Skrzydła Rocranon

Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 3)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

35. dzień starości, port: Sotham
Choć ze mnie, nie chwaląc się, stary wilk wielkomorski, co niejedno sztormisko przeżył i krakenom w paszcze plwał, wyznam, że radością i ulgą napełnił me serce widok portu Sotham. Jakeśmy znaleźli się na redzie, zarządziłem po kwaterce rumu dla załogi, gdy tylko nasi wielce szacowni armatorzy ze statku zejdą, a towar zostanie rozładowany. Po prawdzie ani Lord Montcort, ani Pan Keffar nie zechcieli mnie wtajemniczyć w ich plany, ale dość marnym wyglądzie ichmościów i nosach, które mieli spuszczone na kwintę, zmiarkowałem, że cosik musiało nie pójść po ich myśli na tej całej wyprawie. Gdym raz przechodził obok ich kajuty – a było to tego wieczora, gdy wszyscy podróżnicy zażyczyli sobie wina na rozgrzewkę – usłyszałem jakoweś śmiechy, które jednak brzmiały bardziej jak jękliwe szlochy, a nad wszystko wybijał się głos szanownego pana Montcorta, który ani chybi miał już nieźle w czubie: „A pochwęęę do mieeeecza maaacie?” – Pewnikiem w tych wszystkich leśnych ostępach sporo oręża zgubić musieli!

Ale do rzeczy. Gdyśmy już szczęśliwie w Sotham zacumowali, Losowi niech będą dzięki, sprawdziłem uszkodzenia statku i wygląda na to, że naprawy nie potrwają zbyt długo, a do tego nie będą zbyt kosztowne. Oj, ucieszy się Pan Keffar jak nic!
Pierwszego dnia po doprowadzeniu naszego „Kalmarka” do porządku poluzowałem ździebko dyscyplinę i zezwoliłem załodze zejść na ląd. Nie całej, ma się rozumieć. Zadzierżystej Eadburh wydałem rozkaz, by pozostała ze mną na pokładzie, albowiem… [kleks] mielim jeszcze… przeprowadzić dokładną inspekcyę całej ładowni. Każdego z jej zakamarków. Bez wyjątku. Oj, pracowity był to dzień, ileż w tej młódce energii! [kleks]

36. dzień starości, port: Sotham
O czym to ja… Ach, tak. Następnego dnia obudził mnie cudny dźwięk jej donośnego niczym dzwon okrętowy głosu: „Mewa nasrała…? I może jeszcze narzygała? Na mewę zwalasz? Na mewę? Szoruj poklad!” – Zuch dziewczynisko, drugiej tak srogiej bosmanicy ze świecą by szukać! Gdym na pokład wyszedł, cała załoga, choć zmizerowana i skacowana po wczorajszych wybrykach na lądzie, przykładnie czyściła i szorowała cały pokład, od dziobu do rufy. W końcu taki statek jak „Kalmar” musi porządnie się prezentować!
Z tej okazji nalałem sobie kieliszeczek tego dobrego winka, które jeszcze po naszych armatorach zostało, i udałem się na pokład, by te huncwoty pod okiem swego srogiego kapitana jeszcze większym migiem się zwijały. Nawet niezawodny Vyncis, sternik nad sternikami, wiedział jak mi się przypodobać, co i raz dolewając mi winka. Ach, leniwy dzień w porcie, żyć, nie umierać!

Nadszedł w końcu czas na codzienne odwiedziny w kapitanacie i rozmowy z kupcami. Na ulicach mówią, że ani chybi wojna na wiosnę będzie, Pan Wanryk się zbroi, ludziska zapasy gromadzą, oj będzie się działo! Ciężkie czasy dla Sotham nadchodzą, ale tym lepiej dla nas, bo kupczyny zleciały się do mnie jak muchy do smakowicie im woniejącego krowiego placka, gdy tylko usłyszały, żem z pokaźnym transportem pszenicy przyjechał. Jak zwykle chciały się targować, szelmy, ale nie wiedziały, na kogo trafiły. Żadnego sprzedawania po kosztach! Tylko poważne oferty, jak idziecie do kapitana Masyma Roge, łachudry! Ha! Co to były za wyśmienite targi, pszenica zeszła na pniu! Tylko jeden jakiś niezorientowany chłystek, któremu z pyska jechało jak zdechłemu dorszowi, próbował u mnie łój zakupić. Manifestu statku nie czytał? Jaki znowu łój? Z psim chwostem się na łby pozamieniał?!

