stronach korytarza. W ostatniej chwili Feste orientuje się, że w przejściu leżą truchła dwóch żuków i odciąga je do jadalni, chowając się pod stołem. Mabon pośpiesznie gasi pochodnię. W głębi korytarza widać łunę, a na jej tle zarysowaną humanoidalną sylwetkę. Istota zbliża się, a po chwili widać, że za nią podążają następne. W gadzich łuskach lśnią odbite płomienie lampy. Istoty mają potężne chitynowe zbroje i ciężkie, nabijane zadziorami pałki. Montcort i Nuadu po cichu naciągają cięciwy łuków, a Feste w ukryciu przygotowuje śmiertelną niespodziankę zanurzając pociski do procy w dziwnej substancji. Gdy tylko jaszczuroludzie mijają ukrytą drużynę, Montcort i Nuadu wypuszczają strzały. Feste pudłuje strzelając z procy, jednak zaraz z cienia wypadają Winder i Keffar zajmując wrogów. Jednak jaszczury nie poddają się łatwo. Szybko przyjmują pozycje obronną pozwalając wycofać się najbardziej rannemu. W tym czasie Simeonowi udaje się załadować świeżo zakupioną kuszę, jednak ze strzałem wstrzymuje się, zastanawiając się – jak się właściwie z tego strzela? Kiedy w kolejna salwa łuczników trafia jaszczury a Feste nokautuje jednego celnym uderzeniem zatrutym kamieniem, jeden z reptilonów (najbardziej ranny) postanawia się wycofać i zapewne wezwać pomoc. Keffar rzuca tarczą, ale nie trafia, natomiast Simeon, który odkrył właśnie mechanizm spustowy, wychyla się zza węgła i strzela do uciekiniera. Bełt trafia w sam środek potylicy i martwy gad spada z głuchym łoskotem po schodach na dół. Keffar z niedowierzaniem patrzy na uczonego, który tylko wzrusza rękami z wyrazem na twarzy mówiącym: “No co, szczęście nowicjusza”. Z drugiej strony Feste dobija sparaliżowanego jaszczura i rusza do kolejnej szarży, na ostatniego wroga, z którym w śmiertelnym tańcu zwarł się Nuadu z precyzją chirurga operujący swoimi dwoma toporami. Co i nuż zadaje drobne, ale bolesne rany, sam będąc nieuchwytny. Ośmielona Mabon dokłada swoje trzy grosze, przypalając jaszczuroczłeka pochodnią. Po kilku chwilach przeciwnik zostaje dosłownie rozniesiony na szablach przez wojowników drużyny.

Dwugłos o pechu w kościach:
MG – Montcort, nie wiem czy dobrze to o tobie świadczy, ale po twoim strzale Keffar się zesrał… ze strachu o własne życie
Nuadu – Wydało się! Mam toporki z sera… Musze pilnować, żeby Mabon nie zeżarła…

Po walce Keffar szybko wydobywa lampę, która razem z jaszczurem spadła na dno schodów, gdzie wznieciła mały pożar. Bez źródła paliwa pożar szybko wygasa. W tym czasie drużyna przetrząsa zwłoki pozostałych jaszczurów, w czym, o dziwo, przoduje Mabon. Ze znalezionego ekwipunku najbardziej godne uwagi są specyficzne zbroje i tarcze, zrobione z jakiegoś rodzaju naturalnych skorup. Okazuje się też, jak paskudne były maczugi użyte przez jaszczuroludzi – pełne metalowych, piekielnie ostrych kawałków metalu.

MG – Tą maczugą robisz na polu walki spustoszenie jak Mabon w spiżarni!

Po chwili drużyna słyszy dochodzące z dołu głośnie tupanie. Ktoś jednak usłyszał hałas na schodach i teraz nadchodzi, do tego, sądząc po głośnym zachowaniu, dość pewny siebie. Drużyna szybko powtarza manewr z ukryciem się w cieniu i już po chwili widzi przed sobą na schodach sylwetkę trolla. Nuadu i Montcort chcą znienacka strzelić do trolla, ten jednak jest świadomy ich obecności. Ku przerażeniu Nuadu w jego stronę leci kociołek pełen czegoś, co najprawdopodobniej jest wrzącym gulaszem. Szybko rezygnuje ze strzału i zwinnie odskakuje do tyłu. Troll przechodzi do szarży trzymając w reku paskudnie wielką, choć pozbawiona zadziorów maczugę. Wystrzelony z kuszy Simeona pocisk nie ma szans zatrzymać potwora – wywołuje jedynie draśnięcie. Troll wpada na wycofującego się Nuadu, ale w tym momencie do walki dołącza Keffar, zapamiętale tnąc potwora. Kolejne strzały Montcorta, Feste i Simeona okazują się także celniejsze. Rozochocony Simeon kolejny raz ładuje swoja kuszę i oddaje strzał i tym razem – o zgrozo! – trafia w nogę Windera. W tym momencie postanawia odłożyć kusze na bok, a wyciągnąć dobrze mu znane mikstury podpalające – w walce z regenerującym się trollem na pewno się przydadzą. Po kilku chwilach troll zostaje zmasakrowany, udaje mu się jednak dość mocno poszarpać wojowników. Nieprzytomnego trolla podpala Simeon, kończąc w ten sposób jego żywot raz na zawsze. Drużyna postanawia wycofać się z lochów, zabierając ze sobą głowę trolla jako trofeum dla wieśniaków.

Gdy drużyna dochodzi do zapadliska i spogląda w górę widzi rząd głów wystających znad krawędzi urwiska – wszyscy mieszkańcy wyspy z niecierpliwością czekają na wynik wyprawy. Nie tracąc czasu bohaterowie łapią za liny i wspinają się na górę. Droga ta okazuje się szczególnie uciążliwa dla Keffara, który z bólu aż zgrzyta zębami, gdy raz po raz musi oprzeć ciężar ciała na poparzonej ręce. Na szczęście Simeon obiecał, że szybko przygotuje specjalną maść, uśmierzającą ból i przyspieszającą gojenie – i do jej przygotowania zabiera się od razu.

W tym czasie reszta drużyny wdaje się w ożywiona dyskusję z mieszkańcami. Głowa trolla wywołuje nieskrywaną trwogę u starszych i wielkie zaciekawienie wśród dzieci. Gelto, dowiedziawszy się co znajduje się w dole, łapie się za głowę i nalega aby jak najszybciej dziurę zasypać. Drużyna jednak powstrzymuje wieśniaków – co jeśli gdzieś na wyspie jest inne wyjście? Co jeśli loch otworzy się znów za jakiś czas, gdy nikogo na ratunek nie będzie? Simeon natomiast bardzo zainteresowany jest historią wyspy i ewentualnym pochodzeniem lochu, jednak nikt z obecnych nie jest w stanie powiedzieć mu nic więcej – w związku z tym popiera wniosek drużyny o niezasypywanie rozpadliny. Po naradzie wieśniacy zgadzają się i postanawiają wystawić straże nad rozpadliną, gdy bohaterowie będą ja badać. Drużyna zakłada obóz i sprowadza dodatkowy prowiant ze statku, gdy tymczasem mieszkańcy wyspy udają się do swoich domów po ekwipunek.

