Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.24 - Mrzysen

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Keffar, Nuadu, Simeon

Hæri Horbrisøn – Młodzieniec z Ostrojów, krewki marynarz, chętny wojownik. Posługujący się tylko ojczystym językiem, szuka na Rocranon swojego miejsca. Traf chciał, że wpada na drużynę bohaterów.


Keffar dostaje zbroję po Nuadu, musi ją sobie dopasować, a właśnie drużyna wypływa w rejs.
Nuadu – Możesz zostawić zbroję do poprawek Cadendzie.
Keffar – Nie, nie! Ja sobie ja sam przerobię.
Avelox – Takie mam pytanie… ale jesteś pewien?

Kapitan Cacot Hywold nie był specjalnie uszczęśliwiony pasażerami zaokrętowanymi na pokład “Morskiego robaka”, który okazał się stateczkiem niewielkim, ale dzielnym. Bohaterowie stłoczyli się przy dziobie, którego wysokie burty osłaniały zarówno od porywistego wiatru, który od kilku dni szarpał z dziką radością Trzewiami, jak i od wody, która wdzierała się tu i ówdzie na pokład. “Morski robak” sprawnie wyprowadzony z portu ruszył wzdłuż wybrzeża na południowy-wschód i tak podróż rozpoczęła się na dobre.

Opowieści o beczkach, które przewozi statek.
Bjornei – W kraju, z którego pochodzę młodzież lubu organizować sobie zawody w spływie w beczkach.
Nuadu – Ale otwartych czy zamkniętych?
Keffar – To zależy od wersji…

Avelox niezwykle podniecony był możliwością zobaczenia ruin miasta Rocranon, w pobliżu których mieli, jak podejrzewał przepływać, ale kapitan w dość kpiącym tonie wyprowadził go z błędu. Miasto miało pozostać kilkadziesiąt kilometrów za sterburtą, bo łódź dla podniesienia tempa żeglugi skierowała się na pełne morze. W pewnym momencie rzeczywiście statek stracił z oczu linię brzegową i skręcił na południe. Od tego czasu krajobraz miał się nie zmienić przez cały dzień i wokół widać było tylko rozbujane fale morza.

Uwagę Keffara przyciągnął jeden z marynarzy, który wyraźnie nie mógł się dogadać z kapitanem i to z więcej niż jednego powodu. Po pierwsze różnili się nieco w temacie sposobu żeglowania. Kapitan, pewnie ze wzgląd na ładunek, wydawał rozkazy mające prowadzić “Morskiego robaka” łagodnie i bezpiecznie, żeglarz znów zachowywał się jakby pływał szybkim i zwinnym statkiem wojennym wykonując ostre manewry. Na dodatek marynarz mówił tylko po ostrojsku, którego to języka wyraźnie nie znał kapitan pochodzący z argadów. Keffar zagadał swojego ziomka i wkrótce okazało się, że Haeri, bo tak miał na imię, ma dość tej służby i chętnie by się dołączył do drużyny bohaterów, co wkrótce rzeczywiście się stało.

Keffar proponuje, żeby drużyna przyjęła w swoje szeregi jego rodaka z Ostrojów Haeriego. Ciekawą sprawą jest, że Haeri mówi tylko po ostrojsku, jak prawie nikt inny w drużynie. Keffar robi za tłumacza.
Keffar – Bierzmy go? Co wy na to?
Nuadu – Gotować umie?
Keffar do Haeriego po ostrojsku – Piwo lubisz pić?!
Haeri pełen zapału – Tak! Tak! Lubię!
Keffar do Nuadu – Widzisz? Umie.

Podróż trwa w najlepsze okraszana rozmowami, krotochwilami, poważnymi dyskusjami, uszczuplaniem zapasów żywności, które na rejs zostały przygotowane. Simeon zatapia się w lekturze książki przesłanej mu przez jego dawnego nauczyciela, a wszyscy odliczają czas pozostały do dotarcia do celu. Nuadu pamiętając niechęć swojego żołądka do morskich podróży, stara się jak najwięcej z niej przespać. W końcu nie wiadomo kiedy będzie okazja do kolejnego, zdrowego snu.

Bjornei ładuje fajkę ziołami “wspomagającymi medytację szamańską”.
Keffar – Szamani zawsze mają fajne palenie, ale się nie dzielą

Avelox postanawia zajrzeć przez ramię w księgę czytaną przez Simeona.
MG – Nie wiem czy Simeon nawet to zauważa? Jak reaguje?
Simeon – Nawet się do niego uśmiecham i mówię – Co? Podobają ci się obrazki młody człowieku?

Simeon prowadzi dysputę o wartości ksiąg, jak to naukowiec.
Simeon – Księgi to mądrość duchów przodków zaklęte w strony…
Bjornei – Na słowo duchy, budzę się nieco.

Noc mija spokojnie, a wkrótce po śniadaniu kapitan informuje drużynę o przebytej drodze. Wkrótce statek wpłynie w Przesmyk Seński, a potem skieruje się wprost do portu Mrzysen. Cacot Hywold zapowiada, że będzie w tym porcie na powrót po 6 dniach i jeśli bohaterowie załatwią swoje interesy na miejscu, może ich zabrać w drogę powrotną do Trzewii.

Wkrótce zgodnie ze słowami kapitana na południu i północy od statku zaczynają majaczyć niewyraźne kształty brzegów. Statek płynąc kursem na południowy-zachód oddala się od północnego brzegu, ale południowy staje się coraz wyraźniejszy i bohaterowie mogą po raz pierwszy rzucić okiem na Wyspę Senną w tym miejscu dość płaską i bardzo zieloną. Do zmierzchu było jeszcze kilka godzin kiedy “Morski robak” wpływa do zatoki mieszczącej port i osadę Mrzysen.

Z daleka widać że wychodzący w morze cypel wznosi się na dobre 100 metrów nad poziom morza a jego szczyt, i urwiste ściany oklejają prymitywne chaty, połączone pomostami, linami, napowietrznymi ścieżkami. Ściany cypla podziurawione są ziejącymi czernią otworami jaskiń, zarówno tuż przy samej wodzie jak i na całej ich wysokości. U podnóża cypla przy pomoście buja się na falach kilkanaście małych łodzi rybackich, celem graczy będzie jednak wielki pomost portowy znajdujący się tuż przy głównej części portowej i głównej części osady. Nie da się mocniej wyrazić tego, że osada Mrzysen podzielone jest na dwie części.

Wkrótce szalupa z “Morskiego robaka” wyładowuje bohaterów na portowy pomost i wraca na zakotwiczony w zatoce statek. Drużyna od tej chwili zdana jest sama na siebie. Jako pierwsza, wita ją delegacja straży portowej wypytując o cel pobytu i wskazując najbliższą tawernę, w której można napić się czegoś i zjeść.

Drużyna stoi przed portową tawerną nakrytą strzechą z tataraku?
MG – Okna są tak malutkie że nie da się przez nie przejść.
Keffar – Czyli wyrzucają drzwiami?
Bjornei – Albo dachem…

“U Żywego Pirata” to najbardziej klasyczna z portowych tawern. Niski strop, maleńkie okienka, słabiutko oświetlona za to poważnie zadymiona dzięki łuczywom wiszącym na ścianach i pękająca w szwach, wypełniona zarówno miejscowymi jak i marynarzami z zakotwiczonych w porcie statków. Muzyk dmie w przedziwny podwójny flet, bywalcy ryczą sprośne piosenki, Haeri poczuł się od razu jak u siebie i jął przepychać w stronę jednego z obsługujących gości zamawiając piwo. W tym czasie reszta drużyny wykorzystując zaawansowany stan upojenia alkoholowego i nieco łokcie, znajduje sobie miejsce przy jednym z zaimprowizowanych ze starej skrzyni towarowej stołów.

Bjornei na cały głos przyłączył się do muzyka grającego na flecie swoją przyśpiewką – Złów se rybę, ruchaj ją! Lecz nie rybę, żonę swą!

Nie trzeba długo czekać kiedy do towarzystwa dołącza kilku kolejnych imprezowiczów, w tym szczęśliwym trafem doker o imieniu Masym, który okazuje się być nie kim innym jak synem Arendy Białej, na spotkanie z którą przybył do tej osady Simeon. Po solidnym posiłku, usłyszeniu kilku miejscowych plotek i otrzymaniu solennego przyrzeczenia, że Masym przekaże uszanowania swojej matuli, drużuna zmienia lokal na nieco spokojniejszy, gdzie będzie mogła złożyć swoje zmęczone ciała do snu.

W tavernie obsługuje para młodych, nastoletnich dziewczyn.
Keffar – O tej porze dzieci w lokalu gdzie podaje się alkohol?!

Pokój wynajęty w “Kuflu Wędrowca” był co prawda czteroosobowy, ale cóż to za problem dla morskich wilków, którzy ostatnią noc spędzili przytuleni do siebie przy burcie statku na pełnym morzu. Początkowe wątpliwości gospodarza Gereya Wątpiącego (jakże celny przydomek) rozwiały monety, które szybko pojawiły się na otwartych dłoniach jego nowych, dość specyficznie wyglądających gości. Cóż, trzeba przyznać, że drużynie przydało by się nieco higieny osobistej, może fryzjera, zmiany ubrań? Przynajmniej niektórym z nich i zanim zaczną się pojawiać w bardziej mieszczańskim towarzystwie.

Drużyna wkracza do karczmy, Bjornei od drzwi ordynuje.
Bjornei – Wątpia Halibuta dla mnie!
Karczmarz zdziwiony – Ależ! Mamy znacznie lepsze specjały! Sandacza w niebieskim serze, placek ryżowy z ostrym serem, pigwówke…
Bjornei – Dobra! Dawaj!
Keffar – Dopiero jadłeś kolację! Ile ty jesteś w stanie zjeść?
Bjornei – Szczerze mówiąc myślałem o materiałach do wróżenia, ale skoro proponują posiłek…

Sześciu bohaterów dostało pokój z czterema łóżkami, dwóch musi spać na ziemi. Kłócą się, zamieniają miejscami, tu próbują, tam próbują.
Nuadu – Wolę Bjonei, bo Haeri wali rybą!
MG – Jesteście jak dzieci na zimowisku!
Bjornei nadąsany – Mistrz Gry był teraz dla nas niemiły…

Z samego rana, po dobrym śniadaniu, drużyna postanowiła sobie zwiedzić osadę, prócz Simeona, który pozostał w “Kuflu Wędrowca” oczekując na umówione spotkanie z Masymem. Jakieś było jego zdziwienie, kiedy wracając z wychodka, zauważył dokera dźwigającego jakąś ciężką skrzynię w kierunku portu. Czym prędzej pozbierał swoje klamoty, zostawił informacje dla reszty towarzyszy gdzie go szukać i czym prędzej ruszył za mężczyzną.

Masym niezwykle się ucieszył widząc poznanego dzień wcześniej mężczyznę, ale z matką jeszcze nie rozmawiał, gdyż późno wrócił i mocno wstawiony więc nie chciał się narażać na jej gniew. Obiecał to uczynić tego wieczoru. Simeon rozczarowany był tylko przez moment, bo oto ujrzał całkiem niedaleko swoich towarzyszy załatwiających sprawunki przy jednym z warsztatów rzemieślniczych. Sprężystym krokiem ruszył na ich spotkanie i… wpadł prosto na kolejnego dokera wytrącając mu z ręki skrzynię, która wypadła mu z rąk i na ziemię posypały się potłuczone ceramiki.

Doker najpierw osłupiał, a w chwilę później wpadł w gniew i zaczął lżyć Simeona obelżywymi słowy. Chwycił oszołomionego alchemika za poły płaszcza, zaczął szarpać a w końcu wymierzył mu potężny cios pięścią. Alchemik jednak w ostatniej chwili uniósł w górę swą nieodłączną torbę i zasłonił nią twarz, a tak się składało, że miał w niej akurat oprawną w drewno i skórę rozprawę naukową pod tytułem “O pobocznych Planach i ich mieszkańcach”, która okazuje się, całkiem sprawnie radzi sobie też w charakterze tarczy.

Drugi cios już nie padł, bo krewkiego dokera dopadł Haeri i położył ciosem pięścią na ziemi. Okazało się, że gwar jaki powstał podczas wypadku Simeona, zwrócił na całą sytuację uwagę bohaterów, którzy już spieszyli z pomocą. Niestety wydzierający się doker sprowadził też kilku swoich towarzyszy i wkrótce pomiędzy stronami rozgorzała typowo portowa rozróba na pięści, kopniaki i ugryzienia.

W porcie wybuchła zadyma z dokerami, deklaracja idzie za deklaracją.
MG – Ok Bjornei, więc wedle twojej deklaracji stajesz wpobliżu Nuadu i patrzysz czy masz przylać lagą dokerowi, na którym on siedzi i stara się go okładać…
Nuadu – Ja się nie staram! Ja go okładam!

Całe zamieszanie trwało tylko kilka chwil i wkrótce dokerzy leżeli rozciągnięci na ziemi, a drużyna z uśmiechami na twarzy otrzepywała ubrania z kurzu. Miny jednak nieco im zrzedły kiedy rozejrzeli się wkoło i zobaczyli kilkudziesięciu gapiów otaczających miejsce zdarzenia. Czym prędzej pozbierawszy swoje klamoty, przepraszając i przeciskając się między miejscowymi postanowili opuścić miejsce ostatnich gorszących zdarzeń i zaczerpnąć nieco innego powietrza, na przykład na szczycie cypla, który góruje nad portową zatoką.

Drużyna pobiła kilku dokerów, zadyna zaczęła się po tym jak nieuważny Simeon wpadł na jednego z robotników i zbił niesiony przez niego towar.
Keffar – Pierwszy dzień w nowym mieście i już nas dokerzy nie lubią.
Haeri – Bo Simeon zadymy szukał!
Bjornei – Mów jak krowie na rowie! Nie idź sam! No i masz.
Nuadu – Widzisz Keffar? Naukowiec, a swój chłop.
Keffar – Jeszcze pić go nauczymy i będzie genialnie!
Simeon – Ja muszę się nie zgodzić. No wiecie, na konferencjach naukowych wcale nie ma tak bardzo spokojnie.


Ha! Trochę podróżowania, trochę imprezowania, na koniec coś na rozruszanie wolno w żyłach płynącej krwii. Ja się bawiłem wczoraj wyśmienicie, a uśmiałem za wszystkie czasy. Koloryt drużyny przyćmił moje opisy Mrzysnu, a wszystko to w połączeniu z brakiem jakichkolwiek problemów technicznych sprawiło, że był to wieczór przemiły, za który całej mojej rozwrzeszczanej hałastrze dziękuję. Do następnego razu!

P.s. Tymczasem nie mamy żadnych sprawunków pomiędzy sesjami, jesteście zawieszeni w połowie drogi na szczyt cypla, ale jeśli macie jakieś rzeczy do ustalenia, albo zadeklarowania, to jak zwykle zapraszam do komentowania tego wpisu.

View
Szlachetna sztuka zadawania pytań

Uświadomiłem sobie kilka spraw po ostatniej naszej wspólnej sesji w Rocranon. Niektóre z nich uświadomiłem sobie wręcz po raz kolejny, bo po ostatnim razie zdążyłem o nich najnormalniej w świecie zapomnieć. Zdałem więc sobie sprawę z tego, że jedną z najfajniejszych cech grania regularnej kampanii w gry fabularne jest poczucie znajomości świata. I nie chodzi mi tylko i wyłącznie o znajomość okolicy, w której przyszło nam rozgrywać przygody, ale tej podświadomej pewności, że wie się co jak działa, kto jest kim, jakie czekać mogą na nas niebezpieczeństwa i kogo może interesować wiedza, którą właśnie posiedliśmy.

