Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.59 – Tropy

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Żywi i opatrzeni przez Simeona dzicy patrzyli na drużynę z nienawiścią. Nie mieli zamiaru z nimi rozmawiać, ani pomagać im znaleźć Ninezziego. Ciężko im się dziwić. Złożone tuż obok ciała ich pobratymców dawały najlepszy dowód tragedii, jaka miała tu miejsce. Obok leżeli martwi drwale, Cenbeorth i Maynard, przy którym z ciężko spuszczoną głową siedział Thatelech. Keffar powoli odzyskiwał przytomność, z zaskoczeniem stwierdzając, że jest związany.

Montcort postanowił poszukać dzieci, które uciekły z miejsca rytuału, miał nadzieję, że żyją i nic im nie jest. Natychmiast do pomocy mu zgłosili się dwaj drwale i Simeon, co było mocno nie w smak sokolnikowi, więc zgubił ich w lesie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Chwilę później przed jego zdziwionymi oczyma przebiegł jeden z dzikich, ścigany przez zwierzęco porykującego Haeriego. Nie namyślając się długo, Montcort rzucił się w pościg za przyjacielem. Na nic jednak zdały się nawoływania i błagania, Haeri gnał przed siebie w bezmyślnym szale. W końcu celnie rzucony przez Montcorta kamień zatrzymał Ostrojczyka. Ten spojrzał na sokolnika przekrwionymi oczyma i rzucił się w jego stronę.

Dyskusja o tym, czy Dzicy po rzezi jaką uczynili im gracze, nie opamiętali się i nie dojrzeli w Eldadzie oszukańca i mordercy, a nie religijnego przywódcy.
Haeri – Dzicy może przejrzeli po tym wszystkim na oczy?
Keffar – Co? To było dla nich jak Wielkanoc!

Montcort wiał przed Haerim ile tchu w płucach i sił w nogach i ten niezwykły tandem ukazał się nagle nieco zagubionym drwalom i Simeonowi. Sokolnik w końcu stanął twarzą w twarz ze ścigającym go wojownikiem, który powoli jednak dochodził do siebie. Obłąkanie tak widoczne w jego oczach zaczęło znikać i kiedy w końcu zziajany odezwał się do towarzysza, jasnym się stało, że ostrojczyk wrócił do swojej normalnej świadomości. To czy był to powód do radości było już zupełnie inną kwestią.

Montcort podjął swoje poszukiwania dzieci, a reszta drużyny wróciła na miejsce bitwy. W chybotliwym płomieniu światła dawanym przez kaganek, sokolnik znalazł podwójne ślady odbite, w nasączonej deszczami ostatnich dni glebie. Prowadziły na południe, aż do rzeki a stamtąd wzdłuż niej prowadziły na południowy wschód. Montcort wiedział, że ruszyli w stronę domu, ale i tak chciał dowiedzieć się czy bezpiecznie dotarli.

Biegnąc za wyraźnym śladem, łowczy dostrzegł nagle migotliwe światełka i usłyszał odgłosy zbliżających si ku niemu ludzi. Nie zdążył na czas zgasić swojego źródła światła i został dostrzeżony. Rzucił się pomiędzy drzewa, ścigany odgłosami kroków i nawoływania, klucząc tak, że po chwili zgubił swoich prześladowców. Dla pewności został jeszcze w swej kryjówce, a kiedy głosy oddaliły się wrócił na trop którym bezpiecznie dotarł aż do Rogatego Koźla. Osoby, które spotkał po drodze były mieszkańcami wioski, co łatwo było stwierdzić po śladach, a co potwierdziła jedna z kobiet w osadzie. Dzieci wróciły całe i zdrowe do wsi.

Montcort pospieszył więc nazad ku swej drużynie, zastając ją w towarzystwie Hamesa i kilku młodych ze wsi, ci po usłyszeniu od dzieci o potyczce, ruszyli z odsieczą, jak okazało się spóźnioną. Po zdaniu relacji okazało się, że tak naprawdę nikt nie wie gdzie teraz jest Ninezzi. Zaskoczony Hames, który sądził że mag nie żyje, podskoczył w miejscu, wrzasnął, że czarownik teraz pewnie już w jego wiosce mści się na bezbronnych. W chwilę później ku Rogatemu Koźlu gnała już silna grupa wojowników, w której był nawet Keffar, który w międzyczasie doszedł był do siebie. Na miejscu bitwy zostali drwale, Thatelech i Haeri.

MG dwoi się i troi aby opisać, jaki upał nastał po deszczowych dniach. Aż sam się spocił.
MG – No upał aż pot leje wam się po plecac i spływa rowkiem w dupie.
Bjornei – Włączam klimę.
Haeri – Czyli co? Wystawiasz nogę spod futra?
Bjornei – Ale tylko prawą!

Straszny to był bieg przez las, po ciemku, ze świadomością tego co teraz strasznego może dziać się w osadzie. Co i raz gałęzie drzew chłostały po twarzach awanturników, kamyki usuwały się spod stóp grożąc upadkiem, skręceniem, albo złamaniem nogi. Bjornei w swym ciężkim futrze ciężko biegnący z tyłu potknął się i boleśnie upadł obijając sobie żebra, Simeon nienawykły do tego rodzaju biegów z przeszkodami wyrżnął z metrowej skarpy i rozłożył si jak długi na ziemi nabawiając się sińców i zadrapań. W końcu jednak zziajana ekipa dobiegła do cichego, spokojnego i niczym nie niepokojonego sioła. Ninezzi nadal pozostawał w miejscu dla bohaterów nieznanym.

Keffar i Bjornei pożyczyli wóz i konika od Hamesa i postanowili wrócić na miejsce potyczki po ciała towarzyszy. Montcort, Korin i Simeon postanowili zostać we wsi. Kiedy dwaj pierwsi odpoczywali, alchemik zabrał się za warzenie swoich naparów. Okazało się, że droga w górę rzeki prowadząc konika i wózek nie jest wcale taka łatwa i łowca z szamanem musieli kilkukrotnie oddalać się od wody, aby obejść plątaniny korzeni, skarpy i nierówności. Podczas jednego z takich obejść, Keffara zaniepokoiły wielkie, pajęcze sieci. Zagłębiając się coraz bardziej w las, towarzysze nagle stanęli oko w oko z gigantyczną czarną wdową, jednym z najbardziej jadowitych pająków.

Rosnący w Keffarze gniew nie pozwolił mu wycofać się jak Bjorneiowi, który ciągnąc upartego konika za uzdę zaczął co prędzej oddalać się od groźnego obszaru. Pajęczyca postraszyła ludzi stając na tylnych odnóżach i powoli zaczęła wycofywać się w stronę swojego gniazda. Keffar posłał za nią jeszcze dwie strzały, kiedy zobaczył, że szaman jest już w bezpiecznej odległości, ale te chybiły celu, być może na szczęście. Rozdarty w uczuciach Keffar oznaczył jedno z miejsc toporkiem, postanawiając wrócić tutaj, kiedy będzie miał więcej czasu i rozprawić się ze znienawidzonym potworem.

Thatelech, Keffar, Alers i drwale przypatrywali się obrzędom pochówkowym dzikich. Kobiety i dzieci ze wsi przybyły na miejsce pochować swoich bliskich i wyraźnie towarzystwo ich pogromców budziło ogromne emocje. Tym chętniej, po załadowaniu zwłok towarzyszy, drużyna ruszyła w stronę Rogatego Koźla, gdzie rozdzieliła się z drwalami, którzy musieli zająć się swoimi sprawami. W ten sposób upłynął niemal cały dzień, więc awanturnicy postanowili odpocząć we wsi. Przyjęci jak bohaterowie, zostali napojeni i nakarmieni, a nad ciałem i duszą Maynarda obiecały zapłakać kobiety z osady.

Do wieczornego ogniska dołączył Hames, opowiadając całą historię Ninezziego. Momentu kiedy zaczął zachowywać się obco, opowiadać o Maximlthea duchu lasu, o momencie kiedy sprowadził dzikich i zachęcił wszystkich do wzięcia udziału w pierwszym rytuale, kiedy oddano ziemi ciało jakiegoś podróżnego. Mężczyźni z Rogatego Koźla byli przerażeni tym czego byli świadkami, ale następnego dnia las zaczął być im przychylny, samodzielnie oddawać im swoje zwierzęta, karmiąc ich i otaczając opieką. Tak to więc się toczyło, zwłaszcza, że Ninezzi powiedział, że kto nie będzie brał udziału w rytuałach, wystawi na ryzyko złożenia w ofierze swoich bliskich. To stało się właśnie poprzedniego dnia, kiedy o świcie porwano ich dzieci za zdradę, której wieśniacy się nie dopuścili. Resztę historii awanturnicy już znają.

Kolejnego dnia z samego rana, bohaterowie postanawiają ruszyć na poszukiwanie Ninezziego. Gdzie rozpocząć? Nie wiadomo. Jedynym sensownym miejscem wydaje się być grobowiec Maho-Anura, tym razem jednak bohaterowie postanawiają tam dotrzeć inną drogą, nieco nadkładając trasy, przeczesując jednocześnie knieje. Utrzymujący się od dwóch dni upał, przeradza się nagle w tak ogromne oberwanie chmury, że już niemal biegiem, walcząc z nawałnicą, awanturnicy docierają do jaskini.

Kiedy Keffar pochylony w kucki przechodzi przez niskie wejście, od razu zauważa ślady krwii. Prowadzą one wprost do komnaty z paleniskiem, gdzie przy rozpalonym ogniu, okutany w płaszcz i futro, śpi, a właściwie nieprzytomny leży ciężko ranny Ninezzi. Nim ktokolwiek zdołał zorientować się co się dzieje, Keffar podaje magowi napój leczący. Wybucha ostra sprzeczka pomiędzy towarzyszami, zwłaszcza z Montcortem, który nie może pojąć dlaczego łowca tak się zachował. Keffar rzuca się na Haeriego, który postanawia póki czas zabić maga i dochodzi do nieprzyjemnej szamotaniny, z której Haeri wychodzi z rozbitym nosem.

Tymczasem nad Ninezzim, który otwiera oczy i rozgląda się wkoło, pochyla się Simeon, próbując przyjrzeć się dokładniej ranom maga, ten jednak wyrzuca przed siebie dłonie wykrzykując kilka słów i alchemik frunie przez całą komnatę i z głuchym łoskotem wali plecami w ścianę. Keffar rzuca się aby zasłonić ciałem Ninezziego, jednak nie jest w stanie wyprzedzić lecących strzał Montcorta i Korina. Ten pierwszy dwoma celnymi strzałami odcina dłonie czarownika (specjalne strzały odcinające kończyny), a drugi pakuje śmiertelny grot prost w serce maga.

W momencie śmierci Ninezziego, ktoś jakby odciął sznureczki, do których przymocowany był Keffar. Łowczy pada nieprzytomny na ziemi, a na twarzach jego towarzyszy pojawia się zrozumienie. Nie ma czasu jednak zastanawiać się nad tym co się stało, bo nagły wstrząs przeciął ziemię i narastając zaczął trząść całym lochem. Potężny ryk przerywa ciszę podziemia i gdzieś spod ziemi nadchodzi podmuch, który wyrzuca w górę palenisko, wraz z pokrywającymi je deskami. Coś nadchodzi!

Dyskusje mechaniczne po sesji. Bjornei nadal nie może pogodzić się z tym, że Montcort ma tak fantastycznie zręczną postać.
Keffar – Muszę sobie drugiego wroga rasowego wymyślić…
Bjornei – Ja mam wroga rasowego, zbyt dużą zręczność u innych graczy!


W tzw międzyczasie niewiele możecie zrobić, ale może warto wkleić listę wątków otwartych tu i ówdzie przed wami?

- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy? Rycerz Jacques Guiosa zapowiada krucjatę przeciw nieludziom i zaprasza do niej bohaterów.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”. To dwa biznesu, które rozkręcić chce nieodrodny syn wielkiego handlarza z Hageavo.

View
Skrzydła Rocranon cz.58 – Oddajemy ciała ziemi

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Ocucony dziki w strachu o swoje życie zaczął mówić. Na polecenie Ninezziego (maga, który uciekł w las podczas ostatniej potyczki) , awatara ducha lasu o imieniu Maximalth, kopali dół, który miał posłużyć podczas odprawiania kolejnego rytuału, w którym składano ofiary z ludzi, czy jak to powiedział dziki “oddawano ich ciała ziemi”. W ten sposób mieli wzmocnić ducha, który w zamian otaczał mieszkańców lasu swoją ochroną i nagradzał ich swoimi łaskami. Dzieci miały zostać zabrane do wsi dzikich, która jednak liczyła zbyt dużo ludzi, aby ot tak sobie do niej wmaszerować i zażądać powrotu mieszkańców Rogatego Koźla. Drużyna postanowiła udać się po pomoc drwali.

