Skrzydła Rocranon

Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 1)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

18. dzień starości, port: Trzewia
A niech to dunder świśnie, flauta z samego rana! Na początku rejsu? Niepomyślny to znak. Wiatr wzmógł się szczęśliwie na sam koniec porannej wachty, choć, wciórności, niewiele. Załoga sprawia się cosik niemrawo, trza ich będzie trochę przećwiczyć, gdy wypłyniem w dalszy rejs. Zobaczą, jak się żegluje pod kapitanem Roge! Dobrze, że przynajmniej tą fest babę bosmanem zrobili, gdy huknie na jednego z drugim, aż miło posłuchać… no i popatrzeć, ma się rozumieć, jest na co. Jak to mój dziadunio mawiali, baba ma być taka, coby jak ją w zadek trzaśniesz, policzki się jej trzęsły. Dziadunio wiedział, co gadał, cztery żony miał w końcu, a co jedna, to bardziej rozłożysta, choć sam kościsty jak szczapa. Gadał, że niby w łożu miękko mieć musi… i wiedział, co gadał, wciórności. Ta tutaj Eadburh jak nic łoże umie sobą wymościć. Ciekawym czy ta młódka piła kiedy grog z kapitanem? O czym to ja…

[…]

Słaby wiatr sprawił, że rzucilim cumy w Trzewiach dopiero na wieczór.
Po spotkaniu z kupcami podług życzenia panienki Mabon okazało się, że nijak nie są naszym ładunkiem soli zainteresowani. Cwany kupiec o kaprawych oczkach, Zyvalt chyba go wołali, próbował nawet zbić cenę, alem nijak nie mógł na to przystać. W końcu zacny zarobek mi przyobiecano z zysków, dziesięc od sta! Ten cały Zyvalt jest jakoby przedstawicielem rybaków z Trzewi łowiących ostrzyce, alem łatwo zmiarkował, że to całe jego przedstawicielowanie polega głównie na napychaniu własnych kieszeni. Kapitan Roge zna takich jegomościów nie od dziś!

Jużem chciał odchodzić z tamtego miejsca, ale Zyvalt, niechybnie widząc, że nie dam się na jego sztuczki nabrać, chciał mnie zażyć z innej mańki i powiedział, że ma do sprzedania gigantyczną rybę! Niech mnie kule biją, większego dziwoląga nie widziałem. Takiej ryby zresztą też nie. Trzymają to bydle długości 8 metrów w zmyślnie skonstruowanym baseniku nieopodal portu, rybsko paskudne i stare, mawiają, że z 50 lat ma jak nic! Jeden z drugim zakładali się o to, czy da się na niej jeździć jakoby na koniu. Ech, w Trzewiach zawsze ludziskom durne pomysły w łbach się lęgły! Nic tu po nas, czas podnieść kotwicę! Ale najpierw czas do balwierza, może ma jaką pomadę do włosów.

20. dzień starości, port: Ipo
Chwalić bogów, wiatry nam zaczęły sprzyjać. Zawinęliśmy do Ipo bez przeszkód i stanęliśmy na kotwicowisku, nie cumując w porcie, coby grosza przyoszczędzić. Przy okazji przećwiczyłem załogę na okoliczność szybkiego rzucania i podnoszenia kotwicy, coby się te moje szkorbutniki zbytnio nie leniły. Ta cycata Eadburh niezłą ma rękę, a w zasadzie to żem powinien napisać „łapsko”, he he. Cóż ona tymi łapskami potrafi wyrabiać! [kleks] Umie tych bęcwałów nieźle do roboty pogonić. Takiego babska mi na pokładzie trza było, a wredne toto prawie jak trzecia żona mego dziadunia! Tylko, że tamta zbyt obrotna była i szybko się zmiarkowała, że dziadunio człek łasy na wszelkie pokusy i oprócz jej łoża lubi też przydybać dojareczkę na sianie. Oj, dostało się dziaduniowi warząchwią…

24. dzień starości, port: Ipo
Negocjacyje z kupcami do najłatwiejszych nie należały, alem robił, com mógł. Nawet w Ipo słyszeli o kapitanie Roge i wiedzą, huncwoty jedne, że mnie nie oszukają! Sól udało się mi sprzedać z całkiem zacnym zyskiem 90 kłów (minus opłaty portowe i rozładunek). A ledwiem ogłosił, że szukam nabywców na nasz ładunek srebra, kupczyki jęły się pchać do mnie na wyprzódy i dalej się targować kto da więcej! Jeden był szczególnie zdesperowany, mówiąc że jego zleceniodawca skłonny jest zapłacić całkiem ładną sumkę, jeśli targu dziś ubijemy. No to cóżem miał robić? Srebro sprzedałem, zarabiając jakiejsik 150 procent, czyli 3600 kłów! Jakem kapitan Roge, taki interes dawno mi się nie trafił! Oj, podumać mi przyjdzie, co z zarobkiem zrobię, gdy na ląd zejdę!

Gdym się targował o cenę srebra, sprzątnęli mi sprzed nosa całkiem porządny ładunek broni – 200 włóczni. Za grosz ci Ostrojczycy taktu nie mają, że też nie poczekali na mnie z ubiciem targu. Próbowałem się wywiedzieć, kto śmiał mi z onucami w handel wchodzić, ale zastrachany kupczyna, co to jeszcze mleko pod nosem ma, wybąkał coś o ludziach Jarla Erlerta skupujących broń na potęgę. Co się na tych Ostrojach dzieje? Ani chybi wszyscy się szaleju najedli, że tacy w gorącej wodzie kąpani. Chyba, że i do nich ryboludy zawitały… a może coś inszego się kroi? Cokolwiek to będzie, obyśmy zdążyli podnieść kotwicę i obrać kurs na powrót na południe zanim nam w tym przeszkodzą…

Udało się też zakupić ładunek pszenicy w miłej dla trzosika cenie, już liczę te kły, gdy zawiniemy choćby do Sotham! Przyjąłem też na pokład 4 podróżnych do Harivik, naszego kolejnego celu podróży. Będą się pewnie plątać po pokładzie, szczury lądowe, ale przynajmniej dzięki nim pokryć się uda nie takie znowu niskie ostrojskie opłaty portowe.

Gdym świętował pomyślne załatwienie interesów w pobliskiej tawernie „Pod kiszoną płetwą rekina”, słyszałem, jak ludziska już gadać zaczęli o mym sukcesie ze srebrem. Jakiś jednooki jegomość twierdził, jakoby Tan Vahlid potrzebował srebra, a jego kompan go wyśmiewał – no bo i po co Tanowi jeszcze więcej srebra?

Comments

Strasznie się ubawiłem czytając ten dziennik. Świetna robota :). Jak z kilku suchych rzutów na handel można zrobić fajną historyjkę.

MidMad

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.