Gdy wraca Gelto jest ubrany w dobrze dopasowaną, choć nieco zaniedbaną ciężką kolczugę a przy pasie ma miecz (?). Reszta wieśniaków jest znacznie słabiej wyposażona – w proste narzędzia rolnicze. Gdy przygotowują się do zejścia, bohaterowie stają się świadkami dziwnego wydarzenia – oto w dole przed nimi pojawiają się jakieś istoty. Po dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się, że są to ludzie, choć zachowują się raczej dość prymitywnie. Z jakiegoś powodu zaczynają przekopywać stertę kamieni po przeciwnej do wejścia do loszku stronie wąwozu. Simeon postanawia nawiązać z nimi dialog: “Haj wy tam na dole!”. Odpowiada seria basowych dźwięków z grubsza przypominających coś w rodzaju mowy, po czym istoty znikają w loszku. Pojawiają się chwilę później w asyście dwóch jaszczuroludzi. Montcort oddaje strzał, trafiając jednego z jaszczurów. Cała grupa ucieka.

Po odczekaniu paru minut drużyna ostrożnie schodzi na dół rozpadliny. Keffar pierwszy wchodzi do pomieszczenia kuchennego / pracowni, tylko po to aby stanąć oko w oko z człowiekiem – troglodytą. Za Keffarem stoją jednak Montcort i Nuadu i szybko posyłają strzały w dzikiego. Ten jednak jest twardszy niż wygląda! Dopada Keffara i zadaje mu nieznaczne rany, jednak Keffar nie pozostaje dłużny i szybko kilkoma celnymi ciosami rozprawia się z dzikim.

O Montcorcie zadowolonym ze swojego strzelania:
Simeon – Montcort, w końcu przeciwnicy dla Ciebie!
Montcort – Z.A.M.K.N.I.J. S.I.Ę.!

Drzwi do jadalni zostały zamknięte. Keffar nasłuchuje i słyszy przyciszone, ale podekscytowane rozmowy w dziwnym dialekcie. W tym czasie Nuadu z Simeonem badają drugie drzwi – do tej pory nie otwierane przez drużynę. W środku znajduje się lodownia – pomieszczenie do przechowywania mięsa i innej łatwo psującej się żywności. Gdzieniegdzie widać jeszcze kawałki lodu, który szybko topnieje. Na czymś co wygląda jak katafalki leżą resztki jakiś istot, kawałki mięsa. W niektórych z nich Simeon rozpoznaje ludzkie wnętrzności.

Nic nie wskazuje na to, aby do pomieszczenia miała prowadzić jakaś tajna droga, tak więc z niesmakiem Nuadu i Simeon wycofują się z tego przerażającego miejsca. W tym czasie Keffar postanawia otworzyć drzwi do jadalni. Seria urwanych chrząknięć, szczeknięć i innych odgłosów, przypuszczalnie przekleństw w prymitywnym języku, oraz mocny opór świadczą, że bohaterowie nie są tu mile widziani. Keffar jednak się nie poddaje i z pomocą Windera i Montcorta wyważają drzwi. Za nimi napotykają trzech troglodytów gotowych do walki. Keffar osłaniany strzałami Montcorta, Festego i Nuadu wycofuje się, wciągając dzikich do kuchni. Tutaj już czeka Simeon z przygotowanymi miksturami. Jedna z nich trafia bezbłędnie i rozbijając się u stóp przeciwników pogrąża atakujących w trujących oparach. Jeden z nich natychmiast pada, dwóch innych dobijają Keffar i Nuadu. Ciąg powietrza w jaskini unosi trującą chmurę do jadalni, gdzie słychać po chwili krzyki bólu i odgłosy kaszlu.

O wędrującej w korytarzach trującej chmurze:
Nuadu – Wachlujemy, Wachlujemy! Dmuchajcie!

Keffar postanawia wykorzystać przewagę zaskoczenia, wielkości, siły i terenu – wbiegając do pomieszczenia i wskakując na ławę i próbując atakować z góry. Niestety, podczas ataku ślizga się na pozostałościach kolacji i ląduje praktycznie bezbronny u stóp przeciwników. Z pomocą przychodzi mu Nuadu wpadając do pomieszczenia jak burza i w rozsiekując w locie jednego z jaszczuroludzi. Pozostali wrogowie zwracają się przeciwko niemu, dając cenny czas Keffarowi, który gramoli się ogłuszony z podłogi. Niestety Nuadu obrywa od nich dość paskudnie, tak iż musi się wycofać. W tym czasie jednak do jadalni zdążyli już wpakować się pozostali członkowie drużyny i celnymi strzałami osłaniają odwrót. Gdy zostaje tylko jeden reptilion Keffar i Nuadu nie mają problemów, aby się z nim rozprawić.

O jaszczuroludziach go atakujących:
Keffar – A oni nie są zdziwieni (zaskoczeni – MG), że tak się wyjebałem?

Drużyna staje w zadumie nad rzezią, której dokonali, zastanawiając się jakie podjąć dalsze kroki. Nie zauważają Mabon, która cichaczem zagląda do jedynego niezbadanego pomieszczenia. Na szczęście jest to tylko swego rodzaju schowek czy spiżarnia i nie kryją się tam żadni nowi wrogowie.

View
Skrzydła Rocranon cz. 75 - Owieczka na ruszcie

Feste
kuglarz
2 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl

Szeroka na 7 i głęboka na 12 metrów rozpadlina powstała nagle w niejasnych okolicznościach. Na jej dnie widać tunel, z którego wedle słów synów latarnika wychynąć miał troll i porwać owcę, która spadła na dno parowu. Bohaterowie mocują liny i na oczach ciekawskiej gawiedzi (do latarnika i jego rodziny, dołączyły dzieciaki z sąsiedzkich farm) opuszczają się w dół.

Rozpadlina powstała w miejscu jakiegoś podziemnego pomieszczenia. Pod zwałami kamieni i ziemi widać fragmenty zdruzgotanej posadzki. W tymczasowej ścianie, przysypane kamieniami tkwią drzwi z szarego, kamiennego z wyglądu drzewa. Te nie dają się otworzyć, przynajmniej nie bez ogromu włożonej pracy, za to po drugiej stronie rozpadliny zieje wilgocią mroczny otwór korytarza.

Zdziwienie bohaterów jest ogromne, kiedy zdają sobie sprawę, że korytarz jest wynikiem pracy wcale zdolnego architekta. Ciosany kamień ścian, wysoki sufit, kamienne płyty posadzki. Krótki korytarzyk prowadzi do sali z piecem do wypalania naczyń i dużą ilością, przeróżnej wielkości garnków, stągwi, miseczek i flasz wypełnionych dziwnymi substancjami. Kolejne drzwi i drużyna staje w jadalni z długim drewnianym stołem i ławami, na których walają się sztućce i miski po jakby dopiero co skończonym posiłku. Słowo dane Geltemu zaczyna ważyć więcej niż się początkowo wydawało.

