Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.42 - Bliskie spotkania najwyższego stopnia

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Nad sesją wisiało fatum, w ogóle nie wiadomo było czy się odbędzie.
MG – Trochę nas mało, gramy w ogóle? Pamiętajcie, że po ostatniej sesji otoczyły was żuki.
Haeri – To może zaatakujmy je przynajmniej pokonamy i choć tę jedną rzecz zrobimy.
Keffar – A myślisz, że damy im radę?
Simeon – Nie ma Montcorta więc jest szansa…

Dalsze rozmowy nad życiem awanturników.
Haeri – Ale czy ktoś oprócz Simeona ma jakiś cel w tej drużynie?
Simeon – Tu nikt nigdy nie miał żadnego celu, dopóki nie pojawiłem się ja i nie wskazałem drogi.

Montcort pozytywnie nastawiony do kierunku w jakim zmierza drużyna.
Montcort – … ale coś robimy a nie kurna ciągle jesteśmy obdartusami.
MG – Lubię was moje wy obdartusy.
Bjornei – Zawsze ci było blisko do lumpenproletariatu…
Montcort – To jakaś rodzina patologiczna, lubisz to bijesz.
Simeon – Każdą chorobę najlepiej leczy się kijem.

Nauczeni doświadczeniem bohaterowie ciskają z dala od siebie kalafiorowate warzywo i patrzą jak zaczynają o niego walczyć żuki, nie zagrażając drużynie. Niestety do walki o przysmak rusza również wielki żuk i szybko, atakowany przez mniejszych pobratymców, zaczyna przegrywać i zostaje dotkliwie ranny. Keffar rusza mu z pomocą, a dołącza do niego zawsze chętny do walki Haeri, Montcort i Bjornei.

O pasku stanu życia postaci na roll.20.
Montcort – Kto ma taki długi pasek?! Keffar?
MG – On nie ma długi tylko gruby.
Bjornei – Potrafię leczyć taki i taki.

Prowadzący stara się podkreślić pewien dość oczywisty fakt mający związek z podziemnymi żukami.
MG – Pamiętacie, że ostatnio żuki nie atakowały póki się na nie nie rzucił Haeri?
Haeri – Ja to zupełni inaczej pamiętam…

Żuki bez pardonu walczą tak między sobą jak i z nowymi intruzami, jednak ulegają przewadze bojowej awanturników. Niestety dla wielkiego żuka nie ma już ratunku. Dotkliwie pokąsany przez swoich pobratymców zdycha ku żalowi Keffara. W czasie walki Simeon i Siege otwierali kolejne owoce, które ściągają kolejne stado żuków. Awanturnicy nie czekają uciekają z tego miejsca drogą na wschód.

Wiedza łyżką wkładana procentuje…
Keffar – Nie ma sensu atakować tych żuków, one chcą tylko zjeść tego kalafiora!
Montcort – Jedną sesję mnie nie było a Keffar się zmienił w Gucwińskiego!

Drużyna zwiewa przed kolejną falą żuków
Haeri – przechodząc obok kalafiorów, łapię Simeona za szatę: idziemy, idziemy
Simeon – puszczam uwagę mimo uszu
Montcort – W razie czego po łapach farmera

Droga wiedzie pomiędzy stepami szarej trawy, kępkami kalafiorowatych warzyw, zbliża się do kolejnej formacji skalnej, jednak bohaterowie nie zamierzają z niej schodzić. Gdzieś na południu co pewien czas słyszą odgłosy mielenia powietrza przez wielkie, pierzaste skrzydła. Samego stworzenia jednak nie spotykają.

Montcort wścieka się, że coraz większy wpłym na wynajętego wojownika ma Simeon.Montcort – No nie kurde! Wynajmiesz wojownika, a on Ci go zamieni w maga!
MG – No ale to przecież awans!
Montcort – Awans? Przecież oni będą tylko siedzieli w krzakach…

W końcu drużyna dociera do ściany jaskini, w którego wysokiej szczelinę zanurza się droga którą podróżują. Szeroki pasaż prowadzi gdzieś dalej na wschód i północny-wschód, utwardzona droga jednak urywa się po kilkunastu metrach. Kiedy Montcort przeprowadza szybki zwiad pasażu przed awanturnikami, za nimi pojawia się ścigający ich (?) oddział hobgoblinów.

Zbliża się walka z niczego nie podejrzewającymi hobgoblinami, wchodzącymi wprost w pułapkę.
Keffar, Montcort – strzelamy do nich!
Bjornej – Ja nie strzelam, przecież nas nie atakują…
Turę później, Keffar i Montcort poranili jednego hobgoblina.
MG – Ok, Bjornei, czy teraz już was atakują?
Bjornej – A bo ja wiem? Jeszcze się nie rzucili w naszą stronę…
Simeon – No nie, w sumie możemy udać, że to nie my do nich strzelaliśmy: “Panie hobgoblinie, to były zielone ludziki, takie futro z niedźwiedzia to można w sklepie kupic!”

Celnie zaadresowana strzała rani jednego z niczego nie spodziewających się stworzeń, ujawniając tym samym pozycję drużyny. Hobgobliny ukrywają się próbując wyraźnie coś zaplanować, Haeri pali się aby ich zaatakować, ale powstrzymywany przez towarzyszy, niechętnie pozostaje w bezpiecznym tunelu. W końcu potwory postanawiają zaatakować i szerokim korytarzem biegną w stronę drużyny.

Hobgobliny postanowiły zaatakować i rzuciły się do dzikiej szarży przeciw drużynie.
Montcort – Są 30 metrów od nas, mamy jakieś 3 rundy na działanie nim dobiegną.
Haeri – 1,5 rundy… pamiętaj że ja też do nich biegnę.

Haeri porusza swoim pionkiem na mapce taktycznej jak oszalały.
MG – Kurde, Haeri przestań się przesuwac w końcu w tej rundzie!
Montcort – No co? On tak tylko nogami przebiera do walki!

Starcie z hobgoblinami staje się dość niebezpieczne, zwłaszcza dla ryzykującego Ostrojczyka.
MG – Haeri oberwał mocno rzuconym oszczepem, pada gdzieś na ziemie, zasłania się poniewczasie tarczą, widzi…
Haeri – Nigdzie nie padam! Nie słuchajcie narracji!

Rzuty na obrażenia nie powalają. Haeri trafia i kolejny raz zadaje 1 obrażeń.
Simeon – Normalnie topornik Zen!
Wkrótce Montcort, Keffar wykonują takie samo trafienie za 1 obrażenie.
Simeon – Drużyna Zen!

Strzały i oszczepy poleciały najpierw, potem żrący gaz rzucony przez Simeona, w końcu dochodzi do starcia wręcz z przetrzebionymi siłami hobgoblinów. Drużyna z dużą łatwością pokonuje wrogów i już po chwili z zadowoleniem i częściowo z dumą spoglądają na pokonany oddział przeciwników.

Keffar przechodzi przez żrącą mgłę (udany rzut na truciznę)
Montcort – A co, to ja też przechodzę! (rzuca – pech)
MG – Nic nie widzisz, wracasz, łzawisz, jakbyś gazem pieprzowym dostał po twarzy.
Haeri – Montcort, ja słyszałem, że w takich przypadkach pomaga mocz…
Simeon – potwierdzam, z całym majestatem mojej wiedzy medycznej!

Simeon opatrując drużynę wykorzystuje w charakterze opatrunków materiał własnego płaszcza, dartego na pasy.
Simeon – Przy najbliższej okazji kupujecie mi nowy płaszcz!
Montcort – z płaszcza zrobiła się tunika…
Simeon patrząc wymownie na Haeriego – Chyba minispódniczka.

Haeri po walce i magicznym leczeniu nuci pod nosem.
“jestem prawie wyleczony,
nie są straszne mi demony.
A hobgobliny
zmienię w trociny!”

Takie tam rozmowy o podróżach.
Keffar – A ile myśmy przeszli od twierdzy?
Bjornej – Jesteśmy drużyną po przejściach…

View
Tempo, tempo, tempo! Czyli po co liczyć?

Wiecie co zauważyłem? Mało kto orientuje się w mechanice naszego grania. Tej najbardziej podstawowej! Rozumiałbym jakbyśmy grali w GURPSa wink Parasit i Żuk, ale w starym D&D? Zakrawa to nieco na lenistwo. A może to ja jestem takim fatalnym MG i nie potrafię tego wytłumaczyć? Jeśli tak, wybaczcie i już staram się naprawić mój błąd, kreśląc tu kilka słów o mechanice walki.

Sprawa jest prostsza niż mogło by się wydawać. Nasze granie powinno polegać na tym, że po informacji o ataku, ja wam podaję KP przeciwnika i ewentualne modyfikatory do rzutu, wy rzucacie kością i podajecie mi informacje – trafiłem/nie trafiłem. W teorii ułamki sekund, w praktyce… No sami wiecie jak wygląda w praktyce.

Dlaczego tak jest? Przecież macie wszystkie narzędzia niezbędne to gry na waszej karcie postaci, wystarczy rzut oka. Macie tabelkę wymaganego wyniku przy ataku przeciw wszystkim klasom pancerza, macie wasze umiejętności, wasze bronie wraz z cechą atak i macie kości “w dłoni”. W czym zatem problem?

Ok, przykład jak to powinno się robić optymalnie. Mamy więc postać Keffara, walczy z przeciwnikiem o KP:6. Mistrz Gry mówi, że atak jest z wyższej pozycji, więc Keffar dostaje modyfikator +1. Rzucamy okiem w tabelkę. Dla KP:6 wymagany wynik rzutu to 11. Keffar walczy włócznią, gracz rzuca i dodaje +1 za modyfikator z wysokości, oraz +1 za modyfikator z kolumny atak broni-włócznia. Skąd ten modyfikator? W tym wypadku z siły Keffara. Zobaczcie, że taki sam ma do walki każdą bronią wręcz, natomiast nie ma przy używaniu broni strzeleckiej. Nie martwcie się, ja wam tam wpisuję te modyfikatory, wy ich tylko używajcie!

Jeśli zmodyfikowany wynik rzutu kością wyniesie 11 lub więcej, Keffar trafił. Tylko tyle! Co prawda gdyby przeciwnikiem Keffara był pająk, a te są rasowymi wrogami łowcy, wtedy dostałby jeszcze modyfikator +4 z umiejętności. KaPeWu?

Weźmy teraz na chwilę kartę Haeriego. On ani z Siły ani ze Zręczności nie ma modyfikatorów do ataku żadną bronią, ale jednak, ma atak +1 przy toporze. Skąd to się wzięło? To proste, Ostrojczyk ma premię za ulubioną broń do topora.

Mam nadzieję, że na następnej sesji nie będzie już mozolnego liczenia, skoro tak nam utrudnia, ale zaczniemy używać tabelek? Co wy na to?

Jakieś pytania?

View
Skrzydła Rocranon cz.41 - Robactwo

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon


Gliniany garnek pęka i olej skalny oblewa żuka. Haeri nie zważa na to jednak i szarżuje na najbliższego przeciwnika. Reszta drużyny zbija się w łatwą do obrony gromadę. Wywiązuje się walka w której strzał, granaty zapalające i twarda stal stają przeciw żuczym, twardym wypustkom, którymi rażą swoich wrogów. Wkrótce odczuwa to dotkliwie Haeri, który musi wycofać się i wypić jeden z magicznych płynów Simeona.

Zapalczywość drużyny jest ogromna, nawet Sige nieźle daje sobie radę i wkrótce resztka żuków rzuca się do ucieczki. Awanturnicy dają umknąć tylko jednemu. Zmęczony Haeri siada gdzieś z boku i sięga po jedzenie, w tym zaś czasie Simeon przygląda się wielkim żukom. Okazuje się, że światło które emitują pochodzi z czerwonych kamieni, zastygłych wydzielin jakiegoś gruczołu. Co ciekawe po śmierci istot, a nawet po wyjęciu z ich ciał kamieni, nie przestają one emitować bardzo wydajnego światła.

