Skrzydła Rocranon

Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 2)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

25. dzień starości, port: Ipo

Wczoraj wyruszylim z Ipo pod pełnymi żaglami, niestety nie z samego rana – a wszystko to przez te szczury lądowe, pasażerów, znaczy, co sobie umyślili do Harivik z nami popłynąć. Tak po prawdzie to było ich pięć sztuk – jakiś mydłek w wytartej kapocie, który bezustannie rozprawiał o sposobach gręplowania wełny z owiec ostrojskich, a oprócz tego rodzinka – chudy jegomość z wąsem, tęga jejmość z charakterkiem oraz dwójka berbeci. A że dobre mam serce, jakem kapitan Roge, policzyłem cenę za oba dzieciaki jak za jednego dorosłego człeka. Nawet to porządnie od pokładu nie odrosło, miejsca też wiele nie zajmą, strata żadna. Jegomość z jejmością wydawali się zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Nasza podróż jednak się opóźniła – zanim podróżni wnieśli na pokład swoje klamoty, słońce już wzeszło. A ja tak lubię odbijać bladym świtem…

Nic to. Gorsze nadeszło później. Ledwieśmy odcumowali z Ipo, gdy zażywna jejmość podniosła wielki lament, jakoby jej “słodkie dzieciątko” (niechaj skisnę jak śledź! Tak powiedziała o tym diablęciu!) zaginęło i ani chybi wypadło za burtę! Kazałem nadobnej Eadburh bić w dzwon okrętowy i wydać stosowne rozkazy załodze. Kręciliśmy się po obszarze portowym wypatrując tego obsmarkanego utrapieńca za burtą do końca wachty porannej. O, wstydzie! Chyba długo nie pokażę się w tutejszej tawernie portowej, na nabrzeżu mieli z nas zaprawdę niezłe pośmiewisko! Jejmość raz po raz dostawała spazmów przerywanych ciskaniem gróźb w kierunku mej Losowi ducha winnej załogi, swego męża i każdego, kto znalazł się w zasięgu wzroku. Chciałem to babsko zdzielić piącha między te jej kaprawe oczka, ale po prawdzie to żal mi jej męża było. Biedny chłopina widząc reakcję żony bladł coraz bardziej, podtykał jej w stosownych chwilach sole trzeźwiące i gruchał do niej “nie martw się, moja duszko, Adzio na pewno się znajdzie”! Łypał przy tym co i raz na mnie błagalnym wzrokiem, w którym mogłem wyczytać katusze, jakie przechodził – i coś mi mówiło, że nie były to katusze jeno z powodu zagubienia potomka, a dodatkowo – że ani chybi trwały tak na oko od momentu zrękowin z tą jejmością. Tak. Naprawdę wspaniałe jest życie Kapitana Żeglugi Morskiej Masyma Roge! Szczególnie, jak ma przy boku taką dorodną dziewuchę jak Eadburh… [kleks]

Taak, Eadburh. To właśnie ona sprawiła, że nasze męki dobiegły końca. Ani chybi natchniona przez Los zeszła pod pokład do ładowni i, wciórności, znalazła tam tego gówn[przekreślone], to jest, słodkie dzieciątko, które zabawiało się wydłubywaniem dziur w workach z właśnie zakupioną pszenicą i wrzucaniem ziaren do cebrzyka z resztkami smoły do uszczelniania! Myślałem, że smarkowi te jego tłuściutkie nóżki z dupska powyrywam! Eadburh mnie jakoś powstrzymała, ach słabość mam okrutną do tej kobiety, ani chybi przez to, że przypomina mi o morzu: gdy się porusza pewnym krokiem po pokładzie, aż miło popatrzeć jak jej tam wszystko co trzeba faluje!
O czym to ja… Ach, bachor. Został zapoznany ze smakiem ojcowskiego pasa – ma się rozumieć poza zasięgiem wzroku jejmości, która ani chybi wpadłaby w kolejne spazmy, że jej “słodkiemu maleństwu” krzywda się dzieje. Smarkacza do końca rejsu do Harivik pilnował na pokładzie Edhar Bezoki, niechaj wiatry smrzyjają temu żeglarzynie, aż miło było popatrzeć, jak ten piekielny malec zalewał sie łzami za każdym razem (a nawet, zdaje się wnoszac po smrodzie, raz popuścił!), gdy Edhar uśmiechał się do niego, ukazując resztki sczerniałych zębów, albo zdejmował z zabliźnionego oczodołu opaskę. Zemsta jest słodka…

26. dzień starości, port: Harivik, wieczór

Te cholerne szczury lądowe w końcu zeszły na ląd, tfy!, w końcu mogłem się zająć pracą. Harivik do najłatwiejszych portów nie należy, liczne szkiery uniemożliwiaja szybką nawigację nawet tak znamienitemu kapitanowi jak mi, dlatego wynająłem pilota i zszedłem pod pokład sprawdzić jak się ma nasza beczułka z rumem. Inspekcja zapasów żywności to podstawa!

27. dzień starości, port: Harivik

Po odwiedzeniu kilku kupców z samego rana dnia następnego okazało się, że nie mają zbyt wiele chodliwych towarów do zaoferowania. W dodatku niewielu kwapiło się do interesów. Zakupiłem trochę kamieni półszlachetnych i dobrze je ukryłem w swej kajucie, aby mieć na nie baczenie. Całkiem niezłą cenę udało mi się stargować, nie chwaląc się. Dałem załodze pół dnia wolnego, a sam opiłem sukces z Eadburh w tawernie. Oj, ma twardą głowę ta dziewucha!