Za kolejnymi drzwiami Keffar zatrzymuje drużynę. Na samym środku skrzyżowania korytarzy stoi metrowej długości żuk, o świecącej oleiście skorupie i groźnie zadartymi w górę rogami, zaraz za nim drugi jego pobratymiec. Drużyna mierzy się z niepewnymi stworzeniami wzrokiem przez dłuższą chwilę, a Keffar powolutku wycofuje wszystkich do jadalni. Stworzenia również oddały pola, wycofując się gdzieś w głąb kompleksu. Niestety okazało się, że te dwa to tylko połowa z żerujących w spiżarni gigantów, reszta przypadkowo odcięta od wyjścia rzuca się wściekle na drużynę.

Jak to już jest w zwyczaju, pierwszy impet przyjmuje na siebie Keffar. Pierwszy z żuków pluje na niego oleistą substancją parząc boleśnie odsłonięte fragmenty ciała łowcy, po czym szarżuje z nisko pochylonym łbem paskudnie rogami raniąc słabiej opancerzone nogi. Drużyna rzuca się do walki. Nuadu stara się zasłonić mniej odpornych na ciosy towarzyszy i sam zostaje lekko ranny, ale poza tym już nikt nie zostaje poszkodowany. Kilka minut później wszyscy ze współczuciem patrzą na opatrywanego Keffara, którego skóra pokryła się czerwienią oparzeliny i bąblami. Feste proponuje jakiś specyfik, który jednak prócz tego że pomaga, również straszliwie piecze, zamieniając marudzącego Keffara we wściekłego marudzącego Keffara. Obywa się jednak bez ofiar.

Okazuje się, że żuki przyszły krętymi schodami ze znajdującego się około 8 metrów niżej poziomu. Z małej komnaty, na którą wychodzą schody, awanturnicy przenoszą się do korytarza, w którym wyraźnie pachnie pieczystym. Skradając się bohaterowie docierają do otwartych drzwi dużej komnaty na środku której, nad ogniem opieka się nabita na ruszt owieczka. Na wielkim stosie skór i śmieci służącym za barłóg leży natomiast śmierdzący troll, podśpiewując pod nosem jakąś nieznaną piosenkę.

Jeszcze ciszej niż poprzednio, awanturnicy wycofują się do pomieszczenia ze schodami i postanawiają przemyśleć dalsze posunięcia. Dość żywiołową rozmowę przerywają jednak zbliżające się dźwięki ciężkich kroków i pobrzękiwania metalu. Drużyna cichcem wbiega po schodach na wyższy poziom.

View
Skrzydła Rocranon cz. 74 - Koniec rocranońskiego lata

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Od oblężenia Sotham przez morskie diabły mija tydzień. Ten czas drużyna wykorzystuje na złapanie oddechu i pomoc w przeorganizowaniu się i dostosowaniu mieszkańców Sotham do nowych warunków. Okryci chwałą i sławą obrońców portu, która przyćmiła nawet sławę rycerstwa broniącego zamku i murów stają się autorytetami dla rozmaitych grup. Keffar i Montcort bierą udział w naradach w zamku i długoterminowym planowaniu strategii, Nuadu pomaga byłym niewolnikom ze statku Trozzego w asymilacji i stworzeniu nowej społeczności, Simeon pomaga Oethedowi w przetrząsaniu biblioteki w poszukiwaniu odpowiedzi, Mabon i Feste pomagają w organizowaniu prowizorycznych siedzib dla napływających do miasta ludzi z okolicznych wiosek.

Samo miasto zaroiło się ofiarami wojny i uchodźcami. Wiele osób poniosło poważne rany i wielu kalekich ludzi widać na ulicach.Folke Artin i jego straż miejska ma sporo problemów z utrzymaniem porządku – w mieście pojawiło się zbyt wielu nędzarzy, żebraków i ludzi szukających kąta – a pomiędzy nimi drobnych złodziejaszków, paserów i podobnego sortu spod ciemnej gwiazdy próbujących zarobić na ludzkim nieszczęściu, braku żywności i zawierusze wojennej.

75 dzień wzrastania

Mabon budzi się rano słysząc nieprzyjemny odgłos tarcia. Odwraca się i widzi Keffara stojącego do niej tyłem, pracującego zawzięcie nad czymś co leży na dużym dębowym stole. Ze stołu na podłogę kapie krew i zbiera się w sporej kałuży. Kap, kap, kap. Przerażona i zahipnotyzowana Mabon widzi jak Keffar odwraca się ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. W ręce trzyma małego trolla, którego trze na miazgę na tarce do prania…

Zlana potem Mabon budzi się – to był tylko sen. Czy aby na pewno? Gdzieś z oddali dochodzi taki sam odgłos tarcia. Wyglądając przez okno Mabon orientuje się jednak z ulgą, że to tylko uczniowie Simeona pracują nad jakimś roślinnym przecierem potrzebnym do alchemicznych eksperymentów.