Drużyna rusza dalej, prawą ręką “dotykając” ściany jaskini i wkrótce trawiasty step kończy się pośród nierównych – kamiennych płyt. Środkiem tego terenu biegnie stara, porządna droga w jedną stronę gdzieś w ciemność stepu, w drugą ku korytarzowi w południowej ścianie jaskini.

Ktoś śledzi bohaterów, wkrótce okazuje się, że to żuk samotnik, trzykrotnie przewyższający rozmiarem swoich pobratymców. Z początku niepewni jego intencji, wkrótce jednak zaintrygowani jego spokojem, bohaterowie zaczynają karmić stworzenie. Keffar pozwala sobie podejść bardzo blisko i nawiązać ze stworzeniem jakąś więź. Żuk rusza za nimi ku południowemu korytarzowi.

W kilka chwil po minięciu odnogi w nowo poznawanym tunelu, awanturnicy zaskakują niewielki oddział hobgoblinów, odzianych w charakterystyczne naramienniki z kolcami. Celny strzał Keffara kładzie trupem pierwszego potwora, a pozostałe w panice pierzchają. Haeri wkrótce rezygnuje z pogoni za nimi.

Drużyna postanawia ruszyć śladem stworzeń i trafia do kolejnej, ogromnej jaskini, pełnej rosnących pomiędzy niewysokimi wzgórzami, fluoryzujących grzybów, które topią całą przestrzeń w nierealnym, niebiesko-zielonym świetle. Keffar wyrusza ku najbliższemu wzniesieniu na zwiad. Kiedy tam dociera nie może uwierzyć własnym oczom. Gdzieś na południu pomiędzy wzgórzami wznoszą się wieże jakiegoś egzotycznego zamku. Dźwięk wojskowych gwizdków powoduje, że drużyna w całości wycofuje się z jaskini i wraca na podziemne stepy z planem zbadania dokąd prowadzi odkryta droga w drugim kierunku.

W drodze drużyna znów natyka się na wielkiego żuka, który idzie za nimi przez cały ten czas. Droga prowadząca pomiędzy polami traw wkrótce wyprowadza bohaterów na leżące u stóp kamiennego wzniesienia, pole pełne dziwnych, słodko pachnących kalafiorów, które poprzednio zwabiły żuki. Teraz scenariusz się powtarza. Ledwo rozłupano jedno z “jaj” skrywających warzywo, po kamiennych stopniach wzniesienia dało się usłyszeć klekot odnóż żuków.

View
Skrzydła Rocranon cz.40 – Całkiem inny, bezsłoneczny świat

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Tymczasem w Czerwonej Twierdzy czas stanął, nie zdarzyło się nic co mogło by zaniepokoić drużynę. Po krótkiej naradzie rozdzielono obowiązki i każdy zabrał się do swojej pracy. Tylko zmęczony używaniem magii Avelox zaległ na zniesionym z piętra sienniku i zasnął. W tym czasie Simeon rozpalił ogień w kominku i przystąpił do warzenia napojów, bo dotychczasowy zapas drużyny niemal się wyczerpał. Nudzący się nieco Bjornei wybrał się na krótki spacer wkoło twierdzy co przyniosło efekt w postaci znalezienia rzadkich jeżyn czerniny, która posiada ciekawe właściwości wzmacniające wzrok w ciemności i ulepszające możliwości strzeleckie.

Keffar rusza na zwiad połączony z polowaniem. Niestety deszcz rozpadał się na dobre i w tym pozbawionym zapachów i zmoczonym świecie, gdzie większość śladów została zatartych niełatwo coś znaleźć. Ślady ścierwników na szczęście oddalały się od zamku, więc Keffar je ominął. Wkrótce brązowowłosa owca staje się jedynym, ale dość bogatym łupem łowcy. Oprawione zwierze zostaje dokładnie zbadane na obecność chorób, po pamiętnym znalezisku Aveloxa i Haeriego, jednak wszystko wydaje się w porządku. Wkrótce mięso wesoło skwierczy na ogniu.

Haeri z Montcortem udają się do Borowik po zapas strzał, garnce na napoje Simeona, oraz spróbować zaciągnąć kogoś do drużyny, bo loszek poz Czerwoną Twierdzą zrobił się bardziej wymagający niż można było pierwotnie sądzić. Po drodze spotykają rolnika ze wsi o imieniu Redu, który kieruje ich do Aegeda, miejscowego łowcy. To u niego Montcort kupuje zapas strzał, grotów i cięciw do łuku. U znanego garncarza Helmunda bohaterowie zaopatrzyli się w pojemniki dla alchemika, zaś Piercym, ich niegdysiejszy gospodarz kieruje ich do chaty starszego wsi, Whauceya, a ten podpowiada osobę, która może chciała by się dołączyć do kompanii. W ten sposób w drużynie pojawia się wielki, choć średnio bystry Sige, dzierżąc potężny, chłopski cep.

Montcort zdziwiony, że Haeri nie rozpoznaje jednego z wieśniaków, z którym niegdyś był ucztował.
Haeri nawiązując do poprzedniej, zmarłej postaci Montcorta – Wiesz jak to jest jak się pije. Jednego dnia to twój najlepszy przyjaciel, a drugiego nawet nie wiesz gdzie jest pochowany.

Montcort najmuje zausznika, okazuje się, że jest raczej dość tępym wieśniakiem.
Montcort – Haeri! To jest debil! Nie potrzebujemy debila!
Avelox – Taa. I mówisz to patrząc na Haeriego…

Whaucey ostrzega drużynę przed krasnoludami, z którymi mieli niedawno na pieńku. Co prawda Zaghal Borinson wrócił w swoje rodzinne strony, aby tam pochować Thorina i Imlina, ale Durar odmówił powrotu i udał się gdzieś w stronę wzgórz wraz z niedźwiedziem Winstio, należącym niegdyś do Thorina. Ponoć zapadł gdzieś w pobliżu “Bulgoczących jam”.

Noc upływa spokojnie, a ranek w końcu wstaje bezdeszczowy. Drużyna gotowa na kolejną wyprawę rusza w podziemia i w obszarze kopalni postanawia sprawdzić ostatni, niesprawdzony korytarz. Prowadzi on do wąskich, kręcących się schodów, wykutych w kamieniu przez dość prymitywne stworzenia. Schody ciągną się jakieś 150 metrów i kończą często używanym korytarzem. Podejrzewając, że idąc w prawo drużyna dotrze do wsi hobgoblinów, ruszają w lewo i wkrótce docierają do potężnej jaskinii.

Simeon wpada na pomysł zrobienia granatów z garnuszków i oleju skalnego.
Simeon – No? Który skoczył po olej skalny?
Bjornei z niesmakiem – Jestem szamanem. Mam swoją godność.

Pod stopami czuć trawę, tę samą wyschniętą i szarą z jaką się już spotkali. Pochodnia liże światłem tylko ścianę za plecami bo i strop, który gdzieś tam jest, jak i przeciwległe ściany są niewidoczne. Awanturnicy ruszają “z ręką przy ścianie” i wkrótce zdają sobie sprawę, że miejsce jest większe niż mogli sobie w ogóle wyobrazić. Kiedy natrafiają na dziwne rośliny w kształcie jaj opatulonych twardymi liśćmi postanawiają sprawdzić co jest w środku. Po otwarciu liści okazuje się, że skrywają kalafiorowatą roślinę, a wkoło rozchodzi się słodki zapach. Chwilę później wiele nóżek tupiących po podłożu biegnie w stronę drużyny.

Wraz z błyskami czerwonego światła, wydobywającego się z ich podbrzuszy, przed zestresowanymi bohaterami stają długie na ponad metr żuki z połyskliwymi pancerzami i dwoma wielkimi wyrostkami na pyskach. Haeri nie zastanawiając się ani chwili, ciska w pierwszego granat zapalający przygotowany przez Simeona. Nie zapala tylko wcześniej lontu. Zapowiada się walka z wielkimi robalami.

Po sesji rozmowy o perspektywach.
Simeon – Hej nie jest źle! Dociągniemy do następnego poziomu! To jeszcze ze 2 sesje!
Avelox – A została nam jedna…

Simeon po sesji pomstuje na Montcorta i Haeriego- A te siurki co poszły do wioski do nam nawet nie powiedziały o niedźwiedziu! Siedzimy w loszku, wyjdziemy, znajdziemy wyruchane osły i zeżarte ptaki.
MG- A te wyruchane osły to takie nawet na czasie…

To by było na tyle, a teraz podsumujmy co też się dzieje u nas, w którą stronę dalej i co robić?

- Kompleks jaskiń pod Czerwoną Twierdzą jest bardzo obszerny i zawierać może wiele tajemnic. Jednak czy są one interesujące dla drużyny?
- Czym jest kryształowy obelisk, czy zagraża on drużynie bohaterów? Jak dorwać się do skarbu ukrytego pod ziemią?
- W jaskini z grzybami ukrywają się jakieś istoty, kim są i co tam robią?
- Dokąd prowadzą szerokie schody w lochu, jak są długi i kto czeka na ich końcu?
- Czym jest olbrzymia podziemna jaskinia gdzie mieszkają ogniste żuki?
- Czy ktoś będzie szukał ludzi Athora syna Arendy, którzy zginęli w Czerwonej Twierdzy?
- Durar wraz z niedźwiedziem Thorina zapadł gdzieś w Bulgoczących jamach. Czy czeka na okazję na zemstę na drużynie?
- Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza? Teraz przynajmniej wiadomo gdzie wcześniej znajdowała się wieś Borowik.
- W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.

View
Skrzydła Rocranon cz.39 – Z deszczu pod rynnę

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Po rozstaniu z Behirtiem drużynę otoczyły wielkie, czerwone robale. Kiedy magowie uciekali w stronę zachodniego wyjścia, wojownicy wdali się w walkę z nimi. Niestety Montcort miał wyjątkowo pechowy dzień i co i rusz napotykał na problemy. Keffar z Haerim dzielnie jednak stawali przeciw robalom. Nagle Avelox zauważył, że oddział hobgoblińskich wojowników, przed którym ukrywali się ledwo co wrócił z jakiegoś powodu ku tym korytarzom i nie wchodząc do wielkiej jaskinii z drzewem przygląda się ich zmaganiom.

Haeri – jak mi wyszło zakradniecie się do robala i zdzielenie go toporkiem?
Montcort – Tak jak z hobgoblinem… (w nawiązaniu do poprzedniej sesji i stalaktytu)

Simeon – Wasz plan ma jedną wadę: “jesli” ich rozwalimy…
Haeri – No przeciez to są tylko małe robaczki.
MG – Ten robak sie tak toczy, przelewa, porusza w nieprzewidziany sposób…
Montcort – Discorobaczki.

Drużyna rzuciła się ku południowemu wyjściu, kładąc pokotem kilka robali i z radością zanurzając się w “bezpieczne” tunele, zapominając całkowicie o swoim więźniu, hobgoblinie. Krótka narada doprowadza do tego, że Keffar z Montcortem ruszają na zachód zobaczyć, czy hobgobliny zrezygnowały z ich poszukiwania. W ciemnej jaskini dochodzi do podchodów z hobgoblinami, a w końcu do regularnej walki.

Famous Last Words: Bjornej – uciekajmy tam gdzie nie ma hobgoblinów.

W tym czasie Avelox przebiega najbliższe korytarze i znajduje drabinki wbitych w ściany, metalowych bolców. Po wspięciu się na jedną z nich znajduje półkę skalnej, gdzie do stojącego, ceramicznego garnca ścieka bardzo powoli ze ściany oleisty płyn. Taki sam jaki drużyna znalazła w garncach niesionych przez hobgobliny.