Uczucie takiego pełnego połączenia graczy ze światem mam zawsze kiedy Wojciech opowiada o “Miasteczku Yarmie”, settingu jego i jego przyjaciół powstałego z inspiracji pewnego, dawno zapomnianego cyklu artykułów z miesięcznika “Magia i Miecz”. Tamten świat żyje, kipi i czasem eksploduje, a to wszystko za sprawą doskonale rozumiejących świat graczy. Wojtek ostatnio z niedowierzaniem spojrzał w przeszłość i powiedział “Nie mam pojęcia jak to się wtedy wszystko tak świetnie udawało”. Ja wiem i powiedziałem mu to, była to zasługa długiego i intensywnego grania w pewnej zżytej ze sobą grupie graczy.

Po ostatniej sesji Parasit powiedział strasznie miłe dla mnie słowa, że poczuł się po tej przerwie jakby włożył stare, dobrze rozchodzone, znane mu buty. Kiedy później porozmawialiśmy i rozwinął swoją myśl, dowiedziałem się, że głównie chodziło o to, że po tych dwudziestu kilku sesjach w Rocranon czuje się już mniej więcej obyty ze światem i wie mniej więcej co i jak w nim działa. To prawda, ja tak samo czuję się w Rocranon, ale ja przecież wiem znacznie więcej o tym świecie będąc MG i tworząc go ciągle, niż moi gracze i widzę to jak daleko im choćby do tych najważniejszych zrębów informacji o settingu.

Nie! To nie jest tak, że narzekam i oczekuję jakichś niesamowitych postępów i odkrywania świata. Wręcz przeciwnie, zależy mi na tym aby wszystko toczyło się swoim leniwym tempem i odkrywało tak jak miało by to miejsce w normalnym życiu. Ale no właśnie. Czasem zastanawia mnie bierność w temacie poznawania świata przez graczy w zakresie jak najbardziej ich dotyczącym.

Przykład? Proszę bardzo. Mniej więcej od połowy pierwszego sezonu kampanii wiadomo było, że gdzieś na Wyspie Sennej mieszka kobieta, która może rzucić sporo światła na podstawową misję jednego z graczy. W końcu na poprzedniej sesji drużyna skierowała swoje kroki (jak głupio by to nie zabrzmiało kiedy dotyczy dwudniowego rejsu statkiem) w tamtą stronę. Jak zwykle między sesjami staramy się załatwiać nudne sprawunki, dla których szkoda nam czasu na sesji i nagle okazało się, że gracze już płynąc w stronę wspomnianej wyspy naprędko załatwia sobie prowiant na kilka dni i lekko spanikowana zastanawia się jak stamtąd wróci. Czy w ogóle jest możliwość “złapania” tam jakiegoś transportu na główną wyspę kampanii?

Halo! Coś jest nie tak. Nie zostały zadane najważniejsze pytania, a były osoby, które mogły na nie odpowiedzieć, na przykład Kapitan Petlamin, który zapewnił drużynie zaokrętowanie się na jego statku. Czy te pytania nie padły tylko z powodu skąpej ilości czasu pod koniec ostatniej sesji? Ale przecież o istnieniu wyspy wiadomo było od kilkunastu sesji.

Niestety jest to jakiś poważniejszy trend, może wynikający ze specyfiki staroszkolnego grania, gdzie wszystko zależy od inicjatywy graczy, a nie od obowiązku MG nakarmienia awanturników wiedzą potrzebną do podążenia za plotem fabuły, rozwiązania zagadki i usunięcia problemu postawionego w scenariuszu? Tu jednak należy pytać i interesować się, zgłębiać swoją wiedzę i świadomość świata, bo tylko w taki sposób można podejmować właściwe decyzje, utrzymywać inicjatywę i nie dać się wodzić za nos kaprysom MG.

Oczywiście w momencie zadania tych właściwych i jak najbardziej uzasadnionych pytań może się okazać, że MG zostanie “zastrzelony”, złapany nieprzygotowany na to czego oczekują gracze. No halo! To może się zdarzać nawet często, w końcu was jest kilku a on sam, w dodatku co tu kryć, jesteście od niego mądrzejsi na tak wielu polach, że nie ma szans on was wszystkich dogonić. Ale wiecie co? MG po sesji siądzie sobie, zada wasze pytania, odpowie na nie i dołoży kolejną cegiełkę do świata a dla was będzie miał odpowiedzi, które was usatysfakcjonują. Ba! Może wręcz razem stworzycie ten kawałek tak aby pasował i do settingu i oczekiwań graczy?

Pytania muszą padać. Gracze i postacie muszą być ciekawskie. Nie powinno wystarczać graczom świadomość że coś się zdarzyło, powinno ich interesować jak do tego doszło i dlaczego, oraz kto był za to odpowiedzialny. Jeśli pojawia się jakaś istota, to warto pomyśleć skąd ona się tu wzięła, gdzie mieszka, czym się zajmuje, do diabła a co na to inni żyjący w pobliżu? Wszystko to gracze muszą wiedzieć i muszą o to zapytać MG bo tylko w ten sposób stworzymy nasz wspólny świat prawdziwym perpetum mobile, pokochamy go, a w końcu kiedyś będziemy opowiadać o nim historie jakby zdarzyły się naprawdę i z sentymentem wspominać spędzone tam lata.

Tak będzie, w to chyba nie wątpicie? Ja nie mogę się już doczekać czwartku, pod moją pokrywką gotuje się i boję się, że zaraz zacznie kipieć. Do zobaczenia!

View
Skrzydła Rocranon cz.23 - Coś się zmieniło

Udział wzięli: Keffar, Nuadu, Simeon

Avelox: Młodzieniec z Paezurii, który nagle musiał opuścić dom z powodu tajemniczych ONYCH, zagrażających jego życiu. Nie chce wiele zdradzać ze swojej przeszłości. Po raz kolejny musiał uciekać z pokładu statku, kiedy kapitan dowiedział się, że nie ma czym opłacić rejsu. Tak trafił na Rocranon.

Bjornei Ga’Ahwr: Argadyjski szaman z pod znaku totemicznego niedźwiedzia, który w wizji wyczytał, że jego obowiązkiem jest odnalezienie kryształowego jeziora. Ścieżki poprowadziły go wprost na Rocranon.


Wiosna nastała na dobre i przeszła w swą drugą połowę kiedy bohaterowie odpoczywali w Talzanii. Dobre to było miejsce i spokojne, pełne przyjaciół, radości i nauki. Nuadu szybko dopasował się do łowców z osady, Simeon na całe dnie znikał ucząc się nowych przydatnych rzeczy, a Keffar coraz częściej widywany zaczął być w towarzystwie młodej Imary, wyraźnie zainteresowanej względami ostrojskiego wojownika. I pewnie sielanka trwała by dalej, gdyby świat nie przypomniał o tym, że każdy dzień może być dniem walki o życie.

Kiedy Nuadu w czasie polowania dostrzegł przeszło stuosobową armię goblinów i koboldów, szybko domyślił się, że to powracająca wyprawa łupieżcza, która opuściła Płaskowyż Tafli na moment przed próbą zamknięta wejść do podziemnych korytarzy. Postawiona w stan alarmu Talzania przystąpiła do działania, wkrótce jednak okazało się, że nie mogąc znaleźć wejścia do podziemnego kompleksu, stwory pokłóciły się, podzieliły na trzy części i rozeszły w różne strony świata.

Tymczasem ręka Keffara wydobrzała, a Simeon coraz częściej myślami wybiegał do napisanych przez siebie i wysłanych listów, na które odpowiedź powinna już czekać u kupca Zyvalta w Trzewiach. Czas było ruszać w drogę. Tymczasem w osadzie pojawił się szaman Bjornei, który nie dowiedziawszy się nic na temat poszukiwanego przez siebie kryształowego jeziora, postanowił dołączyć do bohaterów i udać się wraz z nimi tam, gdzie będzie mógł kontynuować swoje poszukiwania.

Zimny wiatr powitał wędrowców na szlaku. Trasa była dobrze znana, nie raz już nią grupie zdarzało się podróżować więc dziarsko ruszono na północ. U podnóża Płasowyżu Tafli bohaterowie trafiają na błąkającego się Aveloxa, który po pośpiesznym opuszczeniu pokładu statku, którym podróżował, zagubił się kompletnie pośród wzgórz i lasów, poszukując osiedli ludzkich. Młody chłopak szybko przypadł do gustu reszcie grupy imponując swoim wygadaniem i poczuciem humoru, wzięli więc go pod skrzydła i nakarmili, bo biedak już czas jakiś nie miał nic w ustach.

Drużyna spotyka zagubionego Aveloxa. Ten Opowiada coś niejasno, że musiał uciekać z miejsca dotychczasowego pobytu. Zapytany kim jest z zawodu kręci:
Avelox – Coś tam jeszcze potrafię, ale to trzeba jeszcze praktyki…
Simeon – Ale to nie są jakieś lepkie ręce czy coś?

Stało się już zwyczajem, że grupa zatrzymała się przy grobie Koukasha, aby odrobiną wódki i krótkim wspomnieniem oddać cześć swojemu zmarłemu towarzyszowi. Niestety postój ten okazał się brzemienny w skutkach, nie spodziewających się niczego bohaterów otoczył niepostrzeżenie oddział gnolli, wyraźnie wracających z polowania. Tego dnia stwory miały szczęście. Prócz upolowanego dzika, którego dwóch wojowników niosło na długim drągu, udało się przyprzeć mniej liczebną grupę awanturników do muru płaskowyżu, odcinając im wszystkie drogi ucieczki.

Avelox w końcu odważył się zadać pytanie bandzie opatulonych w futra i skóry mężczyzn z drużyny:
Avelox – Czy mogę zapytać czemu się tak dziwnie ubieracie?
Keffar – Ty nie rozumiesz tego, że nas jest więcej, w związku z czym to ty się dziwnie ubierasz?
Avelox – Aaa to taka filozofia jest? Ale jej trochę nie rozumiem i jest głupia.
Keffar – Sprawa jest prosta! Nas jest więcej i jesteśmy silniejsi!
Avelox – Aaaa… to teraz rozumiem. To jest ten sam powód dla którego musiałem się ewakuować z mojego domu rodzinnego. ICH też było więcej i byli silniejsi.

Drużyna z niepokojem patrzyła na rosłych przeciwników, wyraźnie gotowych na najgorętszz nawet scenariusy, kiedz spośród istot wystąpił ich przywódca i gardłowym głosem zażądał czegoś w nieznanym języku. Widząc niezrozumienie na twarzach awanturników, łamanym wspólnym rozkazał opłacić pozostawienie ich w spokoju tym co mają w plecakach. Bohaterowie zaproponowali swoje racje żywnościowe, na co gnolle ochoczo przystały, ale kluczem transakcji miała się okazać butelka z chemiczną substancją przygotowaną przez Simeona, która po wstrząśnięciu zaczęła świecić opalizującym światłem. To zdecydowanie spodobało się Arruhelowi, przywódcy oddziału potworów.

Bohaterowie w pośpiechu opuszczali miejsce niefortunnego spotkania, oglądając się za siebie tylko żeby sprawdzić, czy nie są ścigani. W tym czasie gnolle rzuciły się na stos jedzenia i zaczęły go sobie wyrywać. Simeon wiedział, że świecaca flaszeczka przestanie działać za kilka godzin, dlatego za jego radą drużyna co prędzej skryła się pośród drzew Lasu Odległych Szeptów, porzucając wybraną wcześniej marszrutę.

Banda gnolli napadła drużynę, która wykupiła się świecącą miksturą Simeona.
MG – Jak długo to świeci Simeonie?
Simeon – Jakieś 8 godzin.
MG – No to wiesz ile macie czasu zanim zaczną was ścigać…

Kierując się na matecznik, w którym wiele tygodni wcześniej drużyna urządzała polowanie, udało się upolować dwa króliki i jednego nieostrożnego dzika a także znaleźć kilka smakowitych korzeni i przypraw, nocny popas przebiegł więc pod znakiem sprawiania mięsa i gotowania potrawki z królików.

Kolejnego dnia już bez żadnych przeszkód i dodatkowych postojów drużyna dotarła do Trzewii. Już z daleko widać było cztery statki stojące w porcie osady i kilka kolejnych kutrów rybackich będących przygotowywanych do sezonu połowów. Również na lądzie tłoczyło się mnóstwo ludzi, a nad zdecydowanie odświeżoną i jaśniejącą czystością i świeżością świątynią Kościoła Ostatecznego Porządku powiewały wesoło na mocnym wietrze flagi w kolorach spranej żółci i błękitu.

Simeon naukowo opowiada o dogmatach wiary kościoła, używa wielu słów nieznanych Keffarowi.
MG – Teraz na przykład Keffar zastanawia się co to jest “materia nieorganiczna”.
Keffar – Nie! No taki głupi nie jestem! Materia to takie coś z czego się koszule robi a skoro nieorganiczna to to jest coś takie jak koszula z kamienia!

Gracze czym prędzej skierowali kroki w stronę Karczmy “U Maryny” gdzie bez zdziwienia odkryli, że tam również gwarno jest i tłoczno, a przy stolikach załatwiano interesy, jedzono i pito przy wtórze podniesionych głosów i śmiechu. Tylko samej Marynie nie było jakoś zbytnio do śmiechu, szybko dała znać drużynie żeby znaleźli sobie gdzieś ciche miejsce i nie pokazywali swoich twarzy w mieście za dnia i porozmawiali z nią w nocy.

Poważny ton znajomej i kilka wieści złapanych tu i ówdzie spowodowały, że gracze ewakuowali się poza miasto i zabawili kilka godzin u zielarza Japvena. Po powrocie, już pod osłoną ciemności wkradli się znów do lokalu Maryny i w końcu mieli okazję dowiedzieć się co dzieje się w mieście. A nie działo się dobrze.

Okazuje się, że wiele się zmieniło za sprawą nowego mieszkańca wsi, kapłana o imieniu Albst. Ten wziął się ostro za działalność misyjną i zaczął tłumaczyć że złem czyhającym na spokojnych mieszkańców miasta są nieludzie i dawne wierzenia. Jakby w sukurs temu co mówił przyszły następne wydarzenia. Przybocznego Albsta, rycerza Hageliona Szmaragdowego zabić miał szalony centaur, za którym kapłan wysłał swoich łowczych, którzy złapali go i pozbawili łba. Ten wisiał jakiś czas przed świątynią w Trzewiach na pice, a bohaterowie wiedzieli już o tym z relacji Agavina Smutnego.

Albst wykorzystał tę sytuację jako przykład pokazujący jak odległa jest cywilizacja ludzi od tych dzikusów. Kiedy okazało się, że bohaterowie całkiem niedawno ukrywali w karczmie w mieście rannego elfa posypały się i na nich gromy. Czary przelała paczka jaką Simeon otrzymał od swojego nauczyciela, w niej bowiem znajdował się tom o dawnej wiedzy tajemnej. Cała drużyna okrzyknięta została przez Albsta wrogami porządku, cywilizacji i sługami zabobonów i czarnej magii i personami non grata w Trzewiach.

Maryna opowiedziała jak groźbą, ale i srebrem które sypie na lewo i prawo, pracą dla zainteresowanych, obietnicą bezpieczeństwa i prosperity, Albst zjednuje sobie mieszkańców wsi, a ona siłą rzeczy musi dbać o swój interes, choć jak zapewne wielu nie bierze do siebie tego co o bohaterach głosi kapłan. Niestety Zyvalt miał okazać się bardziej sprzedajny, bo księgę którą dostać miał Simeon zadeklarował się zniszczyć jako plugastwo, żeby ręki do zepsucia nie przyłożyć.