Haeri nie do końca może się pogodzić, że drużyna ciągnie za sobą złapanego dzikiego.
Haeri – A może byśmy go tak zabili?
Montcort – Tak bez broni?
Haeri – Dam mu topór.
Montcort – Ja nie mogę tak bezbronnego.
Haeri – To się odwróć.

Alers i reszta drwali dość szybko przystali na plan awanturników, kiedy tylko okazało się, że mogą zemścić się za śmierć swoich towarzyszy. Wkrótce sporawy już oddział twardych ludzi, prowadzony przez niezbyt chętnego swojej roli Rewilla (tak nazywał się dziki, którego udało się schwytać na kopaniu dołu) przemierzał las. Nim grupa dotarła do wsi dzikich, Arenii, zdążył zapaść zmrok. Próba podkradnięcia się do osady zaowocowała wpadnięciem na młodocianych wartowników, mieszkańców wsi i nim bohaterowie zorientowali się, stali oko w oko z wysokim, przystojnym i dobrze zbudowanym mężczyzną, który przedstawił się jako Cenbeorth.

Z niezrozumiałych dla większości powodów, dziki rozpoczął rozmowę z Keffarem tak, jakby się już znali a mówili o sprawach sobie dobrze pojętych, a będących niejasnymi dla reszty grupy. Nie czas było jednak na pytania. Cenbeorth okazał się niechętnie nastawionym do Ninezziego i jego idei “karmienia” ducha lasu. Zaproponował, że zaprowadzi awanturników w miejsce odprawiania rytuału i pomoże pokonać maga, ale ostrzegł, że krew Ninezziego nie może dotknąć ziemi, grozić to ma czymś niezwykle groźnym. Na prośbę o wskazanie im maga pośród dzikich, zdziwił się bardzo, bo przecież wszyscy dobrze sami go znali. Magiem był nie kto inny jak Eldad, półgłówek z Rogatego Koźla.

Różne były plany jak podejść dzikich. Jednym z nich było podanie się któregoś z bohaterów za czempiona Maximalthea.
Montcort – Słuchajcie aby udawać czempiona Maximathea, to musiała by być to osoba nie myśląca o swojej przyszłości, konsekwencjach a nawet szalona… Patrzę na Haeriego.

Minęła już północ, kiedy awanturnicy dotarli na miejsce przyszłego rytuału i zwiadowcy wpatrywali się w przygotowania toczone w niewielkiej niecce między wzgórkami. Dwa tuziny dzikich śpiewało i kiwało się rytmicznie nad wykopanym w ziemi dołem, ich postaci oświetlało kilka rozpalonych tu i ówdzie, niewielkich ognisk. W pobliżu dołu udało się dostrzec Ninezziego i dwójkę dzieciaków z Rogatego Koźla.

Żywiołowa dyskusja z trudem zamieniła się w plan, a raczej iluzję planu, co miało się wkrótce boleśnie okazać w praktyce. Rozdzielone grupy wojowników otoczyły dzikich, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd, z lasu wypadł Keffar, a zaraz za nim Cenbeorth i Haeri. Na oczach bezbrzeżnie zdziwionych towarzyszy, ostrojczyk przedarł się pomiędzy mieszkańcami lasu i natarł na Ninezziego, kiedy jego towarzyszę zajmują się walką z dzikimi. Nim minął pierwszy szok i resztą awanturników, przy wsparciu drwali ruszyła do walki, przy dole zrobiło się już naprawdę gorąco.

Keffar pewnie natarł na maga, ten jednak początkowo zaskoczony i raniony, począł zwinnie unikać kolejnych razów wojownika. W końcu sięgnął po swój mroczny kunszt i jednym zaklęciem oczarował Keffara, powodując zamęt w jego głowie. W tym samym momencie strzała wystrzelona przez Bjorneia musnęła maga, który postanowił rejterować. Wyrzucając z siebie kilka słów mocy zniknął nagle z oczu zdziwionych bohaterów.

Tymczasem Keffar począł rozglądać się wkoło i jego wzrok padł na walczących Thatelacha, Cenbeortha i Haeriego. Ruszył z impetem w ich kierunku, szarżując zaskoczonych towarzyszy. To moc Ninezziego spowodowała, że do tej pory ostoja drużyny, zmieniła nagle front. Impet i umiejętności łowcy poczuł na swojej skórze Cenbeorth, początkowo broniący się i próbujący oddawać razy, legł wkrótce martwy pod ciosami swego przeciwnika. Oczy Keffara spoczęły na kolejnym towarzyszu, lecz w tym momencie z dalszej walki wyłączyły go ogłuszające strzały, wystrzelone spod pewnych palców Montcorta.

Haeri otoczony przez kilku dzikich początkowo ulegał nie radził sobie najlepiej, po raz kolejny zahaczony toporem wroga krwawił z kolejnych ran. Młody ostrojczyk czuł narastający w sobie gniew, który nagle eksplodował dzikim rykiem i szaleńczym atakiem. W jego wnętrznościach płonął ogień, w mózgu zagnieździła się jakaś dzika istota, która pragnęła tylko zabijać. Pod błyskającym wkoło żeleźcem topora zaczęli padać jeden po drugim przeciwnicy, niezdolni do powstrzymania potężnej siły, która ogarnęła Heriego.

Gorzej miała się sytuacja na lewej flance, gdzie wspierani przez strzały Korina drwale zaczęli oddawać pola mieszkańcom Arenii. Choć sami razili wroga, zaczęli padać martwi, aż w końcu żaden z trzech toporników, nie stał już na nogach. Dzicy rzucili się wspomóc swoich walczących z pozostałymi drwalami, Thatelachem i Haerim, jednak jeden z dzikich zauważył, jak korzystając z zamieszania dzieciaki uciekają gdzieś na południe. Zakręcił w miejscu na pięcie i ruszył za nimi, co nie umknęło uwadze Maynarda. Wojownik skoczył ku dzikiemu, przecinając mu drogę i dając czas na ucieczkę dzieciom. Wymiana ciosów była zajadła, pawęż Maynarda raz po raz przyjmowała potężne ciosy topora, w końcu jeden z ciosów dzikiego przebił się przez zasłonę wojownika, który upadł martwy na ziemi, z bronią przeciwnika sterczącą z piersi.

Gdybyż jeszcze chwilę Paezurczyk dał radę wytrzymać… Nagle morale dzikich zostało złamane ponoszonymi stratami i niedobitki dzikich rzuciły się do panicznej ucieczki, a za nimi w las pobiegł opętańczo wrzeszczący Haeri. Zwycięstwo należało do drużyny, ale straty jakie zostały poniesione były straszliwe. Większość towarzyszy ranna, martwy Maynard, Cenbeorth i trójka drwali, nieprzytomny Keffar i zagubiony gdzieś w lesie Haeri. Wkoło leżało jednak blisko dwadzieścia ciał mieszkańców Arenii, z czego trójką jeszcze żywych zajął się Simeon, zaraz po tym kiedy pomógł swoim towarzyszom.

Montcort skrzyżował na piersiach ręce Maynarda, oddając mu hołd. Kiedy podniósł się z klęczek spojrzał w mokre oczy Thatelacha. Żaden z nich nie potrafił zrozumieć co tu się stało tej nocy, ani dlaczego?

View
Skrzydła Rocranon cz.57 – Ręce trzymać przy sobie

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Przebudzony ze snu Korin począł poprawiać służącą za poduszkę torbę, kiedy wytoczyła się z niej duża, ludzka czaszka. Wrzask jaki się rozległ w podziemnym korytarzu postawił wszystkich na nogi i ściągnął strażników sprzed wejścia. Haeri poznał czaszkę bez problemu, była to ta, którą odrąbał od reszty szkieletu leżącego w sarkofagu. Zdarzenie wzbudziło pewien niepokój, ale szepty i uśmieszki Maynarda i Montcorta mogło powiedzieć co nieco o “magicznym” sposobie w jakim ten artefakt przywędrował do torby młodego złodzieja. Reszta nocy upłynęła bez dodatkowych zdarzeń.

W środku nocy Korin budzi wszystkich okropnym wrzaskiem, z niezrozumiałych przyczyn odnalazł w swoim worku podróżnym czaszkę pochowanego w grobowcu wojownika.
Haeri zastanawiając się – Ja znam ten uśmiech…

Rankiem drużyna przejrzała swój sprzęt, zdobyczne skarby i w krótkiej dyskusji zdecydowała, że zanim wrócą do Rogatego Koźla, sprawdzą ostatnią odnogę korytarza, jak również tarczę z brązu, której dwa otwory kryły manipulatory w kształcie litery T. Niestety pociągnięcie ich za pomocą rzemienia nie dało żadnych efektów, jak również nie stało się zupełnie nic, kiedy brawurowo Maynard włożył ręce do środka i przekręcił oba kurki.

W jedynym nie sprawdzonym korytarzu była zapadnia, co boleśnie wspomniał Keffar. Tym razem przygotowani i zabezpieczeni bohaterowie zaklinowali pułapkę i ruszyli dalej, aby na końcu korytarza stanąć na galeryjce znajdującej się kilka metrów nad komnatą, której jedynym wystrojem był wysoki kamienny posąg wojownika dumnie prezentującego miecz. Przy ścianach po obu stronach galeryjki znajdowały się mniejsze, brązowe maski, z oczami z zielono połyskujących kamieni. Thatelach po jednym rzucie okiem stwierdził, że są to chryzoberyle i mogą być co nieco warte. Nie było tylko jednej rzeczy, zejścia na dół z galeryjki do komnaty, jedynym sposobem wydawało się przesadzenie barierki i skok w dół.

Bohaterowie stoją na galeryjce. Po bokach we wmontowanych w ściany maskach lśnią klejnoty, pod spodem stoi potężny kamienny posąg.
Haeri – a moze bysmy wydlubali te rubinki?
Maynard – Wszystko ma swój czas.
Haeri – No właśnie i ja bym zaczął od rzeczy ważnych.

Maynardowi wyraźnie nie dawały spokoju kurki w tarczy pierwszej komnaty. W końcu wydawało mu się, że odkrył ich znaczenie i pobiegł w ich kierunku, aby otworzyć pozostałym awanturnikom zejście do komnaty. Niestety przekręcanie manipulatorów nadal nic nie dawało, ale Maynard zdał sobie nagle sprawę, że nie pociągnął ich po tym, jak już je przekręcił. Postanowił to zrobić teraz. Cóż z tego, skoro do kurków nie były przypięte już rzemienie i zrobił to własnymi rękoma. Szczęk metalu, i nagle wszystko puściło, a dokładniej to ręce Maynarda zostały nagle uwolnione. Wojownik patrzył przez ułamek sekundy na kikuty obu rąk nim wrzasnął przeraźliwie i osunął się na ziemię tracąc przytomność.

Krzyk zwabił do komnaty resztę drużyny, która wpadając do środka zobaczyła broczącego krwią towarzysza. Simeon rzucił się do pomocy, Montcort dedukując bezbłędnie, korzystając z podpowiedzi w postaci szlaków krwi, odnalazł obie dłonie Maynarda tkwiące w otworach tarczy z brązu. W rosnącej panice i przerażeniu drużyna postanowiła przyłożyć dłonie do kikutów towarzysza, kiedy Simeon wygrzebywał z torby najlepszy ze swoich leczących napoi, przyrządzony przy użyciu niezwykle rzadkich ziół. Kiedy alchemik wlał dekokt w usta Maynarda, nagle na oczach zdumionych awanturników, dłonie zaczęły na powrót przyrastać do ciała. Po kilku minutach tylko czerwone, nabrzmiałe szramy wokół nadgarstków świadczyły o tragedii jaka tu się rozegrała.

Maynard nie odzyskał jednak przytomności. Szok musiał być zbyt wielki. Simeon pozostał z nim przy ognisku w okolicach korzeni drzew, kiedy reszta wróciła zbadać ostatnią komnatę podziemi. Montcort przez cały ten czas zwracał baczną uwagę na Haeriego, jednak Ostrojczyk zachowywał się niezwykle poprawnie. Zaproponował nawet, aby przy użyciu wszelkich środków ostrożności, wydłubać szlachetne kamienie z masek na galeryjce. Wszyscy wstrzymali oddech starając się znaleźć z dala od miejsca rażenia ewentualnej pułapki, a Haeri z całkowitym spokojem wydłubał wpierw pierwszy klejnot, po chwili drugiej i kiedy wszyscy odetchnęli już z ulgą, jednym zwinnym ruchem przesadził barierkę galeryjki i skoczył w dół.

Montcort ma trochę dość tłumaczenia Haeriemu wszystkiego, za to Simeon, również znający język ostrojski czuje się trochę niedoceniany.
Simieon z wyrzutem – Ja też mogę tłumaczyć!
MG – Oni się boją, że w trakcie tłumaszenia przeintelektualizujesz.