O zauważonym oddziele hobgoblinów
Montcort – Liczę że wywołam na nich rzut na morale!
Avelox – No chyba ty będziesz rzucał na morale.
Montcort (do trafionego hobgoblina) – krzycze na niego “bu ty stary ch**u”! Licząc na efekt morale.
Simeon – Buty stary ch**u???

Keffar i Montcort otoczeni za kamiennym ostańcem walczą ze wszystkich sił, ale zaczynają powoli ulegać przewadze liczebnej przeciwników, kiedy do walki włącza się reszta drużyny. Bjornei ze swoim łukiem zaczyna ostrzeliwać przeciwników i zmuszać ich do krycia się, zaś magia Aveloxa skutecznie razi potwory. Wkrótce ostatni hobgoblin rzuca się do ucieczki, ale po kilkudziesięciu metrach pada jak ścięty, rażony toporem ścigającego go Keffara.

MG (do Aveloxa o Bjorneju) – Widzisz, że ten wielki człowiek w niedzwiedzim futrze wysuwa nogę, zaczepia przy ziemi o nią łęczysko, nagina je i naciąga cięciwę…
Bjornej – Strzelam do niego zanim skończy!
MG – Ale to ty naciągasz!
Bjornej – Ahaaa…

Przychodzi czas na przeszukiwanie ciał, opatrywanie ran. To też czas przypomnienia sobie o więźniu, jednak po młodym hobgoblinie nie ma już nawet śladu. Drużyna postanawia zbadać tunele prowadzące na wschód i wkrótce okazuje się, że to prawdziwy labirynt. Raz po raz awanturnicy natrafiają na kolejne półki skalne, na których zbiera się oleista substancja. Trafiają też na kolejne wejście do wielkiej jaskini z rosnącym do góry nogami drzewem. To tu zwabiają w pułapkę jednego z czerwonych robali i po zabiciu go Simeon pobiera tkanki i śluz do testów alchemicznych.

Idąc na wschód drużyna trafia w oświetlone ogniem miejsce, ale postanawia się nie pakować w kolejną kabałę i wycofać, zwłaszcza że atmosfera zrobiła się wyjątkowo nerwowa, kiedy Simeon podzielił się z resztą informacją, że słyszy jakieś niepokojące, przyprawiające o ciarki na plecach głosy.

Awanturnicy zaniepokojeni ucieczką swojego wroga, postanawiają wrócić na powierzchnię, odpocząć i przygotować się do kolejnego zejścia do podziemi.

View
Skrzydła Rocranon cz.38 - Pustelnia pod korzeniami

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Hobgobliny minęły ukrytych za skalnymi kolumnami Haeriego i Montcorta i szły wprost na Keffara, Simeona i Bjorneia, rozmawiając ze sobą we własnym języku. Dwa z nich, zdecydowanie młodsze, odziane w proste, skórzane koszulki i spodnie, niezwykle ostrożnie obchodziły się z glinianymi garncami niesionymi w objęciach przed sobą. Nagle z ciemności wystąpił Keffar z włócznią skierowaną ostrzem w pierś trzeciego z hobgoblinów, głośno domagając się poddania. Przeciwnik wyszarpnął zza pasa poszczerbioną maczetę i odpowiedział agresywnie niezrozumiałymi słowy. Po czym łamanym argadyjskim rzucił “wszyscy śmierć!”.

W tym samym momencie z tyłu do stworzeń postanowił podkraść się Haeri, tak jednak nieszczęśliwie, że w ciemności zderzył się ze stalaktytem przysparzając sobie bólu i hałasując niemiłosiernie. Hobgobliny odwróciły się gwałtownie na ten dźwięk, w przerażeniu dostrzegając kolejne niebezpieczeństwo. W tym momencie Keffar w dwóch długich krokach dopadł przeciwników z zamiarem ogłuszenia jedynego uzbrojonego wroga. Nieszczęśliwie zahaczył jednak o drugiego hobgoblina i cios mierzony w głowę spadł z dużą siłą na plecy potwora powalając go na ziemię.

Haeri próbuje podkraść się do Hobgoblinów, niestety ma fatalnego pecha i oczywiście z zaskoczenia wychodzą nici.
Montcort – To Ostrojski Ninja! Zagłusza swoje kroki waleniem w tarcze!

MG – Hobgobliny spłoszone hałasem jaki narobił Haeri odwracają się w jego kierunku i widzą straszliwie wykrzywioną twarz Ostrojczyka. Tylko on wie, że mina ta to grymas bólu po tym jak przed sekundą wyrżnął twarzą w stalaktyt.

Montcort ani myślał czekać na dalszy rozwój wypadków, szybko napiął łuk, lecz nim wypuścił strzałę, cięciwa z głośnym świstem pękła o mało nie raniąc go w twarz. Sokolnik schował się za kolumną i w przyspieszonym tempie zaczął naciągać nową cięciwę na broń, w tym czasie Avelox doskoczył do wrogów i wycelował włócznię w jednego z młodzików z glinianymi garncami. Drugi straszliwie przestraszony przypadł plecami do ściany i zbladły ze strachu ściskał swój garniec.

Kiedy Avelox gestem nakazał hobgoblinowi odłożenie garnca, z ziemi poderwał się jego towarzysz uzbrojony w maczetę, lecz czujny Keffar potężnym ciosem pięścią usadził go ponownie. Kolejne sekundy spowodowały prawdziwą tragedię. Próba wyrwania garnca z rąk młodzika spowodowała, że rzucił się on do walki i został natychmiast przekłuty włócznią przez Aveloxa. Idący z pomocą swojemu pobratymcowi hobgoblin z maczetą został odepchnięty w stronę Keffara i potknął się tak nieszczęśliwie, że lecąc głową w dół nadział się na kolano atakującego Ostrojczyka. Coś nieprzyjemnie chrupnęło i na ziemi leżały już dwa martwe hobgobliny.

Po rundzie walki z hobgoblinami, gdzie średnia rzutów wynosiła 1 na k20.
MG – Rzucimy sobie na morale… No i morale niestety pękło, moi drodzy…
Bjornei – Po takich naszych rzutach?
Keffar – No nasze pękło…

Trzeci młodzik blady ze strachu wciąż opierający się o ścianę patrzył na to ogromnymi z przerażenia oczyma. To ku niemu skierowała się drużyna domagając się odłożenia garnca, ale w jego obronie stanął Bjornei zabraniając znęcania się nad wrogiem. Kiedy część drużyny zaczęła się spierać o to co uczynić dalej, Montcort postanowił zadbać o bezpieczeństwo towarzyszy i przyjął pozycję zwiadowcy-wartownika, Avelox zaś postanowił splądrować ciała zabitych. Obok kilku znalezisk w postaci woreczków z talizmanami, dziwnego narzędzia i pokrowca z kościanymi igłami różnej wielkości, czarodziej odkrył niewielkie kamienie półszlachetne osadzone w skórze na piersiach hobgoblinów. Za pomocą noża szybko usunął potencjalnie wartościowe przedmioty, starając się aby nie zobaczył jego działania żaden z towarzyszy.

Bohaterowie postanowili ruszyć dalej. Hobgoblin wzięty na sznur szedł nie opierając się, wciąż ściskając w rękach garniec. Simeon, który badał zawartość garnców odkrył tam oleisty płyn nieznanego pochodzenia. To właśnie alchemik zabrał drugi garniec nie wiedząc za bardzo co z nim zrobić?

Po kolejnych kilkuset metrach korytarza, bohaterowie docierają do rozgałęzienia o czterech odnogach, na środku którego ustawiono kopiec z kamieni a na szczycie postawiono bielejącą czaszkę, prawdopodobnie właśnie hobgoblińską. Przyglądając się kopcowi bohaterowie dochodzą właśnie do wniosku, że ostrzega przed północną odnogą, kiedy do ich uszu dochodzą wyraźne dźwięki równego i mocnego kroku kilku istot dobiegające z południa. Drużyna czym prędzej kryje się we wschodnim korytarzu zmuszając swojego więźnia do ciszy przykładając mu broń do gardła.

Pada propozycja, żeby dalej wędrować przez korytarze gdzie widziano śladz prawdopodobnie zostawione przez wielkie ślimaki.
Bjornei – O tak, chodzmy do ślimaków, na slimkach jeszcze nie zrobilismy złego wrazenia…

Nie trzeba długo czekać, kiedy z korytarza na południu wyłania się oddział 6 hobgoblinów, równo, po wojskowemu wybijają rytm swoimi krokami. Drogę oświetlają sobie czerwono opalizującym kamieniem, takim samym jaki drużyna zabrała pobitym istotom przed kilkudziesięcioma minutami. Te istoty niemal w niczym nie przypominają trójki, na którą drużyna wpadła ledwo co. Dobrze zbudowani, obleczeni w skórzane, czarne zbroje z metalowymi guzami i prawym naramiennikiem przypominającym kolczastego jeża, z twarzami poddanymi skaryfikacjom. Sprawiają groźne wrażenie, z całym swoim niebezpiecznie wyglądającym żelastwem dyndającym u wojskowych pasów. Na szczęście oddział skręca ku zachodowi i wkrótce kroki wojowników cichną w oddali.

Bohaterowie postanawiają nie ryzykować i ruszają w głąb korytarza, w którym się ukryli. Nagle z zaskoczeniem odkrywają, że nie znajdują się już w podziemiach, ale na trawiastej łące pod otwartym niebem. Chwilowa konsternacja przechodzi w niepokój. Za plecami drużyny widać wylot korytarza, którym tu przybyli, znajdujący się we wzgórzu, od którego grupa się oddala. Niepewnym wzrokiem bohaterowie spoglądają po sobie, starając się wyczuć czy wszyscy doznają tego samego.

Łąka faluje zielonymi długimi trawami, pośród których żółcą się i czerwienią kwiaty. Wkoło bzyczą wesoło owady, a nieodległy zagajnik zaprasza cieniem. Tyle, że w oczach Simeona i Bjorneia miejsce to wygląda zgoła inaczej. Trawy są szare i wydają się być łamliwe, pomiędzy wysokimi jej kępami bieleją kości a chmary much unoszą się nad niesmacznie wyglądającymi kopczykami nieznanego pochodzenia. Nim jednak awanturnikom udaje się zastanowić nad tym co ich spotkało, zauważają długowłosego mężczyznę odzianego w przednie szaty, który z daleka wita przybyszów na “swojej łące” i zaprasza do dołączenia do niego w jego szałasie.

Haeri nie zastanawiał się ani przez chwilę nad tym, że rozumie język nieznajomego i z radością przyjmuje jego zaproszenie. Tymczasem Simeon i Bjornei z osłupieniem patrzą na mężczyznę, bo w ich wizji jest starcem, okutanym w stare łachmany, z twarzą i dłońmi zawiniętymi w coś na kształt bandaży, spod których cieknie jakiś obrzydliwy płyn. Drużyna skupia się nieopodal szałasu nieznajomego bojąc się porozumieć między sobą i nerwowo rozglądając się wkoło, zwłaszcza kiedy mężczyzna wspomina, że wkrótce na obiedzie stawią się jego dzieci.

Przybysz przedstawia się imieniem Behirtio i proponuje drużynie grę w zagadki. Jeśli pokonają go chętnie podzieli się z nimi swoją wiedzą. Simeon zastanawia się, czy ten mężczyzna mógłby pomóc w odnalezieniu Kwiatu Awicenny? Behirtio nie czekając na zgodę zadaje pierwszą swoją zagadkę. Awanturnicy nagle zdają sobie sprawę, że nie wiedzą też co stanie się jeśli przegrają. W tak nietypowej sytuacji postanawiają odpowiedzieć na zagadki mężczyzny. Okazuje się, że radzą sobie świetnie i po dwóch zadanych zagadkach Behirtio krzywiąc się niemiłosiernie mówi, że musi zająć się obiadem, bo jego dzieci już prawie tu są. Drużyna postanawia uciekać.