Po tych kiepskich wieściach bohaterowie usiedli aby przedyskutować swoje następne posunięcia i zadecydowali, że opuszczenie Trzewii jest w ich interesie, ale wcześniej postanowili jeszcze odebrać zbroję, którą ojciec Cadendy przygotowywał dla Nuadu i sprawdzić czy Zyvalt na pewno zniszczył księgę. Tliły się podejrzenia, że kupiec jest bardziej zdroworozsądkowy niż chce to na zewnątrz okazywać. I wkrótce okazało się to prawdą. Zyvalt księgę schował i za dodatkową opłatą obiecał ją awanturnikom zwrócić. Po uściśnięciu sobie dłoni jeszcze ostentacyjnie i na pokaz “wyrzucił” bohaterów ze swojego sklepu, tak aby wszyscy ewentualni świadkowie widzieli, że brzydzi się nimi i nie chce robić żadnych interesów. Księgę miał zwrócić następnego dnia.

Zyvalt liczy że zarobi na infamii jaka spadła na bohaterów w Trzewiach i podbija cenę za usługę, za którą już raz zapłaciła drużyna.
Zyvalt – No to musicie zapłacić jeszcze 8 Kłów.
Nuadu – Ty chyba w łeb chcesz dostać! Nic ci nie zapłacimy!
MG – Ale wiesz Nuadu, ciebie tam nie ma…
Nuadu – A bo mnie wkurwił!

Tymczasem Nuadu odebrał swoją upragnioną zbroję, która była prawdziwym, małym dziełem sztuki. Z wykorzystaniem impregnowanych skór i kawałków pancerza ogromnego skorpiona powstało coś do czego uśmiechnąć się muszą oczy wszystkich wojowników. Koszt wytworzenia okazał się większy niż pierwotnie przewidywano, ale Nuadu postanowił bez zastanowienia wyłożyć te pieniądze.

Tej nocy bohaterowie spać mieli w gospodarczym pomieszczeniu w karczmie “U Maryny”, w miarę możliwości incognito, aby zapewnić im bezpieczeństwo. Jednak znaleźli się tacy, którzy wiedzieli, że tam będę, jak na przykład kapitan Petlamin, który w środku nocy z gąsiorem wina odwiedził bohaterów, żeby wymienić się wieściami. Potwierdził wszystko to co gracze już wiedzieli, a także opowiedział o swoim biznesie i statku “Morski Robak” pod kapitanem Cacotem Hywoldem, który następnego dnia wypływa z Trzewii.

W schowku u maryny,. gdzie zamelinowała się druzyna
Petlamin: może byście tu udekorowali?
Keffar: napijemy się to udekorujemy!

Z samego rana Zyvalt dostarczył księgę i listy do Simeona, pozostawiając je sprytnie ukryte w beczce z kiszoną kapustą. Okazało się, że wolumin to stara praca naukowa dotycząca magii żywiołów, listy zaś pochodziły od rodziny, lekarza leczącego brata Simeona i jego nauczyciela z akademii, który przesłał mu księgę. Z bratem Simeona było źle, wszyscy wypatrywali z nadzieją, że misja odnalezienia Kwiatu Awicenny zakończy się powodzenie, bo prawdopodobnie była to ostatnia szansa dla młodego człowieka, na zachowanie swojego życia.

Po krótkiej dyskusji, drużyna postanowiła zaokrętować się na “Morskiego Robaka” i popłynąć na Wyspę Senną, gdzie mieszkać miała kobieta, która wie gdzie znaleźć mityczny Kwiat Awicenny…

Simeon marzy o tym, że swoją świecącą zabawkę, którą przekupił wodza Gnolli mógłby usprawnić i po tych 8 godzinach mogła by wybuchnąć. Pomysł wszystkim się podoba ale MG jątrzy.
MG – Ty uważaj Simeonie, a może wódz Gnolli po powrocie do domu dałby ją swojemu małemu synkowi, który uwielbia koniki i motylki… koniki zjadać a na motylkach siadać?
Simeon – Taaa i chce być programistą w przyszłości jak już dorośnie…


Ha! Ależ było fajnie wrócić na Rocranon, choć zardzewiały jestem straszliwie od nieprowadzenia. Mam nadzieję, że forma szybko wróci, tak samo jak wrócą do normy standardy z połączeniem skajpowym, bo niestety Nuadu był tym razem słabiej słyszalny. Straszliwie spodobało mi się porównanie Keffara, który powiedział, że poczuł się jakby wrócił w stare, wygodne, dobrze mu znane buty, ja poczułem podobnie. Tymczasem jednak niby to samo, a sporo się zmieniło, do tego stopnia, że aż gracze postanowili opuścić znajome strony. Ja tam się z tego bardzo cieszę. O!

Do następnego razu!

View
Już za chwileczkę....
... już za momencik.

Ponieważ termin powrotu na Rocranon został ustalony, korzystając z chwili wolnego czasu
wszedłem na obsidian i czytam.
Czytam powieść pełną emocji, napięcia, wzruszeń i śmiechu.
Czytam również celne przemyślenia i dyskusje.
Czytam i z podziwu wyjść nie mogę jaki my kawał dobrego eRPeGie zrobiliśmy.
Mistrzostwo naszego Mistrze (teraz już to wiem) polega między innymi na budowaniu całej tej otoczki,
dziennika wydarzeń, zachęcania do dyskusji.
Wszystko co udało nam się wspólnie, pod jego Pańskim tuczącym okiem wykreować,
napawa mnie dumą.
Czuję się jako MG małym pikusiem, hołd oddaję i do nóżek padam Tsarowi, za to wszystko :)

Mam nadzieję, że dalsze nasze losy, toczyć się będą równie “malowniczo”,
że wykreujemy kolejny soczysty kawałek świata, że stoczymy kolejne ważne dyskusje.

Rączki zacieram
z Noworocznym Pozdrowieniem
Żuk

View
Historia Rocranon

Rocranon, żyzna, zielona wyspa pośrodku archipelagu, od zawsze obiekt ludzkich gawęd i opowieści. Choć dookoła niej ziemię dzielono pomiędzy władców, wydzierano sobie z rąk i kupczono nią, wyspa pozostawała nietknięta, choć wielu chętnie położyło by na niej swoje łapy. Powodem jej unikalności były smoki, które niedostępne szczyty Tahadów uznały za swój dom.

Każdej wiosny z Rocranon te wielkie gady wzbijały się do lotu aby zaspokajać swój wielki apetyt pośród ludzkich osad, atakując stada zwierząt, rolnicze osady, kupieckie statki, czasem zaś nawet otoczone murami miasta. Ciężko było żyć na oddalonych o dziesiątki kilometrów od Rocranon wyspach i zdecydowanie nikt nie wyobrażał sobie zamieszkania w cieniu smoczych gór na niej.

Potem jednak smoki zniknęły. Nie całkiem oczywiście bo i nawet dziś pojawiają się plotki o gadzie, który przeleciał wysoko nad jakimiś wyspami, czy rzadziej, że spalił jakieś sioło. Dość jednak tego, że przeszło sto lat wcześniej nie było dorosłego, który choć raz w życiu nie widział by smoka, a dziś większość zaczyna w ogóle powątpiewać czy one istnieją, a wieści o ich spotkaniu nazywają bajkami dla dzieci.

Kiedy zniknęło bezpośrednie niebezpieczeństwo, ku wyspie zaczęto wysyłać statki, a wkrótce założono przy jej brzegach pierwsze osady ludzkie. To Argadyjczycy jednak jako pierwsi dojrzeli potencjał wyspy i z małej osady handlowej, którą nazwali Rocranon, zaczęły płynąć w świat statki z jej skarbami. Osada szybko się bogaciła i powiększała, aż zmieniła się w dumne miasto, od którego zaczęto nazywać wyspę Rocranon. Dziś tylko historycy badający dawne mapy mogliby powiedzieć, jak niegdyś nazywano ten kawałek lądu pośrodku archipelagu.

I tak przez blisko sto lat Rocranon prosperowało, bogaciło się i wrastało w świadomość jako ziemia ludzi (choć osadnicy szybko odkryli, że wyspę od dawien dawna zamieszkują elfy) stając się kolejnym bezpiecznym kawałkiem lądu. Choć na wyspie mieszkali osadnicy z różnych stron świata, to Argadyjczycy ze swoim wspaniałym miastem uchodzili za mających na niej największe wpływy. Wyspa jednak nigdy i w żadnym oświadczeniu nie została uznana za część Lordostwa Argadów. Co najwyżej za półkolonię, gospodarczo uzależnioną od macierzy, ale posiadającą dużą dawkę autonomii i zarządzaną przez wybieranych na miejscu władców.

Dziś nikt nie wie dokładnie co stało się piętnaście lat temu (w roku 783 według kalendarza Argadów), jaki kataklizm przetoczył się przez dumne miasto Rocranon. Miasto zostało jednak nagle zniszczone, ale najbardziej przerażąjące było to, że jego mieszkańcy przemienili się w budzących grozę nieumarłych.

Ledwo kilka setek przerażonych i zdezorientowanych ludzi uciekło z tego piekła, niosąc w świat straszliwe opowieści o trzęsącej się ziemi, kruszejących murach i nieumarłych rozdzierających na ulicy tych, którzy jeszcze wczoraj byli ich sąsiadami. Ku Rocranon ruszyły statki aby zbadać te niezwykłe wieści, ale obrazy zniszczenia i grozy jakie przynieśli ci, którym udało się wrócić, świadczyły dobitnie. Miasto zostało utracone.

Liczba hipotez mówiąca o przyczynach kataklizmu rosła w zastraszającym tempie. Powiadało się, że to elfy, które z miastem żyły w jawnej wrogości, zrzuciły na nie klątwę ich plugawą magią. Inni wspominali o potężnym czarnoksiężniku, który poprzysiągł zemstę za jakieś nieokreślone krzywdy. Lecz komu? I dlaczego ucierpiało całe miasto? Przez długi czas popularne były pogłoski o starożytnym demonie, który rękoma swych kultystów zaspokoił swój głód bólu, destrukcji i krwi. Z latami jednak spekulacje bladły, a miasto popadało w coraz większe zapomnienie

O miejscu tym nie zapomnieli jednak Ci, którym miasto przynosiło dochód. Historie o bogactwach, perspektywach społecznego awansu krążyły pośród wysoko postawionych Argadyjczyków, jednak długo nie mogły trafić na przychylne ucho. W końcu jeden z młodszych synów, któregoś argadyjskiego lorda, nie mogący liczyć na zbyt wiele po ojcowskiej schedzie, zebrał wokół siebie grupę podobnych sobie młokosów i z własnych środków zorganizował wyprawę na Rocranon. Nazywał sam siebie Wanrykiem Smagłym.

Tak jak poprzednich wyspiarzy, to co zobaczyli pośród ruin miasta Rocranon, napełniło ich grozą i zwątpieniem. Zrozumieli, że miasta nie da się ponownie zasiedlić. Wanryk nie miał po co wracać na Argady. Cały jego majątek przepadł wraz z tą wyprawą, a dodatkowo śmieszność jaką by się okrył wracając pod ojcowskie skrzydła ze skulonym ogonem, odebrała by mu możliwość starania się o jakąkolwiek godną szlachcica pozycję.

Wanryk skierował swój statek ku Zatoce Kła i po wylądowaniu w najbardziej sprzyjającym miejscu wygłosił do swoich ludzi mowę. Powiedział tam, że jeśli nie da się wrócić do tego co było niegdyś, to on własnymi rękoma zbuduje przyszłość w tym dokładnie miejscu. Porwani jego słowami młodzieńcy przyłączyli się i w ten sposób osiem lat temu (790 RWA) powstało miasto Sotham, które stało się nową stolicą ludzi na wyspie.

Wkrótce okazało się, że prócz elfów, wyspę wciąż zamieszkują ludzie, uciekinierzy z Rocranon i wieśniacy, którzy zdecydowali przed laty nie zostawiać swego domu, lub, którym brakło miejsca na statkach. Ich zapasy pomogły przeżyć pierwszą zimę, a miejscowi w silnej ręce Wanryka dostrzegli szansę na przyszłość.

Wraz z wiosną udało się uruchomić pierwsze z opuszczonych kopalni, oczyścić szlaki i miejsca zamieszkane przez ludzi z nieumarłych, na południowe wyżyny wrócili rolnicy i pasterze, a na Rocranon zaczęli napływać ludzie szukający dla siebie lepszego losu. Również pod skrzydła Wanryka, zwanego teraz Wanrykiem z Sotham, ściągali wciąż młodzi szlachetkowi ze swoimi pocztami.

W działaniach Wanryka odzwierciedlenie swoich ideałów zobaczył również Kościół Ostatecznego Porządku i wsparł jego dążenia, nadając mu tytuł Palatyna Rocranon, i oddając do dyspozycji kapłanów i rycerzy. Bardzo szybko Sotham stało się centrum kultu na wyspie, a święte słowo coraz szerzej znajduje posłuch u mieszkańców.

Choć po tych wszystkich latach, wygląda na to, że ryzykowna wyprawa Wanryka stała się sukcesem, to wyspa nadal pozostaje autonomicznym kawałkiem lądu. Wanryk nie odcina się od swoich argadyjskich korzeni, ale nie uczynił też żadnego gestu, aby wydartą własnymi rękami dziedzinę podporządkować swojej macierzy. Tymczasem szepcze się już, że swoje oczy ku Rocranon, zwrócił również król Hordswern z Paezurii.

View
Skrzydła Rocranon cz.22 i pół - Epilog

Ha! Długo się zeszło, ale w końcu zamęczyłem moich graczy i ciągu kilku dni rozegraliśmy epilog w formule PBEM, a dokładniej, jak to stwierdził Parasit: Play By Google Docs. Ja bawiłem się naprawdę nieźle i postanowiłem wrzucić tutaj bez zmian to co też wypisywaliśmy w dokumencie przeznaczonym na rozegranie epilogu 22, kończącej sezon przygody w Skrzydłach Rocranon. Zapraszam do lektury i komentowania.


Do Talzanii wyruszyliście popołudniem, pamiętając, że i tak potrzebujecie półtorej dnia, żeby spokojnie tam dotrzeć. Po wyjściu z Trzewii obraliście kierunek na południowy zachód i wkroczyliście pomiędzy znajome wzgórza zarośnięte zielenią traw, spomiędzy której wystają jasne kamienie. Od rana słońce mocno przygrzewa podkreślając kontrast z pogodą z przed kilku zaledwie dni. Śnieg leży gdzieniegdzie jeszcze w miejscach gdzie panuje wieczny cień.

Po zejściu ze wzgórz z przyjemnością przeszliście na płaskie łąki, za którymi na południu majaczyły porośnięte drzewami wzgórza. Tymczasem jednak wędrując pachnącymi wiosną, trawiastymi przestrzeniami mogliście w pełni odczuć spokój jaki spływał na wasze barki. Szliście ku miejscu gdzie mieliście odpocząć, dać odetchnąć swoim znużonym ciałom i umysłom przez kilka tygodni. Te myśli napędzały was ku żwawemu przebieraniu nogami.

Słońce powoli przechylało się ku zachodowi, wydłużając cienie, ale też malując pejzaż gorącą żółcią, sprawiając że stawał się jeszcze bardziej magiczny. Jakże rzadkie są takie chwile refleksji nad pięknem tego zakątka ziemi. Jak delikatnie faluje wiosenna trawa, jak mocno powietrze budzi wasze zaśnięte umysły do życia. Raz po raz, któryś z was zatrzymuje się, aby na chwilę rozejrzeć się wkoło, czujecie jak na waszych ustach pojawia się uśmiech. Nawet rany nie są już dotkliwe. Chciało by się zostać tu, pośród tych pól…

Chciałbym aby każdy z was wykonał teraz rzut K20 i zapisał tutaj jego wynik…

Traktujcie ten plik jako czat między nami. Możecie pisać dowolne rzeczy, byle przed nimi pojawiło się imię waszej postaci. Coś w stylu:

Nuadu: Nabijam na patyk moję smażoną w karmelu żabę i delektuję się jej mięciutkim podbrzuszkiem…

:) No.