Kiedy tylko stopy Ostrojczyka dotknęły posadzki, z przeraźliwym zgrzytem ruszył się posąg wojownika stojący na środku komnaty. Ogromny, dwuręczny, kamienny miecz runął na Haeriego, który zanurkował pod nim intuicyjnie. Miecz uderzył w ścianę rozsypując się na kawałki. Ciężko powiedzieć czy kamienny wojownik zdziwił się nagłą stratą broni, bo ruszył natychmiast do ataku na Haeriego atakując kamiennymi pięściami, w tym zaś czasie z galeryjki skakali już w dół Thatelach i Keffar, idąc na ratunek towarzyszowi. Keffar wybił się z barierki atakując w locie dziką szarżą, Thatelach po prostu grzmotnął o ziemię całym swoim ciężarem. Walka rozgorzała na dobre. Otoczony ze wszech stron i rażony strzałami Montcorta z galeryjki posąg począł pękać i w końcu rozsypał się w pył.

Kiedy wojownicy szukali sposobu na dostanie się z powrotem na galeryjkę, Montcort postanowił wydłubać pozostałe dwa kamyki z drugiej brązowej maski, jednak zanim do niej dotarł “znalazł” kolejną zapadnię, kiedy podłoga galeryjki otworzyła się pod nim i wylądował całym swym ciężarem na plecach Thatelacha, szukającego tajnych drzwi, czy nowych pułapek.

Tego wszystkiego było już dość bohaterom. Postanowili w końcu opuścić to przeklęte i co tu dużo mówić, ogołocone ze wszystkiego co cenne miejsce. Niestety do ciężaru zabranego z grobowca srebra, rozłożonego na części rydwanu, dochodził obecnie ciężar Maynarda, który nadal nie odzyskał przytomności. Co było robić, drużyna zostawiła rydwan w korytarzyku mając w planach wrócić po niego później, zaś Maynard wylądował na własnej pawęży, służącej jako prowizoryczne nosze.

Ciężko ranny Maynard jest problemem dla drużyny, postanawiają nieprzytomnego nieść go na pawęży.
Maynard niesie dobrą radę – A może byście mi do pawęży koła z rydwanu doczepili?

To była ciężka uciążliwa podróż w wilgotnym lesie, w końcu jednak awanturnicy stanęli u bram Rogatego Koźla. W osadzie wrzało. Kiedy mieszkańcy zobaczyli powracających awanturników, z już przytomnym Maynardem, zdało się, że spadli wieśniakom z nieba. Na przemian opowiadali o tym, że ich dzieci zostały porwane, że może już nie żyją. Kiedy nagle Hames, zauważył dźwiganą przez Keffara i Montcorta skrzynię i oskarżył, że nieszczęście wsi jest ich winą, bo zbeszcześcili jaskinię.

Rozmowa o tym, jak naprawić rydwan i czy są jeszcze “rydwanoroby” na świecie.
Montcort – Bjornei przywołuje duchy. Niech przywoła ducha rydwanoroba!
Maynard – Tylko takiemu duchowi wszystko z rąk leci.
Bjornei – Przywołamy ducha i wmontujemy w Haeriego.
Maynard – To najpierw trzeba wypędzić te, które już tam są. Chociaż to zależy kto kogo wypędzi najpierw.

W dość burzliwej i pełnej krzyków, straszenia i błagań rozmowie, okazało się, że wieśniacy wiedzieli o dołach z krwią więcej niż chcieli mówić. Wiedzieli o składanych ofiarach, wiedzieli też, że odpowiedzialni za nie są dzicy ze wsi Arenia i że to zapewne oni porwali dzieci.

Szybko, nim jeszcze ślad ostygł Montcort ruszył odnalezionym tropem przez las, a za nim reszta drużyny. Obok śladów kilku dorosłych osób, wyraźny był trop dwójki, może trójki dzieci. W pewnym momencie jednak trop się rozdzielał. Część śladów, w tym dwójki dzieci ruszyła na północ, ku domniemanej wsi dzikich, reszta nadal szła na zachód. To tym drugim tropem postanowiła podążać ekipa i wkrótce okazało się, że trafili na miejsce, gdzie kolejny dół w ziemi kopie prymitywnymi łopatami dwójka dzikich.

Zaskoczeni kompletnie przez Maynarda kopacze w pierwszym momencie nie wiedzieli jak zareagować na pojawienie się wojownika, w końcu jeden z nich rzucił się z łopatą na wojownika, został jednak powalony celnie wypuszczoną strzałą przez ubezpieczających pawężnika towarzyszy. Niemal w tym samym momencie zza pobliskich drzew, w stronę bohaterów pofrunęła magiczna iskra zaklęcia rzucona przez ukrytego maga, a przedziwna istota szarżując rzuciła się ku Haeriemu. Maynard ruszył za magiem, który jednak zrejterował, szybko gubiąc wojownika pośród drzew.

Haeri starł się z istotą, która od dawna spędzała sen z powiek bohaterom. Jak okazało się to nie ptasia noga, lecz odkryta, kościana stopa zostawiała charakterystyczne, niepokojące ślady. Jednak reszta, obleczonego w skórzane łachmany ciała była równie obrzydliwa. Stworzenie składało się jakby z ciął kilku innych, o różnych kolorach i teksturze skóry, zaś głowa na wpół była nagą czaszką jakiegoś humanoidalnego stworzenia, na wpół żaboidalną twarzą łypiącą na wrogów wielkim, wodnistym okiem. Stworzenie atakowało długimi, brudnymi szponami wyrastającymi z czteropalczastych dłoni. Te jednak nie wystarczyły na dwóch Ostrojskich wojowników, którzy dość szybko poradzili sobie z przeciwnikiem. Odrażające ścierwo legło na ziemi, obok zabitego dzikiego i tuż przy ogłuszonym, drugim z kopaczy.


Trochę miałem problem z tym przyrastaniem dłoni przyznać się muszę, bo czar leczenia zranień wydawał mi się ciut za słaby dla takiego zastosowania, ale sam pomysł tak mi się spodobał, rany były proste i czyste, a Simeon dodatkowo powiedział, że używa tego napoju z najlepszych (bardzo rzadkich) ziół, że stwierdziłem, co mi tam. Trochę to zburzyło koncepcję bezwzględnego i mocno achirurgicznego świata, ale mam nadzieję, że nie będziecie się za bardzo do takich akcji przyzwyczajać :).

View
Skrzydła Rocranon cz.56 – Strażnicy grobu

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
3 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Maynard pierwszy odważnie wkroczył pomiędzy zmarłych. Szturchnął jeden ze szkieletów, potem pchnął go mocniej, tak że ten rozsypał się na podłodze. Nic się nie stało. Powoli Thatelach, Simeon i Korin dołączyli do wojownika, a z korytarza ich zabiegom niepewnie przyglądał się przesądny Montcort i Bjornei. Keffar gdzieś na górze “studni”, w której zniknęli jego towarzysze, montował konstrukcję, do której będzie można przyczepić linę. Wkrótce sam na sobie ją wypróbował schodząc bez przygód w dół.

Tymczasem Maynard z Thatelachem powalają kolejne szkielety, aż docierają do kamiennego sarkofagu, który “schował się” za rydwanem, Simeon przygląda się sztyletom z brązu, którymi śmierć zadali sobie słudzy pochowanej tu istoty, natomiast Korin… Korin z wrodzoną sobie ciekawością podważył wieko jednej ze skrzyń, aby tylko zajrzeć do środka. Niestety kiedy tylko ustał skrzypiący dźwięk, z podłogi poczęły podnosić się nieruchome jeszcze przed chwilą szkielety.

Maynard nie zamierzał czekać na rozwój sytuacji, rzucił się ku korytarzykowi, w którym pozostała reszta grupy, wrzeszcząc ile sił w płucach imię Keffara i kopiąc jednego z podnoszących się nieumarłych. Zaraz za nim zmierzał Thatelach, który jednak zupełnie nieszczęśliwie potknął się i wywrócił pośrodku komnaty. Z pomocą jednak przyszedł mu Simeon i wkrótce razem rejterowali w miejsce, gdzie szyk obronny zaczął ustawiać Maynard.

Maynard, który wraz z Tatelachem byli wewnątrz komnaty wieją ku towarzyszom.
Maynard – Krzyczę mój okrzyk bojowy… Kefffaaaaar!!!

Korin kładąc swoje ręce na skrzyniach ze skarbami złożonego w grobowcu człowieka, budzi do życia sługi-szkielety. Drużyna biegiem wycofuje się do korytarza, żeby przyjąć wrogów w węższym miejscu
Montcort – Czy są jakieś dodatkowe akcje które mogę zrobić przy bieganiu?
MG – Tzn?
Montcort – Rzucam ciężkie spojrzenie Korinowi…
MG ze zrozumieniem – Tak, to jest darmowa akcja.

Korin przerażony tym co się stało, nie myśląc wiele, wskoczył do skrzyni, której otwarcie spowodowało przebudzenie ożywieńców i zamknął nad sobą wieko. Tymczasem szkielety ruszyły w stronę korytarzyka, gdzie na ich przybycie czekała już drużyna. I tylko Keffar, który dopiero dobiegał do towarzyszy nie wiedział nic o ich zamiarach i minął ich szyk obronny rzucił się w opętańczej szarży w sam środek wrogiej bandy. Choć sam zaczął rozdawać razy jak szalony, szybko zdał sobie sprawę, że postąpił głupio, kiedy zaczęły spadać na niego ciosy zadawane sztyletami z brązu. Wycofując się krok za krokiem dotarł do swego miejsca w szeregu ustawionym przez Maynarda.

Zza pierwszej linii sypały się strzały Montcorta i Bjorneia, choć kościstym stworzeniom robiły one stosunkowo niewiele, za to razy wymierzane przez frontowych wojowników skutecznie zmniejszały liczebność wrogów. Zainteresowany zgiełkiem Korin również wyjrzał ze swej kryjówki i widząc, że potwory oddaliły się od niego, zrobił, niezwykle skutecznie należy dodać, robić użytek z własnego, krótkiego łuku. Wkrótce padł ostatni z wrogów, a w drużynie bohaterów jedynie Keffar odczuł koszt swojej dzikiej szarży. Jego ranami wkrótce zajął się Simeon. Również Korin usłyszał za swoje, zrugany przez Maynarda i ostrzeżony, co stanie się przy następnej jego niefrasobliwości, takiej jak ta, która spowodowała przebudzenie obrońców grobu.

O strzelaniu z łuku do szkieletów
MG – Będę ograniczał obrażenia zadane z łuku szkieletom.
Montcort rzuca na obrażenia od pierwszego strzału i jak zwykle on wyrzuca “1”.
Keffar – Montcortowi nie trzeba ograniczać.

Po walce Maynard straszliwie zrugał Korina, aż chłopakowi w oczach stanęły łzy.
Montcort niby od niechcenia – Ilu zabiłeś?
Maynard – Dwóch
Montcort – Dwóch zabiłeś jednego popłakałeś?

Omijając starannie sarkofag, awanturnicy poczęli plądrować skarb złożony w komorze grobowej. Z początku nieco się krygowali i spoglądali ukradkiem po sobie, ale w końcu dali upust chęci łatwego zarobku. Kilkanaście kilogramów srebrnych monet z dawnych czasów znalazło się w jednej z oczyszczonych skrzynek. Do amfory z alkoholem dobrał się Keffar i Montcort, ale moc trunku omal nie pozbawiła ich oddechu. Postanowili na powrót zakorkować naczynie i wrócić do alkoholu w bardziej sprzyjających warunkach.

Drużyna znajduje dziwny starożytny miód pitny
Keffar – To ja sobie łyknę
Montcort – To ja tez sobie łyknę!
MG – Keffar, rzuć sobie na paraliż.
Montcort – To ja nie łykam! Nie łykam!

Montcort nie mógł się nacieszyć wystarczająco mocno z odnalezienia rydwanu. Obejrzał go z każdej strony, przyjrzał się jego niedostatkom i stwierdził, że pojazd da się naprawić, a zawsze o takim marzył. Razem z towarzyszami rozpoczął rozkładanie go na części, inaczej wyciągnąć go z tego miejsca wydawało się nie sposób. Przez cały ten czas Simeon zajmował się odcyfrowywaniem płaskorzeźb i napisów z sarkofagu. Obrazy przedstawiały sceny z życia pochowanego, jak sądzi alchemik. Bitwy, hołdy, wielkie czyny kogoś, kto zwał się Maho-Anura czempion Maximalthea. Niestety te nazwy nic nie mówiły naukowcowi, a czar czytania nieznanego pisma był ostatnim jakim on dysponował, dlatego zaproponował reszcie towarzystwa odpoczynek nocny przy ognisku w pobliżu korzeni.

Simeon zastanawia się czy wie coś na temat stworzenia, którego imię wyczytał na sarkofagu.
MG gry zastanawiając się nad szansą – Ile masz mądrości?
Simeon – 16
MG rzuca kością – Nic nie wiesz o Maximalthei.
Maynard – Jakbyś miał 9 i czytał komiksy to byś wiedział.

