Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz.10 - Pożegnania i nowy świt

Udział wzięli: Finor, Keffar, Koukash, Nuadu

Simo – A właściwie Simeon, argadyjski alchemik. Siwiejący i łysiejący mężczyzna w sile wieku, o czołe przeciętym liniami zmarszczek, znakiem charakterystycznym są krótkie, pielęgnowane bokobrody. Opatulony w długi zielony płaszcz, chodzi podpierając się laską zakończoną metalową kulką.


Wioska dzikich okazała się kilkunastoma chałupami wtulonymi w ramiona lasu tuż przy ogromnej polanie. Brak jakichkolwiek konstrukcji obronnych otwierał ją na wszelkie niebezpieczeństwa, ale jej położenie w głębi puszczy działało zapewne na jej korzyść. Mieszkańcy żyją z tego co przyniesie im las i z pewnością potrafią się po nim fenomenalnie poruszać, ale nie są wolnymi duchami. We wsi władzę sprawuje jej wódz, otaczający się drużyną zbrojnych.

Wódz jest postacią specyficzną. Rosły, barczysty, z gęstym zarostem, ubiera się jak wojownik, w metalowo-skórzaną zbroję. Zwie się Agavin Smutny, a przydomek wziął się zapewne od paskudnej szramy, szpecącej jego twarz, ciągnącej się od lewego kącika ust, łukiem w dół ku lini szczęki, nadającej jej wieczny wyraz nieszczęścia. Sam mówi niewiele, swoim tubalnym głosem, w jego imieniu głos zabiera jeden z drużynników, Miklay.

Drużyna stanowi jedną z frakcji w wiosce, poważaną, ale wydaje się, że nie wszyscy są szczęśliwi z jej decyzyjności. Większość mieszkańców wsi stanowią jednak ludzie prości, którym daleko do ambicji władzy, co nie przeszkadza jednak wyrażać odmiennych opinii, jak bohaterowie mogli się później zorientować.

Bohaterowie nakarmieni mogli w końcu odpocząć w bezpiecznym miejscu, grzejąc się przy ognisku, które zostało im we wsi przydzielone. Wkrótce jednak Challaya zaprosiła ich do uczestnictwa w pogrzebie Noglimaxa. Poległy łowca złożony na stosie, zgodnie ze zwyczajem mieszkańców wsi, odszedł w oczyszczającym płomieniu.

Jak na złość, pogoda, tak rozpieszczająca wszystkich przez ostatnie dni, postanowiła dać znać, że ledwo minęła zima. Ciemne chmury zaciągnęły niebo i zaczęły straszyć opadami, jednak ani kropla wody nie spadła na ziemię. Za to powietrze ochłodziło się poważnie i znów trzeba było mocniej opatulić się ubraniami.

Wracając do wsi bohaterowie zauważyli zmianę jaka zaszła pod ich nieobecność. Pod wielkim dębem wystawiono stoły, które niemal uginały się pod smakołykami, a w wielkim palenisku w centrum sioła rozpalono ogień i przygotowano rożen, na którym już wkrótce miał zawisnąć wielki kozioł, upolowany specjalnie na dzisiejszą okazję. A było co świętować, bo oto zbliżało się przejście. Ostatni dzień starego roku, miał zamienić się w pierwszy nowego.

We wsi prócz drużyny wojowników, która przybyła z Trzewii, gościli jeszcze dwaj elfowie. Niewysocy mężczyźni trzymali się z boku, nie mogli jednak uniknąć ciekawskich spojrzeń bohaterów. Niewysocy, sięgający 160 centymetrów wzrostu, gibcy, imponowali energią ukrytą w ich ciałach, nawet w chwilach kiedy niemal się nie poruszali, obserwując wieś wyczekująco. Ich gładkie, pozbawione zarostu twarze miały w sobie jakieś pierwotne piękno i surowość, niemal nieludzkie, a jednocześnie pociągające. Długie, proste włosy chwytane pieczołowicie kościanymi śpinkami pozostawały w ładzie i porządku, tak nietypowym dla istot lasu. Podobnie jak mieszkańcy wsi ubierali się głównie w przylegające do ciała skóry.

Pożegnanie zimy rozpoczęła wiedźma o tajemniczym imieniu Timmwilkana. Rozłożyła szeroko swe dłonie zakończone szponiastymi pazurami i odrzuciwszy w tył głowę zwieńczoną burzą czarnych, pozostających w wiecznym nieporządku włosów, wezwała na świadków odejścia roku wszystkie siły natury i lasu. Ledwo skończyła do wsi zawitali nowi goście. Oddział kilkunastu dzikich elfów, pod dowództwem Filandara, wmaszerował do wsi, a wódz serdecznie przywitał się z dowódcą, dając dowody bliskiej ich znajomości.

Między mieszkańcami powędrowały gliniane flasze z miodem pitnym, do których przygryzano przygotowane wcześniej przysmaki. Wkrótce do wsi przybył kolejny gość, kolejny przyjaciel leśnej społeczności, Nogliphius. Kiedy wszedł w zasięg światła pierwszych ognisk, ucichły rozmowy i wszyscy zwrócili w jego stronę swój wzrok. Z nagim torsem, na którym w pełgającym świetle płomieni ożywały sceny z tatuaży, z nisko pochyloną głową i długimi włosami opadającymi na twarz, spod których spoglądały nieco szalone, błyszczące oczy, stanał obok głównego paleniska, zadowolony z efektownego wejścia. Wkrótce siedział już przy wodzu, zasłoniwszy swoje tatuaże, a z dzikości w jego obliczu nie było już śladu.