NUADU: jakiś łotr się za mnie podał twierdząc, że lubię mięciutkie brzuszki ;p (5)

Keffar: Roll D20 = 4 Patrzę na Nuadu jak na ostatniego głąba: – No co Ty nie wiesz, że udka najlepsze?

Simo: No i nie zapomnijcie o Cheddarze :P (roll d20 = 4)

Żarciki i piosenki same cisną się na usta, przed wieczorem macie do zrobienia jeszcze kilka kilometrów. Byle do granicy lasu, tam rozbijecie obóz na noc. Nie ma potrzeby ryzykować wchodzenia pomiędzy drzewa Lasu Odległych Szeptów bez potrzeby, a w ciągu dnia mniej będzie nieprzyjemnie.

Nuadu prowadzi grupę śmiejąc się z czegoś z Keffarem, kiedy do nozdrzy Simeona dociera nagle wyraźny zapach owsianki i karmelu, ale kiedy tylko alchemik zatrzymuje się, znika on i na nic zdaje się niuchanie. W końcu Simo rusza za swoimi towarzystwami, aby nadgonić stracony dystans, za nic nie chciałbym zgubić się pośród tych wzgórz. Kiedy już prawie wrócił do swojego miejsca w szyku nagle znów zatrzymuje się i odwraca, bo oto do jego uszu dobiegł wyraźnie dziewczęcy śmiech. Alchemik rozgląda się po dolince, którą właśnie opuścił wraz z towarzyszami, ale ta odpowiada tylko zapachem rozgrzanej trawy i powolnym jej falowanie w rytm podmuchów wiatru. W zasięgu wzroku z pewnością nie ma żadnych innych ludzi.

Simo: – Drodzy przyjaciele, albo mnie dopada starcza demencja, albo tu sie dzieje coś dziwnego, zatrzymajcie się na chwilę! – opowiadam co zauważyłem i pytam czy nic nie zauważyli.

Nuadu błyskawicznie staje się czujny, bierze górę jego natura człowieka lasu.
W jednej chwili w drugiej strzela oczami na boki i i wciaga powietrze rozszerzonymi nozdrzami.
łuk trzyma w ręku, a dłoń drugiej ręki błądzi w okolicy kołczana.

Simo: – Oj Nuadu, jeśli tak bedziesz reagował na zapach sernika a toffi i dziewczęcy śmiech, to nie wróżę nic dobrego Twoim przyszłym potomkom – albo ich brakowi ;)

Nuadu nie poczuł ani nie usłyszał tego co ty…

Nuadu rzucakątem oka na kompana nie przestając obserwować okolicy
-Jaki sernik, jaka dziewczyna, czyś ty się Simo przyjacielu nie uderzył przypadkiem w głowę?

Jak okiem sięgnąć po wzgórzach nie widać nawet śladu żywego ducha. Jedynie wysoko nad wami kręgi zatacza bystrooki jastrząb dalikatnie korygując tor lotu ledwo dostrzegalnymi ruchami lotek. Złote słońce, które od kilku dni tak sowicie wynagradza wam niespodziewany atak zimy z przed ledwo tygodnia, chyli się powoli ku zachodowi. Zostało go jeszcze z górą na godzinę.

- No przecież Ci opowiadam własnie co zauważyłem – zapach sernika z toffi i słyszałem śmiech… ale kiedy sie odwróciłem wszystko zniknęło. Chyba mój umysł zaczyna mi płatać figle przy tym upale…. Ale tak przypadkiem chyba przydałoby się rozłożyć i tak obóz, za godzinę słońce zajdzie, moznaby nazbierać opału, poszukac jakiś ziół przy okazji i ewentualnie sprawdzić rzeczywistość moich urojeń, tak na wszelki wypadek.

Nuadu rozgląda się bystrym okiem, za miejscem zdatnym na nocleg.

To szeroka równina między wzgórzami, nie ma miejsc gdzie się można przytulić, ale też z daleka widać wszystko. Więc jak? Do wzgórz gdzie będzie można znaleźć jakieś miejsce do przytulenia macie ze 2-2,5km.

Nuadu: A opał da się tu znaleźć?

Odrobinę, w postaci skarlałych drzewek, krzewów.

Keffar: – Nie ma co stawać na otwartym terenie, godzinka nas nie zbawi a zaciszniej będzie i o opał łatwiej.

Nuadu – faktycznie, nie ma co mitrężyć, pospieszajmy, coby rozbić się przed zmrokiem.

Keffar: Idę dalej ostrożnie rozglądając się po okolicy, co jakiś czas wciągając głęboko powietrze nosem. Przyglądam się też uważnie naszemu alchemikowi, mam tylko nadzieje że mu to sterczenie nad kociołkiem nie zaszkodziło.

Wyciąganie nóg zdecydowanie dało efekty. Nim ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem dotarliście do wzgórz na rzut kamieniem od ciemnej ściany lasu, przez który będziecie podróżować następnego dnia. Po drodze zbierając tu i ówdzie kawałki gałęzi i krzewów przygotowaliście się do rozpalenia nocnego ogniska. Rozglądając się za miejscem do spania nagle w serca łowców wkradł się pewien niepokój. Nuadu i Keffar wymienili ze sobą znaczące spojrzenia i zaczęli wyglądać czegoś na południu. Choć dalibyście przysiąść, że szliście trasą, którą nieco już poznaliście wcześniej, jakimś cudem wylądowaliście kawał drogi na północ od miejsca, w którym zamierzaliście wejść na leśną drogę. Po chwili jesteście już tego pewni. Charakterystyczny zagajnik brzóz, przez który przechodziliście do tej pory dwukrotnie na drodze do i z Talzanii, to ostatnia rzecz jaką dojrzeliście około półtorej kilometra od was na południu.

Keffar: – WTF? Nuadu, czy ty to widzisz?

Nuadu – Widzę, ale nie rozumiem. Może to nam się na głowę rzuciły te opary z nad alchemicznego kociołka?

Jakieś deklaracje?

Nuadu – rano będziemy musieli przejść w kierunku tego zagajnika, coby się nie pogubić.
czy to możliwe, żebyśmy się tak przez nieuwagę pogubili?

Możliwe to jest, ale jesteście zaskoczeni tym faktem. Kierunek z grubsza macie dobry więc i bez pójścia w stronę zagajnika traficie, po prostu trochę inaczej przetniecie las. Następnym punktem do którego możecie dotrzeć jest płaskowyż, więc duży dosyć.

Keffar: Cuda się tu dzieją, wolałbym “inaczej nie przecinać” lasu. Bo nie wiadomo w jaką jeszcze kabałę się wpakujemy.

Czyli co? Już obozik nocny tak?

Keffar: Nie ma co figur w tańcu szukać, za dwie pieśni ciemno będzie. Tu się rozbijamy.

Nuadu – baczenie jeno trzeba dawać mocniej niż zwykle, cosik dziwnego się tu faktycznie dzieje. Może warty po dwóch na zakładkę, jedną noc wytrzymamy a jutro się w chacie wyśpimy.

Kładąc się do snu wciąż mieliście gdzieś pod czaszkami to uczucie niepokoju, stąd wartowanie po dwóch na zakładkę nie wydawało się zbytkiem ostrożności. Niestety o poranku ruszyliście dość zmęczeni dalej, ale nie na tyle aby opóźniać marsz. Wszystko przykrywało zadowolenie, że w nocy nie spotkało was nic złego.

Idąc wzdłuż lasu dotarliście do pierwotnego miejsca, gdzie mieliście się zagłębić w jego mrok, tego brzozowego zagajnika, którego widok sprawił wam wczoraj tyle frasunku. Po raz ostatni spojrzeliście na słoneczne wzgórza za plecami i ruszyliście w stronę Płaskowyżu Tafli.

Dwie pierwsze godziny szły wam bardzo sprawnie, las właśnie budził się do życia, chłód cienia drzew ustąpił miejsca przyjemnemu ciepłu, minęliście staw, w którym rosły Toplice i ten moment na chwilę przywołał przed wasze oczy waszego towarzysza Koukasha, którego z opresji ratował nie tak dawno temu w tym miejscu Wankan, małomówny drużynnik wodza Agavina Smutnego. Gdzieś po lewej ręce musieliście zostawić zbocze, w którym utkwił niedawno Dwieman Studnia, podczas schodzenia w dół i już cieszyliście się, że tak sprawnie wam idzie, kiedy nagle w tym spokojnym i harmonijnym miejscu do waszych uszu dobiegł wrzask… Nie! To śpiew! Ktoś w tym lesie śpiewał, głośno, fałszywie i ledwo łapiąc oddech. I ten śpiew zbliżał się do was coraz bardziej…

- Rozproszyć się – syknął Nuadu.- w krzaki i ani mru mru!
Sam zaś szybkim ruchem sciągnął z pleców łuk oparł strzałę na cięciwie i zamarł w bezruch za drzewem.

Przyczajeni w gęstwinie nasłuchujecie tego obcego w lesie dźwięku. Choć w pierwszej chwili rozbiegliście się jak wypłoszone łanie, po chwili zdaliście sobie sprawę, że głos niesie się po lesie ze sporej odległości i dzięki pewnemu siebie śpiewakowi, zostaliście ostrzeżenie na długo przed tym, nim będziecie mieli okazję dowiedzieć się kto też nadchodzi. Już nieco luźniej, znaleźliście sobie wygodne kryjówki i czekacie.

Po kilkunastu minutach, kiedy ochrypnięty głos ucichł na pewien czas, by odezwać się głośniej i bliżej, zdaliście sobie sprawę, że ktokolwiek robi tyle hałasu, wyminie was o dobre kilkaset metrów na południu. Za to wyraźnie rozpoznajecie już słowa popularnej pieśni myśliwskiej, śpiewane zdartym gardłem, bulgoczącego pijaka.

Gdy wybije mej śmierci godzina,
pochowajcie mnie w kniei zielonej
niech nade mną zaszumi gęstwina
hymn myśliwski radości minionej…

Kiedy wiosna radosna nastanie,
niech nade mną pieśń głuszca posłyszę,
niechaj słonek miłosne chrapanie
do snu moją mogiłę kołysze…

Gdy po letnim szaleństwie zieleni
szczere złoto okryje konary,
gdy nadejdzie cudny czas jesieni
niech nade mną zagrają ogary…

Na ten głos, mej duszy tak miły
żar zakipi w sercu wystudzone, -
i ożyję, i wstanę z mogiły,
chwycę broń i polecę za gonem…

Głos znów cichnie, a wy wiecie, że właśnie w tej chwili, kimkolwiek jest nieostrożny śpiewak, płucze gardło przed podjęciem na nowo swojego recitalu.

- Simo: szepczę do łowców: To raczej zadanie do was, żeby tego wesołego kompana sprawdzić…. Może jaki znajomy Luci?

Trzymajcie się za mną, ale w zasięgu wzroku, szepce Nuadu, i zaczyna powoli przemieszczeć się w kierunku głosu.

Simo: robię to co mówi, idę za nim (albo lepiej jeszcze za Keffarem) parę metrów, ostrożnie, dając im możliwośc wykazania się sztuką cichego poruszania.

Powoli, krok za krokiem ruszyliście w stronę południową, szybko i cicho przebywając przestrzenie pomiędzy wygodnymi kryjówkami. Najpierw szedł Nuadu, pochylony, ze strzałą zakotwiczoną na cięciwie łuku, gotowy do strzału w każdym momencie. Za nim kilka metrów, również pochylony, z włócznią w zdrowej ręce przemykał Keffar wbijając wzrok w plecy towarzysza. W większej odległości od nich podnosząc poły swojego płaszcza przedzierał się Simeon.

Trwało to może trzy minuty, w końcu Nuadu podniósł dłoń do góry dając wam znak aby się zatrzymać. Sam przypadł ku ziemi na niewielkim wzniesieniu, znajdując bezpieczny punkt obserwacyjny za krzakiem o rozłożystych gałęziech. Keffar powoli, nisko przy ziemi czołgał się w stronę towarzysza. Simeon chwilę bijąc się z myślami w końcu ruszył w jego ślady robiąc nieco hałasu, ale towarzysze szybko sprowadzają go ku ziemi lokując między sobą tuż przy krzaku.

Na szczęście kolejna piosenka zabrzmiała już wcześniej pośród leśnej kniei zagłuszając skutecznie każdy hałas, który mógł uczynic Simeon. Głos zbliżał się ku waszej kryjówce, w chwilę później zaczęliście rozpoznawać już inne odgłosy i niestety konkluzje płynące z nich nie były wesołe. Prócz śpiewaka przez las szło jeszcze kilka osób. Wkrótce do odgłosów łamanych gałęzi i ciężkich kroków, dołączył zgrzyt oręża. W końcu po prawej stronie, pomiędzy drzewami ukazały się pierwsze postaci.

Na przedzie pochodu zobaczyliście zwalistego, brodatego mężczyznę z maczetą w dłoni, który od niechcenia ciął gałęzie krzewów i drzew zagradzających mu drogę. Wciśnięty w skórzaną zbroję z naszytymi na nią metalowymi kółeczkami sprawiał wrażenie, jakby miał rozsadzić ją od wewnątrz. Prócz maczety mężczyzna przy pasie miał potężny topór bojowy, z dość krótkim styliskiem, a kompletu jego ekwipunku dopełniała drewniana tarcza pomalowana na czerwono, niesiona na plecach.

Ledwo zdołaliście obejrzeć jego postać, już za nim wyłoniły się następne. Dwóch mężczyzn przeciętnej postury, ale o bardzo sprężystym kroku również musiało być wojownikami. Niższy, z niebieską chustą fantazyjnie owiązaną wokół szyi, ubrany był w czarną, skórzaną zbroję tak idealnie przylegającą do ciała, że wydawała się wręcz częścią zwykłego stroju. Przy ćwiekowanym pasie swobodnie zwisał krótki miecz i przynajmniej cztery noże do rzucania. Jego towarzysz w utwardzanej skórze jelenia wyglądał na człowieka lasu. Z włócznią w dłoniach, ogromnym nożem przy rzemiennym pasie i z łukiem przewieszonym przez plecy najczujniej rozglądał się po okolicy. Kiedy jego wzrok prześliznął się po miejscu waszego ukrycia, w momencie zabrakło wam śliny w gardle, jednak nie zauważył was, na szczęście.

Kolejnym człowiekiem był wasz śpiewak. Okazał się być niemłodym mężczyzną odzianym w zielony, płócienny strój, ściśle przylegający do wychudzonego ciała. Jedynie okrąglutki brzuch wypaczał ubranie, nadając postaci nieco komiczny wygląd. Z ramion śpiewaka zwisał futrzasty płaszcz z kołnierzem ze srebrnych lisów, który nielicho kosztowałby na dowolnym targowisku cywilizowanego świata. Kołczan ze strzałami niedbale odbijał się od uda przy każdym kroku, a długi, potężny łuk podskakiwał na plecach kiedy mężczyzna wymachując trzymanym w ręku bukłakiem, wystukiwał rytm do śpiewanej przez siebie przyśpiewki.

Trzy kolejne postaci były bardzo charakterystyczne i poznać po nich można było od razu zakonników Kościoła Ostatecznego Porządku. Dwóch młodszych, nosiło na watowanych przeszywanicach białe tuniki z symbolem swojej wiary. Potężne maczugi podskakiwały w rytm kroków przy ich bokach. Trzeci, starszy mężczyzna z potężnym, siwym wąsem, odziany był w najprawdziwszą kolczugę, a na jego szyi, na metalowym ryngrafie wyryty był symbol kościoła. Rónież on uzbrojony był w maczugę, jednak ta była bogato zdobiona i inkrustowana jakimiś kolorowymi kamieniami.

Pochód zamykał wysoki blondyn o długich, prostych włosach, w spokoju pykający fajkę na długim cybuchu. Szczególnie dzikiego wyglądu nadawał mu tribalowy tatuaż pokrywający większość jego prawego policzka. Otulony ziemistobrązowym płaszczem stawiał kroki niezwykle ostrożnie, podnosząc często twarz ku górze jakby próbował wyczuć coś zmysłem powonienia.