Simeon tłumaczy cierpliwie, że wykończyły mu się już wszystkie czary i musi odpocząć, żeby wymedytować nowe, po czym kładzie się spać.
Maynard znawca czarostwa – Simeonie, a nie mogłeś się nauczyć tych czarów w domu?

Haeriego przez cały czas interesowała zawartość sarkofagu, tak skrzętnie omijanego przez towarzyszy. Kiedy więc Simeon odszedł od niego, a reszta towarzystwa zajmowała się wynoszeniem rydwanu, ostrojczyk podjął próbę zdjęcia wieka kamiennej trumny, bez wyraźnego skutku. Dopiero kiedy z pomocą przyszedł mu Maynard z Thatelachem, droga do jej zawartości stanęła otworem.

Drużyna przystępuje do wspólnego podnoszenia wieka, w końcu choć odrobinę ruszyło.
Maynard – Na razie jeszcze nikt nam nie pomaga od środka?

W surowym, kamiennym wnętrzu trumny leżał pożółkły, humanoidalny szkielet, który musiał należeć niegdyś do rosłego męża. Resztki skórzanego odzienia i stary hełm nie wzbudziły zainteresowania awanturników, czego nie można było powiedzieć już o krótkim mieczu z brązu, na którego głowni jarzyły się leciutko czerwone runy. Haeri na wszelki wypadek przerwał przy pomocy topora kręgi szyjne szkieletu, oddzielając czaszkę od reszty kości i dopiero wtedy sięgnął po miecz. Jeśli ktoś spodziewał się jakichś niezwykłych wydarzeń to musiał być bardzo rozczarowany, bo nie stało się kompletnie nic. Miecz w końcu trafił w ręce Keffara, a drużyna postanowiła porozmawiać o tym, co robić dalej.

Haeri trzyma w rękach czaszkę wyciągniętą z sarkofagu.
Haeri – Czuję że powinienem zadać jakieś pytanie.
Maynard – Dubi dubi du?

Keffar z Maynardem wyjrzeli na zewnątrz jaskini i z zadowoleniem stwierdzili, że przestało padać, za to zbliża się już ku zmierzchowi. W pewnym momencie, na granicy widoczności przemknęła jakaś istota. Tylko czujne oko Keffara zdołało ją dostrzec. Łowca ruszył w dół zbocza ku ścianie lasu i wkrótce stał nad śladami istoty o jednej z nóg przypominającej szpon drapieżnego ptaka. Po raz kolejny ten ślad pojawił się i nie kojarzył się dobrze, bo poprzednio widzieli go tuż obok świeżego dołu z krwią.

Dyskusja, wracać czy nie wracać do osady na nocleg. A może zostać w grobowcu?
Keffar pewny siebie – Co nam zrobią? I tak warty trzymamy i tak warty trzymamy.
Maynard z przekąsem – Tak, powiedz to mułowi Montcorta.

Po tym znalezisku drużyna postanowiła pozostać na noc w korytarzy podziemi, wystawiając warty również przy wyjściu z jaskini do lasu. Kilka godzin po północy, kiedy wydawało się, że noc minie już bez żadnych groźnych wydarzeń, na nogi podniósł wszystkich przeraźliwy wrzask Korina…


O taki nam się przydarzył cliffhanger. Tymczasem co tam słychać w naszych fajnych wątkach, prócz niezwykle ważnej misji renowacji rydwanu? Przypomnijmy

- W Dolinie Lodowego Lasu znajduje się kilka osad. Osiedlisko Rogate Koźle, leżące na południowy zachód od niego Ulepki, Palisada gdzieś na północnym zachodzie w pobliżu wycinki, Smolary ledwo o rzut kamieniem dalej, a także leżąca na północnym zachodzie osada dzikich.
- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione wnętrznościami i krwią jakich stworzeń. Okazuje się, że pojawiły się wcześniej niż drwale. Drużyna przybyła tutaj zbadać ten fakt.
- Z jakiegoś powodu przy jednym z zasypanych dołów pojawił się rój os, czy to czyjeś celowe działanie?
- Drugi z dołów wypełniony był wyłącznie krwią i resztką wnętrzności. Gdzie kości, mięśnie, jakieś większe części człowieka?
- Co Eldad, młodzieniec niespełna rozumu ma wspólnego z dołami z krwią i tajemniczą jaskinią? A może nie ma nic tylko nie rozumie ich znaczenia?
- Wizja szamana niepokojąco zbiegła się z wydarzeniami następnego dnia. Jakim stworzeniem był plugawy wilk ze świata duchów?
- Tajemnicza jaskinia okazała się wejściem do starożytnego grobowca Maho-Anura czempiona Maximalthea. Kim była ta istota i czy ma jakiś związek z wydarzeniami ostatnich tygodni?
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy?
- Wszędzie tutaj sporo pająków, ich jad potrafi być dla człowieka śmiertelny, to bardzo wymagający przeciwnicy.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

View
Skrzydła Rocranon cz.55 – Zawróćcie a przeżyjecie

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
2 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Ubrania kleją się do ciał bohaterów. Przemoczeni do ostatniej suchej nitki pragną już tylko schować się gdzieś gdzie będą mogli wyschnąć, choć na chwilę. Moment wydaje się być dobrym do zbadania tajemniczej jaskini znalezionej dwa dnia wcześniej. Przejście kilometra przez deszczowy las trwa dłużej niż zazwyczaj jednak awanturnicy postanawiają poświęcić jeszcze trochę dodatkowego czasu, żeby poszukać śladów aktywności w okolicach jaskini. Kiedy okazuje się, że nic nie niepokoi drużyny, w końcu jeden za drugim, awanturnicy wsuwają się w dość niską szczelinę w ziemi i schodzą w dół opadającego korytarzyka.

Drużyna schodzi do podziemi, Montcort postanawia samopas wypuścić ptaki, które ze sobą prowadził.
Montcort – Wypuszczam sokoła, i wypuszczam orła!
Simeon przedrzeźniając – Puszczam pawia i wywijam orła…

Montcort zaklina rzeczywistość widząc na co się święci po wejściu do podziemi.
Montcort – Niczego się tutaj nie spodziewam! Słyczycie?! Niczego! Aż przeliteruję. Natalia, Irena, Celina, Henryk, Urszula, Jadwiga, Adam. Niczego!

Przez chwilę bohaterowie męczą się z rozpaleniem jakiegoś ognia, w końcu jednak niewielki kaganek rozświetla ciasne miejsce w którym się znaleźli. Wkoło leżą wysuszone truchełka gryzoni, w kąt pod ścianę wciśnięty jest jakiś stary kożuch bez rękawów. To zaskakujące odkrycie. Montcort postanawia wypuścić swoje ptaki aby polowało, wiedząc, że tam gdzie idzie nie powinien ich zabierać.

Prowadzący drużynę Keffar, jako pierwszy dociera do ściany kamieni, pomiędzy którymi widać szeroką na 80 centymetrów szczelinę. Wygląda to jak miejsce, które specjalnie zostało zasypane, a później zostało ponownie otwarte. Przeciskając się po kolei przez szczelinę, drużyna przechodzi na drugą stronę. Tylko Thatelach ma problemy ze zmieszczeniem się w szczelinie, tutaj z “pomocą” przychodzi Haeri ciągnąc krasnoluda za brodę, narażając się na straszliwe spojrzenie towarzysza i obietnicę, że jeśli dotknie go raz jeszcze, straci nie tylko członki.

Korytarz opada ciągle w dół ale robi się też coraz wyższy. Ziemia odsłoniła jakiś kamienny portal, pod którym niepewnie przechodzą towarzysze. Thatelach żywo zainteresowany kamieniem, z którego zbudowano znalezisko sięgnął po geologiczny młoteczek i spróbował odłupać kawałek skały, w końcu oznajmił zdumionym towarzyszom, że ten kawałek muru, pochodzić musi z przed 500 lat, a może i z przed znacznie dłuższego czasu.

Tymczasem na drodze ekspedycji staje kolejna przeszkoda. Ściana korzeni przecina korytarz tak skutecznie, że całkowicie uniemożliwia dalsze przejście. Tak ścisła przeszkoda nie mogła powstać w sposób naturalny… Nie przeszkadza to jednak Keffarowi i jego towarzyszom i już wkrótce w podziemnych korytarzach słychać miarowe odgłosy wyrąbywania sobie drogi za pomocą toporów. Kiedy na zmianę jedna osoba pracuje przy wyrąbie, pozostałe rozpalają małe ognisko, to pierwsza okazja, aby nieco osuszyć swoje ubrania, wkrótce jednak ekspedycja rusza dalej i trafia na kolejne znalezisko.

Bohaterowie zastanawiają się, jak ktoś przechodzi pomiędzy ciasno rosnącymi korzeniami i czy w ogóle jacyś “Oni” to robią?
Keffar – A może oni mają magiczne sztuczki rozsuwające te korzenie?
Maynard – Jeśli mają to ja spierdalam.

Dwuskrzydłowe, kamienne wrota zagradzają przejście. Na powierzchni wyryto kilka, ledwo widocznych symboli, którymi zainteresował się Simeon, naukowo i metodycznie podchodząc do ich zbadania. Nie spodobał się jednak ten przestój Haeriemu, który postanowił wkroczyć i przyspieszyć sprawy. Kiedy Ostrojczyk dotknął powierzchni drzwi, korytarz zalała nagle fala mocnego, błękitnego światła a na drzwiach pojawił się obraz twarzy, która groźnie spoglądając na awanturników ostrzegła aby zawrócili, lub zginą. Wszyscy bohaterowie z niepokojem przyglądali się temu przedstawieniu zza ściany korzeni za którą czmychnęli jak króliki.

Haeri kopie mistyczne drzwi, które buchają światłem i straszą bohaterów duchem-twarzą.
Montcort – Na przyszłość trzeba mu wiązać ręce!… Po czym realizuję sobie, że on to nogami zrobił.
Haeri – Ty Simeon, patrz! Wykryłem magie bez rzucania zaklęć!

Montcort jak zwykle nie może wyjść z “podziwu” jak niefrasobliwy bywa Haeri! Patrzy to na niego, to na Keffara po czym dzieli się swoimi przemyśleniami.
Montcort – Czy Keffar pochodzi gdzieś ze wschodnich Ostrojów? Oni tam są normalniejsi?
MG – Wręcz przeciwnie.
Bjornei – Keffar jest wyrzutkiem którego wywalili za niemoralną normalność.
Keffar – Najmniejszy z miotu.

Simeon zastanawia się nad rzucaniem czaru czytanie myśli na różne istoty.
Montcort – Odpal kiedyś czytanie myśli na Haerim, szum statyczny rozpieprzy ci mózg.

Simeon przy pomocy swoich zaklęć stwierdził, ze czar rzucony na wrota to tylko iluzja i już z większą śmiałością pchnął wrota, powodując ponowne pojawienie się twarzy, którą tym razem nikt się już jednak nie przejął. Kiedy to wszystko działo się z przodu, Bjornei, na którego towarzysze przestali zwracać uwagę przeniósł się swoją jaźnią do świata duchów i ruszył w kierunku kamiennych wrót. Kiedy jednak dotknął korzeni drzew i poczuł płynące w nich soki życiowe dał się porwać i jego duch uleciał ku górze, aby z korony drzewa móc podziwiać dziką burzę przetaczającą się nad doliną.

Siłą woli szaman nakierowuje swoje myśli ku podziemiom i wraca jaźnią do kamiennych drzwi a następnie przenika je i staje pośrodku kwadratowej komnaty, na której środku żywiołowo płonie ogień wielkiego paleniska. Bjornei próbuje porozumieć się z dzikim, chaotycznym duchem ognia i dowiedzieć się kto go wzniecił. Odpowiedź, że on sam wydaje się być zagadką. Szaman wraca do swojego ciała w momencie, kiedy jego towarzysze otwierają wrota na kwadratową komnatę.

Bjornei rozmawia z duchem ognia.
Bjornei – (w uniesieniu) Ogniu! Ogniu! Kto Cie Zapalił?
MG jako Ogień – Tyś to uczynił.
Bjornei jak uczniak – Oj! Fajowo!

Simeon z lekkim niedowierzaniem i pokpiwaniem rozmawia z Bjorneim o jego wizji.
Simeon – A więc rozmawiałeś… z ogniem? Tak?
Haeri – Dzis rozmawialismy z drzwiami i nikt sie nie dziwił!

Przeciwległa do drzwi ściana ozdobiona jest okrągłą tarczą z brązu. Dwa szerokie otwory przypominające oczy jakiegoś stworzenia ozdabiają jej powierzchnię. Po zajrzeniiu w ich głąb wyraźnie widać, że znajdują się tam jakieś manipulatory, gałki, awanturnicy jednak wolą nie sprawdzać do czego służą. Na samym środku pomieszczenia, identycznie jak w wizji Bjorneia, znajduje się wysypane kamieniami palenisko, na którego środku stoją przygotowane szczapy drewna. Palenisko nie jest jednak rozpalone.