28. dzień starości, port: Harivik

Postanowiłem oczekiwać na lepsze wiatry jeszcze jeden dzień, bo w końcu zgłosiło się do mnie dwóch kupców – zakupiłem wszystko, co mieli zaoferowania, coby jakoś ładownię naszego „Kalmarka” zapełnić, niech pokaże jak się sprawuje na pełnym morzu! Zakupiłem różnorakie naczynia szklane (ktoś to przecie gdzieś musi kupić, może jakie szlachcice?), a i 10 beczułek przedniego wina udało mi sie wytargować, choć lekko nie było, kupczyna wił się jak piskorz, alem w końcu targu dobił. Po załadunku byliśmy gotowi do drogi powrotnej. 410 kilometrów, wciórności, jak my to zrobim w dwa dni?! Nasi czcigodni armatorzy przykazali nam być 30 dnia starości na miejscu i odebrać podróżników… Oj, przyjdzie nam pomodlić się o sprzyjające wiatry. Wyruszamy w drogę!

Idzie nam jak z płatka. Co za przepyszny wiatr! „Kalmarek” się dzielnie sprawiał i zrobiliśmy według mych map całe 160 km zamiast spodziewanych 130! Wąchaj skisłe śledzie, kapitanie Yrghardzie ze „Sztormowego Petrela”, coś mi przy piwie w Harivik mówił, że „Kalmar” powyżej 140 km dziennie nie wyciągnie! Ta twoja rzeczna barka, co ją próbowali przerobić na statek handlowy na pewno nawet 140 km nie przemierzy, jeno pierwej przeciekać zacznie!

29. dzień starości, na pełnym morzu

Wiatr się wzmagał od rana, w dodatku wiał uparcie na wschód, w stronę Argadów, a niech to dudnder świśnie! Nagle niebo zasnuło się chmurami, na Ducha Wiatru!, przyszły chyba znikąd. Gdy pojawiła się flauta i morze całkiem się uspokoiło, już wiedziałem. Czekała nas przeprawa przez sztorm.

Rozpętało się piekło, ledwie zdążylim zrefować żagle. Edhar, który przywiązywał wszystkich linami, tak się zapamiętał w swym zadaniu, że z wrażenia zapomniał o sobie i prawie za burtę nie wypadł. Wichura i coraz większe fale miotały „Kalmarkiem” jak łupiną orzecha. Opiliśmy się wszyscy wody morskiej, a gdy błyskawice zaczęły walić, przyznam, że nawet ja po cichu wzywać zmiłowania od Ducha Wiatru zacząłem. Gdy kadłub wydał z siebie dziwny dźwięk, myślałem że już po nas. Do dziś nie wiem, co to było – jakaś skała podmorska, potwór z głębin, a może jeszcze co inszego? Zaczęlim nabierać wody, więc Eadburh zapędziła wszystkich do wypompowywania jej. Sternik Vyncis, co łapskami może podkowy giąć, ledwie ster trzymał, sam mu w tym pomagałem – niemal nam go kilka razy z rąk wyrwało. Wszystkim nam po głowach kołatała się jedna myśl: byle do świtu…

30. dzień starości, na pełnym morzu

W trakcie wachty cmentarnej, w nocy, wszystko się uspokoiło. Odetchnąłem z ulgą i zerknąłem w czyste teraz niebo, na którym szczęściem widać było gwiazdy. A niechby to zdechły halibut! Zniosło nas kawał drogi w kierunku Argadów. Wokół ani pół statku, pewnikiem wszystkim przyszło do portów zawinąć.
Ustawilim poprawny kurs, przygotowalim żagle, ale wiatr całkiem osłabł. Poruszamy się teraz z prędkością leciwego żółwia morskiego pełzającego po dnie, czyli z taką, do jakiej zwyczajny ten przeklęty kapitan Yrghard. Ani chybi on tym swym mieleniem ozorem po próżnicy przeklął ten rejs! Huncwot za moje własne pieniądze pił!

32. dzień starości, okolice Sotham

Kolejne dwa dni pełzniemy bez zmian w kierunku Sotham i modlimy się o wiatr. A niech to dunder świśnie! Panienka Mabon pewnie rwie włosy z głowy, a Pan Keffar to pewnie uszu mi natrze jak nic za takie opóźnienie! Żeby mi tylko z pensum nic nie potrącili!
Coby załoga się zanadto nie leniła, kazałem im naprawić szkody w towarze powstałe w ładowni oraz jako-tako podreperować kadłub. Uszkodzenie nie jest tak duże, jakem początkowo myślał, chwała niech będzie wszystkim morskim duchom! Wygląda na to, że przeciekające poszycie kadłuba da się zalepić smołą i pakułami. Pęknięcia będzie trzeba naprawić w suchym doku.

Słyszę radosne pokrzykiwanie sternika, poczciwego Vyncisa. Widać ląd! Chwalić Los, dopłynęliśmy. Kwaterka rumu dla wszystkich! Dwie dla mnie, ma się rozumieć.

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.