Cała ta swoista kompania przemaszerowała dosłownie piętnaście metrów od waszej kryjówki, nie zdając sobie wcale sprawy z waszej obecności. Dopiero kiedy was mijali, zobaczyliście co na długiej tyczce, niesie jeden z młodych zakonników. Pierw zdawało wam się, że może to być jakaś tykwa, a może torba, ale kiedy kształt odwrócił się w waszą stronę, zdaliście sobie sprawę, że patrzycie na odciętą od korpusu głowę mężczyzny. Tylko chwilę zajęło wam, aby w dzikich rysach, potężnej szczęce, szerokim i nieco spłaszczonym ku twarzy nosie, a także dredach za które powieszono głowę na tyczce, rozpoznać łeb centaura. Rozchylone wargi odsłaniają potężne pniaki zębów stwora, ale oczy litościwie zamknięte nie zdradzają sekretów śmierci jaka go spotkała. Dopiero teraz zdajecie sobie sprawę, że potężna, czarna kita włosia wisząca u pasa najstarszego z zakonników, nie może być niczym innym a ogonem zabitego stworzenia…

Nuadu odwraca głowę i pokazuje oszczędnym gestem swoim towarzyszom, by zachowali ciszę.

Grupa przechodzi obok was nie dostrzegając trzech par oczu pilnie ją śledzących i po chwili znika pośród drzew i krzewów. Coraz bardziej oddalają się od was dźwięki kroków, ciosów maczetą, brzęku oręża. W końcu pozostaje tylko oddalająca się coraz bardziej pieśń lasu.

Myśliwska ochoto,
dniu łowów szczęśliwy!
Hej, Serce jak jako złoto
ma każdy myśliwy
i duszę radosną,
jak młody gaj wiosną
i boską beztroską pogodę!…

W ostępie pachnącym
od kęp macierzanki. -
Na mszarze gorącym,
jak uścisk kochanki. -
Na leśnym moczarze
w południa pożarze
gonimy szczęśliwą Przygodę!

Pieśń głuszca wiosenna
i słonki chrapanie
nim senna, promienna
jutrzenka powstanie,
na mszarnym rozlewie
bełkoty cietrzewie -
z uśpienia nas budzą o wiośnie…

W złocistej zieleni
puszczańskich bezmiarów
pobudka jesieni -
gon wdzięczny ogarów,
co pieśnią wytryska
gdzieś hen z uroczyska, -
do marzeń kołyszą miłośnie…

Łowiecki żywiole!
Dziewicza przyrodo!
Czająca się w dole
i w górze Przygodo!
Krwi głosie prastary!
Na bory, na mszary
idziemy pieśń szczęści śpiewając.

A kiedy po latach
śmierć przyjdzie z oddali,
myśliwy w łeb śmierci
z kuszy swej wystrzeli
Strzelona tak celnie,
trafiona śmiertelnie
śmierć w ogniu zruluje – jak zając!!!

Dalekie odgłosy śpiewaka znikają już gdzieś na tyle, że przestajecie rozróżniać dalsze słowa.

- Nuadu: (jaki był kierunek marszu tej grupy? skąd dokąd wędrują?)

Grupa szła z północnego zachodu, kierują się mniej więcej w stronę Trzewii, czyli na wschód.

- O dranie – burknął cicho Keffar – co im centaur zawinił? Chętnie bym skóry przetrzepał tym świętoszkom.

Keffar: Rozumiem że tam nas jeszcze nie było, w sensie tam skąd przyszli?

Nuadu dobrze zapamiętuje twarze tej gromadki, może nas jeszcze los zetknąć, trzeba wtedy pamiętać kot zacz.

Nie było was tam jeszcze. Idziecie w stronę południowo zachodnią w stronę płaskowyżu tafli. Obecnie znajdujecie się na heksie 1703. Czekam na deklaracje co dalej.

KF: Ja to bym obadał co oni tam nawyrabiali, może jeszcze komuś można pomóc?

N – nie oddalał bym się zanadto od szlaku, jest nas tylko trzech i nie jesteśmy w najlepszej formie.

Rozumiem, że chodzi Ci o nieoddalanie się od trasy waszej marszruty, bo oczywiście w lesie nie ma żadnego szlaku. o to to. :)

KF: w sumie racja, ale koniecznie trzeba o tym powiedzieć we wsi.

N – mozemy nieco nadłożyć drogi i się rozejrzeć, ale dobrze by było wieczorem być juz w wiosce.

KF: Zastanawia mnie jedna rzecz, jest “blady świt”, nie wierzę że wędrowali całą noc więc mieli obozowisko max 2-3h z tąd, tyle chyba możemy nadłożyć.

Ruszyliście po śladach grupy w kierunku zachód północ zachód. Na szczęście zwiadowca z maczetą ułatwił wam pracę i zostawił wyrąbaną, dość widoczną ścieżkę. Po krótkim czasie zorientowaliście się, że niemal nie ma śladów krwii z obciętego łba, tylko tu i ówdzie znaleźliście krew dość wysoko na liściach drzew i krzaków, pewnie tam gdzie otarła się o nie obcięta głowa.

Po dwóch godzinach marszu las zaczyna zmieniać się i wkrótce podróżujecie już lasem iglastym, takim samym jak w okolicach Talzanii. Drzewa nadal układają się gęsto na łagodnych wzgórzach. W końcu po kolejnej godzinie docieracie do miejsca, w którym obozowali obserwowani przez was ludzie. Popioły niemal już wystygły a na ściółce leśnej wyraźnie widać miejsca, w których znajdowały się posłania. W jednym z miejsc znaleźliście plamę zakrzepłej krwii.

Jest godzina 11:30, przeszliście na hex 1603.

N – chciałbym w miare dokładnie zbadać obozowisko, poważnie sie zastanawiam, czy warto dalej podążać śladami, nie zacierają ich, więc można iść do Talzanii i ewentualnie wzmocnić się posiłkami, jutro trop powinien być na tyle świezy, żeby jeszcze dało się nim podążyć.

KF: Ja chciałbym złapać bardziej ogólne wrażenie o tych ludziach, czy sprawiają wrażenie obycia z dziczą czy to tacy bardziej amerykańscy turyści?

Przynajmniej dwóch z nich zachowywało się jakby dzicz była ich domem. To mężczyzna w skórze jelenia i ten, który śpiewał. Natomiast cała grupa to przedziwna zbieranina. Wojownicy, różnorodnie uzbrojeni, a jednocześnie niesztampowo, zawadiaccy w spojrzeniu, szli jakby świat należał do nich, nie bali się ani miejsca, ani istot, które mogli tam spotkać. Jednocześnie jak chwalili się swoim trofeum. Nieco bardziej ciekawa była trójka kapłanów, trzymających się razem, nieco bardziej zunifikowanych w strojach. Czy coś wam taka grupa ludzi przypomina?

Nuadu dokładnie przetrząsa obozowisko, ale prócz strug olszynowego drewna, resztek glinianego garnuszka po jakimś łoju i kosteczek ptaka spopielonych w ognisku, nie znajduje nic niespodziewanego. Obóz był typowym leśnym popasaniem, zorientowanym promieniście wokół paleniska, które samo w sobie nie było duże, więc wbrew pozorom, które sprawiali ci ludzie w lesie, potrafią zadbać o siebie w nocy. Świadczyć o tym mogą również ślady wydeptane przez wartownika, prowadzące wkoło palenisk.

Duża plama krwii znajduje się w pobliżu sporej jodły. Po dokładnym przyjrzeniu się jej, Nuadu stwierdza, że wbity w pień na wysokości głowy był dziryt, na którym musiała zwisać głowa centaura, zachlapując juchą miejsce pod drzewem.

Nagle jak dziki kot Nuadu odskakuje do tyłu, krzycząc ostrzeżenie! W ostatniej chwili jego wyczulony słuch zarejestrował odgłos setek małych nóżek. Wkrótce sami widzicie jak z zarośli za miejscem gdzie zgromadziła się krew, skręcając się groźnie wyskakuje z ogromną prędkością rodzaj wielkiego wija (około 2 metrów długości). Karminowo-czarne chitynowe łuski błyszczą na jego segmentach, a żuwaczki to zaciskają się to rozluźniają wydając coś na kształt syku i szczękania…

No to się doigraliście, oto mamy spotkanie i to w dodatku z czymś niezbyt pozytywnie do was nastawionym… Zostawiamy to na jakieś pół godzinki kiedyś po południu do rozegrania, czy lecimy też tutaj opisowo? :)

N – Ja bym opisowo postarał się oddalić ale nie wiem czy robal nam pozwoli :>

Robal szybki jest, jak chcesz go zniechęcić ?

N – grzmocąc toporem o topór, słyszałem, że owady nie lubią wysokich metalicznych dźwięków :>

Nuadu stojący zaledwie trzy metry od stworzenia cofiąc się cały czas, wyciąga swoje dwa toporki i zaczyna głośno walić jednym o drugi i krzyczeć starając się spłoszyć wija, jednocześnie krok za krokiem cofając się w stronę centrum obozowiska, gdzie czekają pozostali członkowie drużyny. Wygląda na to jednak, że przeciwnik nie boi się hałasu bo prze coraz śmielej do przodu, nadal skręcając i wyginając swoje elastyczne ciało. Co gorsza, z krzaków za nim wyłania się kolejny taki sam stwór, może co najwyżej o pół metra krótszy.

-W nogi – komenderuje towarzyszom Nuadu, sam próbując wycofac się coraz szybciej, jednocześnie ubezpieczając odwrót.

Simo: Zapalcie pochodnie! Ogniem je! Może się przestraszą! Jesli trzeba podpalamy krzaki na drodze ucieczki… (taki mój pomysł) – jesli trzeba to ja bym zwiał szybciej i zaczął odpalać pochodnie, niech KF i N odwrócą ich uwagę…
(A co do gości – ponieważ nie miałem takiej okazji wcześniej napisać – to może znane mi są zwyczaje panujące w mistach i dworach – dotyczące polowań? W senisie “pięknisie z miasta jadą sobie ubić biedne zwierzę”)
(PS. czy wiem coś o takich wielkich wijach jako alchemik/biolog? Czego się można spodziewać (poza trucizną :P ) i jak się przed nimi bronić? )

KF: Jako że jedną ręką to się mogę co najwyżej w rzyć podrapać, wycofuje się, pilnując żeby Simo uciekał przedemną. Jeśli bydle podpełznie zbyt blisko będę się oganiał włócznią, nadal wycofując w przesiekę.

N – Podpalajcie zarośla!!! kawałek dalej, w razie czego ucieknę przez ogień!!!

Niby nic nie chcę mówić, ale wiecie ile zajmuje zaprószenie ognia hubką i krzesiwem?

KF: Magicznie, a nie hubką :D Chyba jeszcze jakieś flaszki zostały?

Simo: Ale pochodnie chyba szybciej się zajmują? A od pochodni to można coś kombinować. Flaszek podpalających nigdy nie mieliśmy :P

Pochodnię też trzeba od czegoś odpalić, nie da się bezpośrednio podpalić w prosty sposób pochodni chyba .

Simo: A pochodnie nie są czymś nasączone, żeby się łatwiej i dłużej paliły?

KF: Nawet jak sa, to nie pala się jak zapałki, minutke-dwie to zajmuje, a tyle czasu mozemy nie miec.

Zapytaj Nuadu i Keffara, oni robili.

KF: To po cholere zes czas marnowal nad kotlem? :P

Krzesanie ognia raczej nie wchodzi w rachubę, za długo. Proszę o ostateczne deklaracje.

Simo: A co z tą moją wiedzą o wijach? Czy wiem cos co mogło by nam pomóc? Np gdzie uciekać, albo gdzie szukać schronienia? Albo co je odstrasza?

Wije z całą pewnością są uzbrojone w jad i raczej atakują znienacka, polują też raczej stadami. Bronią swojego łupu i potrafią być wtedy bardzo agresywne. Starają się szybko powalić ofiarę i pożywić na niej w większej grupie. Raczej nie znasz czegoś co by budziło w nich lęk. Z pewnością stronią od ognia, ponoć też od hałasu, ale jak widziałeś, może nie zawsze to się sprawdza. Nie znasz co prawda zwyczajów wielkich przedstawicieli tego gatunku, ale raczej wolą mieć przewagę liczebną nad ofiarą.

N – Wycofujcie się blisko siebie! ja was osłaniam! krzyknął Nuadu wodząc toporem trzymanym w lewej ręce przed pyskiem potwora, Cały czas wykonując koliste mylące ruchy, tak żeby w razie czego stwór połakomił sie na dziabnięcie ostrza trzymanego w lewej dłoni (nie wygląda na bystrego) cięższy topór trzymany w prawej przygotowany był do kontrującego ciosu.

S: Wycofuję się drąc się w niebogłosy, biorąc za pewnik to że stronią od hałasu. Być może zostawia nas jak odejdziemy dlaej i wrócą do tego co żarły w krzakach (pewnie martwego centaura :P )

N – moze tym darciem ściągnie jakiegos paskudniejszego stwora – mruczy pod nosem Nuadu – wtedy stwory wezmą sie za łby, a my się ulotnimy.

S: Tak czy siak szansa jest jakaś jak się drę niż jak się nie drę :P Jak się drę to może wyjdzie to co Nuadu sugeruje albo uciekną bo się bedą bać. A jak przyjdzie potwór i nas zeżre to i tak mała strata bo i tak już prawie marti jesteśmy :P

N – dlatego nie krytykuję, tylko mruczę :D

Nuadu, Wij ma Klasę Pancerza = 6, proszę o wykonanie ciosu twoim mocniejszym toporem i w razie trafienia podanie ilości zadanych obrażeń.

S: ALe jak tak sobie myślę, to one wcale takie wielkie nie są, dwa metry wija to pewnie co najwyżej metr nad ziemię wystaje, bo drugi musi trzymać to przy podłodze… Może jak się wszyscy trzej na jednego rzucimy to przewagą liczebną go do parteru sprowadzimy… (może drugi ucieknie…) – tak tylko myślę na przyszłość… – mogę to zakomunikować keffarowi darciem się ;) – w każdym razie jakby tylko jeden za nami popędził i nie chciał się odczepić to można spróbować…

Oczywiście masz rację, ale jeśli weźmiesz pod uwagę, że klasyczny wij ma około 15cm długości… Poza tym one są zwinne raczej a nie silne. No ale już była deklaracja więc oto co następuje:

Wydzierając się opętańczo staracie się jak najszybciej opuścić miejsce obozowania obcych, a obecnie miejsce chyba bardzo bliskie tej parze wielkich stawonogów. Nuadu kręcąc toporkiem hipnotyczne kręgi wyczekuje momentu kiedy będzie mógł udarzyć i w końcu wyraźnie widząc, że wij postanowił zaatakować, wali z całej siły toporem trzymanym w prawej ręce. Niestety topór nie trafia czysto w sam środek łba co próbował osiągnąć łowca tylko obcina jedną z długuich czułków i niemal całkowiecie schodzi po chitynowym pancerzu, aby jednak koniec końców utkwić w szparze pomiędzy segmentami. Wij, zwija się nagle w ogromnym bólu a z jego paszczy dochodzi potężny wizg.

Nuadu, masz jeszcze drugi atak, albo możesz spróbować się oderwać i uciekać korzystając z tego jakie straty zadałeś. Proszę o deklarację. Simo i Keffar, widzicie, że Nuadu dopadł jednego ze stawonogów natomiast drugi swymi wężowymi ruchami próbuje ominąć łowcę daleko po lewej stronie, ze strony gdzie stoi Keffar.

Siom: Kurde, nie mamy czegoś do żarcia, żeby mu rzucić na pożarcie? Keffar?

