Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.22 i pół - Epilog

Ha! Długo się zeszło, ale w końcu zamęczyłem moich graczy i ciągu kilku dni rozegraliśmy epilog w formule PBEM, a dokładniej, jak to stwierdził Parasit: Play By Google Docs. Ja bawiłem się naprawdę nieźle i postanowiłem wrzucić tutaj bez zmian to co też wypisywaliśmy w dokumencie przeznaczonym na rozegranie epilogu 22, kończącej sezon przygody w Skrzydłach Rocranon. Zapraszam do lektury i komentowania.


Do Talzanii wyruszyliście popołudniem, pamiętając, że i tak potrzebujecie półtorej dnia, żeby spokojnie tam dotrzeć. Po wyjściu z Trzewii obraliście kierunek na południowy zachód i wkroczyliście pomiędzy znajome wzgórza zarośnięte zielenią traw, spomiędzy której wystają jasne kamienie. Od rana słońce mocno przygrzewa podkreślając kontrast z pogodą z przed kilku zaledwie dni. Śnieg leży gdzieniegdzie jeszcze w miejscach gdzie panuje wieczny cień.

Po zejściu ze wzgórz z przyjemnością przeszliście na płaskie łąki, za którymi na południu majaczyły porośnięte drzewami wzgórza. Tymczasem jednak wędrując pachnącymi wiosną, trawiastymi przestrzeniami mogliście w pełni odczuć spokój jaki spływał na wasze barki. Szliście ku miejscu gdzie mieliście odpocząć, dać odetchnąć swoim znużonym ciałom i umysłom przez kilka tygodni. Te myśli napędzały was ku żwawemu przebieraniu nogami.

Słońce powoli przechylało się ku zachodowi, wydłużając cienie, ale też malując pejzaż gorącą żółcią, sprawiając że stawał się jeszcze bardziej magiczny. Jakże rzadkie są takie chwile refleksji nad pięknem tego zakątka ziemi. Jak delikatnie faluje wiosenna trawa, jak mocno powietrze budzi wasze zaśnięte umysły do życia. Raz po raz, któryś z was zatrzymuje się, aby na chwilę rozejrzeć się wkoło, czujecie jak na waszych ustach pojawia się uśmiech. Nawet rany nie są już dotkliwe. Chciało by się zostać tu, pośród tych pól…

Chciałbym aby każdy z was wykonał teraz rzut K20 i zapisał tutaj jego wynik…

Traktujcie ten plik jako czat między nami. Możecie pisać dowolne rzeczy, byle przed nimi pojawiło się imię waszej postaci. Coś w stylu:

Nuadu: Nabijam na patyk moję smażoną w karmelu żabę i delektuję się jej mięciutkim podbrzuszkiem…

:) No.

NUADU: jakiś łotr się za mnie podał twierdząc, że lubię mięciutkie brzuszki ;p (5)

Keffar: Roll D20 = 4 Patrzę na Nuadu jak na ostatniego głąba: – No co Ty nie wiesz, że udka najlepsze?

Simo: No i nie zapomnijcie o Cheddarze :P (roll d20 = 4)

Żarciki i piosenki same cisną się na usta, przed wieczorem macie do zrobienia jeszcze kilka kilometrów. Byle do granicy lasu, tam rozbijecie obóz na noc. Nie ma potrzeby ryzykować wchodzenia pomiędzy drzewa Lasu Odległych Szeptów bez potrzeby, a w ciągu dnia mniej będzie nieprzyjemnie.

Nuadu prowadzi grupę śmiejąc się z czegoś z Keffarem, kiedy do nozdrzy Simeona dociera nagle wyraźny zapach owsianki i karmelu, ale kiedy tylko alchemik zatrzymuje się, znika on i na nic zdaje się niuchanie. W końcu Simo rusza za swoimi towarzystwami, aby nadgonić stracony dystans, za nic nie chciałbym zgubić się pośród tych wzgórz. Kiedy już prawie wrócił do swojego miejsca w szyku nagle znów zatrzymuje się i odwraca, bo oto do jego uszu dobiegł wyraźnie dziewczęcy śmiech. Alchemik rozgląda się po dolince, którą właśnie opuścił wraz z towarzyszami, ale ta odpowiada tylko zapachem rozgrzanej trawy i powolnym jej falowanie w rytm podmuchów wiatru. W zasięgu wzroku z pewnością nie ma żadnych innych ludzi.

Simo: – Drodzy przyjaciele, albo mnie dopada starcza demencja, albo tu sie dzieje coś dziwnego, zatrzymajcie się na chwilę! – opowiadam co zauważyłem i pytam czy nic nie zauważyli.

Nuadu błyskawicznie staje się czujny, bierze górę jego natura człowieka lasu.
W jednej chwili w drugiej strzela oczami na boki i i wciaga powietrze rozszerzonymi nozdrzami.
łuk trzyma w ręku, a dłoń drugiej ręki błądzi w okolicy kołczana.

Simo: – Oj Nuadu, jeśli tak bedziesz reagował na zapach sernika a toffi i dziewczęcy śmiech, to nie wróżę nic dobrego Twoim przyszłym potomkom – albo ich brakowi ;)

Nuadu nie poczuł ani nie usłyszał tego co ty…

Nuadu rzucakątem oka na kompana nie przestając obserwować okolicy
-Jaki sernik, jaka dziewczyna, czyś ty się Simo przyjacielu nie uderzył przypadkiem w głowę?

Jak okiem sięgnąć po wzgórzach nie widać nawet śladu żywego ducha. Jedynie wysoko nad wami kręgi zatacza bystrooki jastrząb dalikatnie korygując tor lotu ledwo dostrzegalnymi ruchami lotek. Złote słońce, które od kilku dni tak sowicie wynagradza wam niespodziewany atak zimy z przed ledwo tygodnia, chyli się powoli ku zachodowi. Zostało go jeszcze z górą na godzinę.

- No przecież Ci opowiadam własnie co zauważyłem – zapach sernika z toffi i słyszałem śmiech… ale kiedy sie odwróciłem wszystko zniknęło. Chyba mój umysł zaczyna mi płatać figle przy tym upale…. Ale tak przypadkiem chyba przydałoby się rozłożyć i tak obóz, za godzinę słońce zajdzie, moznaby nazbierać opału, poszukac jakiś ziół przy okazji i ewentualnie sprawdzić rzeczywistość moich urojeń, tak na wszelki wypadek.

Nuadu rozgląda się bystrym okiem, za miejscem zdatnym na nocleg.

To szeroka równina między wzgórzami, nie ma miejsc gdzie się można przytulić, ale też z daleka widać wszystko. Więc jak? Do wzgórz gdzie będzie można znaleźć jakieś miejsce do przytulenia macie ze 2-2,5km.

Nuadu: A opał da się tu znaleźć?