42. dzień starości, port: Sotham
Kolejny tydzień, kolejne opłaty portowe, wydatki na zaopatrzenie i wyładunek towaru nieco uszczupliły kasę statku. Kupczyków dziś jak na lekarstwo. Załoga nieco się nudzi, więc za przyzwoleniem Panienki Mabon (Losowi składam dzięki, że się o tym Pan Keffar nie dowiedział!) odszpuntowalim beczkę wina dla nudzącej się ździebko załogi w nagrodę za szczęśliwe ukończenie rejsu. Niechaj się rozgrzeją, bo pogoda coraz gorsza, zimny deszcz i wiatr nas nie oszczędzają. Nie wiedzą jeszcze, moczymordy pieruńskie, że od rana czekają ich ćwiczenia na wantach pod czujnym okiem i z pomocą ciętego języczka dorodnej [kleks] Eadburh. Ach, co za zasób przekleństw ma ta dziewucha, cały dzień mógłbym ich słuchać!

44. dzień starości, port: Sotham
Wczoraj sprzedalim z całkiem dobrym zyskiem wszystkie skrzynki kamieni półszlachetnych, co to jeszcze od ostatniego rejsu w ładowni zalegały. Pozostałe beczki wina też zeszły za całkiem, chwalić Los, przyzwoitą cenę, choć kupiec, łachudra, nieźle się dziś targował.

49. dzień starości, port: Sotham
Dziś w końcu pozbylim się szkła, którego skrzynki wymoszczone morską trawą o ból głowy mnie przyprawiały przy każdym większym podmuchu wiatru na pełnym morzu. Jakim cudem dowieźliśmy ten towar w całości, Los jeden wie. Na szczęście jakiś młody handlarzyna, któremu ledwie sypnął się wąs pod nosem, połknął haczyk, gdym mu wychwalał ten towar pod niebiosa, jako że szklane flasze można wszak jakim zacnym trunkiem napełnić i sprzedawać możnym po odpowiednio zawyżonej cenie. Zachwycony pomysłem handlarzyna obiecał mi nawet procencik od zysków, niebożątko. Rozczulił mnie… Ma się ten łeb do interesów, niech dunder świśnie!

56. dzień starości, port: Sotham
Jużem myślał, że nikt więcej się nie zainteresuje towarem, gdy nagle znów pojawił się tamten Śmierdziel sprzed dwóch tygodni i jął wypytywać o łój. „Dajże spokój, człeczyno! Jużem ci mówił, żeśmy łoju nie przywieźli”, huknąłem nań może nieco niepolitycznie, ale na swe usprawiedliwienie dodam, żem śpieszył się do Eadb[przekreślone] na statek, sprawdzić jak tam sobie beze mnie radzą. Okazało się, że ten fajtłapa nawet nie pamiętał poprzedniej wizyty u mnie i zawstydził się bardzo po mych słowach. A co! Niechaj ma nauczkę!

61. dzień starości, port: Sotham
Ten cholerny łój! Los śmieje mi się w twarz! Chciałem nakupić nieco towarów, żagle rozwijać i w drogę wyruszyć, bo już w tym zatęchłym porcie wszyscy gnuśniejem, i kto się napatoczył jako pierwszy? Kupiec, co właśnie do Sotham zjechał z całym ładunkiem łoju w pękatych słojach! Jeszcze cenę wygórowaną sobie za to zażyczył. A idźta mi z tym do czorta! Po nocach mi się to świństwo będzie śniło, tfy!, tak jak wtedy gdym raz z łojem płynął i zaśmiardł mi się cały ładunek i dwa tygodnie w tym smrodzie pędziliśmy do najbliższego portu. Kaftan musiałem nowy kupić, bo stary tak przesiąkł tym smrodem, że żadna dziewka za mną nawet nie spojrzała! Wysłałem tego miłośnika łoju do wszystkich… to jest do Śmierdziela, który bez łoju chyba po nocach źle sypia, niechaj sobie turkaweczki razem pogruchają nad cenami tego towaru i dadzą mi wreszcie spokój, do licha!