Nim nadeszła północ w ucztowaniu. Nogliphius wstał ze swego miejsca i udał się w kierunku stojącego nieco z boku stoliczka, pełnego przysmaków, który, jak dowiedzieli się bohaterowie, przeznaczony był dla umarłych. W języku magii, rozpoczął inwokację, a jej słowa tłumaczył bohaterom, sciszonym głosem Simo. Nogliphius wzywał siły natury, zaklinał zmarłych aby w tę ostatnią noc roku dołączyli do żyjących we wspólnej uczcie. Początkowo nic się nie wydarzyło, ale już wkrótce pośród lasu, na granicy widzenia zaczęły się pojawiać ogniki, niczym zimne płomienie pochodzi. Potem zaś z lasu, ku miejscu gdzie jeszcze chwilę temu stał Nogliphius zaczęły płynąć zjawy umarłych.

W przerażającej ciszy zbliżyły się do przeznaczonego dla nich stolika, a bohaterowie z zaciśniętymi sercami obserwowali swoich bliskich, którzy odeszli. Finor dojrzał pośród nich swojego brata, ubranego w mieszczańską, argadyjską tunikę. Nuadu swoich współplemieńców, zwłaszcza zaś tę jedną dziewczynę o oczach jak fiołki, Keffar bezwiednie opuścił szczękę widząc dopiero co pożegnanego Noglimaxa. Simo rozglądał się niepewnie, bojąc się ujrzeć tam swojego brata. Chwila przeciągała się i nagle zmarli zaczęli odchodzić. Minęła północ, rozpoczął się nowy rok.

Teraz w ruch poszły kolejne antałki z alkoholem, a część bohaterów już była nieco podchmielona. Jedzono kołacze i jajka, wkrótce gotowe było również mięsiwo. Ktoś przyniósł gęśle i nagle w niebo wybuchła muzyka, a potem zaczęły się tańce. Noc żyła iskrami głównego paleniska, tańcami, pijaństwem i miłością, a potem powoli zaczęto zapadać w sen.

Poranek dla niektórych był szczególnie ciężki. Głowy zamroczone alkoholem z poprzedniego dnia odmawiały przyjęcie nowej rzeczywistości. We wsi nie było już ani elfów, ani Nogliphiusa, z którym poprzedniego wieczoru kilka ważnych słów zamienił Finor. Tymczasem Challaya poinformowała wszystkich, że wkrótce po posiłku miejsce będzie miała narada wojenna. Tak też się stało. Przy uprzątniętym, wielkim palenisku zebrali się wszyscy dorośli, aby radzić. Głos zabrał Agavin, ale tylko po to aby wszystkich przywitać i przekazać głos Miklayowi.

W głos wojownika wsłuchiwali się drużynnicy wodza, pozostali mieszkańcy wioski i najemni wojownicy. Ten opowiadał o Płaskowyżu Tafli, zamieszkałym wewnątrz przez istoty, które stale uprzykrzają życie mieszkańcom wsi. Zwiadowcy znaleźli trzy wejścia wgłąb masywu, które postawnowili zawalić, aby utrudnić przedostawanie się istot na powierzchnię, a tym samym ograniczyć swobodę ich działania. Momentem właściwym do działania będzie chwila, w której masyw opuści, jak co dwa miesiące grupa wojowników udająca się na rajd, co ma nastąpić prawdopodobnie w trakcie kilku następnych dni.

Jak relacjonował Miklay, zadaniem każdej z grup, drużynników wodza, elfów, które poprzedniego dnia byli gośćmi wioski i najętych wojowników, będzie utrzymanie jednego z wejść do podziemi, na czas potrzebny do prac mających na celu zawalenie tunelu. Bohaterowie dostali przydział przy wschodnim wejściu, tzw. Bramie Wodnej.

Po krótkiej dyskusji, która się wywiązała, bohaterowie postanowili bez zwłoki wyruszyć ze wsi na rekonesans w miejscu, gdzie przyjdzie im wkrótce służyć. Przy pomocy Challayi zorganizowali najpotrzebniejszy ekwipunek i kiedy słońce stało jeszcze wysoko na niego ruszyli na północny wschód.

W trakcie rozmowy na temat ekwipunku i potrzeby wygotowania gruczołu jadowego pająka, Keffar z oburzeniem:
- Nie będzie mi tu wsadzał gruczoły do kociołka!

Przed zmierzchem udało się stanąć obozem w pobliżu Rzeki Tarła, zaledwie kilka kilometrów od Bramy Wodnej i przygotować do snu. Bliskość miejsca zamieszkałego przez złe istoty spowodowała, że wystawiono solidne warty, ale noc minęła niemal bez incydentów. Jedynie potężny ni to krzyk, ni to ryk, rozległ się w środku nocy i urwał by więcej nie wrócić. Zbudzeni wojownicy długo wpatrywali się w ciemność, ale nie wydarzyło się nic więcej. Zanim nastał świt, byli już gotowi aby wyruszyć w stronę Płaskowyżu Tafli.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.