Nim awanturnicy postanawiają co dalej, nagle słychać zaskoczony okrzyk Thatelacha. Krasnolud odkrył tajne drzwi w jednej ze ścian pomieszczenia. Wkrótce przy pomocy Korina i Maynarda otwiera kolejne przejście prowadzące do wąskiego korytarzyka. Kiedy Simeon bada i zastanawia się nad tajemniczą tarczą wiszącą na ścianie, Keffar prowadzi wyprawę zwiadowczą w głąb nowo odkrytego korytarza. Niestety po kilku metrach pod wojowniczym Ostrojczykiem otwiera się zapadnia i mimo dramatycznej próby schwycenia się czegokolwiek, wojownik spada w dół wprost na zaostrzone paliki paskudnie raniąc dolne kończyny.

Dyskusja nad tym jak dobrać się do tajemnych drzwi znalezionych przez Thatelacha
Montcort – Ja proponuje te drzwi rozjebać…
Simeon – Zaraziłeś sie haerizmem?

Maynard filozoficznie o sposobie grania postacią Haeriego – Patrzcie. Do tej pory w tych lochach wroga nie było ani jednego, a sie przez niego ze trzy razy ze strachu zesraliśmy.

Towarzysze wyciągają broczącego krwią Keffara i wracają z nim ku korzeniom, niedaleko których płonie nadal ich niewielkie ognisko. Simeon zajmuje się opatrywaniem ran towarzysza, pomagając sobie magią leczącą. Haeri postanawia nie tracić czasu i bez źródła światła rusza do komnaty z paleniskiem, wpadając na siedzącego tam w całkowitych ciemnościach Bjorneia. Młody wojownik przewraca się padając obiema dłońmi w pobliże paleniska. Zanim zdążył się zdenerwować i przekląć szamana, zauważył, że wysypane kamienie zakrywają deski znajdujące się pod szczapami drewna i samym paleniskiem.

Haeri wpada na siedzącego w ciemności Bjorneia i pada na klęczki. Na to wchodzi Maynard z pochodnią.
Maynard – Rzygasz?

Razem z Maynardem, który w tym momencie nadszedł ze źródłem światła, Haeri odsłania okrągły szyb wiodący w dół. Na jednej z jego ścian przymocowana jest solidnie wyglądająca drabina. Wkrótce cała drużyna stoi nad znaleziskiem zaglądając w ciemność. Rzucony kamyk spada całkiem szybko gdzieś na dno dołu. Drużyna podejmuje szybką decyzję i asekurując się liną towarzysze schodzą w dół. Asekuracja liną okazuje się fantastycznym pomysłem, kiedy pod ciężkim Thatelachem zarywają się dwa szczeble starożytnej drabiny. Wkrótce wszyscy prócz Keffara są na dole. Ostrojczyk asekurujący do tej pory przyjaciół, teraz sam przygotowuje konstrukcje, do której będzie mógł przyczepić linę i opuścić się w dół.

Bohaterowie odkrywają deski pod paleniskiem.
MG do Maynarda – Widzisz pod ogniskiem dechy…
Manyard – No kurwa most Łazienkowski, sie wszystko zacznie jarać…
Keffar – Ja wiem! To jest przenośny futerał na ognisko!

Gracze odkrywają szyb studni i wrzucają do niego kamień, aby sprawdzić jej głębokość.
MG – Nieco ponad dwie sekundy i słyszycie upadający kamień.
Maynard szybkie obliczenia w pamięci – Hmmm, 8 do 12 HPków.

Tymczasem drużyna z zaciekawieniem zanurza się w szeroki na blisko pięć metrów korytarz z kolumnadą prowadzący wprost do dużej komory grobowca. Pośrodku niej dumnie stoi wspaniały rydwan z dawno wypłowiałymi flagami zwisającymi z masztów wokół którego klęczą szkielety dawnych sługów pochowanego tu człowieka. Pośród ich żeber tkwią sztylety z brązu, którymi przed wiekami zadali sobie sami śmierć. Pod ścianami komnaty ustawiono skrzynie, gliniane amfory wypełnione wszelkim bogactwem i wszystkim, czego zmarły będzie mógł potrzebować po śmierci w zaświatach. W pełgającym świetle pochodni, cała scena wydaje się całkowicie nierzeczywista.

Drużyna znalazła rydwan w komorze grobowca. Radości nie ma końca.
Montcort – moge umrzeć szczęśliwy! Znalazłem w skarbach rydwan! To jest ten moment… Pierwszy jeżdzę!
Manyard – Dasz sie karnąć?

Po sesji, Haeri ma dość PDków aby awansować na nowy level.
Haeri – wchodę na level!
Manyard – Haeri trzeci raz wchodzi na 2 level.

View
Skrzydła Rocranon cz.54 – Wilki z burzy

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
2 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Poranek wstał prawdziwie letni, ze słońcem przygrzewającym od samego świtu i powietrzem o zapachu ciepła. Drużyna po śniadaniu i krótkiej rozmowie z Hamesem na temat dołów z krwią, postanowiła ruszyć w las na poszukiwanie czającego się w nim zła. Montocrtowi nie spodobał się sposób, w jakim rozmawiał z nimi starszy Rogatego Koźla, miał wrażenie, że ten coś przed nimi ukrywa.

Poranek w osadzie Rogate Koźle. Na gniotku siedzi starszy osiedliska i ostrzy siekierę.
Maynard – To Hamas ostrzy siekierę?
MG – Hames!
Montcort – Hamas ostrzy niejedną siekierę…

Grupa postanowiła wrócić na wycinkę, sprawdzić czy odnaleźli się zaginieni drwale. Spotykają tam poddenerwowanych mężczyzn, którzy z toporami gotowi są iść wymierzyć sprawiedliwość za swoich towarzyszy mieszkańcom Rogatego Koźla. Po krótkiej rozmowie i przy pomocy Alersa, drużyna uspokaja krewkich robotników i obiecuje przyjrzeć się sprawie. Simeon podsłuchujący magicznie myśli Alersa odkrywa, że on też nie ma zaufania do Hamesa, sam zaś jest człowiekiem szczerym i chętny byłby uniknąć kłopotów.

W miejscu mordu bohaterowie znaleźli palec ofiary. Drwale zastanawiają sie czy to nie któryś z zaginionych towarzyszy.
Drwal Alres – Pokażcie palec! – długo oglądają debatując nad kawałkiem ciała.
Maynard złośliwie – Nie wiadomo czyj, trzeba by do dupy włożyć…. 2 miesiące w puszczy wszystko jest lepsze od sęka – dodaje z westchnieniem.- Wiadomo czemu im lepszy drwal tym ma grubsze palce. – podsumowuje wywód wśród śmiechów reszty drużyny.
Keffar w śmiechu – Albo bardziej wyślizgane stylisko od siekiery.

Montcort od kiedy stracił swojego muła, musi sam dźwigać poprzeczkę z ptakami łownymi. Próbuje znaleźć pomoc.
Montcort – Chcesz na pawęż dodatek? Ptaka trza nosić?
Maynard – Ok, ale jak osra to czyścisz.

Simeon przegląda ekwipunek.
Simeon – Montcort, mam cztery zatrute strzały, ty pewnie zrobisz z nich lepszy pożytek niż ja.
Montcort z radością w głosie – Ja wiedziałem że te walentynki będą udane!

Trasa drużyny wiedzie następnie przez Palisadę, umocnione obejście starego Jamarta, u którego obecnie pomieszkują drwale. Gospodarz nie wierzy w morderstwa w dolinie, zwłaszcza popełniane przez mieszkańców lasu, choć wspomina czasy kiedy mniej ludzi zwracało swe oczy ku temu miejscu, jako spokojniejsze.

Długie dysputy gdzie się udać, co uczynić. W końcu podnosi się głos najmniej spodziewany głos.
Haeri – Słuchajcie głosu rozsądku! – Chodźmy!

Stary Jamart opowiada o okolicznych osadach ludzkich.
Jamart – A w Ulepkach jakbyście potrzebe mieli, to miód możecie kupić.
Haeri natychmiast – Ja to nawet koniecznośc mam, a nie potrzebę!

Mimo ciągle popadującego deszczu awanturnicy postanawiają ruszyć w stronę Smolar, miejsca pracy wypalaczy węgla drzewnego. Na miejscu witają ich umorusani robotnicy, którzy z równym lekceważeniem co Jamart podchodzą do rzekomych zbrodni. Wypalacz o imieniu Lafa wyraźnie podkreśla, że doły z krwią pojawiły się zanim jeszcze do lasu przybyli drwale. Nim drużyna zdążyła zdecydować co robić dalej, dogoniła ich potężna i wściekła burza, a niebo zajaśniało od piorunów. Korzystając z zaproszenia Lafy, awanturnicy postanawiają odpocząć w jego szałasie.

Niestety burza przeciąga się a niebo wcale nie wydaje się zamierzać przerwać swojej wściekłości. Wypalacze dwoją się i troją przy swojej pracy narażonej ze względu na aurę, zaś bohaterowie rozważają czy nie zdecydować się na powrót do Palisady, drzemią, tęsknie patrzą za kawałkiem nieba nie przykrytym chmurami. W końcu okazuje się, że trzeba będzie w szałasie wypalaczy spędzić noc.

W kącie szałasu swoją fajkę nabija tajemniczym zielem Bjornei i wkrótce odpływa w swoje wizje ze świata duchów. Nie podoba mu się to co dzieje się w okolicy, próbuje cokolwiek z tego zrozumieć. W swojej wizji przepływa między śpiącymi towarzyszami ku drzwiom szałasu i wygląda w deszcz błyszczący niczym smugi księżycowego światła, rozbijające się na wielkiej, świecącej tafli lodu. Gdzieś pomiędzy drzewami przemykają chyże cienie jeleni, za którymi w trop idą wilki, w odwiecznym zewie myśliwych. Ostatni z wilków ociąga się nieco, stawia kroki mniej pewnie, kiedy odwraca swój łeb ku szamanowi i wbija w niego spojrzenie, Bjornei zauważa, że to zwierze toczy jakaś straszliwa choroba. Jego ciało jest wychudłe i nie wiadomo jaka siła utrzymuje je w ogóle w ruchu, z oczu i pyska płynie plugawa ciecz, w otwartej w ostrzeżeniu paszczy widać braki w uzębieniu.

Wizja znika nagle, a szaman zaniepokojony jeszcze długo nasłuchuje odgłosów nocy.

Świt wstaje parny. Hektolitry wody, które spadły na las grzeją się w letnim słońcu. Bohaterowie żegnają się z wypalaczami i ruszają na południowy zachód, sprzeczając się co też powinni teraz zrobić. Niestety pogodny poranek szybko traci na swym uroku, kiedy niebo ponownie zaciągają burzowe chmury, z których już wkrótce zaczyna padać z początku niemrawy deszcz.

Kiedy leśny porządek burzy dźwięk galopującego stada jeleni, bohaterowie stają się czujni. W szamanie budzi się pierwotny lęk na wspomnienie nocnej wizji. “Uważajcie na wilki” zdoła tylko wyszeptać nic nie rozumiejącym towarzyszom. Drużyna postanawia sprawdzić co spłoszyło zwierzęta i idąc śladem ku miejscu skąd uciekali, natrafiają na ślady wilków prowadzące na północ. Tym tropem rusza drużyna. Jednak wkrótce deszcz zaczyna padać coraz mocniej i z oddali dochodzą pierwsze dźwięki gromów.

Awanturnicy postanawiają porzucić trop i ruszyć na południe w stronę znalezionej dwa dni wcześniej jaskini. I tak zamierzali ją zbadać a tymczasem będzie to niezłe schronienie przed deszczem. Nim jednak docierają na miejsce, nagle ich zaciekawienie budzi polana pokryta roślinami o szerokich, mięsistych liściach przypominających kształtem parasole. Rośliny rosną na kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią i tak ściśle, że tworzą nad ziemią żywy baldachim. Nagle z niewiadomego powodu część drużyny stwierdza, że to świetne miejsce aby skryć się przed deszczem i zaczyna kłaść się pośród wysokich liści, ku zdziwieniu Maynarda i Simeona. Jeszcze dziwniej zachowuje się Bjornei, stając pośrodku polany, wykonując rękoma przedziwne gesty i mamrocząc coś pod nosem.

Dziwne rośliny o szerokich kapeluszach wprowadzają część drużyny w jakieś odurzenie. Maynard stara się sprawdzić, którzy z nich są pod ich wpływem.
Maynard – Łapię Bjoneria i zaglądam mu w oczy, sprawdzając czy jest przytomny.
MG – No po prawdzie to Bjornei nie jest najlepszym przykładem żeby patrzec mu w oczy czy nie jest odurzony…

Jedyni, dwaj, trzeźwo myślący awanturnicy, wynoszą jeden po drugim odurzonych towarzyszy z dala od podejrzanych parasoli, odkrywając, że w tym krótkim czasie, do ich ciał, przyległy już niczym powoje, delikatne łodyżki roślin wijące się wszędzie po ziemi. Nie wiadomo jakiej magii używa ta roślina, ani nie można być pewnym co miało stać się dalej, ale zdecydowanie, nie było to dobre miejsce na postój.