Tymczasem na zamku już od wczesnego rana trwają ożywione dyskusje i narady. W zamku zjawił się Artis – dyplomata z Haegavo, proponujący pomoc w rozwiązaniu problemu ryboludzi. Szlachta wydaje sie popierać ten pomysł, jednak sam Wanryk Śmiały szybko ucina ich ekscytację – nie ma zamiaru sprzymierzać się z ludźmi do których najwyraźniej żywi jakąś osobista urazę. W szorstkich słowach odprawia posła, ku niezadowoleniu szlachty. Jedynym skutkiem wizyty posła są wiadomości o tym, że ataki ryboludzi dotknęły tylko osady leżące wzdłuż wybrzeża Zatoki Kła. Warto wspomnieć, że Zatoka Kła jest obecnie strategicznym akwenem Rocranon: zapewnia bezpieczny port oraz, co ważniejsze, dostarcza Ostrzyc – ogromnych i smacznych ryb, które są najważniejszym surowcem eksportowym Rocranon i na nich opiera się obecne bogactwo wyspy. Jednym z kluczowych miejsc w zatoce jest latarnia na małej wyspie “czopującej” wejście do zatoki. Problem jej bezpieczeństwa zostaje podniesiony przez Simeona, co spotyka się z aprobatą starszego nad monetą Gilliama, który obiecuje zorganizować wsparcie dla wyspy. Drużyna proponuje też zaplanowanie komunikacji z latarnia, na wypadek ataku ryboludzi. Korzystająz z chwili uwagi Simeon i Oethed przedstawiają wyniki swoich badań nad zapisami o ryboludziach – okazuje się, że ataki tego typu zdarzały się już, średnio co kilkadziesiąt lat. W księga znajdują się dokładne zapiski o co najmniej trzech takich atakach, a więcej można znaleźć w zapisach legend i baśń z odleglejszych w czasie lat. Niepokojące wydaje się fakt, że ataki częstokroć trwały nawet i cały sezon, a ryboludzie potrafili wedrzeć się daleko w głąb lądu. Kroniki mówią jednak, że na suchym lądzie tracą oni nieco ze swoich zdolności bojowych i są zgodne, że to w głębi lądu dokonywano ostatecznego starcia i zniszczenia nacierających sił. Oczywiście dowódca obrony zostawał potem władcą wyspy. Jedna z relacji wspomina jednak o nieznanym artefakcie, który rzekomo miał wspierać obrońców, a który pojawiał się w posiadaniu bohatera dowodzącego siłami Rocranon. Rzeczony artefakt był według podania przechowywany przez elfy zamieszkujące puszczę Quonit na północ od miejsca, gdzie obecnie znajduje się Sotham. W samej relacji pojawia się wiele odniesień gnostycznych do magii krwi a sam tekst jest bardzo surowy, w przeciwieństwie do bogatych w erystyczne konstrukcje pozostałych bohaterskich eposów. W tym jednak momencie, kiedy Oethed chciałby zwrócić na te interesujące fakty uwagę, do sali wchodzi Jacques Gujoza, demonstracyjnie padając na jedno kolano przed Wanrykiem i wygłaszając kwiecista mowę o tym jak to ze swymi ludźmi wyjechał na krucjatę przeciwko elfom, w czasie, gdy Sotham zagroziło tak wielkie niebezpieczeństwo. Zapewnia, że wrócił, gdy tylko dowiedział się o problemach i przyprowadził ze sobą trzydziestu rycerzy i drugie tyle lekkozbrojnych, aby wesprzeć siły Sotham w walce z diabłami morskimi, a siebie oddaje pod bezpośrednia komendę Wanryka. Ta manifestacja wywołuje podziw wśród zebranych, który postanawiają wykorzystać przedstawiciele Kościoła Ostatecznego Porządku. Wraca temat pozyskania sojuszników w postaci paezurczyków, co jednak nie podoba się szlachcie. Keffar wtrąca swoje trzy grosze proponując wynajęcie ostrojczyków za godną cenę, co jednak natychmiast zostaje skontrowane faktem, że ostrojczycy w ostatnim czasie pracują głównie dla argadyjczyków, z którymi Wanryk nie chce mieć do czynienia. Jeden z przedstawicieli rady kupców (?) niejaki Wellson, nalega, aby walczyć własnymi siłami i stworzyć federacje opartą na osadnikach mieszkających na Rocranon. Pomysł Keffara, aby w poczet osadników zaliczyć także dzikich – oraz elfy i innych rdzennych, nieludzkich mieszkańców wyspy wywołuje osłupienie a niedługo potem ożywiona dyskusję, krzyki i kłótnię. Głosy aprobaty szybko zostają jednak zagłuszone przez szlachtę i zwolenników Kościoła.

Montcort przedstawia teorie spiskowe na radzie.
Simeon – Montcort Max Kolanko!
Montcort – Mówię jak jest!

Po obradach drużyna wreszcie ma trochę czasu aby dokonać dokładniejszej inspekcji statku, który został wyremontowany. Keffar rozglądając się w porcie za kandydatami do załogi, obserwuje jak rozładowywany jest statek z pomocą z wioski Trzewia. W pewnej chwili widzi jak po podeście schodzi na ląd barczysty wielkolud z ogromną maczetą niedbale przerzuconą przez ramię, bystrymi oczami taksujący okolicę. Za nim pojawia się dwóch ludzi w tunikach z symbolami Kościoła Ostatecznego Porządku. Keffara uderza uczucie – ja już tego gościa gdzies widziałem… I tak, chwila namysłu i Keffar postanawia, że lepiej dla wszystkich będzie się nie witać i rozejść w dwie przeciwne strony. Rzeczeni ludzie to ekipa, która swego czasu polowała na centaury i zabiła w bestialski sposób jednego z nich nieopodal Trzewi.

MG opisuje bardzo dokładnie i w kwiecistych słowach wyremontowany statek drużyny
Keffar – A grzane zydle ma?

Druzyna stwierdza, że w Sotham zaczyna się robić tłoczno, szczególnie zagęszczenie osób wspierających prawo i porządek przekracza tolerowane przez większość osób w drużynie normy, tak więc zapada decyzja o zostawieniu wielkomiejskiej polityki innym i o udaniu się z wizytą w dzikie ostępy. Pada pomysł o odwiedzeniu starych znajomych w Talzanii. Na popołudnie zaplanowano kolejna naradę, otwartą dla wszystkich obywateli Sotham i na niej drużyna postanawia zakomunikować władzom miasta, że poszukają rozwiązania problemu ryboludzi na własną rękę.

Mabon – ale jak to idziemy do Wanryka na kolację? Nie mam się w co ubrać!
Keffar – pomalujmy ją farbkami Festego!
Montcort – Ale farbki Festego są do białego mężczyzny a nie negroidalnej kobiety!
Mabon – Ja nie jestem negroidalna! Tylko dawno się nie myłam…

Na naradzie Arles Wellson ogłasza wszem i wobec decyzje Wanryka Smiałego. Otóż armia Sotham ma wyjść ryboludziom na spotkanie w otwartym polu, że nowym bohaterem i przyszłym królem całego Sotham jest zwycięski Wanryk Śmiały, a każdego kto zaciągnie się pod jego sztandar opromieni wieczna chwała. Wiwatom w tłumie nie ma końca.

Po części oficjalnej, Simeon próbuje przekonać Wellsona, aby zorganizował osobiste spotkanie z Wanrykiem, na którym chciałby przedstawić plan drużyny. Słowa jednak odbijają się od Wellsona, którego umysł zaprzątnięty jest już organizacją wielkiej kampanii. Półgębkiem obiecuje, że porozmawia z Wanrykiem i przyśle w razie czego umyślnego. Drużyna postanawia poczekać do dnia po święcie ostatniego dnia lata.

Noc – 76 dzień wzrastania / 1 dzień starości – święto

Równonoc jesienną drużyna postanawia spędzić tak jak inni ludzie – świętując. Zgodnie z tradycją w tę ostatnią noc lata odbywają się pielgrzymi z pochodniami na okoliczne wzgórza, a ludzie biesiadują przy ogniskach, zażywają symbolicznego odpoczynku od trudów letnich prac a także dają upust radości i innym żądzom, świętując koniec urodzajnego okresu zbiorów. Noc kończy się za szybko i rankiem pierwsze zimne podmuchy wiatru witają pierwszy dzień jesieni.

