Skrzydła Rocranon

Skrzydła Rocranon cz. 100 - Maniek i Dolores

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Feste będąc jeszcze w Sotham spotkał się ze swoim Paezurskim łącznikiem i wysłał wiadomość o odnalezionym szlachcicu. Teraz siedząc w Fort Arles, polowym umocnieniu oddziałów Srebrnej Kompanii dowodzonych przez Lorda Montcorta, przygotowywał się do tego co miało nadejść. Kupione składniki pozwoliły mu przygotować trucizny, których mógł już wkrótce potrzebować.

Oddziały dowodzone przez Montcorta nabierały doświadczenia i były gotowe do pierwszych zadań. Szczególnie hołubiony przez dowódcę oddział najlepszych, wyselekcjonowanych wojowników szykowany był do działań specjalnych. Małą grupą zwiadowców dowodził Nuadu. Główne siły piesze pod swoją komendę dostał Keffar.

Montcort stanął na czele oddziału wojskowego, który właśnie się fortyfikuje. MG mówi:
- Opisz jak chcesz, żeby wyglądał wasz fort.
Montcort zaczyna:
- No więc… Stoi na płaskowyżu, mury wysokie, kamienne, wysokie wieże…
- A może opiszesz jak wygląda w rzeczywistości…? – wzdycha MG.
- Ej, przecież powiedziałeś: „opisz jak chcesz”! – oburza się Montcort.

Tymczasem w Sotham Mabon truchlała ze strachu przed pierwszymi odwiedzinami u Lorda Arljorna. Jej odwiedziny zostały umówione przez Lorda Montcorta w ramach umowy, która pozwoliła Mabon i Feste wyciągnąć z zamkowego lochu. Simeon widząc strapioną przyjaciółkę wzywa dowódcę straży miejskiej, Folke Artina, który podkochuje się w szamance i razem towarzyszą jej w drodze do posiadłości szlachcica.

Rozmowa o niejakim Folke Artinie, który smali do Mabon cholewki, a którego imienia Mabon nigdy nie może zapamiętać.
- Mam w stosunku do niego dalekosiężne plany! – stwierdza Mabon.
- Znaczy się go zeżreć? – pyta zaciekawiony Keffar.

Lord Arljorn wrecza Mabon szczególny, tajemniczy zwój (Skażony Zwój Dassandro) i informuje ją, że będzie odczytywać dla niego, jego zawartość. Folke i Simeon sprzeciwiają się, aby działo się to gdzieś w głębi domu, jednak w końcu muszą ustąpić uporowi Lorda, choć czynią to dopiero po zapewnieniu przez Mabon, że nic jej nie będzie. Obaj mężczyźni zapowiadają, że będą cały czas czekać w holu i żeby szlachcic nie myślał skrzywdzić ich podopiecznej.

Lord Arljorn miał powód aby zabrać dziewczynę na jeden z balkonów swojej posiadłości i jak okazało się pora nocna również nie było jedynie fanaberią. Zwój zamknięty skomplikowanym zamkiem można otworzyć tylko w czasie nocy, w świetle księżyca. Pochłonięta lekturą i wykresami astrologicznymi tworzonymi przez Arljorna, Mabon zapomina o bożym świecie, upływającym czasie i przyjaciołach z niepokojem czekających na nią w holu posiadłości. Kiedy w końcu opuszcza szlachcica, dostaje za to burę od Simeona.

Wizyta Mabon u lorda-kolekcjonera po niefortunnych wydarzeniach z kradzieżą jego drogocennej własności. Wszyscy są przekonani, że stary lubieżnik będzie chciał niecnie wykorzystać biedną dziewczynę. Okazuje się jednak, że lord Arnljorn każe otworzyć Mabon jakiś drogocenny, pieczołowicie i bardzo dokładnie zamknięty zwój, być może nawet magiczny. Dziewczyna próbuje, ale niestety nie udaje się jej spełnić życzenia lorda. Sytuacja się zaognia, gdyż niejaki kapitan straży Folke jest nieco o Mabon zazdrosny i niecierpliwi się, oczekując na zewnątrz na dziewczynę, której nieobecność się przedłuża. Smartfox nie wytrzymuje napięcia i puszcza wodze wyobraźni:
Folke czekał na zewnątrz. Jego duszą targała namiętność a myślami – wątpliwości. Nie chciał odejść, ale nie chciał też zaszkodzić swej bogdance. Dlatego czuwał. Nagle otaczającą ciszę przerwał podniesiony głos lorda:
- Mocniej, dziecko, mocniej!!!
Głuche stęknięcia Mabon zakończyły się płaczliwym tonem:
- Próbuję panie, próbuję, ale siedzi zbyt głęboko!!

Folke zawrzał gniewem. Kopniakiem wyłamał drzwi i z dobytym mieczem wpadł do kasztelu. Dwoma cięciami rozłożył strażników. Nim krew trysnęła na podłogę, on gnał już po schodach na piętro. Dopadł drzwi komnaty lorda, zza których dochodziły jęki Mabon. Zawiasy w drzwiach pękły pod uderzeniem barku. Folke ciął z zamachu. Łeb lorda potoczył się po ziemi. Dopiero wtedy ujrzał przerażoną Mabon, która próbowała otworzyć cholerną księgę z ciężkim metalowym zapięciem.

Oethed z Berny coraz bardziej chory nie opuszcza już swojego łoża. Jego przyjaciel, Simeon, odwiedza go tak często jak pozwalają mu na to jego obowiązki. Pewnego dnia w gorączce i pośród kaszlu Oethed z ogniem w głosie mówi o tym, że Kościół Ostatecznego Porządku zboczył z drogi pierwszych mistyków, że nie jest już wierny swoim ideałom, zapomniał do czego został stworzony. Takie istoty jak Thilleopessia były u zarania wrogami KOP. Stary kapłan mówi że przejrzął na oczy i wszystko może udowodnić.