Odrobinę, w postaci skarlałych drzewek, krzewów.

Keffar: – Nie ma co stawać na otwartym terenie, godzinka nas nie zbawi a zaciszniej będzie i o opał łatwiej.

Nuadu – faktycznie, nie ma co mitrężyć, pospieszajmy, coby rozbić się przed zmrokiem.

Keffar: Idę dalej ostrożnie rozglądając się po okolicy, co jakiś czas wciągając głęboko powietrze nosem. Przyglądam się też uważnie naszemu alchemikowi, mam tylko nadzieje że mu to sterczenie nad kociołkiem nie zaszkodziło.

Wyciąganie nóg zdecydowanie dało efekty. Nim ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem dotarliście do wzgórz na rzut kamieniem od ciemnej ściany lasu, przez który będziecie podróżować następnego dnia. Po drodze zbierając tu i ówdzie kawałki gałęzi i krzewów przygotowaliście się do rozpalenia nocnego ogniska. Rozglądając się za miejscem do spania nagle w serca łowców wkradł się pewien niepokój. Nuadu i Keffar wymienili ze sobą znaczące spojrzenia i zaczęli wyglądać czegoś na południu. Choć dalibyście przysiąść, że szliście trasą, którą nieco już poznaliście wcześniej, jakimś cudem wylądowaliście kawał drogi na północ od miejsca, w którym zamierzaliście wejść na leśną drogę. Po chwili jesteście już tego pewni. Charakterystyczny zagajnik brzóz, przez który przechodziliście do tej pory dwukrotnie na drodze do i z Talzanii, to ostatnia rzecz jaką dojrzeliście około półtorej kilometra od was na południu.

Keffar: – WTF? Nuadu, czy ty to widzisz?

Nuadu – Widzę, ale nie rozumiem. Może to nam się na głowę rzuciły te opary z nad alchemicznego kociołka?

Jakieś deklaracje?

Nuadu – rano będziemy musieli przejść w kierunku tego zagajnika, coby się nie pogubić.
czy to możliwe, żebyśmy się tak przez nieuwagę pogubili?

Możliwe to jest, ale jesteście zaskoczeni tym faktem. Kierunek z grubsza macie dobry więc i bez pójścia w stronę zagajnika traficie, po prostu trochę inaczej przetniecie las. Następnym punktem do którego możecie dotrzeć jest płaskowyż, więc duży dosyć.

Keffar: Cuda się tu dzieją, wolałbym “inaczej nie przecinać” lasu. Bo nie wiadomo w jaką jeszcze kabałę się wpakujemy.

Czyli co? Już obozik nocny tak?

Keffar: Nie ma co figur w tańcu szukać, za dwie pieśni ciemno będzie. Tu się rozbijamy.

Nuadu – baczenie jeno trzeba dawać mocniej niż zwykle, cosik dziwnego się tu faktycznie dzieje. Może warty po dwóch na zakładkę, jedną noc wytrzymamy a jutro się w chacie wyśpimy.

Kładąc się do snu wciąż mieliście gdzieś pod czaszkami to uczucie niepokoju, stąd wartowanie po dwóch na zakładkę nie wydawało się zbytkiem ostrożności. Niestety o poranku ruszyliście dość zmęczeni dalej, ale nie na tyle aby opóźniać marsz. Wszystko przykrywało zadowolenie, że w nocy nie spotkało was nic złego.

Idąc wzdłuż lasu dotarliście do pierwotnego miejsca, gdzie mieliście się zagłębić w jego mrok, tego brzozowego zagajnika, którego widok sprawił wam wczoraj tyle frasunku. Po raz ostatni spojrzeliście na słoneczne wzgórza za plecami i ruszyliście w stronę Płaskowyżu Tafli.

Dwie pierwsze godziny szły wam bardzo sprawnie, las właśnie budził się do życia, chłód cienia drzew ustąpił miejsca przyjemnemu ciepłu, minęliście staw, w którym rosły Toplice i ten moment na chwilę przywołał przed wasze oczy waszego towarzysza Koukasha, którego z opresji ratował nie tak dawno temu w tym miejscu Wankan, małomówny drużynnik wodza Agavina Smutnego. Gdzieś po lewej ręce musieliście zostawić zbocze, w którym utkwił niedawno Dwieman Studnia, podczas schodzenia w dół i już cieszyliście się, że tak sprawnie wam idzie, kiedy nagle w tym spokojnym i harmonijnym miejscu do waszych uszu dobiegł wrzask… Nie! To śpiew! Ktoś w tym lesie śpiewał, głośno, fałszywie i ledwo łapiąc oddech. I ten śpiew zbliżał się do was coraz bardziej…

- Rozproszyć się – syknął Nuadu.- w krzaki i ani mru mru!
Sam zaś szybkim ruchem sciągnął z pleców łuk oparł strzałę na cięciwie i zamarł w bezruch za drzewem.

Przyczajeni w gęstwinie nasłuchujecie tego obcego w lesie dźwięku. Choć w pierwszej chwili rozbiegliście się jak wypłoszone łanie, po chwili zdaliście sobie sprawę, że głos niesie się po lesie ze sporej odległości i dzięki pewnemu siebie śpiewakowi, zostaliście ostrzeżenie na długo przed tym, nim będziecie mieli okazję dowiedzieć się kto też nadchodzi. Już nieco luźniej, znaleźliście sobie wygodne kryjówki i czekacie.

Po kilkunastu minutach, kiedy ochrypnięty głos ucichł na pewien czas, by odezwać się głośniej i bliżej, zdaliście sobie sprawę, że ktokolwiek robi tyle hałasu, wyminie was o dobre kilkaset metrów na południu. Za to wyraźnie rozpoznajecie już słowa popularnej pieśni myśliwskiej, śpiewane zdartym gardłem, bulgoczącego pijaka.

Gdy wybije mej śmierci godzina,
pochowajcie mnie w kniei zielonej
niech nade mną zaszumi gęstwina
hymn myśliwski radości minionej…

Kiedy wiosna radosna nastanie,
niech nade mną pieśń głuszca posłyszę,
niechaj słonek miłosne chrapanie
do snu moją mogiłę kołysze…

Gdy po letnim szaleństwie zieleni
szczere złoto okryje konary,
gdy nadejdzie cudny czas jesieni
niech nade mną zagrają ogary…

Na ten głos, mej duszy tak miły
żar zakipi w sercu wystudzone, -
i ożyję, i wstanę z mogiły,
chwycę broń i polecę za gonem…

Głos znów cichnie, a wy wiecie, że właśnie w tej chwili, kimkolwiek jest nieostrożny śpiewak, płucze gardło przed podjęciem na nowo swojego recitalu.

- Simo: szepczę do łowców: To raczej zadanie do was, żeby tego wesołego kompana sprawdzić…. Może jaki znajomy Luci?