Ledwo grupa zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ich rozmówca znika w szałasie i nagle znów wszystko się zmienia. Światło przygasa i grupa znów znajduje się pod ziemią w promieniach światła pochodni i zabranego hobgoblinom, czerwono opalizującego kamienia. Wkoło kołyszą się szare, pozornie pozbawione życia, długie źdźbła traw, gdzieniegdzie spośród nich wystają rosnące na długiej łodydze, mięsiste kapelusze nieznanych roślin. Co jednak najważniejsze, to w miejscu gdzie znajdował się szałas Behirtia rośnie ogromne, wiekowe drzewo, z pniem o średnicy blisko 10 metrów. Przerażający jest fakt, że to co pierwotnie można było wziąć za koronę gałęzi drzewa jest tak naprawdę plątaniną korzeni. Drzewo rośnie korzeniami w górę, przebijając podłoże jednocześnie nie będąc w nim jasno osadzonym.

Z osłupienia wszystkich wyrywa Avelox wskazując na coś zbliżającego się w stronę bohaterów. Pośród traw, powoli pełzną olbrzymie, czerwone robale, przypominające nieco dżdżownice. Ich mięsiste, pierścieniowe cielska sięgają 50 centymetrów wzwyż. Drużyna daje znak do odwrotu.

View
Skrzydła Rocranon cz.37 - O owcach i tajemnych korytarzach

Udział wzięli: Avelox, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Wychynięcie z lochu na światło dnia pozwoliło odkryć, że zaledwie kilka godzin, które drużyna spędziła w ciemności dały słońcu czas aby wspiąć się do zenitu i zalać swoimi promieniami całą Czerwoną Twierdzę. Szybki podział obowiązków rozdzielił drużynę i tak w zamku pozostał Simeon z Keffarem, którzy zajęli się zwierzętami i rozpalili ognisko, Avelox z Haerim ruszyli do niedalekiego zagajnika nazbierać materiału do przygotowania pochodni, zaś Montcort postanowił obejść okolicę w poszukiwaniu potencjalnych niebezpieczeństw, ale również być może czegoś co można by upichcić na kolację.

Gracze decydują co robić dalej.
Haeri – Ja bym zszedł do tej piwniczki pod kasztelem jeszcze.
Simeon – Nie! Pochodni nam trza.
Avelox – Tak, najpierw crafting.

Avelox z Haerim szybko uporali się ze swoim zadaniem i kiedy z naręczem gałęzi wracali w stronę zamku, pierwszy z nich zauważył coś leżącego na dnie parowu. Szybkie przeszukanie miejsca pozwoliło odkryć truchło brązowowłosej dzikiej owcy, która zdechła z powodu jakiejś choroby. Jej owrzodzony pysk dał do myślenia Aveloxowi, który powstrzymał swojego towarzysza przed zbytnim zbliżaniem się do zwierzęcia.

Niedługo później, kończący swój patrol Montcort trafił na stadko, pięciu brązowowłosych owiec, pasących się spokojnie na zboczu jednego ze wzgórz. Zadowolony z nadarzającej się okazji, z łatwością upolował jedno ze zwierząt, na miejscu wypatroszył je i dumny ze swego łupu wrócił do towarzyszy. Jaki był jego zawód kiedy usłyszał opowieść o truchle podobnego zwierzęcia. Montcort pozbył się czym prędzej upolowanej owcy i jak mógł dokładnie oczyścił swoje ciało i ubiór z resztek krwi i wnętrzności zwierzęcia.

Przy posiłku i przygotowywaniu zapasu pochodni podjęte zostają plany dalszego działania. Zapuszczenie się w podziemia przed gruntownym zbadaniem całej twierdzy nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza że pozostała tylko piwnica pod kasztelem, do której wkrótce udają się awanturnicy. Stare skrzynki, zużyty stół, pojemnik na wodę, wszystko wydaje się mało ciekawe. I tylko kiedy okazuje się, że jedna z wielkich beczek ukrywa z tyłu tajne przejścia nagle podnosi się zainteresowanie tym miejscem.

Niedługi, wąski i zakurzony korytarz okazuje się prowadzić do lochów pod główną wieżą, które wraz z salą tortur drużyna zdołała już sprawdzić i wyruszyć z niej ku tajemnemu przejściu wprost ku podziemiom. Po tym odkryciu bohaterowie wracają do kasztelu i postanawiają odłożyć dalsze penetrowanie podziemi do następnego dnia, słusznie dedukując, że podczas zbliżającej się nocy, aktywność potencjalnie zagrażających im stworzeń może być większa niż w dzień.

Zabarykadowane wejścia do piwnicy i drzwi na zewnątrz miały spowodować, że zbliżająca się noc będzie spokojna, zwłaszcza że na zewnątrz pogoda psuła się z każdą kolejną godziną. Niestety w środku nocy na nogi stawia wszystkich Haeri, który śniąc jakiś koszmar o mało nie poturbował Simeona. Wiedziony wyrzutami sumienia Haeri opowiada towarzyszom, że po nocach męczy go powracający sen o śmierci jego ojca. Okazuje się, że nieszczęśnik spadł z klifu podczas sprzeczki z synem, co stało się bezpośrednim powodem ucieczki Haeriego z Ostrojów i przybycia na Rocranon.

Haeri przyznaje się do kłótni ze swoim ojcem i nieszczęśliwego wypadku w wyniku którego ojciec spadł z klifu.
Montcort – On spadł?
Haeri – Tak spadł.
Montcort – W dół?!
Avelox – Nie, w górę…

Poranek wstaje deszczowy i chłodny, psując nastroje zwłaszcza niewyspanego i zmęczonego Haeriego. Szybkie śniadanie, zadbanie o zwierzęta, i drużyna rusza ponownie w podziemia. Tym razem zanim wkroczą na teren wyrobiska po wydobyciu gliny, postanawiają sprawdzić gdzie kończy się korytarzyk z podziemi twierdzy. Zaledwie sto metrów od miejsca gdzie ostatnio przerwano badanie przejścia, nagle pojawiają się schody sięgające sufitu korytarza i korba, po pokręceniu której otwiera się nad głowami bohaterów klapa wyjściowa.

Drużyna ląduje w na wpół zrujnowanej chacie myśliwskiej. Miejsce wygląda na bezpieczne i wydaje się, że było docelowym miejscem, do którego prowadzić miał tunel ewakuacyjny z zamku. Gdyby dobrze pomyśleć, z samych komnat dawnych władców twierdzy można było przez piwnicę, loch i wąski tunelik wydostać poza zamek. No właśnie! Tylko gdzie? Szybki wypad poza chatę pozwala określić, że drużyna znajduje się nie dalej niż kilometr na zachód od zamku.

Drużyna dyskutuje nad tym co zrobić ze znalezionymi włóczniami. Decydujący głos ma Avelox.
Avelox – Ja jestem za zniszczeniem.
Simeon – Jestem śmiercią, niszczycielem świata!

Wkrótce bohaterowie znów stoją w dużej jaskini powstałej w wyniku wydobycia z niej gliny. Nietoperze śpią wiszące głowami w dół u sufitu, po lewej stronie szumi woda podziemnego strumienia, ale po prawej do sprawdzenia jest kolejna, dość szeroka odnoga korytarza. Prowadzi ona wprost do dwóch niewielkich jaskiń, pierwszej służącej za magazyn dla dość prymitywnych włóczni, starych futer i jakichś starych garnców, a druga będąca leżem świstaków. To z niej wychodzi na zewnątrz owalne otwór prowadzący do rzadkiego lasu. Zaledwie kilkaset metrów od tego miejsca góruje nad okolicą Czerwona Twierdza.

Skrupulatność każe zbadać drużynie jeszcze jedną odnogę pierwszej jaskini, tę w której płynie strumień. Kręty korytarzyk jest korytem dla zimnego i porywistego prądu. Po ledwo 10 metrach robi się naprawdę ślisko i coraz bardziej stromo. Haeri postanawia jednak zbadać tak dużo odnogi korytarza jak to tylko możliwe. Przekonany przez towarzyszy, pozwala się obwiązać w pasie liną co wkrótce okazuje się być zbawienne, kiedy pośliznąwszy się pozwala się porwać nurtowi. Mokry i prychający, ale cały i zdrowy wraca z resztą do jaskini nietoperzy. Korytarzyk ze strumieniem pozostaje pozostawiony samemu sobie.

Drużyna zagłębia się więc głębiej w korytarze i mijając kolumny z prymitywnymi rysunkami, oraz pal tortur dociera do rozgałęzienia. Skręcając w prawo dotarli by do tajemniczych schodów i jaskini z kryształami, ale to lewa strona, jeszcze nie zbadana interesuje ją bardziej. Szeroki pasaż usiany kamiennymi kolumnami utrzymując kierunek jednocześnie leciutko meandruje. Odkryta w południowej ścianie odnoga węższego korytarza zostaje pozostawiona na razie niezbadana, a bohaterowie coraz dalej idą mniej więcej w kierunku wschodnim.

Korytarz nieco kluczy, kamienie pod nogami utrudniają stawiać pewnie stop, skalne kolumny ostańców dzielą pasaż na dwie, czasem trzy mniejsze części. Droga nie jest łatwa i w pierwszym momencie dźwięk z oddali wydaje się być tylko częścią tego odmiennego, podziemnego świata. Jednak kiedy do uszu bohaterów po raz kolejny docierają głosy odległej rozmowy, stają jak wryci. Haeri gasi pochodnię i w korytarzy zapada całkowita ciemność.

Do miejsca, w którym rozsiani za kolumnami chowają się bohaterowie zbliżają się trzy postaci. Dwie z nich niosą ostrożnie w objęciach przed sobą spore, gliniane garnce. Trzecia uzbrojona w maczetę oświetla korytarz dziwnym, czerwonym światłem klejnotu zatkniętego na szczycie drążka przymocowanego do jej pleców. To hobgobliny… Pogrążona w całkowitych ciemnościach drużyna może tylko patrzeć jak krok za krokiem zbliżają się do nich, nie mogąc nawet porozumieć się, co z nimi zrobić.

View
Skrzydła Rocranon cz.36 - Marzenia z kryształu

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort, Simeon


Badanie podziemi pod wieżą może potrwać dłużej niż pierwotnie zakładano. Haeri wybiega na dziedziniec zamkowy i drużynowe zwierzęta lokuje w jednej z szop, dokładnie zamykając drzwi, tak aby do środka nie dostały się dzikie psy, jeśli wrócą do zamku. Następnie nabiera wody ze studni i napełnia bukłaki. Tak, teraz drużyna może spokojnie zanurzyć się w nowo odkrytym korytarzu, ten zaś ciągnie się niemiłosiernie i drużyna zaczyna się już zastanawiać czy coś znajdzie się w ogóle na końcu. Wreszcie, po przeszło pół kilometrze coś burzy monotonność podróży.

Długi tunel budzi wątpliwosci Keffara co do jego budoniczych.
Keffar: Myslisz, że chciało sie komuś kopać 2 kilometry?
Montcort: Myślę, że mu sie nie chciało, ale mu kazali.

W południowej ścianie korytarzyka, który wiedzie ciągle w przód, widać sporą wyrwę. Resztki pokruszonej gliny wciąż leżą w tym miejscu oraz na całej szerokości tunelu, którym szła drużyna. Krótka dyskusja i bohaterowie postanawiają sprawdzić co znajduje się za zburzoną ścianą i może dowiedzieć się kto stąd przyszedł. Ciekawskie głowy awanturników zaglądają zza węgła w wyrwę widząc wielką jaskinię będącą wyraźnie wyrobiskiem po wydobyciu gliny.

Planowanie badania lochu.
Bjornei: Mówię Haeriemu aby po prostu policzył kiedy skonczy sie połowa zapasu jednostek światła i wtedy zawrócimy…
Haeri: Słuchaj nie przeceniasz moich możliwości intelektualnych?