Na szczęście Los był łaskawy, bom później napotkał dwóch kupców, którzy z kopalni srebra towaru nawieźli i wypatrywali okazji do sprzedaży. Jeden z nich, szelma, zbyt ostro się targował, więc śmy się nie dogadali, oj nie, tym bardziej, że towaru miał co kot napłakał. Albo naszczał, bo zaprezentowana przez niego ruda srebra na zbytnio zanieczyszczoną mi się wydawała i pewnie bym dobrej ceny w innych portach za nią nie otrzymał. Za to drugi handlarz, co mu się dobrze ze ślepi patrzyło, już łacniej dał się namówić na opuszczenie ceny, więc interes ubilim. Wyczytałem z jego zacnego, pobrużdżonego troskami oblicza sporą ulgę. Po kilku głębszych wyjawił mi, że od zniszczenia pomostu Povolda jest nienajlepiej, kopalnie srebra kiepsko przędą, Wanryk wprowadził nowy podatek, więc o zarobek ciężko, przeto chwycili się ze wspólnikami ostatniej deski ratunki i postawili na sprzedaż za granicę. Okazało się, że kupiec to wynajęty za ciężkie pieniądze przez zdesperowaną gildię górniczą przedstawiciel ligi handlowej, mający zagwarantować im godny zarobek. Tym bardziej mnie ten interes uradował, gdym się dowiedział, że porządnym, w znoju i trudzie pracującym obywatelom mogę pomóc swą skromną osobą. W gruncie rzeczy Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej Masym Roge ma miękkie serce. To właśnie przez to ma takie powodzenie u pań, nie chwaląc się!

63. dzień starości, port: Sotham
Decyzja podjęta! Za cztery dni podnosimy kotwicę i wyruszamy do Daminster! Ahoj, przygodo! Zaczęlim statek do drogi przygotowywać, prowiantować i układać towar w ładowni. Czcigodny Pan Simeon po konsultacji ze swymi walecznymi towarzyszami nakazał wynajęcie czterech łuczników i czterech żołnierzy piechoty, abyśmy w razie potrzeby mogli w drodze stawić czoła większym niebezpieczeństwom, takim jak te przeklęte diabły morskie, tfy! Że też nasz kurs wypada akurat przez głębiny na ich terytorium!

67. dzień starości, w drodze do Daminster
Cała naprzód! Dziś wypłynęlim w końcu na pełne morze. Kurs na Daminster! Za cztery i pół dzionka, jeśli Los będzie łaskaw, ujrzymy wieże portowe. Kłopotam się nieco, co mnie tam na lądzie spotka, bom w całym tym galimatiasie zapomniał, żem, łasy na kobiece wdzięki, to i owo obiecał pewnej okrutnie rozmiłowanej we mnie dziewoi kilka latek temu i od tego czasu skrzętniem ten port omijał. Żebym się tylko na nią nie natknął! I oby Eadburh czego nie zmiarkowała, bo mi kości wszystkie jak nic porachuje! Straszliwa z niej zazdrośnica! Ech, cóż ja poradzę, że tak te baby rozum na mój widok tracą…

69. dzień starości, pełne morze
Pierwsze pełne dni na morzu. Każdy żagiel pięknie postawiony, żadnych chmur burzowych na horyzoncie, nie jest źle, chwalić los. Wiatr dmie z zachodu, od dziobu, więc nieco pohalsować trza, przez co nam się trochę podróż wydłuży. Na razie podróżujem drugi dzień blisko połowę wolniej niż to zwykle bywa na naszym dzielnym „Kalmarku”. Ale co tam. Wolej kilka dni więcej na morzu niźli jakieś sztormy sakramenckie, jak to się nam ostatnio przytrafiło, tfy!