Nuadu – Keffara nie rzucaj, jeszcze się przyda!

Simo: Ja tylko Keffara pytałem czy ma coś przy sobie do żarcia…

CHODU!! – krzyknął Nuadu, wyrywając ostrze spomiędzy chityny – w nogi ino chyżo!!!
Keffa, uważaj na tego ze swojej strony!!!, próbujemy się oderwać!!!

Rzuciliście się w tył jak szaleni, wyciągając nogi na ile się da. Keffar i Nuadu niespokojnie patrzyli przez prawe ramię, bo drugi Wij ruszył za wami poruszając się w tych wężosplotach szybciej niż można by się spodziewać. Na szczęście jednak pierwszy poważniejsze zarośla zniechęciły go chyba do pościgu bo nagle zatrzymał się. Przez chwilę jeszcze miotał się w tamtym miejscu w koło, po czym zniknął wam z oczu. Na wszelki wypadek nie przerywaliście jednak biegu, aż w końcu Simeon zasapał się tak mocno, że musieliście się zatrzymać. Łapiąc oddech rozglądaliście się lękliwie za siebie, ale wydaje się, że naprawdę udało wam się wyjść cało z tej opresji, w jaką niechcący wdepnęliście.

No to co robimy dalej?

Simeon, co do Twojego pytania o polowania na zwierzęta, to oczywiście polowania zdarzają się często, zwłaszcza wśród tych co bardziej szlacheckich, chodzi mi oczywiście o polowania dla sportu. Również egzotyczne stworzenia w ten sposób są łapane, ale szczerze mówiąc pierwszy raz słyszałbyś o polowaniu na Centaury. Po pierwsze to mimo wszystko inteligentne stworzenia tworzące klanowe struktury plemienne, po drugie zaś, znane są jako zacięci wojownicy i bardzo silni przeciwnicy. To oczywiście wystarczyło by do tego aby ktoś chciał się z nimi zmierzyć. Ale polowania dla sportu? Nigdy z czymś takim się nie zetknąłeś.

Nuadu zasapany opiera się o drzewo, wygląda na porządnie zmęczonego biegiem.
Lewą ręke przyciska do boku i oddych bardzo ciężko.
-Trzeba nam wrócić na “szlak” i pośpieszać do Talzanii, ino kapkę odetchnąć muszę

Simo: Zdecydowanie….

- No nie mów że taka krótka przebieżka aż tak cię zmęczyła :) – Rechocze Keffar, zupełnie nie zziajany, pod nosem

Zamierzacie wrócić do miejsca, z którego tu przyszliście, czy wymierzyć nowy szlak dla was? Jeśli tak proszę o jakieś dokładniejsze deklaracje. Spojrzyjcie na mapkę hexową. Obecnie jesteście w hexie 1603 przypominam.

- Tak sobie myślę, że krócej będzie na przełaj na południe – mówi Keffar – ale jak myślicie iść znaną drogą to też nie będę oponował.

N – myślę, że jak pójdziemy na południe, to w końcu zobaczymy płaskowyż, a wtedy się już nie zgubimy :)

Simo: – Jak pójdziemy na przełaj po nieznany to możemy węcej tego tałatajstwa w chitynowych pancerzach spotkać :P

N – jak się wrócimy, to też możemy, to dzicz jest przyjacielu :)

Simo: – ale jak dla mnie to lepiej zostac napadniętym na znanym terenie niż zostac napadniętym na nieznanym… Sztuka Wojny Sun Kuna z dalekich krajów wschodniego Kataju o tym mówi.

Nuadu – Zależy z której strony na to patrzeć, ale tak poprawdzie, można by rzec, że żaden z tych terenów, nie jest dla mnie znany. Ale jestesmy w lesie, więc każdy jest dla mnie znany :)

Niebezpieczeństwo zniknęło, pojawiła się filozofia :).

Czyli co robimy? Na wprost na południe? Czy wracamy po śladach. Keffar wstępnie zagłosował za drogą na południe, ale powiedział, że nie przeszkadza mu również nadkładanie drogi.

Simo: zdaję się na nosy łowców.

No to ja sobie teraz narzucam i niedługo napiszę tu co dalej. Na południe!

W końcu stanęło na tym, aby pójść na południe, szybko zorientowaliście się, który kierunek jest właściwy i ruszyliście przed siebie. Ładgodne wzgórza niemal całkowicie przeszły w równinę, by po pewnym czasie znów zacząć piąć się ku górze. Wkrótce po odpoczynku, który przydał wam się bardzo, w końcu jesteście na nogach od wschodu słońca (krótko przed godziną 6tą) las zaczął znów być mieszany aż w końcu zamienił się w liściasty. Jeszcze tylko kolejny szczyt, kolejny gąszcz i w końcu doszliście do miejsca, o którym myśleliście. Z granicy lasu możecie obserwować szeroką doliną, której centralny punkt zajmuje Płaskowyż Tafli, rozpościerający się na południu i południowym zachodzie od was. Obserwując miejsce, w którym wyszliście z lasu, dochodzicie do wniosku, że ledwo około kilometra na południe od waszej pozycji znajduje się miejsce przy strumieniu, przy którym nocowaliście pierwszej nocy, podróżując z mieszkańcami Talzanii.

No i jesteście w dolinie Tafli, przed wami płaskowyż. Trochę zeszło wam dnia, jest już około godziny 15:30, słońce zachodzi około godziny 18, a w drodze jesteście od 6 rano. Słucham waszych dalszych deklaracji. (a ja idę uzupełniać mapki :))

Simo: Mamy dwie mozliwości: albo idziemy prosto do wioski, albo możemy odwiedzić starych przyjaciół, których zostawiliśmy przy wodnej bramie…

KF: To już lepiej wracajmy do wioski, wodną bramę zdążymy odwiedzić. Przypominam że mamy tu ze 2 miesiące posiedzieć.

Sorry! Lekka zmiana po sprawdzeniu map! Jest dopiero godzina 14:30! Było bliżej niż liczyłem.

Nuadu – ruszmy jak najszybciej do wioski, opowiemy co sie stało, a potem zadecydujemy co dalej.

Uzupełniłem wszystkie mapy w Google Docsach! Również dużą heksową, ale poza tym możecie już zobaczyć na pojedynczych heksach, co gdzie było. Zachęcam!

Nie zwlekając już więc ani chwili ruszyliście ku południowemu zachodowi, aby ominąć płaskowyż tafli z zachodniej strony, tak jak robiliście to w towarzystwie łowców z Talzanii, kiedy podróżowaliście tędy po raz pierwszy. Na równinie tępo wzrosło z czego cieszyliście się jednak tylko przez chwilę, bo to co działo się na niebie, nie wróżyło nic dobrego. Po raz pierwszy od kilku dni wzmógł się wiatr, który przygnał nieładnie wyglądające, szare chmury. Wkrótce zrobiło się szaro, a temperatura spadła na tyle, że gdyby nie intensywny marsza, mogło by wam się zrobić chłodno.

Płaskowyż Tafli zostawał po waszej lewej ręce, być może serce mocniej wam zabiło kiedy zobaczyliście cień, niegdysiejszej Powietrznej Bramy, którą wskazał wam Simeon, choć i on miał mały problem z odnalezieniem jej, bo widział ją jeszcze zanim została zawalona przez krasnoludzkiego inżyniera. Brama wznosi się około 100, może 150 metrów ponad poziomem ziemi, na ścianie płaskowyżu, a ku niej prowadzi nieszeroka droga, wydeptana stopami jej dawnych mieszkańców.

Zanim dotarliście do ściany lasu na południu mocny wiatr zaczął targać waszymi ubraniami i zaczęło padać, ale ledwo 10 minut później po drobnym deszczu już nie było śladu. Zrobiło się troszkę jaśniej i cieplej.

Stoicie na granicy lasu, w którym znajduje się Talzania, przed wami jeszcze niewiele mniej niż 10 kilometrów marszu przez las. Jest godzina 16:50. Stoicie na granicy hexu 1504. Proszę o deklaracje.

Simo: Myślę, że spokojnie powinniśmy zdąrzyć na 20:30 do Talzanii… to i nawet jakąś kolację się zahaczy.

Po 18 będzie już ciemno w polu (jeszcze przyniosło zachmurzenie), w lesie będzie wcześniej, będziecie szli przy pochodni zapewne, więc zdecydowanie wolniej.

Jakieś deklaracje?

Nuadu – możemy spokojnie spróbować przejść jak największy kawałek w stronę wsi.
rozbić się w lesie zawsze zdążymy, a może kogoś spotkamy.

Simo: (Czy aby na pewno jestes pewien że chcesz spotykać kogoś z nowej tabelki spotkań MG PO CIEMKU i W LESIE? :D:D ;-) )

Wiedziałem że spodobają wam się moje nowe tabelki. No ale szczerze, sami chcieliście i zagłosowaliście za tym w ankiecie :)

Simo: Eeeee? Jakiej ankiecie?

W ankiecie na Facebooku gdzie odpowiedzieliście, że chcecie więcej fantasy, magii i niespodziwanego. No to macie :).

Okey! Udało mi się ogarnąć kalendarz (oczywiście udostępniony w GoogleDocs), a to wszystko wina Robsona. Wpisałem tam już orientacyjne pory wschodów i zachodów słońca na Rocranon. Nieco abstrakcyjnie, ale na nasze potrzeby aż za dość. Tak czy inaczej wynika z tego, że zachodu słońca tego dnia, nie należy się spodziewać wcześniej niż o 19:15. Good for you!

Chcielibyście dzisiejszą noc spędzić już w swoich własnych łóżkach, w chacie w Talzanii, dlatego nie zważając na pogarszającą się pogodę i zbliżający się zmierzch, dokonujecie jeszcze ostatniego wysiłku, porzucacie myśl o nocnym obozowaniu pod chmurami i ruszacie przez las do osady. Szarość, która zapadła w lesie utrudniała nieco marsz, ale nie na tyle, abyście się tym przejmowali, za to niebo straszące deszczem było już mniej przyjazne. Na szczęście skończyło się na straszeniu i piętnastominutowej, siępiącej mżawce.

W pewnym momencie nie było już szans poruszać się dalej bez źródła światła, dlatego zapaliliście pochodnię i w jej pełgającym świetle szukaliście znaków charakterystycznych, które doprowadziły by was do celu. Tempo podróży spadło, a Simeona raz po raz zaczęły dręczyć niepewności, czy aby na pewno idą w dobry kierunku. A to miejsce wydawało mu się nieznajome, a to jakiś boczny zakątek wydawał się być tym właściwym, ale obaj łowcy bez zawachania prowadzili w głąb lasu.

Pochodnia już prawie zaczynała wygasać kiedy zostaliście obwołani, a z lasu wychynęły dwie postaci uzbrojone w łuki. Poznaliście łowczych z Talzanii. Byliście w domu!

Jesteście w Talzanii, proszę o odpisanie jednej pochodni z ekwipunku i złota, które użył Simeon w Trzewiach o ile jeszcze tego nie zrobiliście.


CDN Nastąpi!

View
Skrzydła Rocranon cz.22 - Biały świt

Udział wzięli: Keffar, Nuadu, Simeon

Nic tu po nich – zrozumieli, czas było pomyśleć o żyjących, rannych. Ostatnim zabiegiem w podziemnym warsztacie było przywrócenie maty zasłaniającej ukryte przejście do wnętrza kompleksu. Tym zadaniem zajął się Nuadu, kiedy reszta szykowała grupę do wyruszenia w drogę. W śniegu, który zalegał już do połowy ud, ścieżkę torować miał Ignoc, ciągnąc jednocześnie, przygotowane z barłogów nosze z rannym elfem. Niestety śnieg wydawał się nie zamierzać padać i droga mogła stać się większym wyzwaniem niż można było uważać.

Bohaterowie prowadzą szybką inwentaryzację drużynowego ekwipunku. Simeon zdumiony pewnymi odkryciami:
- Ale osiem porcji leku na biegunkę?! Skąd wy to wzięliście?
Nuadu: – To są wstydliwe rzeczy, nie wszystko może być opowiedziane.

W tych warunkach zmierzch zapadł niezwykle szybko. Nuadu na szczęście znalazł miejsce gdzie można było w miarę bezpiecznie obozować. Cudem zdobyte drewno i rozpalone ognisko dawało nie tylko ciepło ale i odrobinę bezpieczeństwa o czym mogli się wszyscy przekonać tej nocy, kiedy gdzieś w ciemnościach rozległy się potępieńcze wycia i wizg jakiejś niesamowitej istoty. Dopiero rano okazało się, że tuż pod nosem bohaterów doszło do jakiegoś polowania, a po ilości znalezionej krwii można było sądzić, że jedna ze stron nie wyniosła ze starcia swego życia.

Nie było czasu sprawdzać kim były stworzenia, śnieg wciąż padał i wkrótce okazało się, że marsz jest coraz wolniejszy. Wielkie zaspy śniegu, przemoczone i ciężkie płaszcze, wysiłek jaki trzeba było włożyć w przemieszczanie się zmusiły do zmiany planów. Luca zaproponował aby pójść na północ, w stronę wybrzeża zamiast poruszania się po najprostszej linii ku Trzewiom. W ten sposób łatwiej im będzie trafić do osady i nie zgubić się gdzieś w tym zimowym pejzażu, a dodatkowo może plaża będzie mniej ośnieżona? Tak trzeba było zrobić, wszyscy uznali to za pewnik.

Zanim przyszło po raz kolejny popasać, drużyna dotarła do morza, które miało tę samą stalową barwę co niebo i tylko niespokojne fale wyraźnie kreśliły granicę między niebem i ziemią. Na plaży rzeczywiście było łatwiej iść, tyle że potężny wiatr od morza targał wściekle ich ubraniami i przenikał je wdzierając się aż do środka ciał, do samych kości. Noc przyniosła jedynie namiastkę potrzebnego odpoczynku, jednak nikt nie tracił ducha. Morhile otulony kocami wydawał się dzielnie znosić niedogodności mimo swojego poważnego stanu, ale i Keffar nie narzekał ani przez chwilę, choć ręka nie dawała mu wytchnienia. Najsłabiej radził sobie Luca, któego wiek nie nadawał się już na takie przygody, ale dzięki losowi Ignoc dzielnie niósł go, bez żadnej skargi na swoim grzbiecie.

Trzeci dzień miał być ostatnim, już krótko po południu drużyna powinna dotrzeć do Trzewii. Los miał jednak inne plany tego dnia i dał temu wyraz w wyjątkowo paskudny sposób. Kiedy grupa ruszyła zaraz po śniadaniu w drogę, okazało się, że nieustające od kilku dni opady to nie wszystko na co stać naturę i nagle wkoło rozpętała się prawdziwa, szalona zamieć. Nuadu namawiał aby zebrać resztki sił i przebić się przez nią, do Trzewii nie było już tak daleko, ale reszta wyraźnie uważała to za fatalny pomysł. Nagłą pomocą dla bohaterów stało się niewielkie urwisko osłaniające od śniegu i wiatru, w któym udało się przeczekać kilka najtrudniejszych godzin, a kiedy najgorsze minęło ruszyć dalej. Poziom śniegu był już tak wysoki, że Nuadu podjął się skazanej na przegraną misji torowania drogi w zaspach. Zostawił w nich mnóstwo sił i zdrowia.

Wcześniejsze plany przewidywały małe zboczenie z trasy i odwiedzenie chaty Dahoma Żaglownika, aby zostawić tam rannego elfa, ale stało się jasne, że trzeba zrezygnować z tak ryzykownego w tych warunkach pomysłu. Szczęście w nieszczęściu drużyna dociera do osady solidnie po zmierzchu, a na ulicach z powodu fatalnych warunków nie spotykają nikogo. Wszyscy zatrzymują się u Maryny, tym razem wynajmując pokój, aby uniknąć potencjalnych, wścibskich oczu.