Montcort wytypowany na zwiadowcę zostaje obwiązany w pasie liną, do ręki dostaje jedną z pochodni i powoli zanurza się w ciemność jaskini idąc wzdłuż jej ściany. Cisza, brak ruchu powietrza i delikatne uczucie wilgoci, to wszystko co rejestrują zmysły młodego Argadyjczyka. Gdzieś ze wschodu szemrze woda, ale to później.

Jaskinia okazuje się mieć mieszkańców, są nimi nietoperze zawieszone u sufitu i śpiące, otulone swoimi skrzydłami. To dobrze! Konstatują bohaterowie, jest stąd jakieś wyjście. Montcort mija wąski korytarzyk prowadzący na południe i dalej idzie ku południowemu zachodowi. Jaskinia kończy się po blisko 30 metrach, sklepienie opada na wysokość trzech metrów i Montcort stawia pierwsze kroki w szerokim na niemal 10 m pasażu.

Nagle lina napięła się. To jej koniec. Montcort niemal bez zastanowienia sięgnął ku węzłowi i uwolnił się z niej, dając znać towarzyszom, że wszystko z nim w porządku kilkoma szarpnięciami. Mimo tego drużyna woli się upewnić, że wszystko gra. Rozpoczyna się rozmowa na odległość prowadzona podniesionym głosem, który zwielokrotniony odbija się po jaskini. Zbudzone nietoperze zaczynają krążyć po podziemiu z mlaszczącym odgłosem uderzania skrzydłami.

Argadyjski zwiadowca uwolniony od ciężaru liny przechodzi jeszcze kilkanaście metrów wzdłuż pasażu i trafia na niepokojącą wnękę w ścianie. Sama w sobie nie wzbudza obaw, ani nawet niewielki basen wody ściekającej po ścianie, ani koniec końców nawet duże, prostokątne, ociosane i wygładzone kamienne ławy stojące półkolem. Za to skalny pal z okręgami, do których można przypiąć pasy… Montcort postanawia wracać.

Drugą stroną korytarza, potem jaskinii, znajduje w końcu strumyczek, którego szemranie wcześniej niewyraźnie słyszał. Woda wypływa z pęknięcia skalnego i znika w szerokim na jednego człowieka korytarzyku. Młodzieniec idzie jednak dalej, obserwuje, że niemal połowa nietoperzy zniknęła, a pozostała większość jest obudzona i trochę zaniepokojona. W końcu dociera do drużyny i dzieli się swoimi odkryciami, proponując aby wszyscy razem obejrzeli kamienny pal.

Idąc wcześniej sprawdzoną drogą Bjornei dostrzega na jednej z kolumn skalnych pozostałej po wydobyciu gliny, naskalne rysunki. Dość prymitywnie, ale pieczołowicie wyryte w skale kontury wypełnione są ciemnym barwnikiem. Sceny przedstawiają polowanie humanoidalnych postaci na coś w rodzaju żuków, których rozmiarów nie sposób określić, ze względu na różnie rozumianą i przyjętą skalę oraz perspektywę rysunków. Krótkie poszukiwania pozwalają odkryć, że podobne rysunki znajdują się na jeszcze tylko kilku kolumnach w pobliżu co wyraźnie zasmuciło Aveloxa, który od tej pory wytrwale szukał kolejnych takich symboli w dalszej części jaskini.

Niepewnie omijając basen wodny u podnóża skały i zastanawiając się czy coś w nim żyje bohaterowie docierają do pala i badają go dokładnie. Miejsce to służyć musi do wyrafinowanych tortur, bo nad głową potencjalnego nieszczęśnika przywiązanego do pala, znajduje się kamienna misa, wydrążona w środku i z niewielkim otworem u spodu, z której niemałymi kroplami cieknąć musi woda wprost na głowę torturowanego. Taka tortura, choć na początku nieuciążliwa po czasie staje się wręcz nie do zniesienia. Drużyna postanawia już razem spenetrować resztę podziemnego kompleksu, nim jednak ruszyli dalej, mimo wyraźnych ostrzeżeń i zakazu, Montcort z głośnym pluskiem wrzuca kamień do sadzawki. Przez chwilę wszyscy wstrzymują oddechy wpatrzeni w falującą powierzchnię wody. Nic jednak się nie dzieje.

Obok pala tortur jest dziwna sadzawka niepokojąca awanturników. Zastanawiają się czy coś do niej wrzucić, w końcu ktoś rzuca propozycję, żeby do niej nasrać.
Montcort: Nasrać, do sadzawki?
Haeri: No w sumie miejsce jak kazde inne…
Simeon: Taaa Ostrojczycy, typowe zachowanie, na złość nasrać drugiemu do sadzawki.
MG: Taki podpis. Tu bylem!

Wkrótce szeroki pasaż kończy się rozwidleniem. Dwie drogi prowadzą z grubsza w kierunku wschodu i zachodu, centralną zaś część skrzyżowania zajmują potężne skalne kolumny zamieniające je w niewielką sieć ciasnych korytarzyków. Awanturnicy wybierają zachód i idąc wciąż szerokim na blisko 10 metrów pasażem docierają do miejsca, w którym niemal symetrycznie pojawiają się dwie odnogi po obu jego stronach.

Z północnej odnogi wieje chłodem. Nie jest przejmujący, ale po dusznym, podziemnym powietrzu jest wyraźnie odczuwalny. W świetle pochodni ściany szerokiego na 6 metrów korytarzyka skrzą się czymś delikatnie. Bliższe zbadanie pozwoliło odkryć mniejsze i nieco większe kawałki kryształu górskiego. Zaaferowana znaleziskiem drużyna nie zwraca uwagi na Haeriego, który rusza kilka kroków dalej i zatrzymując się u wejście do niewielkiej jaskini oszołomiony mówi – Musicie to zobaczyć.

Ściany jaskini upstrzone są kryształem górskim, na jej podłodze “rosną” sięgające metra kryształowe kwiaty. Wokół centralnego graniastosłupa otwierają się kielichy delikatniejszych liści. To jednak stojący pośrodku komnaty obelisk z kryształu powoduje, że płuca same z siebie przestają pracować. Sięgający około dwóch metrów wysokości, perfekcyjnie przejrzysty, bez najmniejszej skazy, zdaje się być ledwo iluzją rzeczywistego przedmiotu.

Simeon czym prędzej wyforsował się do przodu i wykonując kilka prostych gestów dłońmi wypowiedział słowa zaklęcia wykrycia magii. Zgodnie z oczekiwaniami cały obelisk rozbłysnął pod działaniem zaklęcia opallizującym, błękitnym światłem. Przedmiot był silnie magiczny. Czarownik skupił się jeszcze mocniej na istocie czaru zaklętego w krysztale. Chwilę później już wiedział. Czar pochodził ze szkoły sprowadzania i miał coś wspólnego z transmisją.

Drużyna w obliczu magicznego obelisku z kryształy górskiego. Simeon sprawdza rodzaj magii jakim emanuje.
Simeon: Czy to portal?
Montcort: Sprowadza Demona Przejebaności

Wybuchła kłótnia o to, co zrobić. Bogactwo ukryte w jaskini powalało, ale z jakichś powodów nikt tego do tej pory nie ruszył. W korytarzyku przed wejściem do jaskini wyraźnie widać, że wydobywano kryształ ze ściany, w środku był nienaruszony. W końcu Keffar ruszył ku korytarzykowi i przy pomocy młoteczka i gwoździa do wspinaczki wydłubał jeden z mniejszych kawałków klejnotu. To nie wystarczyło jednak Haeriemu, uchwycił w dłonie swój topór i ruszył ku jednemu z “kwiatów” wewnątrz jaskini. Wybrał jeden z bocznych listków i uderzył bronią. – Nieeee! – krzyknął Simeon, ale było już za późno. Topór odbił się od kryształu, czyniąc ledwie widoczną krzywdę powierzchni kamienia. Poza tym nie stało się zupełnie nic.

Dywagacji ciąg dalszy. Tym razem o Golemach z kryształu.
MG: …no i taki golem wart jest 5000 PD.
Bjornej: Ej, to by wypadło po tausenie na łebka!
Simeon: Dla naszej druzynie, to by wypadło po nagrobku na łebka.

Zachęcony tym Montcort pożyczył narzędzia od Keffara i zajął się tym samym “liściem” co Haeri. Po chwili spory kawałek kryształu górskiego leżał w jego dłoni. Mimo pozytywnych efektów swoich działań, drużyna stwierdziła, że dość już kuszenia licha i postanowiła wycofać się do korytarza i pomijając póki co drugą, odnalezioną odnogę, ruszyć pasażem w kierunku zachodu.

Montcort zdobył kawałek kryształu i wkłada go do wspólnego skarbu drużyny, przeglądając plik w sieci.
Montcort: … niech mi ktoś wyjaśni dlaczego mamy ząb trzonowy w skarbach?

Korytarz ciągnął się przez przeszło dwieście metrów delikatnie tylko zmieniając kierunek to w tę to drugą stronę. Wzrastała jednak wilgotność, a wraz z nią w nozdrza bohaterów zaczęły docierać specyficzne zapachy. Nagle! Bjornei kazał się wszystkim zamknąć i zatrzymać. Czuły słucha szamana nie mylił się, gdzieś w korytarzu przed nimi usłyszeli wyraźnie pośpiesznie oddalające się kroki. Ostrożniej niż wcześniej drużyna poczęła przemieszczać się dalej. W końcu usłyszeli głośny szum wody i ze zdziwieniem zauważyli, że gdzieś przed nimi coś majaczy w ciemnościach. Drużyna weszła do kolejnej, wielkiej jaskini.

Ciężko było określić jak wielka jest, lecz u jej sklepienia wyraźnie można było dostrzec szpary przepuszczające dzienne światło. Tuż przy wejściu, po skalnym słupie z głośnym szemraniem lała się woda tworząc u jego stóp sporych rozmiarów staw z którego woda z szumem odpływała ku korytarzykowi w południowej ścianie. W całej komnacie pachniało grzybnią i czymś jeszcze bliżej niezidentyfikowanym. Powoli i badając głębokość wody Keffar ruszył przez staw na zachód a za nim reszta drużyny.

Wkrótce w świetle pochodni i rozproszonego światła padającego z góry, drużyna dostrzegła ogromne pole szerokoskrzydłych grzybów, których rozmiar mógłby zawstydzić każdego powierzchniowego grzybiarza. Bjornei aż podskoczył z radości i wyrwał się do przodu. – To skarb przyjaciele, to są olmuny! Bardzo smaczne grzyby! – powiedział pochylając się i zrywając jednego. Odgłos spuszczanej cięciwy i świst strzały otrzeźwił wszystkich momentalnie. Prymitywna strzała pokaźnych rozmiarów wbiła się tuż u stóp Keffara. Montcort od razu wiedział, że upadła tam nie bez przyczyny, to było ostrzeżenie.

Szybko przeczucie Argadyjczyka okazało się prawdą, kiedy z mroków przed nimi padły groźne słowa wypowiedziane tubalnym głosem w jakimś prymitywnym, nieznanym języku. Awanturnicy spojrzeli po sobie, jednak żaden z nich nie miał pojęcia o czym mówił głos, nietrudno jednak było się domyślić. Bjornei spokojnym ruchem wyjął gdzieś z czeluści skórzanego płaszcza fajkę i odpalił ją szczapą od trzymanej pochodni, postanowił grać na czas, jednak kolejne groźne ponaglenia zmusiły awanturników do decydowania co dalej. Na znak Keffara wszyscy postanowili się wycofać, ku wyraźnemu żalowi części drużyny.

Dyskusja nad tym czy czas już wychodzić z lochów.
Keffar: Ja jestem za tym aby przyjść tu jutro…
Montcort: Jakie jutro, jak teraz mamy dzisiaj? Jutro to możemy juz nieżyć!