1 dzień starości

Po dwóch dniach, nie doczekawszy się wizyty posłańca od Wanryka, drużyna uzupełnia zapasy na podróż i okrętuje się na swój statek. Kierunek: Trzewia. Ciągle czujni, pamiętając o niebezpieczeństwie ze strony ryboludzi, bohaterowie żeglują wzdłuż południowego wybrzeża Zatoki Kła, ciągle mając w zasięgu wzroku ląd. Po kilku godzinach, ze sprzyjającym wiatrem na horyzoncie dostrzegają zarys wysokiej budowli – latarni. Pamiętając o szczególnym znaczeniu tego miejsca, drużyna postanawia sprawdzić, czy załoga latarni nie ucierpiała w jakimś ataku ryboludzi. Przybiwszy do brzegu szybko orientują się, że dzieje się coś niedobrego – w ich kierunku z krzykiem biegnie dwóch wieśniaków. Dziękując niebiosom za ratunek dopadają do naszych bohaterów przekrzykując się tłumaczą co się stało – gdzieś na wyspie otwarły się “piekielne czeluście”, a z nich wychodzą potwory i kradną “łowiecki”.

O powitaniu lokalnych farmerów:
Montcort – jaka odmiana, zawsze do nas kamieniami rzucali…

O dziurze z potworami
Montcort – ale tylko zajrzymy do środka, mam rację, nie?…

Drużyna obiecuje zająć się potworami, jednocześnie dopytuje o ewentualny problem z ryboludźmi. Na szczęście młodzi farmerzy, bliźniacy o wdzięcznych imionach Hrido i Wido i posługujący się równie wdzięczną gwarą, nic nie słyszeli o diabłach morskich. Bracia prowadzą druzyną do wieży – jak się okazuje prostego stosu kamieni układanego bez zaprawy – gdzie rezyduje latarnik, Gelto, ojciec bliźniaków. Gelto zapytany przez Keffara opowiada swą historię posługując się całkiem przyzwoitym językiem argadyjskim – był kiedyś oficjelem na dworze, ale w wyniku jakichś machinacji politycznych został zesłany za karę na tę wyspę. na pocieszenie dostał do towarzystwa niejaką Radissę, która została jego żoną. Wprawdzie niezbyt obyta i rozgarnięta, dobrze zajmuje się domem a i innych “talentów” jej nie brak. Kiedy drużyna zajęta jest słuchaniem opowieści i pałaszowaniem kolacji, wieśniacy organizują line i pochodnie niezbędne do badania lochów. Po posiłku bliźniacy prowadzą drużynę do piekielnej czeluści…

View
Skrzydła Rocranon cz. 73 - Noc w której ożyło morze

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 65 wzrastania

Cały dzień minął na szkoleniu rekrutów i przygotowaniu barykad w porcie, w mieście pojawiają się patrole złożone z rekrutów. Nastroje w mieście stają się coraz bardziej napięte. Kulminacją jest nocny atak nieznanego osobnika. Zdarzenie rozpoczęło się od Nuadu, który zauważył dziwna postać przeskakującą przez mur i przemykającą w porcie pod osłoną nocy. Nuadu podążą za osobnikiem, który znienacka atakuje jednego ze strażników pełniących wartę w porcie. Strażnik ginie, ale Nuadu podnosi alarm, przeciwnik zmuszony jest do ucieczki. Napastnik okazuje się jednak bardzo zwinny i kilkoma susami udaje mu się uciec wykorzystując dachy budynków portowych. W dokach patrol Nuadu znajduje porzuconą łódź rybacką.

Dzień 66 wzrastania

Przyspieszona naprawa statku Simeona zostaje ukończona, zostaje on zabezpieczony w dokach na czas potencjalnego oblężenia. W międzyczasie na zamku odbywa się publiczna debata nad losami wyspy. Okazuje się, że jeździec konny, który w galopie minął pewnego dnia drużynę wiózł ze sobą makabryczne trofeum – głowę istoty z głębin – ryboczłeka. Istoty te, przez gmin zwane Diabłami Morskimi, były przyczyna upadku Przystani Pawolda. Groźba ataku z morza staje się naprawdę realna. Szacowny Oethed z Berne, uczony, wygłasza długie oratorium na temat istot i aktualnego stanu wiedzy na temat ryboludzi i przeszłych z nimi kontaktów – wygląda na to, że to nie pierwszy raz, kiedy to zagrożenie pojawia się w historii wyspy. Techniczny monolog uczonego przerywaj Keffar z Montcortem, którzy raportują spotkanie druzyny z diabłami morskimi podczas powrotu na Rocranon z Haegawo, kiedy to dzielnie dali opór istotom atakującym inny napotkany statek. Oczywiście słowem nie wspominają o taktycznym odwrocie. Swoja znajomością tematu zjednują sobie znów władców miasta, co pieczętuje ich pozycję jako dowódców obrony miasta. Po naradzie Simeon nawiązuje kurtuazyjna rozmowę z Oethedem i poleca swoją pomoc w przeszukiwaniu księgozbioru zgromadzonego w Sothamskim zamku i Świątyni, mając nadzieję, ze dodatkowa wiedza może w przyszłości okazać się kluczem do rozwiązania problemu. Gdy Simeon przekopuje kolejne sterty książek oraz pomaga swoim uczniom przygotowywać mikstury leczące, pozostali członkowie drużyny wracają do swoich zadań. Niestety nadchodząca noc nie będzie okazją do odpoczęcia po trudach dnia.

Noc z 66 na 67 dzień wzrastania

Podczas wart Nuadu w obozie obrońców na wybrzeżu podnosi się alarm. Niskie wyszkolenie i morale przygodnych żołnierzy rekrutowanych z gminu wywołują początkowo zamęt i panikę, którą Nuadu szybko ucina w krótkich, żołnierskich słowach przywołując dowódców pododdziałów do porządku i dobiera ich raport. Rozpoczął się atak ryboludzi na port!

Mabon i Festwe wysyłaja uliczników na zwiady po dachach domów. Od strony portu natomiast słychać dziwne skrzeczenie, przechodzące w wycie, które mrozi obrońcom szpik w kościach. Już po chwili z wież zamku widać pierwsze lecące pociski wystrzelone z trebuszy. Płonące kule wkrótce oświetlają port i ukazują przerażające sylwetki ryboludzi wychodzące na brzeg, uzbrojone po zęby w długie włócznie, dziwne prymitywne miecze i lekkie kusze dziwnej konstrukcji. Wśród nich wyróżniają się szczególnie duże osobniki, wyższe od przeciętnego człowieka, muskularnie zbudowane. Także jedna z postaci przykuwa wzrok – obwieszona dziwnymi totemami i fetyszami – wygląda jakby skupiała wokół siebie szczególna uwagę pozostałych istot. Pod jej rozkazami ponad setka istot karnie ustawia się do szyku bojowego i rusza z impetem na umocnienia. Ryboludzie wyglądają na prawdziwych, szkolonych wojowników.

Przeciwko nim na barykadach zgodnie z rozkazami Keffara ustawiają się obrońcy. Przewagę w wyszkoleniu ryboludzi mają nadzieję zrównoważyć ilością i elementem zaskoczenia. Czekają w pełnym napięcia milczeniu licząc kolejne uderzenia serca i obserwując zbliżających się przeciwników. Jeden, dwa, trzy… Teraz! Krzycza jednoczesnie Montcort i Nuadu na dwóch przeciwległych flankach, oddając pierwsze strzały wskazując cel swoim łucznikom. Śmiercionośna salwa opada na niczego niespodziewających się ryboludzi.