Trzymajcie się za mną, ale w zasięgu wzroku, szepce Nuadu, i zaczyna powoli przemieszczeć się w kierunku głosu.

Simo: robię to co mówi, idę za nim (albo lepiej jeszcze za Keffarem) parę metrów, ostrożnie, dając im możliwośc wykazania się sztuką cichego poruszania.

Powoli, krok za krokiem ruszyliście w stronę południową, szybko i cicho przebywając przestrzenie pomiędzy wygodnymi kryjówkami. Najpierw szedł Nuadu, pochylony, ze strzałą zakotwiczoną na cięciwie łuku, gotowy do strzału w każdym momencie. Za nim kilka metrów, również pochylony, z włócznią w zdrowej ręce przemykał Keffar wbijając wzrok w plecy towarzysza. W większej odległości od nich podnosząc poły swojego płaszcza przedzierał się Simeon.

Trwało to może trzy minuty, w końcu Nuadu podniósł dłoń do góry dając wam znak aby się zatrzymać. Sam przypadł ku ziemi na niewielkim wzniesieniu, znajdując bezpieczny punkt obserwacyjny za krzakiem o rozłożystych gałęziech. Keffar powoli, nisko przy ziemi czołgał się w stronę towarzysza. Simeon chwilę bijąc się z myślami w końcu ruszył w jego ślady robiąc nieco hałasu, ale towarzysze szybko sprowadzają go ku ziemi lokując między sobą tuż przy krzaku.

Na szczęście kolejna piosenka zabrzmiała już wcześniej pośród leśnej kniei zagłuszając skutecznie każdy hałas, który mógł uczynic Simeon. Głos zbliżał się ku waszej kryjówce, w chwilę później zaczęliście rozpoznawać już inne odgłosy i niestety konkluzje płynące z nich nie były wesołe. Prócz śpiewaka przez las szło jeszcze kilka osób. Wkrótce do odgłosów łamanych gałęzi i ciężkich kroków, dołączył zgrzyt oręża. W końcu po prawej stronie, pomiędzy drzewami ukazały się pierwsze postaci.

Na przedzie pochodu zobaczyliście zwalistego, brodatego mężczyznę z maczetą w dłoni, który od niechcenia ciął gałęzie krzewów i drzew zagradzających mu drogę. Wciśnięty w skórzaną zbroję z naszytymi na nią metalowymi kółeczkami sprawiał wrażenie, jakby miał rozsadzić ją od wewnątrz. Prócz maczety mężczyzna przy pasie miał potężny topór bojowy, z dość krótkim styliskiem, a kompletu jego ekwipunku dopełniała drewniana tarcza pomalowana na czerwono, niesiona na plecach.

Ledwo zdołaliście obejrzeć jego postać, już za nim wyłoniły się następne. Dwóch mężczyzn przeciętnej postury, ale o bardzo sprężystym kroku również musiało być wojownikami. Niższy, z niebieską chustą fantazyjnie owiązaną wokół szyi, ubrany był w czarną, skórzaną zbroję tak idealnie przylegającą do ciała, że wydawała się wręcz częścią zwykłego stroju. Przy ćwiekowanym pasie swobodnie zwisał krótki miecz i przynajmniej cztery noże do rzucania. Jego towarzysz w utwardzanej skórze jelenia wyglądał na człowieka lasu. Z włócznią w dłoniach, ogromnym nożem przy rzemiennym pasie i z łukiem przewieszonym przez plecy najczujniej rozglądał się po okolicy. Kiedy jego wzrok prześliznął się po miejscu waszego ukrycia, w momencie zabrakło wam śliny w gardle, jednak nie zauważył was, na szczęście.

Kolejnym człowiekiem był wasz śpiewak. Okazał się być niemłodym mężczyzną odzianym w zielony, płócienny strój, ściśle przylegający do wychudzonego ciała. Jedynie okrąglutki brzuch wypaczał ubranie, nadając postaci nieco komiczny wygląd. Z ramion śpiewaka zwisał futrzasty płaszcz z kołnierzem ze srebrnych lisów, który nielicho kosztowałby na dowolnym targowisku cywilizowanego świata. Kołczan ze strzałami niedbale odbijał się od uda przy każdym kroku, a długi, potężny łuk podskakiwał na plecach kiedy mężczyzna wymachując trzymanym w ręku bukłakiem, wystukiwał rytm do śpiewanej przez siebie przyśpiewki.

Trzy kolejne postaci były bardzo charakterystyczne i poznać po nich można było od razu zakonników Kościoła Ostatecznego Porządku. Dwóch młodszych, nosiło na watowanych przeszywanicach białe tuniki z symbolem swojej wiary. Potężne maczugi podskakiwały w rytm kroków przy ich bokach. Trzeci, starszy mężczyzna z potężnym, siwym wąsem, odziany był w najprawdziwszą kolczugę, a na jego szyi, na metalowym ryngrafie wyryty był symbol kościoła. Rónież on uzbrojony był w maczugę, jednak ta była bogato zdobiona i inkrustowana jakimiś kolorowymi kamieniami.

Pochód zamykał wysoki blondyn o długich, prostych włosach, w spokoju pykający fajkę na długim cybuchu. Szczególnie dzikiego wyglądu nadawał mu tribalowy tatuaż pokrywający większość jego prawego policzka. Otulony ziemistobrązowym płaszczem stawiał kroki niezwykle ostrożnie, podnosząc często twarz ku górze jakby próbował wyczuć coś zmysłem powonienia.

Cała ta swoista kompania przemaszerowała dosłownie piętnaście metrów od waszej kryjówki, nie zdając sobie wcale sprawy z waszej obecności. Dopiero kiedy was mijali, zobaczyliście co na długiej tyczce, niesie jeden z młodych zakonników. Pierw zdawało wam się, że może to być jakaś tykwa, a może torba, ale kiedy kształt odwrócił się w waszą stronę, zdaliście sobie sprawę, że patrzycie na odciętą od korpusu głowę mężczyzny. Tylko chwilę zajęło wam, aby w dzikich rysach, potężnej szczęce, szerokim i nieco spłaszczonym ku twarzy nosie, a także dredach za które powieszono głowę na tyczce, rozpoznać łeb centaura. Rozchylone wargi odsłaniają potężne pniaki zębów stwora, ale oczy litościwie zamknięte nie zdradzają sekretów śmierci jaka go spotkała. Dopiero teraz zdajecie sobie sprawę, że potężna, czarna kita włosia wisząca u pasa najstarszego z zakonników, nie może być niczym innym a ogonem zabitego stworzenia…

Nuadu odwraca głowę i pokazuje oszczędnym gestem swoim towarzyszom, by zachowali ciszę.