Wracając drużyna ponownie minęła odgałęzienie prowadzące ku jaskini kryształowej, tym razem jednak postanowili sprawdzić przeciwległy korytarzyk. Czterometrowej szerokości, świetnie utrzymany korytarz doprowadził drużynę ku równie szerokim, monumentalnym schodom w dół. Zdziwienie awanturników było ogromne. Odbyła się szybka debata nad tym czy wracać, czy penetrować kompleks dalej. Ostatnia pochodnia paliła się właśnie, a Keffar wyraźnie odmawiał użycia latarni dopóki nie będzie to niezbędne. Koniec końców ustalono, że przez chwilę pójdą w dół, a potem wrócą na powierzchnię i zastanowią się skąd wziąć większy zapas źródeł światła.

Bjornei ma rzucić na spostrzegawczość. Rzut nie wyszedł.
Bjornej: czuję, ze cos mi nie wyszło.
MG: Cholera nie wyłączyłeś żelazka!
Bjornej: Kurcze, po tym czasie to szałas na pewno już spłonął.

Schody okazały się wcale nie być krótkie. Po dziesięciu metrach nadal ciągnęły się w dół, a na jednej ze ścian, w specjalnym koszu tkwiła poważnie wyglądająca pochodnia. Dla Keffara to był znak. Pochodnie zabrano i awanturnicy ruszyli ku wyjściu.

W jaskini z wyrobiskiem gliny drużyna z zadowoleniem odkryła, że większość nietoperzy wróciła i zapadła ponownie w sen. Tymczasem wkrótce po wejściu do wąskiego korytarza prowadzącego do Czerwonej Twierdzy, pochodnia drużyny zaczęła wyraźnie przygasać. Keffar zdawał się triumfować, wszak ostrzegał przed tym, jednak Avelox uśmiechnął się tylko tajemniczo, wykonał szybki gest połączony z kilkoma słowami i nagle w korytarzu stało się jasno jakby w dzień. Bohaterowie zmrużyli na moment oczy zaskoczeni takim nagłym natężeniem światła, a potem spojrzeli na młodego Paezurczyka z podziwem. Skrywał on więcej tajemnic niż można się było tego spodziewać.

Rozmowa o czarze światło.
Keffar: Jak to długo świeci?
Avelox: Jakieś 10 minut.
MG: Czekajcie, przecież zmieniliśmy zasady, muszę sprawdzić czy to się nie zmieniło… Tak! 6 tur + 1 / poziom.
Avelox: Wiesz co, ostatnio zmieniłem czary na energooszczętne, będzie dłużej!

Z cyklu rozmów luźnych. O wizjach (narkotycznych?) drużynowego szamana.
Simeon: Ja mam pomysł – rzuce kiedyś na Bjorneja czar EPS jak będzie w transie – będę miał nieżłą jazdę, ale bez skutków ubocznych dla organizmu!
Bjornej: Co to eps?
Simeon: Czytanie w myślach

Kilkadziesiąt minut później, drużyna stała na targanym wiatrem dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

MG zastanawia się na głos nad jakąś techniczną sprawą dotyczącą lochu.
MG: Ciekawe, czy znajdę to co sobie wcześniej narysowałem.
Bjornej: Jesli to śmierć, to na pewno.


Ufff, ciężko się opisuje loszek. I na sesji i w raporcie. Niektórzy z was pewnie już zauważyli, że z wody spokojnie ciurkającej po słupie w jaskini z grzybami, zrobiły się nagle potoki wody płynące w dół. Wybaczcie i pozwólcie mi na taką zmianę, po prostu w czasie sesji zagapiłem się i zupełnie źle opisałem to co możecie zobaczyć. Od tej pory więc stan faktyczny jest jak w raporcie.

Powiększyły nam się możliwości działania? Zobaczmy:

  • Kompleks jaskiń pod Czerwoną Twierdzą wydaje się być obszerny i dać dużo zajęcia badaczom. Czy drużyna jest zainteresowana odkrywaniem jego tajemnic?
  • Czym jest kryształowy obelisk, czy zagraża on drużynie bohaterów? Jak dorwać się do skarbu ukrytego pod ziemią.
  • W jaskini z grzybami ukrywają się jakieś istoty, kim są i co tam robią?
  • Dokąd prowadzą szerokie schody w lochu, jak są długi i kto czeka na ich końcu?
  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostały schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza? Teraz przynajmniej wiadomo gdzie wcześniej znajdowała się wieś Borowik.
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
    Dokąd prowadzi tunel w podziemiach wieży? Kto ciągnął tam ciało zabitego człowieka i po co?
View
Skrzydła Rocranon cz.35 - Krew na schodach

Udział wzięli: Avelox, Bjornei, Hæri, Keffar, Simeon


Simeon poczuł się jakby wrócił do swego domu. Zakasał rękawy szaty i zabrał się za porządkowanie ksiąg i papierów. W czynności tej chętnie pomógł mu Avelox. Pozostali członkowie drużyny pozostawili dwójkę towarzyszy i zeszli na wewnętrzny dziedziniec. Keffar wyraźnie zamyślony nad czymś powiadomił, że rusza na polowanie i niedługo powróci. W ten sposób Haeri i Bjornei zostali sami. Szaman zamyślony nie odzywał się wcale, co i tak mijało by się z celem, bo Ostrojczyk znał ledwie kilka podstawowych słów w języku argadyjskim.

Haeri nie chciał jednak siedzieć z tyłkiem płasko na ziemi, więc wzruszył tylko ramionami i postanowił na własną rękę zbadać wieżę, w której nadal nie stanęła stopa nikogo z drużyny. Parter przedzielony kratą służyć kiedyś musiał za magazyn. Schody prowadziły w dół i górę. Haeri począł piąć się ku górze trafiając do czegoś na kształt wartowni. Tutaj jednak jego szczególną uwagę przykuły ślady krwii na schodach i podłodze. Ktoś musiał być ciągniony w dół krwawiąc.

Na kolejnym piętrze krwii było jeszcze więcej, to tutaj musiał rozegrać się dramat, w którym ktoś został ranny. Skrzynie, beczki i stojaki zapełniały większą część pomieszczenia, a u szczytu stromej drabiny schodkowej wejścia na szczyt wieży strzegł ciężki z wyglądu właz. Ostrojczyk postanowił nie ryzykować sam i wrócił na dziedziniec zastając szamana w takiej pozycji w jakiej go kilkanaście minut wcześniej zostawił. Wymachując rękoma i używając swojego ubogiego słownictwa zaciągnął Bjorneia do wieży i wskazał na krwawe ślady, szaman jednak wyraźnie znużony odkryciem towarzysza nie podjął tropu i wrócił na dziedziniec. Nic nie pozostało Haeriemu jak poczekać na powrót Keffara.

W tym czasie Simeon i Avelox odkryli już kilka ciekawych rzeczy wśród ksiąg i dokumentów w dawnej bibliotece. Pośród luźnych kart pergaminów znalazła się mapa archipelagu z wyraźnym położeniem ciężaru na wyspie Rocranon, która nie posiadała jeszcze miasta Sotham, za to stolica znajdowała się w mieście Rocranon, a w górach wydobywano cenne surowce, jeden z największych skarbów wyspy. Kiedy Simeon zanurzył się w księgi opisujące majątek i zarobki mieszkającej tu niegdyś szlachty, odkrył że położenie niektórych wiosek było niegdyś inne. Z nad wybrzeża przenosiły się w głąb lądu. Tymczasem również Avelox trafił na jakiś ciekawy tom i zanurzył się w jego lekturze, niemal nie dostrzegając poza nią świata.

Avelox bada starą mapę wyspy Rocranon.
MG – W górach widzisz małe piktogramy z kilofem i młotem i podpisy: srebro, miedź, żelazo.
Bjornei – Wiadomo, komuniści położyli łapy na skarbach.

Wielki pies, który do niedawna wylegiwał się w łożu na piętrze znudził się już chyba bezczynnością i mijając odpowiednim łukiem Bjorneia i Haeriego opuścił kasztel. Ostrojczyk natychmiast wykorzystał tę okazję, aby spenetrować jedyne pomieszczenie, do którego nie weszła wcześniej drużyna. Całość wyglądała równie ponuro jak pozostałe pomieszczenia, ale wojownikowi udało się odnaleźć i otworzyć niewielką skrytkę, sprytnie ukrytą w ramie łoża. W środku w niewielkiej aksamitnej sakiewce znajdowało się kilka małych, srebrnych monet i dziwny graniastosłup z kości ptaków z zawieszonym pośrodku maleńkim, czerwonym klejnocikiem.

Haeri znalazł schowek o wielkości 25×6cm. MG co rusz każe mu rzucać k100 na jakaś magiczna tabelkę. Z ilości rzutów gracze zacierają ręce i wnioskują, że skarbów będzie dużo. Po 3 czy 4 rzucie, wyjątkowo wysokim wtrąca się Bjornej:
Bjornej – Oooo… To teraz to będzie rydwan!

Simeon obracał w dłoniach przedmiot, który przyniósł mu Haeri i musiał przyznać, że nie ma pojęcia z czym ma do czynienia. Wyraźnie obruszył się na sugestię Haeriego, że Keffar na pewno wiedziałby co to jest gdyby był na miejscu. Podrażniona duma kazała alchemikowi zapoznać się ze zwojem, który wcześniej znalazł i z radością stwierdzić, że zaklęty w niego jest czar identyfikacji magicznych przedmiotów. Krótkie studiowanie zwoju pozwoliło przyswoić sobie zaklęcie. Simeon już wiedział, że następnego dnia dowie się czym jest ten dziwny przedmiot.

Haeri odnajduje dziwny graniastosłup z kości ptaków z maleńkim czerwonym klejnocikiem. Niesie go do Simeona. Ten bada przedmiot ale nie potrafi odkryć jego prawdziwego znaczenia.
Haeri – Szkoda że nie ma Keffara, pokazalibyśmy mu to coś. Na pewno by się na tym poznał.
Simeon z przekąsem – Na pewno by się na tym poznał i już byśmy tego więcej nie zobaczyli.

Simeon rzuca na nauczenie się czaru identyfikacji ze zwoju, niestety nie udaje mu się. MG odkrywa jednak, że podał graczowi zły rodzaj rzutu i choć pomylił sie na korzyść gracza, to przymykając oko pyta.
MG – Skoro się pomyliłem to powinienem mu jeszcze raz pozwolić rzucić?
Gracze – Tak! Tak! Pozwól mu!
MG złośliwie – No dobrze, możesz sobie jeszcze raz rzucić, a ja sobie skompensuję i zabiję dwie postaci na sesji zamiast jednej.
Bjornei nie przepadający za swoją postacią – Mnie! Mnie zabij!

W momencie kiedy Haeri wrócił do komnaty z łożem i legł na starym materacu, do kasztelu w strugach deszczu wrócił Keffar z przewieszonym przez plecy koziołkiem. Szybki raport zdany mu przez Bjorneia upewnił go, że psa nie ma już w kasztelu, a specjalnie po mięso do obłaskawienia go wyruszył na wzgórza. Nie widząc na razie sposobu na znalezienie wielkiego psa, przystąpił do oprawiania zdobycznej zwierzyny. Wkrótce do łowcy i szamana dołączyli obaj czarodzieje świecą rozpraszający zmrok jaki zapadł wewnątrz budynku. Towarzystwo ledwo zdołało wymienić uwagi na temat swoich znalezisk, kiedy na nogi postawił je przeraźliwy krzyk z piętra. Nim większość zdążyła w ogóle zareagować Keffar sadził już długie kroki w stronę schodów.

Haeriego ze snu wyrwały jakieś dziwne świszczące słowa gdzieś na korytarzu. Przez okna do komnaty sączyła się opalizująca niebieskim światłem zachodu mgła i wypełniała podłogę komnaty szczelnym dywanem. Zaniepokojony głosami Ostrojczyk nasłuchiwał przez chwilę. Odgłosy jakby łamania gałązek mieszały się z nieprzyjemnymi mlaśnięciami. Krzyknął raz i drugi w stronę korytarza żądając odpowiedzi, ale w zamian słyszał tylko przedziwną i pełną wyrzutów wyliczankę.