Rośliny, odkryte przez alchemika otrzymały oczywiście swoją nazwę: Hipnotella Simeonia


I tak zakończyła się poprzednia sesja. Około południa, w deszczu, niedaleko polany pełnej parasoli. Droga wiedzie zaś na południe w stronę tajemniczej jaskini. A oto nasze zahaczki:

W Dolinie Lodowego Lasu znajduje się kilka osad. Osiedlisko Rogate Koźle, leżące na południowy zachód od niego Ulepki, Palisada gdzieś na północnym zachodzie w pobliżu wycinki, Smolary ledwo o rzut kamieniem dalej, a także leżąca na północnym zachodzie osada dzikich.
- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione wnętrznościami i krwią jakich stworzeń. Okazuje się, że pojawiły się wcześniej niż drwale. Drużyna przybyła tutaj zbadać ten fakt.
- Z jakiegoś powodu przy jednym z zasypanych dołów pojawił się rój os, czy to czyjeś celowe działanie?
- Drugi z dołów wypełniony był wyłącznie krwią i resztką wnętrzności. Gdzie kości, mięśnie, jakieś większe części człowieka?
- Co Eldad, młodzieniec niespełna rozumu ma wspólnego z dołami z krwią i tajemniczą jaskinią? A może nie ma nic tylko nie rozumie ich znaczenia?
- Wizja szamana niepokojąco zbiegła się z wydarzeniami następnego dnia. Jakim stworzeniem był plugawy wilk ze świata duchów?
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy?
- Wszędzie tutaj sporo pająków, ich jad potrafi być dla człowieka śmiertelny, to bardzo wymagający przeciwnicy.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

View
Skrzydła Rocranon cz.53 – Gdzie kroczy obłąkany

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
2 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Dla Alersa nie ma dobrych wieści. Dwaj jego ludzie odwiedzili Rogate Koźle, ale jeszcze wczoraj ruszyli ku swoim. Hames, mówiący w imieniu mieszkańców leśnego osiedliska, rozkłada bezradnie ręce.Brithe i Alix, dwie bliźniaczki rozlewające do kubków gości napój o winnej proweniencji wyraźnie kokietują co przystojniejszych mężczyzn. Z okazji postanawia skorzystać Maynard i zaprasza Alix na spacer po lesie.

W trakcie spaceru wojownik stara się zaimponować młódce, opowiadając jej na wpół istniejące, na wpół naprędce wymyślone legendy, symulując jednocześnie znajomość języka elfów. Zauroczona pannica opowiada o lesie i ostatnich wypadkach tyle ile wie, niewiele jednak wnosi to do rodzących się w głowach awanturników podejrzeń, co do zdarzeń w dolinie lodowego lasu.

Gracze w offie naśmiewają się z imienia Hamesa, starszego osiedliska.
Montcort – Jak tu rządzi Hamas, to ja spierdalam!
MG podłapując – Jestem Hamas a to moja Fatwa!

W tym czasie do Montcorta przysiada się chłopak wyraźnie zauroczony dzikimi ptakami sokolnika. Nazywa się Eldad, nie może mieć więcej niż 18-20 lat i jest umysłowo upośledzony. Hames tłumaczy, że przybył do osady ze swym ojcem, wiele lat temu i został, nawet po śmierci swojego opiekuna. Mieszkańcy Rogatego Koźla nie wyrzucają sieroty, ale też nie otaczają go szczególną ochroną, co staje się jasne, kiedy zdrowe dzieciaki zaczynają naigrywać się z wariata i obrzucać go kamykami i nieczystościami, ten w gniewie biegnie za nimi i wkrótce znikają za bramą osiedliska.

Młody, niedorozwinięty chłopak wyraźnie zainteresował się ptakami Montcorta i nazywa ich odpowiednimi nazwami nawiązując z sokolnikiem kruchą przyjaźń.
Montcort – Jak się nazywasz?
Eldad – Eldad
Montcort – Jak ? Ldap?
Eldad – Eldad
Montcort – Eldad?
Eldad – Eldad
Nieco zniecierpliwiony szaradą Maynard – Jakby pare liter zmienić to by wyszło “Jaszczomp”

Keffar filozoficznie podsumowuje.
Keffar – Nie wiem do końca do jakiej wioski trafiliśmy… przywitały nas dziwki i obłąkani!

W osadzie nastał czas obiadu, którym poczęstowani zostają również goście. Potężnym krzykiem jedna z kobiet wzywa do domu dzieci. Na obiad stawiają się wszyscy prócz Eldada. Montcort postanawia znaleźć młodzieńca, po trochu martwiąc się o jego los, po trochu zaś licząc na to, że uda się od niego dowiedzieć nieco więcej o nieszczęściach, które trapią jego sąsiadów. Tylko Simeon ze swoim pomocnikiem zostają zajmując się gotowaniem alchemicznych wywarów. Bjornei również nie rusza w las, ciesząc się ciszą, spokojem i harmonią tego miejsca, tak inną od gwaru miast, w których ostatnio przebywał.

Drużyna dostała ziemniaki ze skwarami na obiad. Wśród śmiechów padają głupie żarty o tym że to z ludzi. Nagle zaniepokojeni bohaterowie rozglądają się wkoło.
Montcort – Widział ktoś Simeona?
Keffar – Sprawdzam skwarki, jak walą chemią to Simeon.
Montcort – Nie jem tego! Sama alchemia!

Montcort tropiąc wyraźne ślady Eldada coraz bardziej zagłębia się w las a z nim jego towarzysze. Kiedy w końcu gubią ślad młodzieńca, grupa postanawia rozdzielić się i spróbować podjąć trop. Wkrótce to się powodzi lecz wcześniej Keffar odnajduje świeże ślady bytowania wielkich pająków. Zapamiętuje dobrze to miejsce, wyraźnie nie mogąc znieść w ogóle myśli, o tych podstępnych i śmiertelnie niebezpiecznych stworzeniach.

Dyskusja o językach.
Simeon do Keffara i Haeriego – W Ostrojskim to macie język wysoki?
Maynar – Pewnie że mają, jest albo “jebnąć ci w ryj?” albo “jebnąć ci w ryj? azaliż?”

Awanturnicy wychodzą z lasu u podnóża wzgórz na północny zachód od Rogatego Koźla, ślad jest wyraźny i wiedzie wprost na północ, jednak zamiast Eldada drużyna znajduje kolejny dół z krwią, obok którego młodzieniec przeszedł w bezpośredniej bliskości, nawet się nie zatrzymując. Ten jest bardzo świeży, ślady nie mogą mieć więcej niż kilka godzin. Miejsce jatki jest zadeptane wieloma śladami, które rozchodzą się na północ, wschód i południowy zachód. Dół zawiera krew i resztki istoty, którą najprawdopodobniej był człowiek. Jeszcze jedna rzecz jest niezwykła, trop istoty o jednej nodze ludzkiej, a drugiej przypominającej pojedynczy szpon.

Mimo grozy dławiącej ich gardła bohaterowie postanawiają ruszyć dalej śladem Eldada i wkrótce napotykają jego samego wracającego jak gdyby nigdy nic po swoich śladach. Młodzian zaniepokojony ich obecnością nie chce odpowiedzieć czy widział dół z plugastwem i ucieka awanturnikom. Zaintrygowani postanawiają sprawdzić skąd chłopak wędrował i wkrótce stają przed szczytem wzgórza, gdzie pomiędzy dużymi kamieniami, w ziemi zionie złowieszczą czernią ciemności wejście do jaskini. Keffar badając wejście do jaskini widzi solidny spadek pokryty wyssanymi do sucha truchełkami leśnych gryzoni.

Spotkawszy Eldada pośród wzgórz, bohaterowie zaczynają mieć pewne podejrzenia.
Keffar – Czy ten gość rzeczywiście jest taki upośledzony, czy tylko udaje?
MG – Cięzko Ci powiedzieć…
Montcort – Człowieku, od 30 sesji podróżujemy z Haerim i też nie wiemy jak jest!

Wspólną decyzją bohaterowie postanawiają pozostawić eksplorację jaskini na później i przed zmierzchem wrócić do wsi, gdzie zostawili swoich towarzyszy. Nim to jednak nastąpiło, awanturnicy sprawdzają miejsce, które odnalazł wcześniej Keffar i gdzie swoje sieci zaczęły tkać pająki. Wkrótce stają twarzą w twarz z jadowitymi stworzeniami i zabijają trzy z nich, powodując, że las staje się nieco bardziej bezpieczny.

Rozmowa o wielkości napotkanych pająków.
MG – W podręczniku piszą, że mają 5 stóp, to będzie jakieś 120 cm? Taki nieduży pies.
Simeon – 5 stóp to 150 cm.
Keffar – Kucyk kurwa.
Montcort – Stopa to jakieś 33cm, to nawet 160 cm będą mieć
Simeon – Skubane szybko rosną!

Po raz kolejny Haeri wyrywa się do walki nie zważając na napomnienia, aby trzymać szyk.
Montcort – Bez obrazy Haeri, ale Ty byś nie rozpoznał szyku nawet jakbyś w niego głową jebnął.
Haeri – Nie zaprzeczam…

Po powrocie do Rogatego Koźla, bohaterowie postanawiają spędzić tam noc i do swojej dyspozycji dostają stodołę tuż obok stajni, w której przez większość dnia rozbierano tuszę jakiegoś zwierzęcia. Keffar z ciekawością przygląda się toporowi ze śladami zaschniętej krwi u nasady, zastanawiając się, czy takim, narzędziem rozczłonkowano nieszczęśnika z dołu na wzgórzach.


Jak tam? Jest jakiś niepokoik? A może tylko zaciekawienie o co tu do cholery chodzi? Ja nie wiem! Nie patrzcie na mnie. A co wiadomo?

W Dolinie Lodowego Lasu znajduje się kilka osad. Osiedlisko Rogate Koźle, leżące na południowy zachód od niego Ulepki, Palisada gdzieś na północnym zachodzie w pobliżu wycinki, a także leżąca na północnym zachodzie osada dzikich.
- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione wnętrznościami i krwią jakich stworzeń. Drużyna przybyła tutaj zbadać ten fakt.
- Z jakiegoś powodu przy jednym z zasypanych dołów pojawił się rój os, czy to czyjeś celowe działanie?
- Drugi z dołów wypełniony był wyłącznie krwią i resztką wnętrzności. Gdzie kości, mięśnie, jakieś większe części człowieka?
- Co Eldad, młodzieniec niespełna rozumu ma wspólnego z dołami z krwią i tajemniczą jaskinią? A może nie ma nic tylko nie rozumie ich znaczenia?
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy?
- Wszędzie tutaj sporo pająków, ich jad potrafi być dla człowieka śmiertelny, to bardzo wymagający przeciwnicy.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

View
Umiem niejedno, ale się wstydzę... ?

Co tu dużo mówić, na początku prowadzenia sandboxa, nie miałem pojęcia jak mam sobie poradzić z systemem, który nie ma umiejętności. Moje granie do tej pory zazwyczaj wiązało się z grami rpg, które bazowały na zestawach umiejętności tak samo jak stworzone w nich postaci. Test skradania załatwiał sprawę i pozwalał kontynuować narrację, test przekonywania otwierał niedostępne drzwi i możliwości, rzut na wiedzę tę czy inną ładował do głowy postaci wiadomości niczym Cipher kung-fu i dla Neo. Tymczasem jedynymi testami w naszym graniu miały być rzuty na trafienie i odporności. Nie do ogarnięcia.

Kombinując co też począć z tym faktem, przeglądałem podręczniki do innych systemów. Bodaj przy AD&D 2ed wpadłem na pomysł, że umiejętności w Rocranonie będą po prostu słowami określającymi jakiś zestaw umiejętności, bądź wręcz profesję i nie będę ich ani rozliczał punktami, ani wykupywał na poziomach. Ot po prostu mają określić co postać potrafi i czego może się nauczyć.

Zadowolony ze swojego wynalazku wdrożyłem go w życie i z sesji na sesje, mam wrażenie, że wszyscy o nim zapomnieliśmy, bo umiejętności niemal nie używamy, czy też nawet nieszczególnie się do nich odwołujemy podczas naszego grania. Co więcej, zagubiłem się nieco z tego wszystkiego i nagle okazało się, że na kolejnych levelach oczekujecie ode mnie jakichś specjalnych umiejętności, a co gorsza ja je daje. Najwyższym natężeniem tego zjawiska stała się moja dyskusja ze Smartfoxem na temat nowej umiejętności dla jego postaci, która skończyła się w pewnym sensie patem, bo w sumie nigdzie, sensownie nie doszliśmy.