Kiedy minęło bezpośrednie zagrożenie, wróciły rubaszne rozmowy.
Nuady: – Wyciągam onuce z butów, rozchodzi się zapewne ten specyficzny zapach.
Keffar z rozrzewnieniem: – Onuce dziadka śmierdziały jak najpyszniejszy ser.
Nuadu: Taaa. Wyciągam onuce i od razu przychodzi głód.
Simo wciągając powietrze: – Mi to wygląda, że to musiał być jakiś Cheddar.
Nuadu: – Hmm, nie znam tej nacji.

O poranku okazuje się, że śnieg w końcu przestaje padać i pogoda zaczyna się stabilizować. Trzewia, również sparaliżowane nagłym nawrotem zimy, zaczynają odżywać. Jest mnóstwo spraw do załatwienia i bohaterowie zabierają się za nie, jedna po drugiej. Do Dahoma zostaje wysłany zaufany umyślny z informacją o potrzebie pomocy z rannym elfem, jeszcze tego samego wieczoru obaj synowie Żaglownika zjawią się saniami i zabiorą ze sobą Morhilea.

Krótkie targi z Zyvaltem prowadzą do upłynnienia części znaleziska z podziemi, tak że bohaterowie mogą wręczyć Luce jego część łupów. Traper uszczęśliwiony całkiem pokaźnym zyskiem zapowiada, że znaleźć go teraz będzie można w domu niejakiej Yenomy, miejscowej profesjonalistki, trudniącej się najstarszym zawodem świata, choć ponoć to nie jedyny jej talent.

Bohaterowie powątpiewają nieco w możliwości Luci do cieszenia się obecnością Yenomy.
Luca: – Nie martwcie się nic! Yenoma ma swoje metody i zioła…
Simo: – O! Kolejna osoba, od której będzie można kupić zioła!
MG: – Tak i będziesz po nich stał na baczność.
Simo: – Oj tam, będzie można z nich zrobić napój twardości!
Keffar: – To lepiej zrób to w maści! Żeby można było stosować miejscowo gdzie trzeba.

Tego wieczora, wkrótce po wizycie synów Dahoma, bohaterowie toczą niezwykle ciekawą rozmowę z dwoma miejscowymi rybakami. Oprócz informacji o tym, że za sztormy i dziką pogodę ostatnich dni odpowiada morska demonica Cosha i jej małżonek Coar, mówią również o niezwykłych odwiedzinach w Trzewiach. Podczas nieobecności drużyny wieś odwiedził krasnolud. Niektórzy mieszkańcy po raz pierwszy w swoim życiu widzieli przedstawiciela tej rasy na własne oczy. Niby zwykłe niezwykłe, ale kiedy pada imię gościa – Heingrim, przed oczami bohaterów staje tajemniczy inżynier z labiryntów Płaskowyżu Tafli, który zniknął w niezwykle tajemniczych okolicznościach.

Opis krasnoluda i dopytywanie prowadzą do wniosku, że z wielkim prawdopodobieństwem był to ten sam właśnie osobnik. Heingrim wypytywał ponoć miejscowych o kamienie ze starożytnym pismem i chodził oglądać drzewo wisielców, a potem nagle zniknął. Zostawił nawet u miejscowego rzemieślnika, Ethronda cybuch od swojej fajki, który ten mu naprawiał. Prócz tego bohaterowie dowiadują się, że najbardziej szanowaną osobą Trzewii, z powodu jej wieku i wiedzy jest niejaki Fallkalp.

Kolejnego dnia na niebo nad Rocranon wraca słońce, a śnieg bardzo szybko zaczyna topnieć i spływać ścieżkami do morza. Nuadu i Keffar nie pamiętają już przykrego swędzenia po “oparzeniach” jakie pozostały im po walce z podziemnymi grzybami, ale ręka Simeona wygląda bardzo źle i alchemik zaczyna się poważnie o nią martwić. Wizyta u Yapvena dość szybko tłumaczy całą sytuację. Rzeczywiście proces gnilny jest właściwy ranom zadanym przez te znane przez zielarza grzyby. Na szczęście jest łatwy do leczenia, stąd zaopatrzony w odpowiednią maść Simeon przystępuje do kuracji. Gorzej ma się sprawa z ręką Keffara. Złamana ręka potrzebuje kilku tygodni na zrośnięcie się, nie powinna być w tym czasie obciążana. Bohaterowie postanawiają skorzystać z tego, że posiadają chatę na własność w Talzanii i odpocząć tam przed podjęciem kolejnych wypraw. Przygoda kończy się kiedy ruszają w stronę leśnej wsi.

  • * *

Moi drodzy, bardzo przepraszam, ze tak długo musieliście czekać na ten raport. Po ostatniej sesji zarządziłem koniec pierwszego sezonu naszej kampanii i przerwę. Nie do końca wszystko dobrze pamiętam co się działo, więc jeśli macie jakieś uwagi, proszę podzielcie się nimi, poprawię miejsca, w których mogłem się mylić. Czeka nas jeszcze epilog do tej przygody, ale już dziś możecie pisać mniej więcej co wasze postaci chciały by robić w okresie przymusowego odpoczynku. Na dniach oczekujcie następnej notki.

View
Skrzydła Rocranon cz.21 i pół - Epilog

Nuadu

Nuadu nasłuchiwał chwilę zanim ponownie zanurzył się w wilgotną ciemność podziemi. Większość ekwipunku zostawił swoim towarzyszom, aby zachować maksymalną swobodę ruchu, wziął jednak ze sobą pochodnię. Co prawda w kuźni było stosunkowo jasno, ale zanim tam dotrze musi przemierzyć ciemne korytarze.

Im bliżej był miejsca, w którym tak fatalnie zaatakowany został Finor, tym mocniej czuł niepokój. Jego oddech stał się niespokojny i w przejmującej ciszy mrocznych korytarzy wydawało mu się, że słychać go na mile. Przystanął na chwilę, przymknął oczy i uspokoił swój organizm, tak jak uczył go jego ojciec w czasie polowań. Ruszył dalej.

Kiedy zobaczył przed sobą pomarańczowy blask płynący od strony kuźni, odłożył pochodnię, korzystając z jednej z dziur w ścianie, jakby była specjalnie przygotowanym koszem. Sięgnął po łuk i nałożył strzałę na cięciwę. Nie da się zaskoczyć.

Dotarł do schodów i już chciał postawić na nim stopę, kiedy zmienił zdanie. Powoli i bez dźwięku schował strzałę do kołczanu i odłożył łuk. Schylił się do przodu i obie dlonie położył płasko na zimnym kamieniu korytarza, nogi powoli wysunał do tyłu i tak legł w końcu płasko. Unosząc się na łokciach i palcach stóp począł się czołgać w kierunku schodków. Wysunął delikatnie głowę zza rogu i spojrzał w stronę komnaty.

Z tej pozycji nie widział misy, ani nawet ciała swojego towarzysza, leżącego tuż przed nią, ale jego wzrok sięgał niemal aż do dwóch kowadeł, ustawionych pośrodku komnaty. Pomiędzy kowadłami dostrzegł nogi tego stworzenia, które powstało z lawy i wylazło z misy aby siać zniszczenie. Przez chwilę zastygł, wpatrzony w to miejsce zastanawiając się na co w ogóle patrzy, w końcu doszedł do wniosku, że istota stoi nieruchomo, plecami do niego, pomiędzy dwoma kowadłami.

Przełamując opór przesunął się jeszcze do przodu i przenosząc ciężar ciała na obie dłonie zsunął się tułowiem w dół. W końcu mógł zobaczyć więcej. Istota zbudowana z wystygniętej, czarnej lawy, poprzecinana płomiennie czerwonymi pęknięciami, w których gorał i wił się płynny ogień, stała z dłońmi zanurzonymi w wypalonym dawno palenisku, stojącym tuż za kowadłami. Nie była wysoka, może nieco ponad półtora metra, ale szerokie plecy i muskularne nogi dodawały jej powagi i wrażenia siły.

W końcu Nuadu przesunął wzrok na leżący nieco dalej, dziwnie skręcony stos ubrań, które jeszcze niedawno były jego towarzyszem. Finor nie poruszał się, na posadzce w okolicach miejsca gdzie powinna być jego głowa swoją lepką obecność zaznaczała kałuża… właściwie nie do końca wiadomo czego. Czarna błyszcząca powierzchnia mogła być równie dobrze krwią, co smołą, lawą. Nie sposób było określić.

Jeszcze dziesięć minut Nuadu pozostawał w niewygodnej dla siebie pozycji obserwując wnętrze, w którym nic się nie zmieniło. Nikt nie ruszył się nawet na centymetr, nikt nie dał znaku życia. W końcu po cichu wycofał się i wrócił do reszty, nieco zaniepokojonych jego przedłużającą się nieobecnością, towarzyszy.

View
Skrzydła Rocranon cz.21 - Ogniu krocz za mną

Udział wzięli: Finor, Keffar, Nuadu, Simo

Resztę dnia zajęły czynności obozowe i studiowanie odnalezionej w loszku księgi. Na szczeście elf zdawał się zdrowieć po kuracji zadanej przez Simeona. Nawet alchemik wydawał się być nieco tym faktem zdziwiony. Wieczorem udało się nawet nawiązać pierwszy kontakt, ale tylko na tyle, aby dowiedzieć się, że elf nazywa się Morhile. Tłumaczem był Nuadu, choć nie była to prosta sztuka, bo dialekt elfów z Rocranon, różni się od tego, którego sam się niegdyś uczył.

Niestety złe wieści przyszły z wieczorem, pogoda zaczęła się załamywać. Temperatura szybko spadała w dół, zaczął padać deszcz, który wktóce przerodził się w śnieg z deszczem i w końcu w gęsty śnieg. W środku nocy postanowiono przenieść cały obóz, razem z rannym elfem i mułem Ignocem, do pierwszej komnatki w podziemiach. Całą operacja potrwała przeszło godzinę, ale wkrótce pomieszczeniu wyłożonym wiklinowymi, ściennymi matami zrobiło się ciepło i przyjemnie.

Kiedy przed świtem na polowanie wyszedł Nuadu, śnieg leżał już do wysokości połowy łydek i ciągle padało. Nie udało się złowić nic na śniadanie, więc trzeba było zadowolić się zapasami. Tymczasem elf nieco bardziej przytomny opowiedział w bardzo krótkich słowach, jak stał się więźniem podziemi. Został ranny strzałą i znalazł wejście do kompleksu, a kiedy się ocknął drzwi nie udawało się już otworzyć, czemu z pewnością winna była woda, która zalała pomieszczenie. W ten sposób znaleźli go bohaterowie.

Przegląd ran i otarć budził zadowolenia, wszystko ładnie się goiło i nie powinno stanowić większego problemu czy zagrożenia. Tylko Simeon z niepewnością patrzył na własną dłoń w miejscu gdzie smagnęła ją macka fioletowego grzyba. Pręgi, które u innych zaczęły już powoli blednąć, u niego nabierały niepokojącej, fioletowej barwy. Rana nie bolała i jeszcze nie było powodu do paniki, ale też z pewnością nie było się z czego cieszyć.

Nie można było już dalej odsuwać penetracji loszku, zwłaszcza że drużyna, nieco wbrew swoim planom znalazła się w jego środku. Po cichu i szybko zbadano wcześniej eksplorowane komnaty, chcąc się upewnić, że nie pojawiło się w nich nic nowego, potem swoje kroki poszukiwacze skierowali ku miejscu gdzie poprzedniego dnia podpalili wojujące z nimi grzyby. Nim dotarli do tego miejsca po raz kolejny stanęli oko w oko z tymi wielkimi, wściekłymi szczurami, które tak dotkliwie pokąsały Keffara. Tym razem obyło się bez poważniejszych obrażeń, ale nie uniknięto ich całkiem i Nuadu przeklinał gryzonia, który dobrał się do jego nóg.

Po grzybach nie zostało wiele śladów, niestety ogień, który rozniecili bohaterowie objął też część ścian, skrzyń i beczek, które znajdowały się w komnacie, która niegdyś musiała być magazynkiem. Oglądanie ścian nie przyniosło żadnych rezultatów, ale w skrzyniach, prócz narzędzi znaleziono jakieś drobne monety, które z pewnością zostały wykute na długo przed urodzeniem bohaterów. Przyszedł czas na spenetrowanie dalszej części loszku.

W korytarzu, w którym bohaterowie już dwukrotnie natrafili na żarłoczne szczury odkryte zostały nory, z których te stworzenia musiały wychodzić. Przy niewielkim wysiłku postanowiono je zapchać i zobaczyć, czy to pomoże zabezpieczyć się przed kolejnymi atakami. Skrzyżowanie naturalnych korytarzy pozwalało na wybranie dwóch dróg. Z jednej z nich wyraźnie biło ciepło i lekko opalizująca poświata, tę postanowiono zostawić na później. Drużyna ruszyła w przeciwnym kierunku.

Pierwszym znaleziskiem, które podniosło gotowość awanturników były ciała kolejnych dwóch nieszczęśników, pozostawione tu po ich nagłej śmierci. Ciała to za dużo powiedziane, były to powiem wysuszone szkielety, zawinięte w pozostałości swoich ubrań. Drobne monety, pas z narzędziami, to wszystko co można było przy nich znaleźć. Kiedy korytarz zagrodziły solidne drewniane drzwii, w drużynie zapanował nastrój podniecenia. Czy już za nimi odkryją jakąś tajemnicę? A może niebezpieczeństwo?

Za drzwiami, które otworzyły się z żałosną skargą dawno nieoliwionych zawiasów był jednak korytarz o kamiennych ścianach i podłodze, kolejne ciała i cała ściana drewnianych tabliczek, jak z galerii myśliwskich trofeów. Różnicą było to, że były mniejsze i pozbawionego tego, czym szczycili się ich właściciele. Kolejne drzwi prowadziły do ostatniego pomieszczenia w tym korytarzu, pracowni jubilerów-kamieniarzy. Solidne stoły, częściowo wyposażone w narzędzia i materiały do delikatnej pracy, kawałek dawno wykonywanej biżuterii, kilka kamyków półszlachetnych. Nic bardzo cennego na pierwszy rzut oka.

Nie pozostało nic innego jak wrócić do korytarza, z którego na podziemny kompleks promieniowało ciepło. Zaglębiając się w niego robiło się coraz cieplej, aż w końcu temperatura wzrosła do blisko 30 stopni a przed bohaterami pojawiły się schody, prowadzące łagodnie w dół. W szyku ubezpieczającym awanturnicy zeszli na dół, wprost do komnaty w kształcie z grubsza przypominającej podkowę, która zdecydowanie była kuźnią-pracownią. Spore palenisko na środku pomieszczenia, dwa średniej wielkości kowadła, mnóstwo stołów – blatów i porozrzucanych narzędzi, oraz kolejne ciała, które nosiły ślady gwałtu, jakie zadano niegdyś ich właścicielom.

Przede wszystkim jednak w oczy rzucała się spora, kamienna misa znajdująca się w końcu komnaty. To z niej dobywało się pomarańczowe światło, zapach zwęglonego drewna i ciepło. Po niepewnym zlustrowaniu tego miejsca, nogi w końcu oderwały się od podłoża i drużyna powoli zaczęła wchodzić do wnętrza komnaty. NIe uszli jednak nawet kilku kroków, kiedy z kamiennej misy wzniosły się w powietrze trzy jasno błyszczące świetliki. Komenda “wycofać się!” padła niemal natychmiast i wszyscy zaczęli cofać się rakiem w stronę drzwi, Ubezpieczani przez zasłoniętego tarczą Keffara. Kiedy małe, latające śiatełka zbliżyły się, można było odkryć, że są to jakiegoś rodzaju owady, “płonące” w jakiś nienaturalny sposób żarem, który wkrótce okazał się być diablo bolesny jak na takie małe stworzonka.