W końcu Haeri zebrał się w sobie i z obnażonym mieczem ruszył na korytarz. Kilka metrów od komnaty, pośród cieniów wieczora klęczała jakaś odziana w łachmany istota pracując nad czymś głęboko pochylona. Wojownik zaczął zbliżać się do wieczornego gościa krzykami zachęcając go aby ujawnił swoją tożsamość i jednocześnie starając się dojrzeć nad czym pochyla się obcy. Wreszcie dojrzał coś, czego zdecydowanie nie chciał oglądać.

Otulony w łachmany człowiek zanurzał ręce we wnętrznościach krasnoluda wyszarpując je na zewnątrz, co gorsze krasnoludem był nie kto inny jak Thorin Zivarson, który z ustami otwartymi w bezgłośnym okrzyku bólu wpatrywał się błagalnie w Haeriego. Ten krótki moment spowodował że wojownik stracił całą zimną krew, a kiedy nagle dziwna postać oprawcy odwróciła się w jego stronę zobaczył twarz swojego ojca z połową twarzy zmiażdżoną jakąś potężną siłą. Starzec rzucił się na swego syna i oplótł kościste palce wokół jego szyi. Haeri wyrywał się krzycząc aby zjawa puściła go, łapiąc łapczywie hausty powietrza, kiedy nagle… wszystko zniknęło.

Nad łóżkiem w którym wił się Haeri stał Keffar i mocnym potrząsaniem próbował dobudzić ziomka. To z jego dłońmi szarpał się w śnie młody wojownik. Do komnaty z ciekawością pomieszaną z niepokojem zaglądali pozostali członkowie drużyny. Haeri oprzytomniał natychmiast i próbował obrócić całą sytuację w nic nie znaczący epizod, jakim miał nadzieję był naprawdę. Poważniej do sprawy podszedł szaman i wkrótce zaproponował Ostrojczykowi, że pomoże mu poradzić sobie z jego demonami, ten jednak zdecydowanie kazał mu trzymać nos z daleka od jego spraw.

Późnym wieczorem bohateorowie przygotowujący koziołka na pieczyste, usłyszeli dziki krzyk na piętrze kasztelu i ruszyli pędem sprawdzić co się dzieje. To Haeri śpiący w starym łożu w sypialni, przerażony koszmarnym snem rzuca się po łóżku krzycząc, a w końcu szarpie się z Keffarem w pół na jawie nim dochodzi do siebie. Widząc wszystkie oczy wpatrzone w siebie z niepokojem, starając się ukryć zażeonowanie, rzuca jakby nigdy nic – A co? Pieczecie coś?

Rozmowa na temat menażerii zwierzęcej kręcącej się koło drużyny. Gracze zastanawiają się nad nieobecnym na sesji Montcortem.
Keffar zauważa trzeźwo – Ciekawe. Osioł sokolnika wylogował się razem z nim, a ten pies co się za nim kręcił nie.
MG – Bo to nie jego pies.
Bjornei – Jak zwykle problem z multiplayem…

Bjornei nie zamierzał jednak odpuścić i podczas chwili nieuwagi Ostrojczyka wyrwał kilka długich włosów z jego czupryny. Przez chwilę wydawało się, że Haeri zdzieli szamana, ale w bezradności wykrzyczał mu tylko żeby się od niego odwalił i ponownie odseparował się od drużyny wybierając na nocleg puste pomieszczenie kuchenne. Szaman w tym czasie zmieszał włosy wojownika ze swoimi ziołami i zapalił je w swojej fajce. Zaciągając się dymem i mamrocząc pod nosem wprowadzał się w stan drugiego widzenia. Niemal natychmiast jego duchową postać otoczyły wściekłe duchy przepełniające to miejsce i zmusiły do wycofania się do świata rzeczywistego. Zamek był złym miejscem, a podróżnik duchowy musiał być potężny aby poradzić sobie z siłą zła jaka tu drzemała.

Bjornei wyrwał z głowy Haeriego kilka włosów, starając się dopomóc mu w sprawie męczących go koszmarów. Kilka chwil później na medium tuż obok sesji pojawia się taki oto wierszyk-przyśpiewka:
Ten włosek z brody
Wart jest nagrody
Toudi doudi li

Nim nastał świt Haeri wpadł do miejsca noclegowania pozostałych i jakby nigdy nic począł ich budzić zachęcając do szybszego zajęcia się penetrowaniem wieży. Osioł był już nakarmiony i oporządzony, Haeri spakowany i przygotowany na wszystko. Wyglądało jakby spał bardzo krótko tej nocy.

Ostrojczyk z werwą i po raz kolejny pokazał drużynie ślady znalezione w wieży. Keffar swoimi tropicielskimi umiejętnościami szybko odczytał sytuację jaka miała tu miejsce i potwierdził, że ciało musiało zostać zaciągnięte do piwnicy. Tymczasem jednak przyszedł czas na zbadanie szczytu wieży, gdzie odwagi nie miał wejść poprzedniego dnia Haeri. Keffar ostożnie podważył właz i odkrył kolejne ciało wojownika, który wykrwawił się po przebiciu mieczem na wylot. Prócz ciała na szczycie wieży znajdowała się niewielka katapulta w znakomitym stanie i stos wygładzonych kamieni służących za pociski.

Po znalezieniu katapulty na szczycie wieży i rozważaniu pomysłu jej zdemontowania i przewiezienia:
Bjornei – Jak będziemy mieli katapultę to Arenda będzie inaczej z nami rozmawiała!

Konstrukcją maszyny zainteresował się niezwykle Avelox i wraz z Keffarem przeprowadzili kilka prób działania mechanizmu, wystrzeliwując kamienie na przedpole zamku, tak długo aż młodzieniec zrozumiał dokładnie tak obsługę jak i mechanizm działania katapulty. W tym samym czasie piętro niżej Simeon zainteresował się zawartością pełnej beczki, którą poprzedniego dnia wytoczył spośród innych Haeri. Okazało się, że wypełniona jest ciemną i cuchnącą mazią zwaną jako olej skalny. Simeon zachwycony odkryciem zastanawiał się jak nabrać jak najwięcej cennej substancji, lub znieść całą beczkę na dół, w końcu jednak zadowolił się odlaniem pół litra płynu do jednego z jego niezliczonych pojemniczków.

Jedna z rozmów jakich w naszej drużynie wiele.
Simeon – Nie ma co deliberować…
MG – To się nazywa trudne słowo! Drużyna chyba ma problemy ze zrozumieniem…
Bjornej – No, trudne słowo na dziś, z panem alchemikiem to się może jeszcze intelektualnie rozwiniemy
Keffar – Żeby raczej on nie musiał rzucać co dzień na zidiocenie za przebywanie z nami!

W końcu przyszedł czas na zbadanie piwnicy. Po kilku schodkach bohaterowie docierają do solidnych drzwi a za nimi odkrywają loch z celami, salą tortur i karcerem. Jedynym elementem, który się nie zgadza są ślady krwii, które prowadzą wprost ku litej ścianie. Szybkie przeszukanie ślepej uliczki pozwala odkryć tajne przejście, a za nim wąski korytarzyk wykopany w glinie, utwardzony ogniem. Wijąc się delikatnie prowadzi gdzieś na zachód. Bohaterowie postanawiają sprawdzić dokąd prowadzi…


W ten sposób zakończyła się nasza ostatnia sesja. Jesteście w loszku, czeka trochę nowych zasad, które wkrótce wrzucę na forum. Pamiętajcie, że na górze są wasze zwierzęta i psy, które wkrótce potencjalnie znów będą głodne, a już wiedzą że ostatnio mieli się jak najeść w zamku. Pozostaje też temat ciała na szczycie wieży. A tymczsem:

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostały schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza? Teraz przynajmniej wiadomo gdzie wcześniej znajdowała się wieś Borowik.
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie? Jak zareaguje kiedy dowie się od krasnoludów, że zabili oni dwóch ich towarzyszy, a jej syn nie wrócił nadal z wyprawy do Czerwonej twierdzy?
  • Jak szybko krasnoludy mogą wrócić ze swoją zemstą przeciwko drużynie?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
  • Dokąd prowadzi tunel w podziemiach wieży? Kto ciągnął tam ciało zabitego człowieka i po co?
View
Skrzydła Rocranon cz.34 - Dzika sfora

Udział wzięli: Bjornei, Hæri, Keffar, Montcort , Simeon


Smartfox nabija się przed sesją z MG.
MG złośliwie – Jaką będziesz miał następną postać?
Wojtek – Ja będę miał potężną!
Parasit – 18 będziesz miał na INT, MD i CH, a resztę na 4.
Smartfox – Będziesz grał Stephanem Hawkingiem.

Zimny i wietrzny świt zastał awanturników żywiołowo dyskutujących nad własną sytuacją. Pewnym wydawało się, że swoje kroki drużyna skieruje do Czerwonej Twierdzy, pytaniem pozostawało co zrobić z pozostałymi przy życiu krasnoludami i czy przyznawać się do winy za śmierć ich towarzyszy, a jeśli tak, to w jaki sposób? Na trakcie do głosu doszedł deszcz zasiekający mocno z boku, psujący do reszty humory ludziom i zwierzętom.

Drużyna zastanawia się jak rozwiązać trudną sprawę zabójstwa krasnoludów.
Haeri – Wyślijmy Simeona do krasnoludów.
Montcort obawiający się prawdomówności i braku umiejętności dyplomatycznych Simeona – Ja poza grą mówię nie róbcie tego! A w grze. Tak! Niech pójdzie Simeon on jest naukowy człowiek.

Dalej sprawa krasnoludzka.
Bjornei – Może wyślijmy krasnoludom kartkę i napiszmy na niej “To nie my zaczęliśmy”.
Simeon – Jeszcze jakieś genialne pomysły? Napiszmy “wyjechaliśmy do Mrzysnu”.

Przed wejściem do Twierdzy zwiad przeprowadzili Keffar i Montcort, odnajdując w pobliżu drogi do twierdzy ślady kilku ludzi zmierzających ku budowli. Musiało zdarzyć się to kilka dni wcześniej, a bohaterowie mieli sporo szczęścia, bo za kilka godzin deszcz usunął by resztki jakichkolwiek dowodów w tej sprawie. Na wpół uszkodzone wrota do twierdzy udało się otworzyć i wkrótce cała drużyna znalazła się na brukowanym kamieniem dziedzińcu Czerwonej Twierdzy.

Wnętrze twierdzy było w lepszym stanie niż można się było spodziewać. Co prawda część drewnianych konstrukcji zapadła się lub mocno osłabiła, a kawałki kamiennych budynków były najnormalniej w świecie rozebrane i rozkradzione, podobnie jak fragmenty bruku dziedzińca, to jednak łatwo można było rozpoznać co służyło do czego za czasów świetności tego miejsca.

Szybki rekonesans pozwolił stwierdzić, że drużyna nie jest jedynym gościem w tym miejscu. Kiedy w bramie muru kurtynowego, rozdzielającego główny dziedziniec od wewnętrznego pojawiły się dzikie psy, z mordami i łapami umorusanymi krwią, zawiało grozą. Zwierzęta jednak nie rzuciły się do ataku a z ciekawością przyglądały się przybyszom. Ten moment niepewności wykorzystał Montcort, który postanowił udobruchać zwierzęta częścią swoich zapasów. Krok po kroku, spokojnie nawiązywał coraz lepszy kontakt z kilkoma z psów pozwalając Keffarowi zbadać dziedziniec wewnętrzny, gdzie na ciałach dwóch mężczyzn posilała się reszta stada.

Dzikie psy okazały się nie do końca takie dzikie. Montcort nawet nawiązał niezły kontakt z jednym z nich i nakarmił go.
Keffar – Próbujemy to towarzystwo oswajać?
Haeri – Teraz będzie głupio je zabić.