Zaraz przed podniesieniem kotwicy przyjęlim też na pokład, ku memu utrapieniu, trzech pasażerów, kompletnych szczurów lądowych. Jeden z nich to jakiś wychudzony pacykarz, ciągle wystawia te, jak im tam, sztalugi i inne rupiecie na pokład, wzdycha w stronę zachodzącego słońca, i bazgrze te swoje bohomazy na świetnym płótnie żaglowym, co za marnotrawstwo! Ostatnio siedział każdego wieczora na dziobie i ślepia w linię horyzontu wlepiał, gdy słońce zachodziło. Do roboty uczciwej by się wziął, darmozjad jeden! Poczciwy Vyncis próbował mnie mitygować, że on niby jaki wielki hartysta, ten cały Wili z Turnerii (gdzie to w ogóle jest?!), że kto znaczny w Daminster za jego usługi jakoby zapłacił… A niech mnie drzwi do własnej kajuty ścisną, jak takie bohomazy wielką sztuką nazwać można!

zachod-slonca-turner.jpg
Bohomaz Wiliego z Turnerii. Ostatnio jak Łysy Jomund popił,
wymsknął mu się, wypisz-wymaluj, taki sam paw na pokład, i w kolorze, i w kształcie!

Dwójka pozostałych pasażerów jest jeszcze gorsza. To jakieś alchemiki czy inne nakukowce, jak chcą żeby ich zwać. Jeden duży, chudy, drugi mały, gruby. A żeby im psy mordy lizały! Czemu ja się na nich zgodziłem? Nic im się nie podoba, a to kręcą nosem na hamaki, że kołyszą, to znowu na pokład, że wieje, na morze, że nie ma delfinów, na polewkę, że za słona i że płacili za jakieś potrawy z zamorska brzmiące „olinkluzif”, a nie polewkę i suchary dwa razy dziennie… Nasz kuk Kivrin to przeca prosty człek, skąd on ma niby wiedzieć, jak takie jadło robić, hę? Toż to statek handlowy, nie bankiet u księcia! Te marudy pieruńskie dobrze płacą, to prawda, ale ciągle wyłażą na pokład, mieszają jakiesik specyfiki, domagają się ciszy i spokoju, zajmują kambuz (za to też dopłacili!) i gdy coś tam pichcą, z kociołka wydobywa się pieruńsko śmierdzący siwy dym. Tłumaczą, że to oksperymenty. Jako żywo nie słyszałem o takim specjale. Pytałem Kivrina, ale też nie słyszał. Ale może to i dobrze, bo żreć bym czegoś takiego, sądząc po zapachu, nie chciał. Starałem się z sił wszystkich być dla nich dobrym gospodarzem i zębiska zaciskać, myśląc o zarobku, alem nie zdzierżył, gdy jednego dnia przyłazi ten drągal i pyta, czy nie mam dla niego kilku słojów… łoju, bo potrzebuje do tych swoich oksperymentów. ŁOJU! Na klejnoty mego pradziada, dzięki którym spłodził piętnaścioro potomstwa, ŁOJU się takim synom zachciewa?! Ja już im łój pokażę, cholernikom jednym, ażeby w beczkach ze skisłymi śledziami siedzieli do końca życia!!! Do Daminster wpław dopłyną w tych swoich pludrach zasmarkanych! Nawet nie wiedzą, jakie szczęście mieli, że akurat Vyncis wszedł do mej kajuty i zdołał wyciągnąć tego łachudrę na pokład, nim się zeźliłem do reszty!!!