Grupa przechodzi obok was nie dostrzegając trzech par oczu pilnie ją śledzących i po chwili znika pośród drzew i krzewów. Coraz bardziej oddalają się od was dźwięki kroków, ciosów maczetą, brzęku oręża. W końcu pozostaje tylko oddalająca się coraz bardziej pieśń lasu.

Myśliwska ochoto,
dniu łowów szczęśliwy!
Hej, Serce jak jako złoto
ma każdy myśliwy
i duszę radosną,
jak młody gaj wiosną
i boską beztroską pogodę!…

W ostępie pachnącym
od kęp macierzanki. -
Na mszarze gorącym,
jak uścisk kochanki. -
Na leśnym moczarze
w południa pożarze
gonimy szczęśliwą Przygodę!

Pieśń głuszca wiosenna
i słonki chrapanie
nim senna, promienna
jutrzenka powstanie,
na mszarnym rozlewie
bełkoty cietrzewie -
z uśpienia nas budzą o wiośnie…

W złocistej zieleni
puszczańskich bezmiarów
pobudka jesieni -
gon wdzięczny ogarów,
co pieśnią wytryska
gdzieś hen z uroczyska, -
do marzeń kołyszą miłośnie…

Łowiecki żywiole!
Dziewicza przyrodo!
Czająca się w dole
i w górze Przygodo!
Krwi głosie prastary!
Na bory, na mszary
idziemy pieśń szczęści śpiewając.

A kiedy po latach
śmierć przyjdzie z oddali,
myśliwy w łeb śmierci
z kuszy swej wystrzeli
Strzelona tak celnie,
trafiona śmiertelnie
śmierć w ogniu zruluje – jak zając!!!

Dalekie odgłosy śpiewaka znikają już gdzieś na tyle, że przestajecie rozróżniać dalsze słowa.

- Nuadu: (jaki był kierunek marszu tej grupy? skąd dokąd wędrują?)

Grupa szła z północnego zachodu, kierują się mniej więcej w stronę Trzewii, czyli na wschód.

- O dranie – burknął cicho Keffar – co im centaur zawinił? Chętnie bym skóry przetrzepał tym świętoszkom.

Keffar: Rozumiem że tam nas jeszcze nie było, w sensie tam skąd przyszli?

Nuadu dobrze zapamiętuje twarze tej gromadki, może nas jeszcze los zetknąć, trzeba wtedy pamiętać kot zacz.

Nie było was tam jeszcze. Idziecie w stronę południowo zachodnią w stronę płaskowyżu tafli. Obecnie znajdujecie się na heksie 1703. Czekam na deklaracje co dalej.

KF: Ja to bym obadał co oni tam nawyrabiali, może jeszcze komuś można pomóc?

N – nie oddalał bym się zanadto od szlaku, jest nas tylko trzech i nie jesteśmy w najlepszej formie.

Rozumiem, że chodzi Ci o nieoddalanie się od trasy waszej marszruty, bo oczywiście w lesie nie ma żadnego szlaku. o to to. :)

KF: w sumie racja, ale koniecznie trzeba o tym powiedzieć we wsi.

N – mozemy nieco nadłożyć drogi i się rozejrzeć, ale dobrze by było wieczorem być juz w wiosce.

KF: Zastanawia mnie jedna rzecz, jest “blady świt”, nie wierzę że wędrowali całą noc więc mieli obozowisko max 2-3h z tąd, tyle chyba możemy nadłożyć.

Ruszyliście po śladach grupy w kierunku zachód północ zachód. Na szczęście zwiadowca z maczetą ułatwił wam pracę i zostawił wyrąbaną, dość widoczną ścieżkę. Po krótkim czasie zorientowaliście się, że niemal nie ma śladów krwii z obciętego łba, tylko tu i ówdzie znaleźliście krew dość wysoko na liściach drzew i krzaków, pewnie tam gdzie otarła się o nie obcięta głowa.

Po dwóch godzinach marszu las zaczyna zmieniać się i wkrótce podróżujecie już lasem iglastym, takim samym jak w okolicach Talzanii. Drzewa nadal układają się gęsto na łagodnych wzgórzach. W końcu po kolejnej godzinie docieracie do miejsca, w którym obozowali obserwowani przez was ludzie. Popioły niemal już wystygły a na ściółce leśnej wyraźnie widać miejsca, w których znajdowały się posłania. W jednym z miejsc znaleźliście plamę zakrzepłej krwii.

Jest godzina 11:30, przeszliście na hex 1603.

N – chciałbym w miare dokładnie zbadać obozowisko, poważnie sie zastanawiam, czy warto dalej podążać śladami, nie zacierają ich, więc można iść do Talzanii i ewentualnie wzmocnić się posiłkami, jutro trop powinien być na tyle świezy, żeby jeszcze dało się nim podążyć.

KF: Ja chciałbym złapać bardziej ogólne wrażenie o tych ludziach, czy sprawiają wrażenie obycia z dziczą czy to tacy bardziej amerykańscy turyści?

Przynajmniej dwóch z nich zachowywało się jakby dzicz była ich domem. To mężczyzna w skórze jelenia i ten, który śpiewał. Natomiast cała grupa to przedziwna zbieranina. Wojownicy, różnorodnie uzbrojeni, a jednocześnie niesztampowo, zawadiaccy w spojrzeniu, szli jakby świat należał do nich, nie bali się ani miejsca, ani istot, które mogli tam spotkać. Jednocześnie jak chwalili się swoim trofeum. Nieco bardziej ciekawa była trójka kapłanów, trzymających się razem, nieco bardziej zunifikowanych w strojach. Czy coś wam taka grupa ludzi przypomina?

Nuadu dokładnie przetrząsa obozowisko, ale prócz strug olszynowego drewna, resztek glinianego garnuszka po jakimś łoju i kosteczek ptaka spopielonych w ognisku, nie znajduje nic niespodziewanego. Obóz był typowym leśnym popasaniem, zorientowanym promieniście wokół paleniska, które samo w sobie nie było duże, więc wbrew pozorom, które sprawiali ci ludzie w lesie, potrafią zadbać o siebie w nocy. Świadczyć o tym mogą również ślady wydeptane przez wartownika, prowadzące wkoło palenisk.

Duża plama krwii znajduje się w pobliżu sporej jodły. Po dokładnym przyjrzeniu się jej, Nuadu stwierdza, że wbity w pień na wysokości głowy był dziryt, na którym musiała zwisać głowa centaura, zachlapując juchą miejsce pod drzewem.