Po udanym, aczkolwiek niezbyt śmiercionośnym strzale:
Nuadu do Montcorta: podrzuciłeś mi serowe strzały jak spałem!

Strzały jednak nie powstrzymują natarcia. Na całej długości frontu ryboludzie dopadają do barykady i zaczyna się okrutna walka w zwarciu. Na flankach udaje się obrońcom odeprzeć atak, zabijając wielu ryboludzi przy minimalnych stratach własnych, jednak centrum nie wytrzymuje zmasowanego ataku i musi się wycofać. Jednocześnie morale obrońców zostaje wystawione na próbę, gdy w porcie pojawia się kolejny oddział ryboludzi. Wraz ze swoimi łucznikami Nuadu próbuje wygrać bitwę przelewając krew dowódcy. Mimo słabego światła celuje i trafia w szamana! Ten z rykiem odwraca się, ale tylko po to aby zobaczyć złowrogi cień opadający z nieba. Łapiąc się za przeoraną pazurami twarz, kapłan ryboludzi wycofuje się w głąb swoich oddziałów. Ani Feste ani Nuadu nie mają już szansy go zaatakować, pozostaje jednak nieuchwytny cień z niebios – jeden z bojowych orłów Montcorta. Ptak ponawia atak, jednak zostaje przepłoszony gradem strzał ochroniarzy kapłana. Jedna z takich strzał trafia także nieszczęśliwie w Festego, który bez ducha zostaje odciągnięty z barykady. W ostatnim zrywie udaje się utrzymać go przy życiu dzięki jednej z mikstur leczniczych od Simeona.

O nieprzytomnym Feste:
Keffar: Lewatywę mu zrób z flaszki leczniczej!
Montcort: od razu, kroplówkę mu daj, dziurę już ma do wenflona…

W tym czasie obrońcom w odważnym zrywie udaje się odzyskać barykady w centrum, a natarcie ryboludzi na flankach załamuje się. Podbudowani i rozochoceni widmem zwycięstwa ludzie opuszczają swoje barykady i nacierają na wycofujących się wrogów spychając ich do morza. W centrum ryboludzie walczą zaciekle, powalając wielu obrońców, ci jednak nie dają za wygraną i ostatecznie dziesiątkują napastników, biorąc pozostałych przy życiu ryboludzi w niewolę.

Jeszcze zanim zaświtały pierwsze promienie słońca bitwa była wygrana a miasto obronione. Spośród przeszło dziesięciu tuzinów atakujących ryboludzi śmierć poniosła prawie setka a ośmiu zostało wziętych do niewoli.

W czasie bitwy Simeon wraz ze swoimi uczniami prowadził nieopodal barykad prowizoryczny lazaret. Dopiero rankiem okaże się, jak dobry był to pomysł. Wykorzystując całą swą wiedzę Simeonowi udało się uratować cztery tuziny spośród obrońców, którzy doznali ran podczas szturmu ryboludzi. Kolejnego dnia jednak nie ujrzało szesnastu mieszkańców miasta. Tylko, a może aż? Pierwsze promienie słońca ujawniły też rozmiar strat jakich doznały budynki poza murami miasta, a żyw nie uszedł nikt z tej garstki nieszczęśników, którzy uparcie zostali bronić swoich domów.

Ryboludzie zostali odparci, ale groźba z ich strony nie została zażegnana definitywnie. Co zrobią bohaterowie teraz? Będą nadal wspomagać ludzi w obronie miasta, czy poszukają jakiegoś heroicznego sposobu na zażegnanie problemu raz na zawsze? Otwiera się wiele dróg…

Podliczanie XPków, a Mabon ciągle na 1 poziomie:
MG – Mabon ma 720 xpeków…
Mabon (bez entuzjazmu) – Jeeej… tłumy szaleją…

Podliczanie XPków cd., MG tłumaczy jak liczy XP za walne bitwy:
Keffar – a ile jest za jednego ryboludzia luzem?
MG – jakieś 120…
Keffar – ILE? O_O
Montcort – Keffar! DAWAJ TYCH WZIĘTYCH ŻYWCEM!

Podliczając straty po stronie ryboludzi:
MG – zabiliście jednego porucznika!
Keffar do Montcorta – mielibyśmy generała, gdyby ta Twoja kura trafiła!

View
Skrzydła Rocranon cz. 72 - Zaciąg

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dzień 64 wzrastania

Rankiem 64 dnia wzrastania bohaterowie stają przed jedną z bram Sotham – prowadzącą do biedniejszej części miasta. Dziwnie duże zbiegowisko ludzi i długa kolejka do wejście (chyba straż prowadzi akcję typu “znicz” i trzepie wchodzących do miasta ludzi pod kątem dziwnego zachowania).

O mapie pokazanej przez MG:
MG – Nuadu pierwszy pochwalił, to dostanie 5 xpeków.
Montcort – A można przebijać? (do żony) ASIAAA! CHOĆ ZOBACZ JAKĄ FAJNĄ MAPĘ SŁAWEK ZROBIŁ!
Mabon – No nie. Muszę sobie jakąś żonę sprawić…
MG – No to Montcort przebił…
Nuadu – Ej… Kto daje i odbiera…

Długie oczekiwanie może być przyczyną znudzenia bohaterów, a to zwiększa szanse na ni szanse na ciekawe wydarzenia. Kręcący się niespokojnie Feste wpada na 140 KG żywej masy ciała – potężnie zbudowanego Ostrojczyka, który okazuje się dość nieufny w stosunku do ludzi, szczególności takich wyglądających na rzezimieszków. natychmiast oskarża Festego o kradzież sakiewki, łapie biednego chłopaka za nogę i do góry nogami unosi w powietrze. Sprytny Feste niewiele się zastanawiając wymierza precyzyjny cios w najbardziej czułe miejsce każdego mężczyzny. Okazuje się, że Ostrojczycy niczym nie różnią się pod tym względem od innych ludzi i oto wolny Feste szybko umyka za plecy pozostałych członków druzyny.

Feste: to ja z całej siły ściskam jego “klejnoty”
MG: Feste, “Z całej siły”? Masz 9 siły… w Twoim przypadku tak się nie mówi…

Dwóch Ostrojczyków zawsze sie potrafi dogadać i juz po krótkiej chwili Keffar zdobywa zaufanie nieznajomego, który przedstawia się jako Sokni Dwie Córy. Sokni zostaje zaproszony na kolejkę do Gildii Alchemików. Podczas wędrówki ulicami miasta Montcort próbuje dociec o co chodzi z przezwiskiem Sokniego. Niewybredne komentarze pod adresem córek Ostrojczyka sprawiają, że atmosfera staje się napięta. Na szczęście dobry trunek potrafi złagodzić największy gniew. Keffar próbuje zwerbować Sokniego do pomocy w obronie miasta, ten jednak nie zamierza pracować dla “władzy”. Ostatecznie obiecuje, że na wiosnę, gdyby drużyna potrzebowała załogi okrętu – będzie można znaleźć go w Sotham lub okolicach. Ostrojczyk zostawia prezent w postaci srebrnej, rzeźbionej w dwa splecione węże spinki do płaszcza. Warto wspomnieć, że w międzyczasie pojawia się także rudy Gauwis ze straży przynosząc zapłatę za obywatelski patrol dnia wczorajszego – całe 30 kłów.