73. dzień starości, pełne morze
Pogoda bez zmian. „Kalmar” to porządna łajba, co pruje fale tak szybko jak ja rwę niewieście giezła (a narwało się ich sporo, narwało…), ale nawet najzwrotniejszy bryg nic nie zdziała, gdy tak kiepskie wiatry Los zsyła. Jak będzie dobrze, do Daminster dotrzem z opóźnieniem, dopiero za trzy dni. Na szczęście na bocianim gnieździe cisza.
Chłopaki bez przerw wypatrywali najmniejszego znaku morskich diabłów, wojacy stoją w gotowości, ale póki co panował spokój. I gdym już myślał, że do końca dnia nic niespodzianego się nie wydarzy, zaczęło się. Krzyk z gniazda. Po zawietrznej statek rybacki z Argadów ze zwiniętymi żaglami. Wywiesili znak: „nie zbliżać się”. Chybcikiem wysłałem Strego na burtę, żeby im zasygnalizował, czy aby czego nie potrzebują. Odpowiedź: „Nie chcemy pomocy. Pomyślnych wiatrów.”
Wtedy Eadburh zaparła się kopytami, poczciwa z niej dziewucha, a jaka harda, gdy się na co uprze! Rzekła, że trza sprawdzić, co tam się dzieje, co jeśli to piraci lub jaka zaraza? Wtedy jak nic musim czym prędzej przekazać wieści do kapitanatu w Daminsterze. Postanowiła z dwoma łucznikami i czterema marynarzami podpłynąć bliżej w jednej z szalup, żeby zbadać sprawę. A tak mnie tymi swoimi ślepkami świdrowała, tak się uśmiechała, i mrugała, że nie mogłem jej odmówić. Oj, zalazła mi za skórę ta bestyjka!

Spuścilim szalupę. Jak tylko zbliżyła się do Argadyjczyka, a ma dzielna bosmanica zaczęła wykrzykiwać coś do załogi statku, przez jego burtę wychylił się jakiś łysy, postawny marynarz i jak nie ryknie z grozą w oczach, jakby krakena zobaczył: „SPIERDALAAAAĆ! ONA SIĘ NIE ZATRZYYYMAAA!” Eadburh krzyczy: „Co takiego?” i słyszy w odpowiedzi: “ŁAWICAAA!”
Po tym krzyku marynarza Eadburh od razu zmiarkowała, że czas nogi za pas brać i zarządziła odwrót. Załoga szalupy zaczęła wiosłować co sił, sama bosmanka rzuciła się do wioseł. I w samą porę, bo jeszcze niedawno jaśniutkie niczym gatki młodej panienki niebo nagle poczęło szarością przedziwną się zasnuwać. W powietrzu coś zawisło… Gdym się dokładniej przyjrzał temu statkowi, na rufie ujrzałem… Wciórności! To był prawdziwy chaosycki mag, niech mnie rekiny zeżreją! Wtedym wszystko pojął: to był statek morskich kłusowników! Ten dziki mag, od stóp do głów pokryty jakimiś dziwacznymi tatuażami, wykrzykiwał coś na wietrze, który szarpał połami jego kusej, rozchełstanej tuniki i rozpuszczonymi włosiskami. Wymachiwał umięśnionymi łapskami… i mym oczom ukazał się przerażający widok. To prawda, co stare wygi morskie gadały po karczmach! On zbierał w dłonie błyskawice! Kuliste! Powietrze wokół jego dłoni poczęło groźnie rozbłyskiwać, z niebios słychać było coraz groźniejsze pomruki, a i wiatr przybrał na sile, budząc ze snu morskie bałwany. „Moja biedna kruszyna, Eadburh, do licha, byle tylko mi zdążyli!” – takem myślał w chwili słabości. Ale zaraz się w garść wziąłem, zawezwałem załogę do gotowości, wszystkie dłonie na pokład!, podbiegłem do burty i dalej łajać te rybaczyny od siedmiu boleści! Szkoda jeno, że na wszystko było już za późno. Ten oparszywiały mag, nogi mu z dupska powyrywam, jak go kiedy jeszcze gdzie przyuważę, i nakarmię nim mięsożerne rybska mórz południowych, odkrawając po kawałeczku, gdy jeszcze żyw będzie… ten pieruński kuglarz… jak nagle nie zbierze sił i nie walnie w morską głębinę lśniącym niczym błyskawica pociskiem!