Nagle jak dziki kot Nuadu odskakuje do tyłu, krzycząc ostrzeżenie! W ostatniej chwili jego wyczulony słuch zarejestrował odgłos setek małych nóżek. Wkrótce sami widzicie jak z zarośli za miejscem gdzie zgromadziła się krew, skręcając się groźnie wyskakuje z ogromną prędkością rodzaj wielkiego wija (około 2 metrów długości). Karminowo-czarne chitynowe łuski błyszczą na jego segmentach, a żuwaczki to zaciskają się to rozluźniają wydając coś na kształt syku i szczękania…

No to się doigraliście, oto mamy spotkanie i to w dodatku z czymś niezbyt pozytywnie do was nastawionym… Zostawiamy to na jakieś pół godzinki kiedyś po południu do rozegrania, czy lecimy też tutaj opisowo? :)

N – Ja bym opisowo postarał się oddalić ale nie wiem czy robal nam pozwoli :>

Robal szybki jest, jak chcesz go zniechęcić ?

N – grzmocąc toporem o topór, słyszałem, że owady nie lubią wysokich metalicznych dźwięków :>

Nuadu stojący zaledwie trzy metry od stworzenia cofiąc się cały czas, wyciąga swoje dwa toporki i zaczyna głośno walić jednym o drugi i krzyczeć starając się spłoszyć wija, jednocześnie krok za krokiem cofając się w stronę centrum obozowiska, gdzie czekają pozostali członkowie drużyny. Wygląda na to jednak, że przeciwnik nie boi się hałasu bo prze coraz śmielej do przodu, nadal skręcając i wyginając swoje elastyczne ciało. Co gorsza, z krzaków za nim wyłania się kolejny taki sam stwór, może co najwyżej o pół metra krótszy.

-W nogi – komenderuje towarzyszom Nuadu, sam próbując wycofac się coraz szybciej, jednocześnie ubezpieczając odwrót.

Simo: Zapalcie pochodnie! Ogniem je! Może się przestraszą! Jesli trzeba podpalamy krzaki na drodze ucieczki… (taki mój pomysł) – jesli trzeba to ja bym zwiał szybciej i zaczął odpalać pochodnie, niech KF i N odwrócą ich uwagę…
(A co do gości – ponieważ nie miałem takiej okazji wcześniej napisać – to może znane mi są zwyczaje panujące w mistach i dworach – dotyczące polowań? W senisie “pięknisie z miasta jadą sobie ubić biedne zwierzę”)
(PS. czy wiem coś o takich wielkich wijach jako alchemik/biolog? Czego się można spodziewać (poza trucizną :P ) i jak się przed nimi bronić? )

KF: Jako że jedną ręką to się mogę co najwyżej w rzyć podrapać, wycofuje się, pilnując żeby Simo uciekał przedemną. Jeśli bydle podpełznie zbyt blisko będę się oganiał włócznią, nadal wycofując w przesiekę.

N – Podpalajcie zarośla!!! kawałek dalej, w razie czego ucieknę przez ogień!!!

Niby nic nie chcę mówić, ale wiecie ile zajmuje zaprószenie ognia hubką i krzesiwem?

KF: Magicznie, a nie hubką :D Chyba jeszcze jakieś flaszki zostały?

Simo: Ale pochodnie chyba szybciej się zajmują? A od pochodni to można coś kombinować. Flaszek podpalających nigdy nie mieliśmy :P

Pochodnię też trzeba od czegoś odpalić, nie da się bezpośrednio podpalić w prosty sposób pochodni chyba .

Simo: A pochodnie nie są czymś nasączone, żeby się łatwiej i dłużej paliły?

KF: Nawet jak sa, to nie pala się jak zapałki, minutke-dwie to zajmuje, a tyle czasu mozemy nie miec.

Zapytaj Nuadu i Keffara, oni robili.

KF: To po cholere zes czas marnowal nad kotlem? :P

Krzesanie ognia raczej nie wchodzi w rachubę, za długo. Proszę o ostateczne deklaracje.

Simo: A co z tą moją wiedzą o wijach? Czy wiem cos co mogło by nam pomóc? Np gdzie uciekać, albo gdzie szukać schronienia? Albo co je odstrasza?

Wije z całą pewnością są uzbrojone w jad i raczej atakują znienacka, polują też raczej stadami. Bronią swojego łupu i potrafią być wtedy bardzo agresywne. Starają się szybko powalić ofiarę i pożywić na niej w większej grupie. Raczej nie znasz czegoś co by budziło w nich lęk. Z pewnością stronią od ognia, ponoć też od hałasu, ale jak widziałeś, może nie zawsze to się sprawdza. Nie znasz co prawda zwyczajów wielkich przedstawicieli tego gatunku, ale raczej wolą mieć przewagę liczebną nad ofiarą.

N – Wycofujcie się blisko siebie! ja was osłaniam! krzyknął Nuadu wodząc toporem trzymanym w lewej ręce przed pyskiem potwora, Cały czas wykonując koliste mylące ruchy, tak żeby w razie czego stwór połakomił sie na dziabnięcie ostrza trzymanego w lewej dłoni (nie wygląda na bystrego) cięższy topór trzymany w prawej przygotowany był do kontrującego ciosu.

S: Wycofuję się drąc się w niebogłosy, biorąc za pewnik to że stronią od hałasu. Być może zostawia nas jak odejdziemy dlaej i wrócą do tego co żarły w krzakach (pewnie martwego centaura :P )

N – moze tym darciem ściągnie jakiegos paskudniejszego stwora – mruczy pod nosem Nuadu – wtedy stwory wezmą sie za łby, a my się ulotnimy.

S: Tak czy siak szansa jest jakaś jak się drę niż jak się nie drę :P Jak się drę to może wyjdzie to co Nuadu sugeruje albo uciekną bo się bedą bać. A jak przyjdzie potwór i nas zeżre to i tak mała strata bo i tak już prawie marti jesteśmy :P

N – dlatego nie krytykuję, tylko mruczę :D

Nuadu, Wij ma Klasę Pancerza = 6, proszę o wykonanie ciosu twoim mocniejszym toporem i w razie trafienia podanie ilości zadanych obrażeń.

S: ALe jak tak sobie myślę, to one wcale takie wielkie nie są, dwa metry wija to pewnie co najwyżej metr nad ziemię wystaje, bo drugi musi trzymać to przy podłodze… Może jak się wszyscy trzej na jednego rzucimy to przewagą liczebną go do parteru sprowadzimy… (może drugi ucieknie…) – tak tylko myślę na przyszłość… – mogę to zakomunikować keffarowi darciem się ;) – w każdym razie jakby tylko jeden za nami popędził i nie chciał się odczepić to można spróbować…

Oczywiście masz rację, ale jeśli weźmiesz pod uwagę, że klasyczny wij ma około 15cm długości… Poza tym one są zwinne raczej a nie silne. No ale już była deklaracja więc oto co następuje:

Wydzierając się opętańczo staracie się jak najszybciej opuścić miejsce obozowania obcych, a obecnie miejsce chyba bardzo bliskie tej parze wielkich stawonogów. Nuadu kręcąc toporkiem hipnotyczne kręgi wyczekuje momentu kiedy będzie mógł udarzyć i w końcu wyraźnie widząc, że wij postanowił zaatakować, wali z całej siły toporem trzymanym w prawej ręce. Niestety topór nie trafia czysto w sam środek łba co próbował osiągnąć łowca tylko obcina jedną z długuich czułków i niemal całkowiecie schodzi po chitynowym pancerzu, aby jednak koniec końców utkwić w szparze pomiędzy segmentami. Wij, zwija się nagle w ogromnym bólu a z jego paszczy dochodzi potężny wizg.