Pierwszy z owadów zaplątał się gdzieś pod brodą Keffara powodując ból jak przy dotknięciu rozgrzanym żelazem. Rozpaczliwie machającego rękoma łowcę dopadł jeszcze jeden taki owad powodując kolejny wybuch bólu. Trzeciego już przezornie udało się rozgnieść tarczą o ścianę. Pozostawił na metalu dymny, węglowy ślad. Drużyna postanowiła się wycofać do obozu i przemyśleć dalszą strategię działania.

Te trzy maleńkie owady napędziły nieco strachu awanturnikom. A co jeśli jest ich tam setki w tej kamiennej misie? Przed taką ilością, nie tak łatwo będzie uciekać. Zaczęto się zastanawiać czy pomoże polewanie wodą, czy wyrwa w ścianie, którą się tutaj bohaterowie dostali nie będzie problemem w przypadku potrzeby szybkiej ewakuacji, zwłaszcza z mułem i rannym elfem? Postanowiono ze starych barłogów zrobić nosze dla rannego, a Keffar zadeklarował, że czas sprawdzić, czy metalowe drzwi odnalezione w loszku nie są przypadkiem oryginalnym wyjściem z kompleksu.

Planowanie jak sobie poradzić z płonącymi owadami, może użyć ratunkowych wiader z wodą?
Keffar: No! Będę biegł a magowie będą czekali z wodą do polewania!
Nuadu: Polewajcie mnie, polewajcie!

Kiedy Keffar wyszedł na zewnątrz, okazało się, że śnieg sięga już powyżej kolan i w zadynce nie widać dalej niż na kilka metrów.. Mniej więcej wyobraził sobie w którym miejscu zbocza powinno być wejście, którego szuka i wymacując drogę włócznią ruszył po pochyłości. Niestaty okazało się, że wąski korytarzyk, który prowadził do wrót przed laty zarósł straszliwie krzewami i drzewkami, a na nich osiadł padający śnieg. Kiedy włócznia Keffara zatrzymała się na czymś twardym, nie mógł wiedzieć, że to korzeń krzaka, niestety jego stopa stanęła na fragmencie zieleni, która nie mogłą go unieść i nagle poczuł jak ziemia usuwa mu się spod stóp i leci na łeb na szyję w dół. Odruchowo zasłonił prawą ręką głowę i kiedy jego ciało zetknęło się z ziemią usłyszał bardzo nieprzyjemny trzask.

Tymczasem reszta drużyny nieco zaniepokojona dłuższą nieobecnością łowcy postanowiła go poszukać i dowiedzieć się jakie czyni postępy. Wkrótce zamiast tego usłyszeli jego błagalny krzyk i wydobyli go z jamy w którą wpadł. Ręka była złamana bez dwóch zdań. Nieco znieczulony wódką pozwolił Simeonowi nastawić sobie rękę i unieruchomić ją w temblaku. Tym samym drużyna straciła dużo ze swojego potencjału obronnego.

Śnieg sypał coraz mocniej i nie wyglądało, żeby miał zamiar przestać, dwóch rannych cierpiało ból i potrzebowało innych warunków do zdrowienia niż wilgotny, zimny loszek. Czas było podjąć decyzję. Ostatnia próba zajrzenia do komnaty z kamienną misą pełną żar-owadów. Nuadu powstrzymał przed wejściem do środka swoich towarzyszy i sam niezwykle ostrożnie i po cichu zakradł się do środka. Chwila wstrzymywania powietrza i okazało się, że nic się nie dzieje. Nie ma więcej owadów, w komnacie panuje niezmącona niczym cisza. Ostrożnie, trzymając się od misy przynajmniej dwa metry Nuadi zaczął oglądać wnętrze. Przyjrzał się szkieletom zabitych, narzędziom, udało mu się nawet odnaleźć trochę biżuterii i kamyków jubilerskich. Już miał wychodzić kiedy…

… Z przerażeniem zobaczył, że do misy podchodzi, wiedziony ciekawością uczonego Finor. Z początku nic się nie stało. Finor stanął nad wypełnionym lawą pojemnikiem i zaczął podziwiać symbole wyryte po jej wewnętrznej stronie. Lawa, która delikatnie falowała w oparach gorąca nagle jakby poruszyła się i zaczęła falować. Finor z zafascynowaniem wpatrywał się jak z czarnych i czerwonych smug twozy się twarz o twardo ciosanych rysach, szerokich nozdrzach nosa, potężnym podbródku. Twarz otworzyła swoje płomienne oczy i rzygnęła prosto w Finora gorącą jak samo piekło lawą. Mag ryknął krótko i przerażająco i upadł u podstawy misy.

W tym momencie Simeon już biegł w stronę wyjścia z kompleksu, podnosząc poły swojego płaszcza tak aby nie zaplątać się w nie. “W nogi!” wrzeszczał Nuadu i za Simeonem rzucił się do ucieczki Keffar. Nuadu przesadzał po dwa schodki wybiegając z komnaty. Na szczycie schodów odwrócił się jeszcze tylko aby sprawdzić, czy Finor nie daje śladów życia. Ale zobaczył tylko jego bezwiednie leżące zwłoki i lewitującą nad nimi niewysoką, humanoidalną postać zbudowaną z poczerniałej lawy poprzecinanej pasami rozżażonej czerwoności. W obozie w minutę zapakowano wszystko co mieli bohaterowie i cała gromada wyszła w śnieg.

Stanęli gotowi do walki wpatrując się w ciemne wyjście z podziemi i czekając. Czy coś stamtąd wyjdzie? Co to będzie? Czy dadzą temu radę? Czy choć uda im się uciec?

Minęło piętnaście minut kompletnego bezruchu…


Ech, drużyna w rozsypce. Mało znów nas ostatnio bywało, a tu jeszcze straty takie jak te! Ileż to razy Finor zaklęciem ratował drużynę, teraz jego ciekawość i potrzeba zrozumienia świata przyprowadziły go do śmierci.

Nuadu po sesji zadeklarował, że będzie chciał zajrzeć jeszcze raz do środka. Czy to nadal aktualne? Mamy dwa dni na ogarnięcie epilogu i zadecydowanie co dalej.

View
Skrzydła Rocranon cz.20 i pół - czyli epilog

Leczenie

Po wyjściu z podziemi w obozie zastaliście dość zastanawiającą scenkę. Oto nad rannym elfem pochylał się Luca i choć w pierwszym momencie chcieliście biec rannemu nieszczęśnikowi na pomoc, w chwilę później zobaczyliście, że z menażki traper wlewa wodę w usta waszego pacjenta, podtrzymując mu głowę tak aby się nie zadławił.

Elf odzyskał ponoć przytomność i poprosił o wodę. Wkrótce jednak zmęczenie przemogło go i zasnął ponownie. Od tego momentu jednak co pewien czas, już w waszej obecności, podnosił powieki, jednak brakło mu sił aby cokolwiek powiedzieć. Szybko zapadał z powrotem w sen. Wygląda na to, że idzie z nim ku lepszemu, a może to tylko przypadek? Gorączka nadal się utrzymuje, ale nie jest już taka wysoka jak wcześniej.

Keffar został poważnie pokąsany przez szczury i jego łydka odczuła to prawie równie mocno co nogawka jego spodni. Oczyszczenie ranek i zaopatrzenie ich zajęło chwilę czasu, zużyło również jedną porcję ziół, ale pozwala to zaleczyć K3 obrażeń (Robson proszę o przekazanie Keffarowi wyniku twojego rzutu w tej sprawie).

Gorzej sprawa się miała z obrażeniami, które zadały wam grzyby. Po zdjęciu części odzieży, zauważyliście na ciele coś na ślad pręg, zaczerwienione smugi, które zaczynają dość nieprzyjemnie swędzieć, zwłaszcza jak tylko zaczęliście jej drapać, kiedy okazało się, że tam są. Po dokładniejszym przyglądnięciu się odzieży, zauważyliście, że jest pokryta częściowo nieprzyjemnie pachnącym śluzem w miejscach odpowiadających waszym ranom. Widać to on, a nie samo uderzenie było powodem waszych obrażeń.

Niestety Simeon nie ma wam nic wesołego do powiedzenia. Uważa on, że śluz może powodować jakieś zakażenia, albo nawet procesy gnilne. Czym prędzej zabrał się więc do przygotowywania maści, które być może pomogą nieco w waszym stanie (kolejne trzy porcje ziół proszę odjąć). Już teraz wiem, że Keffarowi i Nuadu powiodły się rzuty na truciznę, czekam jeszcze na rzut Simeona (Finor nie został trafiony przez fioletowe grzyby). Tym, którym rzut wyszedł obrażenia będą schodzić w tempie 1 na dzień (3 na dzień jeśli będą odpoczywać) i nie da się bardziej tego przyspieszyć. Jeśli Simeonowi nieszczęśliwie rzut nie wyjdzie, napiszę co z tym dalej. Tymczasem macie takich obrażeń do wyleczenia: Nuadu: 1, Simeon: 1, Keffar: 5.

Księga

Stara księga, którą znaleźliście zagrzebaną w błocie w podziemiach przeżyła już swoje, ma posklejane karty i jest poważnie zabrudzona. Oprawiona w drewniane okładki, z resztką tkaniny na niej, która nie zdążyła zgnić i odpaść. Na przedniej okładce odbity jest jakiś ledwo widoczny znak (patrzcie obok).

Księga wypełniona jest tym samym, równym i zamaszystym charakterem odręcznego pisma, w całości napisana w języku argadyjskim wspólnym. Większość wpisów jest podobnej struktury, nie wszystkie są czytelne. Wiele stron nie uda się uratować, na niektórych czas dokonał zniszczenia uniemożliwiającego odcyfrowanie zapisów. Aby mniej więcej zrozumieć charakter notatek, kilka przykładowych wpisów poniżej.

17 dzień porządków

Nowy kapitan, Aloval z Groth. Polecony przez Dzikiego Omaryego z “Pienistego Grzywacza”. Duży potencjał na przyszłość.

opal tygrysi 12mm
perła biała 6mm, 9mm, 7mm, 8mm, 9mm, 7mm
szmaragd 5mm, 12mm
azuryt 10mm, 12mm, 13mm
chalcedon 11mm, 4mm, 7mm
koral 14mm, 10mm, 7mm…………… itd
200 Złotych Bram, 1271 Srebrnych Kłów

10 dzień siewów

Niegroźny pożar w pracowni. Jeden czeladnik ranny, jeden postradał rozum na widok Tekirita. Odpoczywa, mam nadzieję, że wróci do siebie. Sytuacja opanowana, ale niepokoję się, że zdarzają się coraz częstsze incydenty. Potrzebna asysta Lorda Elementalów. Zgłosić.

25 dzień zaśnienia

Wyjeżdżamy ku Targowisku Cyrkowców z samego rana. Śnieg trzeba odsypywać co kilka godzin, rzekę skuł lód. Wyjazd w tym momencie to ostatnia rzecz o której marzę. Byle szybko wrócić. Kupcy będą czekać na nas.

kolia złota z topazami
diadem złoty z diamentem
pierścienie złote – rubin krwawy, granaty, opale cętkowane
bransoleta srebrna – ryt sceny rodzajowe morskie, szmaragdy, bursztynowy wąż morski
brosza srebrna z różowym kwarcem, brosza złota z okruchami krwawnika
srebrny łańcuszek z wisiorem z gagatu ……. itd

6 dzień mrozów

Mały utarg, statki mają problemy z przybiciem do portu w Rocranon. Po towary zgłaszają się głównie miejscowi, a i oni niechętnie opuszczają przytulne komnaty i warsztaty.

137 Złotych Bram, 2546 Srebrnych Kłów

19 dzień odświęta

Artoanie przyjęli nas bardzo łaskawie, i wedle słów Huxafrena mamy szanse na równie dobre zarobki co tutaj. Niepokoi mnie bliskość maracumskiego wybrzeża, ale mistrz uspokaja, że nie mamy się czego bać. Póki co, nowy warsztat pod soplami wzdaje się być lepszym miejscem do pracy, ale tam byłbym tylko jednym z wielu, tu być może w końcu osiągnę więcej niż do tej pory sobie wyobrażałem.

3 dzień zapraw

Nie dało się tego uniknąć choć wszyscy patrzyliśmy ze smutkiem na przetapiany diadem. Gdybym miał już dziś możliwość decydowania tutaj o wszystkim, a nie musiał słuchać Huxafrena, pozostawiłbym go w całości i sprzedał przez swoje kontakty w Hageavo. Muszę wytrzymać jeszcze tylko kilka miesięcy i mój (wreszcie tylko mój!) warsztat będzie najbardziej znanym na archipelagu.

Oprócz diamentów z diademu – 4mm, 4mm, 4mm, 4mm, 6mm, 6mm, 8mm – udało nam się odzyskać złoto. Pozostała część łupu Arbateha nie była już taka wspaniała.

kolczyki złote, kolczyki srebrne
broszka miedziana z rodochrozytem
karneliany 8mm, 13mm, 15mm
miedziana statuetka z oczami z jaspisu 8mm, 8mm …………itd

11 dzień roztopów

To wszystko nie jest takie łatwe jak sądziłem, część statków nie dociera tak daleko na północ i zaopatrzenie jest coraz gorsze. Znalazłem kilku chętnych gorliwców w Rocranon, ale ich zdobycze nijak się mają do tych, które przynoszą w swych śmierdzących rybami skrzyniach morscy żniwiarze. Huxafren triumfuje nade mną znowu, czy nigdy nie wyjdę z jego cienia?

25 dzień dojrzewania

Kurateros jest głupcem! Mało brakło a krzyknąłbym ze zdziwienia kiedy pokazał swoje łupy, ale powstrzymałem się, sam nie wiem co mnie podkusiło. Okazało się, że nie ma pojęcia co zdobył! “Mak Alboru”, nie sądziłem, że ujrzę go kiedyś na własne oczy, ale leży teraz przede mną na stole i wprost nie mogę oderwać od niego wzroku. Sople udławią się z wrażenia…

29 dzień dojrzewania

Malathios musiał odejść. Choć cenię go jako niezwykle uzdolnionego kamieniarza, nie miał prawa podważać mojego autorytetu. Nie mogłem pozwolić na rozdrobnienie “Maku…”, to było by świętokradztwo. Zmienimy tylko tę niewartą niczego oprawę na prawdziwe cacko i znajdę kogoś, kto zapłaci każdą cenę byle go posiąść.

9 dzień odświęta

Przyszły dobre wieści. Spotkanie jest już umówione. Za tydzień, w Targowisku Cyrkowców spotkam człowieka, którego uszczęśliwię prawdziwym skarbem. Zabieram ze sobą wszystko co już jest gotowe, ale bądźmy szczerzy, jadę tam tylko w jednym celu.

13 dzień odświęta

Gdybym miał jeszcze tydzień, ale nie mam na to szans. Na warsztatach leżą rzeczy, które chętnie by kupili dla swoich cór i żon bogaci kupcy, których pełno jeszcze na Targowisku. Cóż, może przed pełnią jesieni… Mak Alboru już zapakowany, to on jest królem i królową, ale mam jeszcze kilka innych niespodzianek.

czarny szafir w złotej oprawie
lusterko srebrne z cyrkoniami
kolczyki złote z bursztynami, kolczyki złote z hematytem, kolczyki złote z malachitem
bransoleta złota wysadzana tygrysimi oczkami………… itd

Tu zapiski w dzienniku urywają się…

Być może w przyszłości w tej księdze znajdziecie coś więcej, może jeśli będziecie wiedzieć czego szukać, teraz przyjmijcie, że taki jest ton jej zapisków.

Obóz

Czynności obozowe zajęły wam całe popołudnie, więc kiedy jesteście już po leczeniu, po czytaniu księgi, na zewnątrz powoli zapada zmrok. Proszę o jakieś detale, jeśli chcecie coś robić jeszcze przed rozpoczęciem następnej sesji.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.