Drużyna wyrusza z wizytą do kapitana straży, Folkego. W Gildii pozostaje Simeon i jego uczniowie, aby zająć się bardziej przyziemnymi sprawami (“najpierw crafting”). Folke przedstawia zakres obowiązków drużyny – organizacja rekrutacji, szkolenie rekrutów oraz nieco papierkowej roboty. Cała drużyna ma otrzymywać 63 kły żołdu tygodniowo. Po umówieniu szczegółów drużyna rusza do Gildii Dokerów ustalić szczegóły budowy barykad w porcie, po drodze stając się świadkami nagłego zdarzenia – oto głównym traktem miasta w kierunku zamku pędzi na znakomitym rumaku posłaniec, roztrącając w pośpiechu ludzi. Do łęku siodła przytroczony ma pokaźny worek z którego kapie świeża krew. Bohaterowie postanawiają na tę chwilę pominąć to wydarzenie i zabierają się za organizację barykad i werbunek rekrutów.

Trzeba przyznać, że Keffar i Montcort nawykli są do wydawania rozkazów i organizacji tego typu przedsięwzięć wojskowych. Nieco zagubieni czują się Mabon i Feste. Swoim zwyczajem pakują się w tarapaty. Podczas wędrówki w dokach Mabon zostaje zaczepiona przez dwóch podpitych weteranów siedzących na ławce przed jednym z szynków. “Hej panienko, chodź do nas!”, “Trzeba nam towarzystwa!”, “takim bohatyrom jak my dwaj się nie odmawia!”, “Daj-że pyska” – słychać standardowe zaczepki. Jeden z żołnierzy wstaje i zataczając się podchodzi. Mabon sparaliżowana sytuacją zamiast zwiewać stoi w miejscu. Żołnierz przedstawia siebie i kolegę – Lenio i Gauto i zaczyna nagabywać zmieszaną Mabon. Do akcji wkracza Feste. Sprowokowany przez żołnierzy słownymi groźbami postanawia działać stanowczo. Podkłada nogę jednemu z nich, wywracając obu. Wykorzystując ich alkoholową “nieporadność” Mabon i Feste wtapiają się w tłum.

Montcort (w tle) – Mabon, zrekrutuj ich!

W tym czasie Montcort i Keffar przeprowadzają przegląd zrekrutowanego wojska: dziesięć tuzinów zdolnych do walki, w tym trzy weteranów i dwa łuczników. Dowódcy wyrokują: mało wojska. Aby przyciągnąć uwagę Keffar wykorzystuje umiejętności Festego do zadziwiania tłumów. Okazując wielką odwagę pozwala Festemu rzucać nożami w jabłko leżące na własnej głowie! Ten pokaz brawury (Keffara) i umiejętności (Festego) zjednuje im tłum. Nogli-Cuir w krótkich żołnierskich słowach wychwala zdolności Keffara i przytacza dobrze znaną już na Rocranon historię “O trzech bramach”. Efekt: do oddziałów dołączają prawie trzy tuziny nowych rekrutów. Nieopodal Mabon udaje dogadać się w lokalnym slangu młodocianych gangów z przywódcą rzezimieszków z Sotham. Obiecują oni wspomóc obrońców jako kurierzy i poprzez swoje umiejętności posługiwania się procami.

Okazuje się, że sprawnie przeprowadzone przygotowania przyciągnęły uwagę nie tylko mieszkańców Sotham. Wieczorem pojawia się dziwnie odziany posłaniec, o niezwykle ciemnej karnacji. Zaprasza Keffara na jeden ze statków cumujących jeszcze w porcie. Okazuje się, że jego właścicielem jest niejaki Trozzo Kecci, kupiec z dalekich krain, który pragnie zdobyć sławę jako jeden z obrońców Sotham. Zwierza się, że zamierza tej nocy opuścić Sotham, ale przed wypłynięciem, za obietnicę uwiecznienia jego imienia w annałach historii, proponuje zasilenie szeregów rekrutów – o zgrozo! – niewolnikami, których trzyma pod pokładem. Wstrząśnięta drużyna widząc warunki jakie panują pod pokładem stawia warunek, że uwolnieni mają być wszyscy niewolnicy. Trozzo nie chce się zgodzić na wypuszczenie kobiet i dzieci. Nuadu wpada w furię i bierze Trozzo jako zakładnika, przykładając sztych miecza do jego gardła. Dwóch osiłków – ochroniarzy – rusza mu na pomoc, jednak ich pan wstrzymuje ich. Ostatecznie zgadza się uwolnić wszystkich niewolników.

Po wypłynięciu statku z portu, Nuadu oświadcza wszystkim niewolnikom, że od tej chwili są wolni. jednak ciężko stwierdzić, czy ta wiadomość dociera do ich świadomości. Drużyna tworzy dla nich azyl w jednym z magazynów portowych, organizuje jedzenie.

Dzień 65 wzrastania

Rankiem okazuje się, że pewna część niewolników zniknęła – zapewne postanowili szukać swojego szczęścia gdzie indziej. Spośród tych, którzy zostali Montcort rekrutuje dodatkowych obrońców – kolejne 3 tuziny wojowników.

View
Skrzydła Rocranon cz. 71 - Trzy trollątka

Feste
kuglarz
1 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Mabon
łowca duchów
1 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Niedługo drużyna cieszyła się z zatrzymania regeneracji trolla. Gdy tylko zgasły płomienie, pozostałe rany zaczęły się na nowo zasklepiać. Simeon znów zakasał swój długi płaszcz i tym razem popędził do kowala. W tym czasie Montcort, którego nie najlepszej jakości łuk pękł w zawierusze, łapie reprezentacyjny miecz Festego i znienacka wbija trollowi w plecy. Troll zaczyna chwiać się na nogach, tak więc Feste postanawia wykorzystać jeden ze swoich asów w rękawie i sporo ryzykując rzuca małym nożem prosto w kłębiących się w walce przeciwników. Pech chce, że w tym czasie Keffar wyprowadzając cios włócznią wchodzi na linię strzału (rzutu). Nie dość, że obrywa nożem (póki co wygląda, że niegroźnie) to jeszcze wytrącony z równowagi zadaje bardzo słaby cios. Troll nadal żyje. Nie mija pięć sekund kiedy zaczyna działać trucizna, którą Feste nasmarował swoją broń. Ku przerażeniu wszystkich przyjaciół Keffar pada jak długi. Drużynie udaje się jednak kupić dość czasu, aby powrócił Simeon z wielkim garnkiem oliwy i zapaloną pochodnią. Z żywym, palącym ogniem i lepką oliwą troll nie ma szans. Montcort natychmiast dopada do Keffara, aby sprawdzić co się stało – na szczęście wojownik żyje, choć jest sparaliżowany. Simeon ustala, że przyczyną jest trucizna o nazwie Różany Pąs, która zwiotcza wszystkie mięśnie. Wszystkie. Szybko okrywają Keffara, aby uchronić jego honor przed ewentualnym wstydem. Drużyna znajduje wóz na który ładuje Keffara i stągwię pozostałej oliwy, którą Simeon kupił “na krechę”, tyle że na konto straży miejskiej (chyba się zdziwią).