Nuadu, masz jeszcze drugi atak, albo możesz spróbować się oderwać i uciekać korzystając z tego jakie straty zadałeś. Proszę o deklarację. Simo i Keffar, widzicie, że Nuadu dopadł jednego ze stawonogów natomiast drugi swymi wężowymi ruchami próbuje ominąć łowcę daleko po lewej stronie, ze strony gdzie stoi Keffar.

Siom: Kurde, nie mamy czegoś do żarcia, żeby mu rzucić na pożarcie? Keffar?

Nuadu – Keffara nie rzucaj, jeszcze się przyda!

Simo: Ja tylko Keffara pytałem czy ma coś przy sobie do żarcia…

CHODU!! – krzyknął Nuadu, wyrywając ostrze spomiędzy chityny – w nogi ino chyżo!!!
Keffa, uważaj na tego ze swojej strony!!!, próbujemy się oderwać!!!

Rzuciliście się w tył jak szaleni, wyciągając nogi na ile się da. Keffar i Nuadu niespokojnie patrzyli przez prawe ramię, bo drugi Wij ruszył za wami poruszając się w tych wężosplotach szybciej niż można by się spodziewać. Na szczęście jednak pierwszy poważniejsze zarośla zniechęciły go chyba do pościgu bo nagle zatrzymał się. Przez chwilę jeszcze miotał się w tamtym miejscu w koło, po czym zniknął wam z oczu. Na wszelki wypadek nie przerywaliście jednak biegu, aż w końcu Simeon zasapał się tak mocno, że musieliście się zatrzymać. Łapiąc oddech rozglądaliście się lękliwie za siebie, ale wydaje się, że naprawdę udało wam się wyjść cało z tej opresji, w jaką niechcący wdepnęliście.

No to co robimy dalej?

Simeon, co do Twojego pytania o polowania na zwierzęta, to oczywiście polowania zdarzają się często, zwłaszcza wśród tych co bardziej szlacheckich, chodzi mi oczywiście o polowania dla sportu. Również egzotyczne stworzenia w ten sposób są łapane, ale szczerze mówiąc pierwszy raz słyszałbyś o polowaniu na Centaury. Po pierwsze to mimo wszystko inteligentne stworzenia tworzące klanowe struktury plemienne, po drugie zaś, znane są jako zacięci wojownicy i bardzo silni przeciwnicy. To oczywiście wystarczyło by do tego aby ktoś chciał się z nimi zmierzyć. Ale polowania dla sportu? Nigdy z czymś takim się nie zetknąłeś.

Nuadu zasapany opiera się o drzewo, wygląda na porządnie zmęczonego biegiem.
Lewą ręke przyciska do boku i oddych bardzo ciężko.
-Trzeba nam wrócić na “szlak” i pośpieszać do Talzanii, ino kapkę odetchnąć muszę

Simo: Zdecydowanie….

- No nie mów że taka krótka przebieżka aż tak cię zmęczyła :) – Rechocze Keffar, zupełnie nie zziajany, pod nosem

Zamierzacie wrócić do miejsca, z którego tu przyszliście, czy wymierzyć nowy szlak dla was? Jeśli tak proszę o jakieś dokładniejsze deklaracje. Spojrzyjcie na mapkę hexową. Obecnie jesteście w hexie 1603 przypominam.

- Tak sobie myślę, że krócej będzie na przełaj na południe – mówi Keffar – ale jak myślicie iść znaną drogą to też nie będę oponował.

N – myślę, że jak pójdziemy na południe, to w końcu zobaczymy płaskowyż, a wtedy się już nie zgubimy :)

Simo: – Jak pójdziemy na przełaj po nieznany to możemy węcej tego tałatajstwa w chitynowych pancerzach spotkać :P

N – jak się wrócimy, to też możemy, to dzicz jest przyjacielu :)

Simo: – ale jak dla mnie to lepiej zostac napadniętym na znanym terenie niż zostac napadniętym na nieznanym… Sztuka Wojny Sun Kuna z dalekich krajów wschodniego Kataju o tym mówi.

Nuadu – Zależy z której strony na to patrzeć, ale tak poprawdzie, można by rzec, że żaden z tych terenów, nie jest dla mnie znany. Ale jestesmy w lesie, więc każdy jest dla mnie znany :)

Niebezpieczeństwo zniknęło, pojawiła się filozofia :).

Czyli co robimy? Na wprost na południe? Czy wracamy po śladach. Keffar wstępnie zagłosował za drogą na południe, ale powiedział, że nie przeszkadza mu również nadkładanie drogi.

Simo: zdaję się na nosy łowców.

No to ja sobie teraz narzucam i niedługo napiszę tu co dalej. Na południe!

W końcu stanęło na tym, aby pójść na południe, szybko zorientowaliście się, który kierunek jest właściwy i ruszyliście przed siebie. Ładgodne wzgórza niemal całkowicie przeszły w równinę, by po pewnym czasie znów zacząć piąć się ku górze. Wkrótce po odpoczynku, który przydał wam się bardzo, w końcu jesteście na nogach od wschodu słońca (krótko przed godziną 6tą) las zaczął znów być mieszany aż w końcu zamienił się w liściasty. Jeszcze tylko kolejny szczyt, kolejny gąszcz i w końcu doszliście do miejsca, o którym myśleliście. Z granicy lasu możecie obserwować szeroką doliną, której centralny punkt zajmuje Płaskowyż Tafli, rozpościerający się na południu i południowym zachodzie od was. Obserwując miejsce, w którym wyszliście z lasu, dochodzicie do wniosku, że ledwo około kilometra na południe od waszej pozycji znajduje się miejsce przy strumieniu, przy którym nocowaliście pierwszej nocy, podróżując z mieszkańcami Talzanii.

No i jesteście w dolinie Tafli, przed wami płaskowyż. Trochę zeszło wam dnia, jest już około godziny 15:30, słońce zachodzi około godziny 18, a w drodze jesteście od 6 rano. Słucham waszych dalszych deklaracji. (a ja idę uzupełniać mapki :))

Simo: Mamy dwie mozliwości: albo idziemy prosto do wioski, albo możemy odwiedzić starych przyjaciół, których zostawiliśmy przy wodnej bramie…

KF: To już lepiej wracajmy do wioski, wodną bramę zdążymy odwiedzić. Przypominam że mamy tu ze 2 miesiące posiedzieć.