Jednocześnie z tym samym Smartfoxem rozmawialiśmy ostatnio o systemie Fate, który mój kolega niezwykle sobie ceni i można powiedzieć, z każdą chwilą jest mu on bliższy. Zwłaszcza podkreśla znaczenie Aspektów, które to (w wielkim skrócie) słowa klucze, mają określać co potrafi i kim jest postać. Moim zarzutem było to, że wygadany człowiek, może pod aspekty podciągnąć dużo, dużo rzeczy i przez to osiągnąć swój cel podczas sesji. Tymczasem chyba właśnie troszeczkę w podobny sposób wyobrażałem sobie umiejętności w “Skrzydłach Rocranon”. Ok, wyobrażać sobie wyobrażałem, bo niestety nieszczególnie są używane w ten sposób.

No właśnie, po tym przydługim wstępie z rysem historycznym oraz własnymi żalami, przejdźmy do sedna. Chciałbym zwrócić waszą uwagę na umiejętności, które macie wpisane na swoich kartach i zaproponowanie częstszego się do nich odwoływania. W sumie sporo można na tym ugrać, zarówno do skuteczności waszych działań jak i dla kolorytu sesji. Pamiętajcie, że mimo tego, że na naszych sesjach mało się rzuca (czyt. gracze mało rzucają) to jednak dużo elementów opartych jest o kostkę MG, oraz o jego (moją ;)) ocenę prawdopodobieństwa, którą można zmienić poprzez deklarację związaną z posiadanymi przez was umiejętnościami.

Nie jestem tu absolutnie bez winy i powinienem sam nieco bardziej skupić się na waszych postaciach i tym co wiedzą i umieją, ale pamiętajcie, że im częściej będziecie mi o pewnych swoich umiejętnościach przypominać, tym częściej ja sam będę z siebie pamiętał o tym z kim mam do czynienia.

Zdarza się używać umiejętności postaci na naszych sesjach, często robi to Simeon ze swoim zielarstwem, leczeniem, ostatnio wygląda na to, ze będą wykorzystywane podstawy handlu, o garncarstwie nie wspomnę bo to był świetny pomysł żeby się tego nauczyć. Montcort z Keffarem uspokajali sforę psów na dziedzińcu Czerwonej Twierdzy, a Bjornei nawet jednego leczył. To również brało się z ich umiejętności postępowania ze zwierzętami. Swego czasu zdarzyło się Bjorneiowi wróżyć kiedy szukaliście uciekinierów kochanków. Keffar czy Montcort bywają przydatni przy zdobywaniu pożywienia i sprawianiu zwierząt, mniejszy pożytek robią już z umiejętności skórowania i wyprawiania skór, to wszystko jest cennym środkiem, którego można używać wymiennie z pieniądzem na przykład, zwłaszcza w rejonach w jakich się właśnie znaleźliście.

Czasami strasznie się spieszymy choć nie ma takiej potrzeby. Zatrzymanie się na kilka dni, skorzystanie ze swoich umiejętności może być źródłem rozwoju i zarobku. Bajanie, granie na instrumencie, wędzenie ryb, wyprawianie skór, pisanie i czytanie, wróżenie, leczenie chorób, to wszystko może być sposobem na zajęcie się nieco zwykłym życiem w tym świecie i zarobienie co nieco. Tak samo czas może się przydać na naukę nowych umiejętności, jeśli takowe wydadzą wam się przydatne.

Zwróćmy w najbliższym czasie nieco więcej uwagi na własne umiejętności i zaakcentujmy je w naszym graniu, zobaczymy co z tego dla nas dobrego wyjdzie. Mam wrażenie, że może sporo. Pozdrówka!

View
Skrzydła Rocranon cz.52 – Skrzydła w ciemności

Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Rycerz dziękuję drużynie za ratunek i przedstawia się jako Jacques Guiosa. Był na polowaniu ze swoimi naganiaczami kiedy usłyszał wołania o pomoc i pośpieszył z ratunkiem ludziom zaatakowanym na szlaku a później ruszył w pościg za elfami (!), które były sprawcami ataku, a które sprowadziły również ze sobą pająki. Jacques obiecuje wdzięczność awanturnikom, ale również zapowiada, że już on postara się, aby elfy zapłaciły za swoje przestępstwa.

Rycerz zabiera zabitych i rannego wozem w kierunku miasta, a drużyna rusza w swoją drogę. Cichaczem i bez zbytniego rzucania się w oczy, Keffar z Simeonem odciążają zwłoki ich towarzysza Fryanyego z miecza i tych kilku sztuk srebra, które mu z góry zapłacili.

Szlak prowadzi na zachód po czym skręca na północ, cały czas wiedzie przez gęsty, pierwotny las, dlatego od razu rzucają się w oczy sznureczki powiązane w węzły, z zawieszonymi na nimi kamykami, piórkami, kawałkami drewna, oddalające się w las w kierunku zachodnim. Awanturnicy postanawiają zbadać sprawę i wąską ścieżką wchodzą w gęstwinę.

Leśna dróżka prowadzi do sielskiej doliny z wodospadem i stawem krystaliczno czystej wody. Wszystko tutaj wydaje się bardziej soczyste, dojrzalsze, a dźwięki i zapachy pełniejsze, urokliwe. Na przeciw gościom wychodzą dwie udomowione kozy, czarna i biała, wkrótce okazuje się, że nazywają się Zdzisiek i Bożenka i są towarzyszami pustelnika-szamana Rewalta, sługi pani Enryn Llete, bogini nieskażonej wody.

Drużyna napotyka “zaczarowaną dolinkę”, a w niej podejrzaną kozę, leniwie żującą trawę
Simeon – Ale czy to na pewno jest koza a nie szaman?
MG – No nie wiem jak tam u Ciebie z rozpoznawaniem…
Simeon – Bjorneja też można pomylić z niedzwiedziem…
MG – Fakt
Manyard – żaden szaman tak nie żuje!

Czekamy na załadowanie mapy przez MG (przed spotkaniem szamana)
Manyard – żeby to tylko nie była mapa taktyczna…

Ugoszczeni przez szamana bohaterowie wymieniają się z nim prezentami, po czym za jego radą Montcort i Keffar oddają się pod ochronę Enryn Llete, składając jej dary nad brzegiem stawu. Wkrótce są na powrót na szlaku i dziarsko maszerują na północ. Thatelech wspomina, że powinni znaleźć wycinkę, na której pracują drwale, to oni przynieśli do Sotham wieści o plugawych dołach w Dolinie Lodowego Lasu. Jak wspominał Rewalt, maszerując forsownie można by dotrzeć tam jeszcze tego samego wieczoru, jednak bohaterowie postanawiają przenocować na zalesionych wzgórzach, na które właśnie wkroczyli i do celu ruszyć po śniadaniu.

Gracze żegnają się z szamanem i dowiadują się, że mogą złożyć coś w ofierze Enryn Llete, bogini nieskazitelnie czystej wody.
MG – Możecie wrzucić do jeziora w ofierze coś co jest dla was cenne…
Maynard – Szkoda, że Haeri dziś nie przyszedł…

Drużyna przed snem pomuzykowała nieco. Rozdział wart wskazuje, że ostatnią ma objąć Manyard.
Maynard – Obudzę was porannym fletem
Montcort – O jezuuuu… (wymienia porozumiewawczo podejrzane gesty z Keffarem)

Wspominając opowieść Rewalta, bohaterowie rozprawiają do Dolinie Lodowego Lasu. Ponoć specyficzny klimat i odizolowanie doliny poprzez dwie linie wzgórz, powoduje że zima zarówno jesień jak i zima utrzymują się w niej dłużej niż w okolicy, co powoduje że kiedy przychodzi wiosna wkoło, dolina ciągle przybrana jest w swoje śniegowe szaty. Stąd też miała wziąć się nazwa tego miejsca.

Noc przynosi jednak niemiłe wydarzenia. Keffar trzymający wartę i starający się przyzwyczaić do swojej obecności rysia, którego nabył jeszcze w Hageavo, w ostatniej dopiero chwili słyszy łopot wielkich skrzydeł, kiedy na obóz z czarnego nieba spadają dwa wielkie, nietoperze kształty. Wygłodzone bestie rzucają się na łowcę i muła Gabrysia, który wiernie towarzyszy Montcortowi i służy za ruchomą platformę transportową dla dzikich ptaków sokolnika.

Spanikowany muł, z przyczepionym do grzbietu krwiopijcem zrywa się do ucieczki, a hałas jaki nastąpił w obozie budzi wszystkich w najmniej przyjemny ze sposobów. Maynard i Thatelech ruszają ku powalonemu pod cielskiem nietoperza Keffarowi, a Montcort wypuszczając strzałę za strzałą chce uwolnić od kolejnego uciekającego w las muła. Pech chce że strzały nie dosięgają celu, co spowodowane jest zapewne ciemnością. Montcort rzuca się w las za swoim zwierzęciem.

Lepiej poszło pozostałym wojownikom, osaczone zwierze traci swoją przewagę zaskoczenia i potężnym ciosem Thatelecha zostaje pozbawione łba, zalewając Keffara swoją posoką. W tym momencie zapalone pochodnie mają już Simeon i jego przyboczny – Korin. Wraz z Maynardem biegną w las w ślad za Montcortem. Jedyne co znajdują to przykry widok posilającego się na padłym zwierzęciu wielkiego nietoperza. Montcort w końcu, kolejną strzałą posyła drapieżnika do diabła, ale dla Gabrysia jest już jednak za późno. Towarzysze odwracają swoje twarzy, aby nie widzieć łez młodego sokolnika, dla którego muł był prezentem od jego ojca.

Rano w minorowych nastrojach drużyna rusza dalej i wkrótce do jej uszu docierają odgłosy miarowej pracy toporami. Na wycince pracuje kilku mężczyzn, jeden z nich przedstawiający się jako Alers okazuje się być ich zarządcą. Na pytania o “doły z plugastwem” opowiada o wypełnionych krwią i wnętrznościami dziurach w ziemi, jakie czasem znajdują jego towarzysze. Zgadza się pokazać jeden z takich dołów, bo i tak miał pójść do miejsca, które nazywa Rogate Koźle, gdzie prawdopodobnie zabarłożyli “z bliźniaczkami” dwaj jego ludzie i nie stawili się rano do pracy.

Po wczesnym obiedzie, który w dzbankach przyniosła niejaka Suse, średnio urodziwa kobieta o dużych piersiach i pupie, którą chętnie obdarzają klapsami drwale, Alers dał znak do wymarszu. W drodze dochodzi do sprzeczki pomiędzy drwalem i drużyną, kiedy Montcort wskazuje, że wina za ataki elfów na ludzi może być po stronie drwali, zwłaszcza kiedy dowiaduje się, że ci niedawno przenieśli się bardziej na północ, bo wcześniej zajmowali się wycinką bardziej na południu, na granicy lasu elfów.

Montcort długo i gwałtownie tłumaczy niezbyt ogarniętemu drwalowi dlaczego nie jest dobrze wycinać drzewa z puszczy elfów. Argumenty padają jednak w próżnię. Maynard zaczyna się niecierpliwić.
Maynard – Ja już się zgubiłem, my rozmawiamy o ich zapłacie za naszą pomoc czy co?

Kłótnie jednak ustają kiedy do uszu Montcorta dociera niepokojące bzyczenie, wkrótce słyszą to wszyscy. W powietrzu da się dostrzec dość dużo os, a z każdym krokiem dalej pojawia się ich więcej, w końcu Montcort decyduje się zostać zwiadowcą i zostawiając resztę grupy sam rusza w przód. W miejscu gdzie znajduje się (zasypany zgodnie ze słowami Alersa) doł, krąży wielki, rozdrażniony rój os. Drużyna zastanawiając się nad fenomenem, dochodzi do wniosku, że może to być czyjeś specjalne działanie, aby zaszkodzić drwalom.

Przy pomocy zielnych gałązek i gryzącego dymu po ich podpaleniu, awanturnicy na chwilę rozpraszają rój i mogą się przyjrzeć zakopanemu dołowi, nie odkrywając jednak niczego szczególnego ponad to co dowiedzieli się wcześniej. Powracające osy zmuszają ich do wycofania. Postanawiają ruszyć za Alersem do celu jego podróży, aby lepiej poznać leśną dolinę.

Rogate Koźle to trzy drewniane domy otoczone palisadą, przez którą prowadzi jedna brama. Wewnętrzne podwórko pełne jest hodowlanych zwierząt, dzieci i ciekawskich spojrzeń odzianych w skóry mieszkańców, którzy wyszli z ciekawością obejrzeć swoich gości.


Ho ho ho! Rozkręcają nam się wątki, a i dolinka nabiera coraz więcej kształtów, będzie co robić? Oto kilka wątków, które już mamy:

- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione wnętrznościami i krwią jakich stworzeń. Drużyna przybyła tutaj zbadać ten fakt.
- Z jakiegoś powodu przy jednym z zasypanych dołów pojawił się rój os, czy to czyjeś celowe działanie?
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne mają być elfy, prowadzące do ataku pająki. Czy to wina drwali, których spotkali awanturnicy?
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

View
Skrzydła Rocranon cz.51 – Simeonie! Simeonie!