Gadka-szmatka przed sesją:
Keffar – Kości mi się zepsuły…
Mabon (uczenie) – To się nazywa: osteoporoza.

W międzyczasie zjawia się straż miejska, z dowódcą o imieniu Folke Artin – u niego drużyna miała się zaciągnąć do pomocy w obronie miasta. Mieszkańcy Sotham widząc, że już po wszystkim wychodzą z ukrycia i gratulują drużynie. Jedyna osoba z drużyny Jorunda Byka, która przeżyła masakrę, rudzielec o imieniu Gauwis Willey, zjawia się wstrząśnięty przed drużyną i strażą miejską przepraszając i prosząc o wymierzenie surowej kary. Simeon postanawia dać lepszą lekcję i rozkazuje zapisać się do straży miejskiej, aby młodzieniec pomógł w nadchodzących dniach. Tym okazaniem łaski chyba zjednuje sobie sympatię Gauwisa. Drużyna wraca do Gildii Alchemików aby zająć się rannym Keffarem.

Gdzieś w tłumie znikają Feste z Mabon. W zamieszaniu nikt nie zauważył skąd wziął się sztylet w Keffarze, ale trefniś najwyraźniej lęka się Montcorta, który zaczyna coś podejrzewać. Oboje docierają do magistratu, jednak nie mają dostatecznej siły przebicia, aby znaleźć w tym urzędniczym chaosie kogoś kto pochyliłby się nad ich sprawą. Postanawiają wrócić jutro, w godzinach kiedy nie będzie tylu petentów. Wędrując do kapitanatu spotykają rudzielca (Gauwisa), który został wysłany ze straży miejskiej z misją dostarczenia wiadomości do Gildii Alchemików. Mabon i Feste postanawiają dowiedzieć się cóż to jest za przybytek.

Na miejscu okazuje się, że Simeon i jego uczniowie od dłuższego czasu zajmują się Keffarem. Nie będzie dane im jednak zaznać spokoju, gdyż co rusz pojawiają się nowi goście. Feste, Gauwis i Mabon zostają uraczeni jakąś ciepłą strawą, kiedy drużyna znów jest nagabywana przez Nogli-Cuira do pomocy przy obronie miasta. Ku rozpaczy Montcorta, Mabon okazuje się nie mniejszym łasuchem od Nogli-Cuira. Montort jednak szybko zapomina o Mabon, gdy zauważa Festego zakradającego się do pokoju Keffara. Szybko zagradza mu drogę i wypytuje o zdarzenia dnia dzisiejszego.

Montcort (o nożu) – My to wyciagnelismy z naszego kolegi
Feste – A nie z trolla?
Montcort – Nieeee… ale przyznaje, można pomylić…

Montcort (o sparaliżowanym Keffarze)- Feste, to on jest świadomy? Ok. Keffar, potrzeba mi łuku, wezmę kasę. Kiwnij na “nie” jak się nie zgadzasz. Dzięki, wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć!

Montcort – Feste, to było dobre wejście, ale ustalmy: jak jest walka na poważnie to nie robisz skeczy!

Jednej rzeczy chyba nie wziął Feste pod uwagę podczas tej rozmowy, a mianowicie faktu, że Keffar wszystko słyszał. A Keffar do wybaczających nie należy. Miało się to wkrótce Festemu odbić na nerkach.

W głównej izbie natomiast pozostali rozprawiają o wieściach przyniesionych przez rudego Gauwisa. Twierdzi on, że w pobliżu wsi Mlecze, gdzie Jorund Byk znalazł trolla, było więcej śladów tych przerażających istot. W związku z tym, Folke Artin prosi drużynę o dokonanie zwiadu. Pod nieobecność Montcorta i Keffara decyzję podejmuje Simoen: skoro mamy bronić miasta, nie możemy pozwolić sobie na atak z tyłu. Musimy zbadać sprawę. Stawia jednak warunek, że straż miejska ma dostarczyć co najmniej trzech ochotników, którzy dołączą do drużyny. Na tym dzień się kończy.

Dzień 63 wzrastania

Rankiem drużyna wyrusza na zwiady. Dziwnym trafem Feste co rusz wpada to na ścianę to ze schodów, to przepada przez włócznię… I nie, nic wspólnego z tym nie ma wyjątkowa bliskość uśmiechającego się złowieszczo Keffara. Po paru godzinach podróży drużyna dociera do miejsca, gdzie złapany został troll, następnie po śladach wędruje do jaskini wśród wzgórz. Tutaj okazuje się, że nie zabrano ze sobą odpowiedniego sprzętu do badania jaskiń (pochodni).

Montcort (narzekając na ciągłe lochy) – Następnym razem jak będę grał u Ciebie, to nie będę brał sokoła, tylko kreta bojowego!
MG – przecież gra nazywa się Dungeons & Dragons a nie Meadows & Mandrills! (jak to dokładnie szło?)

Ten problem rozwiązuje rudy Gauwis, przynosząc pochodnie z pobliskiej wioski. W międzyczasie drużyna jest świadkiem jak z jaskini na krótką chwilę wychyla się dziwne, pokręcone stworzenie rozmiaru małego psa – młody troll! Istota widząc tak wiele ludzi szybko ucieka w głąb jaskini wydając prawdopodobnie odgłosy mające być płaczem. Uzbrojeni w pochodnię do jaskini wchodzą Keffar, Montcort, rudy i jeden pomagier przysłany ze straży. W legowisku znajdują jeszcze kilka małych trolli. Staje przed nimi trudny wybór: co zrobić? Małe trolle teraz są niegroźne, jednak co będzie kiedy podrosną? Keffar podejmuje decyzję o zadaniu im szybkiej śmierci teraz – tak aby w przyszłości nie mogły zrobić krzywdy ludziom z pobliskich wiosek, ani aby same nie stały się celem linczu i tortur, jak to miało miejsce w przypadku ich matki. Po wykonaniu krwawego zadania, niepocieszony łowca przetrząsa jeszcze legowisko i ku własnemu zdumieniu odnajduje fragment statku. Okazuje się, że antyczny wrak zawiera ciężką, okutą, wytrzymałą skrzynię, którą też szybko wyciąga z jaskini. Ze sprawdzeniem zawartości drużyna postanawia poczekać aż wrócą do miasta. W nie najlepszych nastrojach, drużyna udaje się w drogę powrotną, kontemplując trudne wybory moralne, które czasami ludzie zmuszeni są podejmować.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.