Sorry! Lekka zmiana po sprawdzeniu map! Jest dopiero godzina 14:30! Było bliżej niż liczyłem.

Nuadu – ruszmy jak najszybciej do wioski, opowiemy co sie stało, a potem zadecydujemy co dalej.

Uzupełniłem wszystkie mapy w Google Docsach! Również dużą heksową, ale poza tym możecie już zobaczyć na pojedynczych heksach, co gdzie było. Zachęcam!

Nie zwlekając już więc ani chwili ruszyliście ku południowemu zachodowi, aby ominąć płaskowyż tafli z zachodniej strony, tak jak robiliście to w towarzystwie łowców z Talzanii, kiedy podróżowaliście tędy po raz pierwszy. Na równinie tępo wzrosło z czego cieszyliście się jednak tylko przez chwilę, bo to co działo się na niebie, nie wróżyło nic dobrego. Po raz pierwszy od kilku dni wzmógł się wiatr, który przygnał nieładnie wyglądające, szare chmury. Wkrótce zrobiło się szaro, a temperatura spadła na tyle, że gdyby nie intensywny marsza, mogło by wam się zrobić chłodno.

Płaskowyż Tafli zostawał po waszej lewej ręce, być może serce mocniej wam zabiło kiedy zobaczyliście cień, niegdysiejszej Powietrznej Bramy, którą wskazał wam Simeon, choć i on miał mały problem z odnalezieniem jej, bo widział ją jeszcze zanim została zawalona przez krasnoludzkiego inżyniera. Brama wznosi się około 100, może 150 metrów ponad poziomem ziemi, na ścianie płaskowyżu, a ku niej prowadzi nieszeroka droga, wydeptana stopami jej dawnych mieszkańców.

Zanim dotarliście do ściany lasu na południu mocny wiatr zaczął targać waszymi ubraniami i zaczęło padać, ale ledwo 10 minut później po drobnym deszczu już nie było śladu. Zrobiło się troszkę jaśniej i cieplej.

Stoicie na granicy lasu, w którym znajduje się Talzania, przed wami jeszcze niewiele mniej niż 10 kilometrów marszu przez las. Jest godzina 16:50. Stoicie na granicy hexu 1504. Proszę o deklaracje.

Simo: Myślę, że spokojnie powinniśmy zdąrzyć na 20:30 do Talzanii… to i nawet jakąś kolację się zahaczy.

Po 18 będzie już ciemno w polu (jeszcze przyniosło zachmurzenie), w lesie będzie wcześniej, będziecie szli przy pochodni zapewne, więc zdecydowanie wolniej.

Jakieś deklaracje?

Nuadu – możemy spokojnie spróbować przejść jak największy kawałek w stronę wsi.
rozbić się w lesie zawsze zdążymy, a może kogoś spotkamy.

Simo: (Czy aby na pewno jestes pewien że chcesz spotykać kogoś z nowej tabelki spotkań MG PO CIEMKU i W LESIE? :D:D ;-) )

Wiedziałem że spodobają wam się moje nowe tabelki. No ale szczerze, sami chcieliście i zagłosowaliście za tym w ankiecie :)

Simo: Eeeee? Jakiej ankiecie?

W ankiecie na Facebooku gdzie odpowiedzieliście, że chcecie więcej fantasy, magii i niespodziwanego. No to macie :).

Okey! Udało mi się ogarnąć kalendarz (oczywiście udostępniony w GoogleDocs), a to wszystko wina Robsona. Wpisałem tam już orientacyjne pory wschodów i zachodów słońca na Rocranon. Nieco abstrakcyjnie, ale na nasze potrzeby aż za dość. Tak czy inaczej wynika z tego, że zachodu słońca tego dnia, nie należy się spodziewać wcześniej niż o 19:15. Good for you!

Chcielibyście dzisiejszą noc spędzić już w swoich własnych łóżkach, w chacie w Talzanii, dlatego nie zważając na pogarszającą się pogodę i zbliżający się zmierzch, dokonujecie jeszcze ostatniego wysiłku, porzucacie myśl o nocnym obozowaniu pod chmurami i ruszacie przez las do osady. Szarość, która zapadła w lesie utrudniała nieco marsz, ale nie na tyle, abyście się tym przejmowali, za to niebo straszące deszczem było już mniej przyjazne. Na szczęście skończyło się na straszeniu i piętnastominutowej, siępiącej mżawce.

W pewnym momencie nie było już szans poruszać się dalej bez źródła światła, dlatego zapaliliście pochodnię i w jej pełgającym świetle szukaliście znaków charakterystycznych, które doprowadziły by was do celu. Tempo podróży spadło, a Simeona raz po raz zaczęły dręczyć niepewności, czy aby na pewno idą w dobry kierunku. A to miejsce wydawało mu się nieznajome, a to jakiś boczny zakątek wydawał się być tym właściwym, ale obaj łowcy bez zawachania prowadzili w głąb lasu.

Pochodnia już prawie zaczynała wygasać kiedy zostaliście obwołani, a z lasu wychynęły dwie postaci uzbrojone w łuki. Poznaliście łowczych z Talzanii. Byliście w domu!

Jesteście w Talzanii, proszę o odpisanie jednej pochodni z ekwipunku i złota, które użył Simeon w Trzewiach o ile jeszcze tego nie zrobiliście.


CDN Nastąpi!

Comments

To co? Dajemy teraz znać co chcemy robić w wiosce? Może podzielimy nasze deklaracje na okresy co tydzień. Napiszemy co chcemy robić przez dany tydzień, potem MG nam narzuca wyniki i ewentualnie zagramy PBGD wylosowane spotkania. Potem zdecydujemy co na kolejny tydzień pobytu w Wiosce i tak dalej?…

 

Nie, nie będziemy się bawić aż tak szczegółowo. Chciałbym żebyście zadeklarowali ile czasu zamierzacie tu spędzić, oraz czym będziecie się chcieli zajmować, w tym co studiować czy czego się uczyć, podobnie jak już to zrobiłeś przy poprzedniej notce. Ja następnie określę jakie są na to szanse i ile czasu może to zająć, a później wrzucę każdemu z was mały kamyczek do ogródka. Chciałbym to zamknąć kilkoma opisami i wszystko. No chyba, że mnie WSZYSCY przekonacie, że chcecie dalej bawić się w PBEMa i nieco więcej pograć w tej przymusowej przerwie. Wtedy się zastanowię.

 

eee, ja bym jednak przewinął, chociaż wątek tych spotkanych wojów mnie niepokoi.