Bjornei
szaman
3 lvl
Hæri
wojownik
2 lvl
Keffar
łowca
4 lvl
Maynard
wojownik
1 lvl
Montcort
strzelec
3 lvl
Simeon
alchemik
3 lvl

Nowa postać:
Maynard – Wojownik z Paezurii, bywalec niejednego miejsca, czeladnik niejednej profesji, mąż który własną piersią chroni innych za srebro brzęczące. Towarzyski, dworny wobec dam, muzykalny i czasami rozrzutny. Powierzchownie gładysz z kędzierzawymi włosami i znaczącym zarostem.


Poranne planowanie wyprawy co i rusz przerywały wrzaski pijanego strażnika miejskiego. Dużo było jeszcze sprawunków do zrobienia i skupienie na planowaniu dnia było bardzo wskazane. Miarka się przebrała kiedy wracający z wychodka strażnik boleśnie wpadł na Simeona. Keffar wyciął mu cios w twarz przewracając go na ziemię, a później łapiąc go za poły kaftana poprawił ciosem głową odsyłając go do krainy snu. Thatelech wszedł do karczmy “Dom ogarów” w momencie, w którym Ostrojczycy wynosili nieprzytomnego strażnika do wychodka.

Razem z krasnoludem nadeszły dobre wieści, pieniądze za poprzednią wyprawę towarzysz awanturników dostanie następnego dnia i może wyruszać w drogę. Pojawił się również z krasnoludem jego stary towarzysz z ochrony karawan, Paezurczyk o imieniu Maynard, który szybko przyległ do drużyny, bowiem namówiony został przez Thatelacha do wzięciu udziału w wyprawie do Doliny Lodowego Lasu.

Haeri po ostrojsku targuje się ze sprzedawcą zbroi. Płaci mniej niż tamtem żądał.
Sprzedawca (po Argadyjsku) – jeszcze 12 kłów!
Haeri (po Ostrojsku) – Hę?
Montcort (po Ostrojsku) – On mówi, że jeszcze 12 kłów?
Haeri – Co, mam mu wybić?

Kiedy większość ekipy udała się na targ, Simeon ze swoimi uczniami doprowadził do końca zakup budynku w dzielnicy rzemieślniczej, w którym uruchomiona zostać miała pracownia alchemiczna. Następnie szybki wypad do portu upewnił Simeona, że powinien załatwić sprawę naprawy statku wraz z Keffarem, przyszłym, nominalnym kapitanem jednostki. Znalazł swoich przyjaciół przy straganie handlarza sprzedającego skórzane zbroje. Tutaj doszło do dwóch incydentów. Najpierw banda oberwańców i urwisów świsnęła Bjorneiowi sakiewki z jego ziółkami, a kiedy Haeri rzucił się za nimi w pościg nieszczęśliwie przewrócił kobietę, która jak okazało się, jest profesjonalistką, nazywa się Abel Marget Rose i zaprosiła drużynę, zwłaszcza zaś Maynarda, dżentelmena który pomógł jej wstać, na burleskę w Zajeździe Minstrela tego wieczoru.

Drużyna kupiła dom w dzielnicy rzemieślniczej. Jest trochę w nim do naprawy, no ale to przecież normalne.
Montcort zaczepnie – Już wiem co łączy Haeriego z tym domem… Klepki są do wymiany.

Bjornei żywo zainteresowany nowym domem drużyny.
Bjornej – czy ten dom ma jakiś ogródek?
MG – Nie, nie ma…
Bjornej zaniepokojony – To gdzie ja szałas wybuduje?

Haeri niechcący przewraca kobietę, której pomaga podnieść się Maynard. Abel Marget Rose, bo tak nazywa się nieszczęsna, mówi że jest profesjonalistką, czym wzbudza pewne kontrowersje. Jakiś czas po spotkaniu, kolejną kłótnię o jej zawód ucina Simeon.
Simeon – Jednakże chyba doszliśmy do konsensusu, że to kurwa była!

Simeon i Keffar zajęli się sprawami okrętu, w tym celu odwiedzili siedzibę gildii dokerów, poznali starszego nad urzędnikami, magistra Phareya Mynge i dość szumnie poczęli nazywać się gildią alchemików miasta Sotham. Tak czy inaczej statek trafił do szkutnika Yaruby i miał być obsłużony w pierwszej kolejności, a taki wszak był cel załatwień z jakimi bohaterowie się w gildii stawili.

Keffar z Simeonem dysktują o tym, z kim chętniej współpracować mogą miejscy szkutnicy.
Simeon – Gildia dokerów daje robotę!
Montcort – A Gildia Alchemików robi wiagrę, będą rządzić tym miastem.
Simeon: Założymy holding z pania kurwą…

Tego wieczoru kolacja w nowym domu awanturników przerodziła się w prawdziwą ucztę, a duży (dosłownie) wkład w to miał Maynard, który wydał większość swoich oszczędności aby nabyć beczkę przedniego Ale, dzięki któremu postanowił wkupić się w łaski zgranych ze sobą bohaterów. Misja udała się znakomicie, zwłaszcza po tym, kiedy w samym środku nocy przypomniano sobie o propozycji Abel i postanowiono ruszyć na burleskę do Zajazdu Minstrela. Problem był tylko w kierunku, a kiedy solidnie pijani towarzysze zaczęli krzycząc domagać się pomocy we wskazaniu kierunku, zostali oblani zawartością nocnika jednego z próbujących spać mieszkańców.

Ungrim, nowy gracz, nie bardzo zna jeszcze wartość pieniądza.
Maynard – Ile to jest 6 kłów?
Simeon złośliwie o drużynowej kutwie – To jest tyle co “Keffar płakał jak wydawał”.

Maynard kupił ogromną beczkę piwa, aby wkupić się w łaski drużyny.
Maynard – Chłopaki może się napijemy na początek?
Montcort – Mądrego to i dobrze posłuchać.

Maynaard opowiada o swoich umiejętnościach walki.
Maynard – Cały problem leży w walce w szyku.
Keffar – A to z Haerim jedynym możliwym szykiem jest rozproszony.

Maynard zachwala zalety pawęży.
Manyard – Pawęż to podstawa! Można w karty ciupać, od słońca, deszczu sie kryć… Raz to nawet w walce użyłem…

Do obelg, prób obrzucenia domu kamieniami, krzyków (zwłaszcza Haeriego, który zorientował się, że nigdzie nie ma alchemika i wzywał go rozpaczliwym głosem, nawet po tym kiedy upadł już na ziemię), i pomst, dołączył nagle Maynard z koncertem na flet prosty, który wyciągnął nagle skądś. I tylko Keffar usłyszał pośród całego tego harmidru skomlenie psa. Uciszył szybko towarzyszy (prócz Haeriego, który nadal w alkoholowym zamroczeniu wzywał Simeona, który został w pracowni, nie zainteresowany wyprawą na burleskę) i wkrótce ruszył w kierunku żałosnych dźwięków dochodzących gdzieś z ciemności.

Maynard postanowił urządzić w środku nocy koncert na flecie prostym. Przez dźwięki muzyki do uszu Keffara dociera jednak skomlenie psa w ciemności.
Keffar do grajka – Weź przestań bo psy z bólu wyją.
Maynard pojednawczo – Przerywam bo kocham zwierzęta.

Okazało się, że kolejna banda wyrostków (a może ci sami, którzy byli na targu) zrobiła sobie zabawę z dręczenia bezdomnego psa. Zaszczuła go w jednym z podwórek i obrzucając kamieniami nie pozwoliła uciec z obławy. Awanturnicy przegnali zwyrodnialców, ale pomimo prób nie udało się obłaskawić przerażonego zwierzęcia, które przy pierwszej okazji umknęło w noc. Wyprawa do Zajazdu Minstrela straciła aktualność i bohaterowie wrócili do domu. Następnego dnia niektórzy z nich obudzili się cierpiąc okrutnie za poluzowanie obyczajów poprzedniej nocy.

Ostatni dzień w Sotham upłynął na załatwianiu przygotowań do wyruszenia. Ekwipunek, porozumienie się z najemnikiem Fryanym i Thatelechem, a potem spokojny sen i następnego dnia z samego rana ekipa wyruszyła na szlak. Szlak to był dosłownie, gdyż ku Dolinie Lodowego Lasu prowadziła droga wiodąca od zachodniej bramy miasta. Szeroka, utwardzona, często używana, służyła transportom surowców z kopalń Tahadów i okolicznych lasów.

Z czasem coraz bardziej wyludniało się na szlaku, było chłodno, ale bez wiatrów i deszczu, podziwiane widoki cieszyły oczy. Większość drużyny poczuła się znów wolna, nie przytłoczona gęstą atmosferą miasta. Na szlaku doszło też do spotkania ze znajomymi, to Maynard spostrzegł na koźle karawany z gliną starego woźnicę Aniera Pyleya, z którym zdołał zamienić ledwo kilka słów, nim popędzone witkami woły, w które zaprzężono wozy, nie wznowiły swojego powolnego ruchu ku miastu.

Sielankę popsuł przewrócony na szlaku wóz i ciała zabitych ludzi. Ciche, szybkie badanie obszaru pozwoliło odkryć ścierwa dwóch wielkich pająków i ślady przedzierających się przez zarośla istot. Drużyna szybko podzieliła się, przy wozie pozostał Simeon, jego protegowany Korin, Haeri i Bjornei, reszta ruszyła szybkim krokiem przez las z bronią w pogotowiu. Kilkaset metrów dalej do uszu bohaterów dobiegają dźwięki walki.

Gracze widzą rozbity na szlaku wóz i ofiary ataku. Zaś pod lasem…
MG – Widzisz na skraju rozsmarowanego wielkiego pająka…
Montcort – Będzie padać.

Pośród rozrzuconych ciał ludzi i pająków, samotnie przeciwko tym potwornym stworzeniom walczy mężczyzna z dwuręcznym mieczem. Długi płaszcza z kołnierzem z wilczej skóry niczym skrzydła dodaje mu potęgi i rycerskiego wyglądu. Niestety jest otoczony przez dużą liczbę stworzeń. Drużyna bez namysłu rzuca się z pomocą i w dramatycznej potyczce daje odpór blisko dziesiątce pająków. Niestety w walce ginie towarzysz awanturników, Fryany, który dopiero co dołączył się do grupy za obietnicę zapłaty w srebrze.

Montcort pewien swych umiejętności strzeleckich, wypuszcza strzałę w walczących i trafia rycerza, któremu z pomocą przyszli. W następnym ataku ten rycerz w końcu trafia walczącego z nim wielkiego pająka.
Montcort z satysfakcją – Rycerzyk dostał ode mnie motywatora i zaczął trafiać.

O śmierci towarzysza nie wie nic Simeon, który próbuje uratować choć jedną z ofiar napaści na drodze. Młody mężczyzna jeszcze żyje, choć wyraźnie jego organizm jest zatruty i powoli odchodzi. Simeon wysyła Korina po potrzebne mu zioła i doprowadza człowieka do będącej na granicy bredzenia przytomności. To wystarczy jednak tylko na jakiś czas. Ranny musi szybko trafić do uzdrowiciela o znacznie większych umiejętnościach niż alchemika. Kiedy Simeon z towarzyszami sprawdzają, czy uda się postawić przewrócony wóz na koła, odkrywają w jego burcie pierzaste strzały. Kolejne takie same, sterczą z piersi leżącego pod wozem poganiacza wołów.

Podliczanie pedeków za zabite pająki po sesji.
MG – Ile zabiliście pająków? Bo Thetelech 3.
Keffar – Ja 2!
Montcord – Ja 1.
Manyard: A koło mnie zginął henchmen…!

Posesyjne plany użycia pawęży Maynarda.
Maynard – Ja sobie na pawęży narysuje ciało nagiej kobiety i będę tylko głowę na górze przykładał, żeby onieśmielać przeciwników.
Keffar powątpiewając – Na pająki będzie to zajebiście działało.


- Witaj wesoła przygodo! – chciało by się zakrzyknąć i wrzucić bilon w szczelinę maszyny do gier. Oto ruszyliśmy w końcu ku nieznanemu. Póki co wiele zahaczek nie ma, ale podsumujmy.

- W Dolinie Lodowego Lasu ludzie znajdują doły w ziemi wypełnione złem. Krasnolud Thatelech postanowił odkryć co za tym stoi.
- W lesie doszło do ataku na będący na szlaku wóz. Winne są pająki, ale również jakieś istoty uzbrojone w łuki.
- W Sotham remontuje się nowa pracownia alchemiczna Simeona i karak o nazwie “Płaszczka”

Coś wam jeszcze do głowy przychodzi?

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.