Potem wszystko naraz zamarło, by zawrotnie przyspieszyć. Pamiętam tylko krzyki, ryk fal wdzierających się na pokład wraz z plaskiem padających nań ogłuszonych ryb i dźwięk miotanych przez Vyncisa przekleństw, nakazującego chłopakom wciągać szalupę.
Szczęściem ani Eadburh ani nikomu z mej załogi nic się nie stało, popili się tylko wody i nieco oberwali deszczem ryb, które wypluło morze, więc i poturbowani byli. Jednakoż z żalem odnotować muszę, iż niejaki Perkaty Jon, jeden z łuczników, nie wrócił już do nas cały. Ciężkie rybsko spadło nań, całkiem go otumaniając, a fala morska zmiotła go z szalupy. Nieborak pływać nie umiał i zaraz na dno poszedł, oby Los był dlań łaskawy. Odprawim stosowną ceremonię, gdy tylko znajdziemy się na spokojniejszych wodach.
A żeby ich pogięło, żeby ich nogi grzybica zeżarła! Dziady sakramenckie, żeby wasze kuśki zmieniły się w kiszone śledzie! Żeby morskie pąkle wam poprzywierały do, za przeproszeniem, odbytów! Ja już wam pokażę, niech no się tylko znów spotkamy, zawszone kłusowniki, że nie zadziera się z Kapitanem Żeglugi Wielkomorskiej, Masymem Roge!

Cóż to był za paskudny dzień. Już chylił się ku końcowi, gdy ten parchaty pacykarz Wili wlazł do mej kajuty bez pukania i nie w porę, gdyśmy właśnie z Eadburh [kleks] [przekreślenie] wyznaczali dalszy kurs. Chciał, psiajucha, swoje najnowsze dziełko nam zaprezentować, co je był wymalował po naszym ostatnim spotkaniu z Losem… i morskimi kłusownikami. Eadburh się te bohomazy niby nawet spodobały, ale cóż ona wiedzieć może o tym, jak całe życie na pokładzie wśród majtków przepędziła! Może jaki naiwny szlachcic to kupi, ale ja bym na to nigdy nie wydał złamanego kła.

morscy-klusownicy-turner.jpg
Wili z Turnerii zatytuował to szkaradzieństwo, nie wiedzieć czemu, „Pokłosie chaosu”.
Kto tam by się wyznał na tych chędożonych hartystach…

76. dzień starości, port: Daminster
W końcu dopłynęlim do Daminster, cali i zdrowi. Losowi niech będą dzięki! Trza się czego mocniejszego napić dla zdrowotności. I spędzić z Eadburh chwil kilka. [kleks]

Comments

Willi jakiś taki romantyczny :).

Piękne te przygody kapitańskie, boję się ino, iż za kilka rejsów więcej zapłacimy za alimenty tego dupcyngla żegługi wielkomorskiej niż zyskamy na handlu :). Może Simeon magicznie podwiąże mu nasieniowody?

BTW na morzu robi się niebezpiecznie. Może zamontujmy jakąś balistę na pokładzie, co?

 

Dobre pytanie, Simeonie, azali umiesz dokonać takiej sztuki magicznej? ;)

Jestem w ogóle za dozbrojeniem statku, i w ludzi, i w broń, w miarę możliwości. Ładownię ma ogromną i na dobrą sprawę, jeśli kiedyś w końcu dokonamy cudu wypełnienia jej choć w połowie, będzie smacznym kąskiem dla MG… znaczy się piratów ;) a tego nie chcemy, prawda?

 

Niestety nie ma powiadomień o komentarzach pod wpisami, więc proponuję wszelkie takie sprawy umieszczać na forum w postach po ostatniej sesji. Jeśli takiego postu nie ma, załóżcie.

MidMad

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.