Montcort zastanawia się czy nakarmić pozostałe psy mięsem i próbować je również oswoić.
Keffar – Tam jest pięć psów! Chcesz im dać 50dkg mięsa? To będzie jak pół litra na pięciu!

Keffar naliczył 7 psów, w tym największego z nich o wyglądzie wilka, który warczeniem jasno określił granice w jakich może poruszać się człowiek. Nie zamierzając konfrontować się ze sforą drużyna wycofała się na pierwszy dziedziniec i pozostawiwszy Montcorta przy psach, aby miał na nie oko, przystąpiła do metodycznego przeszukiwania zabudowań gospodarczych. Nie pozostało wiele przedmiotów, które warto by stąd zabrać. Wszystko co cenne zabrano podczas opuszczania tego miejsca, albo rozkradziono później.

Kiedy Simeon wszedł do stajni, która kiedyś przeznaczona musiała być dla zamkowych koni, usłyszał niepokojący dźwięk. Ktoś zawzięcie używał w tym miejscu łopaty. Alchemik szybko wycofał się i powiadomił o odkryciu resztę. Korzystając ze swoich talentów łowczego Keffar przemknął pomiędzy zniszczonymi boksami dla zwierząt i odkrył, że ktoś kopie w wyłomie z tyłu murów, w którym pochowali dzień wcześniej zabite krasnoludy, wraz ze znalezionymi w dole mężczyznami. Wyłom prowadził wprost do stajni.

O dole w którym ktoś obecnie kopie, a gdzie wczesniej drużyna pochowała dwóch zabitych krasnoludów.
Keffar – Skoro krasnolud wykopał tych dwóch i ich zabrał, to może zakopiemy tych dwóch z zamku?
Bjornei – Wypełnijmy ten dół wszystkimi, którzy są na tej wyspie!

Keffar bezszelestnie wymknął się na zewnątrz i szybko podzielił się zdobytymi informacjami z resztą, następnie kazał uzbroić się Bjorneiowi i Haeriemu w broń strzelecką i razem ruszyli zaskoczyć kopacza na dnie dołu, nie dając mu szans na obronę. Kiedy z napiętą bronią stanęli nad osuwiskiem, zobaczyli przejmującą scenę. Na mokrej i lepiącej się ziemi klęczał najstarszy z krasnoludów, Zaghal Borinson a na jego kolanach leżały zwłoki martwego Thorina Zivarsona. Stary krasnolud ukrył swoją twarz w dłoni.

Kiedy Zaghal usłyszał ostrojskie słowa, którymi Haeri zwrócił się do Keffara proponując co uczynić dalej, zerwał się z ziemi, a w jego dłoni pojawiła się łopata, której używał kilka chwil wcześniej kopiąc w tym miejscu. Zaghal patrzył spod krzaczastych brwi ze wściekłością na awanturników. Keffar nie zamierzał kryć niczego i na pierwsze pytanie krasnoluda przyznał się, że to z winy jego i jego towarzyszy Thorin leży martwy, choć zaznaczył, że zostali postawieni w sytuacji bez wyjścia przez samego Thorina.

Zaghal wyznał, że Thorin był mu jak syn i jego obowiązkiem jest teraz zabranie ciała bliskiej mu osoby i dostarczenie do miejsca jego urodzenia, aby mógł lec pomiędzy swoimi przodkami. Później jednak Zaghal będzie miał już tylko jedną rzecz do zrobienia w życiu, a będzie nią odnalezienie Keffara i jego towarzyszy i upewnienie się, że zabójcy jego “syna” nie chodzą już po tym świecie żywi. Na Haerim i Keffarze groźba nie zrobiła wielkiego wrażenia, bardziej przejęci wydawali się pozostali członkowie drużyny kiedy dowiedzieli się o tym co wydarzyło się w stajni. Awanturnicy pozwolili bez przeszkód zabrać ciała dwójki krasnoludów i obserwowali z jednaj z wież, jak Zaghal oddala się powoli pośród wzgórz ciągnąc za sobą osiołka ze smutnym ładunkiem.

Bjornei wysłuchał groźby Zaghala i zadumał się nad sytuacją drużyny.
Bjornei – Wiecie co jest najgorsze z krasnoludami? Trzeba paru zabić, aby poznać ich zwyczaje.

Czas było sprawdzić kasztel. Dotychczasowa przeszkoda w postaci sfory psów posilających się trupami zniknęła. Część z nich udała się do stajni, dwa kręciły się ciągle przy Montcortcie, wyraźnie zadowolone z jego towarzystwa, zniknął gdzieś też przewodnik stada. Za to u schodów kasztelu leżał jeden z psów, wyraźnie nie mogąc się ruszyć. Montcort ostrożnie zbliżył się do niego i odkrył, że zwierzak ma paskudną i gnijącą już ranę po starciu z jakimś dzikim zwierzem. Zdając sobie sprawę z umiejętności leczenia szamana, poprosił go o pomoc. Bjornei jednym rzutem oka ocenił, że pies ma bardzo małe szanse na przeżycie.

Jeden ze znalezionych psów cierpi i najwyraźniej umiera od ran odniesionych dawno w walce z odyńcem. Montcort próbuje go ratować.
Montcort – Mam opiekę nad zwierzętami więc… próbuję go… no wiesz… oprawić!

Uleczony przez szamana pies postanowił wyrazić swoją sympatię.
MG – Pies polizał Bjorneia po twarzy… (i z przymrużeniem oka dodaje) sprzedając mu ciężką chorobę zakaźną.

MG o Bjorneiu, który chodzi okutany w futro niedzwiedzia – Chyba nigdy nie widzieliście więcej ciała Bjorneja niż jego twarz i ręce…
Bjornei: Bo on nie ma więcej!

Zasmucony Montcort nie był w stanie dobić zwierzaka, więc Keffar zaproponował, że go w tej przykrej czynności wyręczy. Nim jednak wprowadził swój plan w życie, Bjornei postanowił wykorzystać pewną szansę i uklękł ponownie przy zwierzęciu. Wkrótce dookoła rozszedł się zapach palonych ziół i cichutki ni to pomruk ni to śpiew szamana. Dotykając dłońmi ciała psa umysłem błądził po świecie duchów. Odkrył, ze pies jest pogodzony ze swoją dolą, jak potrafi być tylko zwierzę rozumiejące naturę życia. Zdecydował jednak i wkrótce wypowiadając słowa mocy zobaczył jak pod jego dłońmi rana zasklepia się i zabliźnia, a brzydko gnijące kawałki skóry odpadają. Również pies poczuł powracające siły bo podniósł się z ziemi i z wdzięczności polizał szamana po twarzy. Już trzy psy poczęły podążać za drużyną.

Przetrząśnięcie kasztelu z początku nie przyniosło większego rezultatu. Kuchnie, sale audiencyjne, a nawet komnaty państwa zostały gruntownie ograbione. W pozostałościach łoża w jednej z komnat wylegiwał się największy z psów ponownie nie pozwalając się do siebie nikomu zbliżyć. Nagle pozorny spokój zburzyły stłumione odgłosy uderzania w jedną ze ścian. Simeon uważnie zaczął przyglądać się i obmacywać kamienie, aż w końcu znalazł jeden z nich wystający nieco ponad inne i bez wahania wcisnął go. W ścianie otworzyło się niewidoczne dotąd przejście.

Przez chwilę wszyscy zastygli w oczekiwaniu. W końcu drzwi drgnęły a spoza nich wyszedł wymizerowany mężczyzna z kordem w ręku. Blady, z podkrążonymi oczyma, łapczywie przyssał się do manierki z wodą podanej przez Keffara. Rzucając strachliwe spojrzenia na boki, łamiącym się i przepełnionym niepokojem głosem opowiedział co stało się w kasztelu nieco ponad dwa dni wcześniej. Wynajęci przez Athora, syna Arendy bandyci zaczaili się w zamku w oczekiwaniu na krasnoludy, które mieli z zasadzki zaatakować i obrabować. Jednak którejś nocy, podczas kiedy opowiadający spał, nagle w zamku wybuchła walka.

Za ściany Wychodzi mężczyzna z kordem w ręku.
Simeon – Keffar, kolega do Ciebie!
MG (nie zważając) – … blady ten człowiek, zmizerowany…
Montcort – Zombie czy student po sesji?

Napastnikom przewodził wysoki mężczyzna w czarnej zbroi, z naramiennikiem najeżonym kolcami. Pociski i ciosy odbijały się od niego, nie czyniąc mu żadnej krzywdy. To on sam potężnym cięciem rozpłatał Athora, ale zanim zwrócił się przeciw znalezionemu mężczyźnie, ten w panice uciekł na górę i zamknął się w odnalezionym dzień wcześniej korytarzu, z którego uwolnili go awanturnicy. Keffar pomimo zbadania ukrytego za ścianą korytarza nic nie znalazł. Drużyna podejrzewa, że była to droga łącząca obie główne sypialnie.

Odnaleziony w ścianie człowiek mówi o Athorze. Drużyna drgnęła zaskoczona usłyszawszy imię jednego ze swoich wrogów.
Odnaleziony – Znacie go?
Montcort za szybko za to z pełnym przekonaniem – Ani trochę!

Keffar szuka przejścia tajemnego, ale okazuje się, że nie udaje mu się tak dobrze jak wcześniej alchemikowi.
MG – ty nie masz tyle szczęścia co Simeon.
Simeon – Scientific Method.
Keffar – Ci kurwa zaraz dam Scientific Method…
Simeon prychając – Typowa reakcja ostrojska…

Kiedy mężczyzna zmęczony opadł na ziemię, drużyna postanowiła sprawdzić ostatnią komnatę, jedyną posiadającą drzwi, inkrustowane różnymi rodzajami drewna. Niegdyś znajdowała się tutaj pyszna biblioteka, po wielkim biurku zostały jednak już tylko ślady nóg na posadzce, a półki zostały rozebrane i wyniesione. Dookoła walały się po podłodze księgi, zwoje i drobne przedmioty. Simeon za pomocą zaklęcia szybko odkrył pomiędzy przedmiotami magiczny zwój i butelkę magicznego eliksiru, po czym zabrał się za studiowanie ksiąg.

Rozmowa o skarbach magicznych.
Keffar – Dlaczego tylko miecze są inteligentne?
Bjornej – A chcuałbyś mieć inteligentnego młotka?
MG – No własnie, po co Ci inteligentna włócznia?
Simeon – Inteligentna dzida!
Bjonrei – Ty tępa dzido!


Jeśli chcecie przeskoczyć nieco do przodu i dać np. Simeonowi czas na studiowanie ksiąg, proszę o deklaracje co w tym czasie robicie. Na pewno przyda wam się krótki odpoczynek.

Zgodnie ze zwyczajem zapoczątkowanym ostatnio podaję:

Otwarte wątki:

  • Czerwona twierdza została zbadana w dużej części. Pozostała największa wieża i schody do piwnicy w kasztelu. Wiadomo już kim byli martwi ludzie znalezieni w kasztelu. Czy ktoś będzie ich szukał odkrywając ich nieobecność?
  • Kwiat Awicenny nadal poszukiwany. Czy przodek Helmunda to słynny alchemik? Gdzie udać się po dalszą wiedzę? Do Waldy i Kuataran w Mrzyśnie, a może znaleźć dawny dom garncarza?
  • Drogi z Arendą Białą nie rozeszły się w pokojowy sposób. Czy zagraża ona drużynie? Czy nie spodoba się jej, że awanturnicy wciąż są na wyspie? Jak zareaguje kiedy dowie się od krasnoludów, że zabili oni dwóch ich towarzyszy, a jej syn nie wrócił nadal z wyprawy do Czerwonej twierdzy?
  • Jak szybko krasnoludy mogą wrócić ze swoją zemstą przeciwko drużynie?
  • W porcie Mrzysnu leży zatopiony statek z dużą ilością pieniędzy na pokładzie, a także z niemało wartymi towarami.
View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.