To pierwsza rzecz o jakiej mówimy wodzowi, zabijają centaury, a to niezbyt dobrze, Talzańczycy mają z nimi dobre stosunki w miarę, nie było by fajnie, jakby się popsuły pewnie.
Jeśli dzicy zadecydują jakiś zwiad, to chętnie bym wziął udział, ale ciągnąć Simo, nie wiem czy jest sens, a Keffar ze złamaną ręką też sie nadaje na obserwatora głównie.
Czsu zamierzamy tu spędzić, aż Keffarowi się zagoi, ot co. Plany na razie mam niezbyt sprecyzowane, Simo pewnie będzie się chciał oddać nauce, może się czegoś od miejscowej zielachy dowie :)
Ja chętnie naciągne CHalaye, żeby poszwendać się z nią po lesie, ona ma długi łuk, chętnie bym się poduczył jak z takiego strzelać. Poza tym nie powinniśmy być obciążeniem i darmozjadami dla wioski, więc jakieś polowania, może nauka jakiegoś fachu. Może jest ktoś we wsi co łuki, albo strzały wyrabia, albo naprawia. Chętnie się czymś zajmę przez ten miesiąc, albo dłuzej.

 

Jak dla mnie może być tez przewijanie. No to wklejam z poprzedniego:

Moje deklaracje (po powrocie do Talzanii) – pewnie zostaniemy tu ze 2-3 tygodnie zanim wrócimy do miasta odebrać rzeczy. Dla keffara pewnie potrzebny bedzie z miesiąc, ale w sumie w ostatnim możemy juz spróbować wrócic do wioski.
rzeczy do zrobienia:
1) Studiować dokładnie strona po stronie ten wolumin, może cos odkryje niezwykłego? Byc może są jakies ukryte litery, zapisy? Widoczne np. przy pomocy soku z cytryny czy innego znanego mi środka do atramentu sympatycznego? Czy dam radę okreslić wiek ksiązki po reakcjach chemicznych? (Metoda węgla C14? ;) )
2) Spróbować się skomunikować z Magiem Nogliphusem w sprawie woluminu i w sprawie zywiołaka, wypytać o to czy da sie to zniszczyć/uniknąć i odzyskac ciało Finora. Byc może bedzie tez wiedział coś o samym loszku? Być może sama Timwillkana (ją chyba najlepiej zapytać o Nogliphusa) bedzie też cos wiedzieć, jesli nie uda się nam jakoś odnaleźć Nogliphusa.
3) jesli zostały nam te jakieś grzyby, to chętnie sobie je pobadam (ostroznie!), mimo, ze zielarz mówił, ze są juz bezuzyteczne, to być może poznam ich jakies własciwości (np. na co są podatne, jak tworzą tę truciznę z macek, gdzie są gruczoły z trucizną, czy tez w końcu po prostu opisac je taksonomicznie w mojej księdze). To samo zrobiłbym z kawałkiem skały z jaskin, którą kiedys odłupałem czy mchem z tychże jaskiń (które mam w ekwipunku).
4) Korzystając z pobytu w puszczy i wczesnej wiosny, z pomocą kompanów i ludzi z wioski (Timwillkana, Chalaya) pochodziłbym i uzupełnił ile się da zapasy ziół, gdzies niedaleko wioski, zeby nie było zbyt niebezpiecznie – byc może wtedy gdy Nuadu będzie sie uczył strzelać, to ja nieopodal (ale nie na linii strzału ;) ) będę szperał za ziołami. Wiosna w końcu.
5) Chciałbym spróbować opracować dwa mozliwe urządzenia do szybkiego rozpalania ognia:
a) wieczny płomień – to urządzenie jak lampa – kaganek, ale nie słuzy do dawania światła, ale pozwala trzymać tlący się knot/węgielek, tak aby zuzywał minimalna ilość oliwy/innego paliwa. Pozwala go też szybko podsycić za pomocą pokrętełka jakiegoś, tak aby dało się coś od niego odpalaić, nawet jesli oznacza to szybkie zuzycie oliwy. Wazne jest aby nie było za duże, ale pozwalało utrzymywac płomień bez pamietania o dolewaniu oliwy powiedzmy przez 12-24 h i zeby ilość zuzywanej oliwy była w stosunku do lapy bo ja wiem, 10x mniejsza – to juz do decyzji MG.
b) miksturki do szybkiego odpalania – to o czym mówilismy na sesji – płyn lub substancja, którą da sie szybko podpalić. Byc może gdzieś w pobliżu znajduje się jakieś złoże siarki? Albo gorące źródła z których moznaby pozyskiwac siarkowodór i potem jakos chemicznie odzyskiwać Siarkę i robić cos na kształt zapałkek (Starozytne ludy Kataju zapałki z patyka świerkowego i siraki znali juz w 508 roku)? Jeśli nie same zapałki, to moze ta mikstura – wtedy do jej przechowywania moznaby uzyć tych jednorazówek robionych z gliny, albo lepiej tych o których pisze w punkcie 7 – roślinnych.
6) pogadałbym z miejscowym garncarzem, czy nie dałoby sie wykonywac jakis bardzo małych ‘fiolek’ glinianych, tak aby mozna było nimi zastępowac filoki szklane, szczególnie przy okazji róznego rodzaju ‘granatów’. Byc może nauczyłby mnie jak korzystać z koła garncarskiego? Byc może mógłbym sobie takie koło gdzieś koło domku/w domku załozyć, abym sam mógł w przyszłości wykonywac takie fiolki jakie mi sie zamarzy?
7) W sprawie wszędobylskich fiolek, których nigdy nie za dużo – być może istnieja w pobliżu rośliny ala bambus, puste w środku, o promieniu do 2-3cm, które potrzafia trzymac płyny? Z nich moznaby robic prowizoryczne fiolki na rózne dziwne mikstury albo mascie, przycinając i robiąc denka z drewna/korka zapieczetowanego woskiem albo jakims roślinnym klejem?

Taki mam plan, moge teraz ostro pracować, jest spokój, mam sporo czasu, więc mam nadzieję ze jakoś sie praca rozłozy :) Nuadu może mi pomagac jeśli chce sie czegos nauczyć z zielarstwa albo podstaw alchemii (z tego co pamiętam to chyba mi pomagał, czy to był Finor?… ehhh, jakby Finor był to byśmy mogli razem góry przenosić… )

 

Ach, ach, jak ja lubię deklaracje Robsona :). Już się nimi zajmuje i powoli rozpisuje na karteczce. Dla Żuka też coś piszę. Jeszcze by się Parasit przydał.

 

chętnie pomogę przy ziołach, mogę również spróbować pomóc przy mieszaniu mikstur, jeśli dam radę wysiedzieć w tym smrodzie :)
Daj znać tez do czego mogę być przydatny mieszkańcom.
Rano mogę polować, popołudniami i wieczorami, zbierać zioła i pomagać Simeonowi.

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.