Ten wybuch niepokoju i żalu powoduje, że kapłan opada z sił. Simeon podaje mu lek usypiający . W ostatnich słowach przed zaśnięciem Oethed obiecuje napisać list polecający dla Simeona, aby mógł poznać zręby wiedzy, o której mówił. Kapłan usypia uspokajany przez alchemika, który następnie przegląda księgi i notatki starego kapłana, notując tytuły nieznanych mu ksiąg. Wiele z nich zapisano w języku paezurskim.

Do portu w Sotham przybija koga “Kalmar” z kapitanem Masymem Roge na pokładzie. Kapitan otrzymał od awanturników specjalne zadanie na swój ostatni rejs, miał zakupić broń, zbroje i konie, które mogły by pomóc w walce Srebrnej Kompanii, specjalnie zaś oddziałom pod dowództwem Lorda Montcorta. Statkiem jednak przywieziono inną, niespodziewaną broń.

Do Fortu Arles przybywa Ejlent, córka kasztelana Caer Deray z listami Simeona i Mabon do Montcorta. Listy pokrótce mówią o przygodach w posiadłości Lorda Arljerna, ale również o dwóch słoniach (!), które kapitan Roge przywiózł dla Montcorta z Argadów. Lord Montcort jeszcze nie zdążył wyjść z osłupienia, kiedy przed jego obliczem staje jeden ze zwiadowców Nuadu. Łowca wraz ze swoimi ludźmi często całymi dniami przebywał w polu i oto przyszła wieść o spotkaniu dużej grupy Morskich Diabłów. Nuadu prosi o pilne wsparcie.

Montcort, z Keffarem i swoimi oddziałami śpieszą z pomocą. Oddział Nuadu zamaskowany na bagnach obserwuje dwa oddziały Morskich Diabłów, ospałych i niepewnych przedzierających się przez moczary. Na widok nadchodzącego wsparcia, zwiadowcy podkradają się jak najbliżej wroga i celnie rażą go strzałami z łuków, zabijając największego z potworów, który wydawał się być wodzem.

Chaos w szeregach diabłów wzmacnia nagłe pojawienie się oddziałów ludzi. Potwory ruszają przeciw nim do ataku, pozbawione dowództwa bez szyku w nieładnej bandzie. Oddziały włóczników Keffara przyjmują główny, niezwykle mocny atak bestii, w tym czasie Montcort z oddziałami specjalnymi wchodzi im na flankę. W zażartej walce ludzie łamią ducha diabłów, a uciekających dobijają w moczarach. Tylko co dziesiąty potwór uchodzi z życiem, reszta pada martwa. Oddział Keffara też nie pozostał bez strat. Młode wojsko, po raz pierwszy sprawdzone w boju nie potrafiło do końca zachować zimnej krwii. Ośmiu zabitych wojowników i dziewięci rannych to jednak wydaje się być nieduża cena za miażdżące zwycięstwo.

Wojownicy znajdują czas aby szybko wyprawić się do Sotham, gdzie słonie stały się już lokalną atrakcją. Wkrótce mają ruszyć, razem ze swoimi poganiaczami w kierunku Fortu Arles, a Lord Montcort już zastanawia się jak użyć je w boju. Nazywa je Maniek i Dolores.

View
Skrzydła Rocranon cz. 99 - Pokusa kuli widzenia

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Po tygodniach rozłąki, drużyna jest znów razem. W gildii alchemicznej zrobiło się wesoło i gwarno. Odwiedzający gildię, zaprzyjaźniony, ostrojski kupiec Werdi, przynosi wieści o zbrojeniu się Ostrojczyków i niepokoju wokół Tana Erlerta, brata Keffara. Na osobności Werdi tłumaczy Keffarowi, że na Ostrojach nie do końca podoba się że Erlert służy Argadom, chętnie zobaczyli by na jego miejscu kogoś lepiej pamiętającego czym jest duma wyspiarza, daje do zrozumienia.

Wypytywany przez bohaterów, Werdi poznaje ich z Lordem Arnljornem, znanym kolekcjonerem, który wyprzedaje pilnie część ze swojej magicznej kolekcji, aby zebrać gotówkę na coś, co właśnie znalazło się na rynku.

Niejaki Lord Arnljorn, ekscentryczny kolekcjoner, sprzedaje okazyjnie skarby ze swojej kolekcji magicznych przedmiotów. Simeon dworuje sobie z wielkodusznej oferty lorda:
- Lord Biedronka – codziennie niskie ceny!
Montcort dorzuca:
- Wyprzedaż w Lidlu. Szykujcie się na ostrą walkę.

Tymczasem Lord Montcort bierze udział w naradzie wojennej Wanryka, gdzie dowiaduje się, że ma dowodzić niemal całym swoim zaciągiem i że od wiosny będzie przesunięty z oddziałami w pole, stająć się częścią łańcucha obronnego Srebrnej Kompanii wystawionej przez Barona Wellsona.

Tymczasem kolejne problemy z młodym Lordem Enrynem Porte. Syn zmarłego barona wskazuje, że jego oddziały (Miecze Redara) muszą wrócić na ziemię baronii Portów, gdyż wojna rozpoczęta przez Paladyna Guiosę z elfami z Pajęczej Kniei coraz bardziej zagraża jego poddanym. Niechętnie, Lord Wanryk zgadza się na to przy oburzeniu znacznej części lordów.

Tymczasem kapłani KOP pod światłym przewodnictwem Oetheda z Berny szukają informacji o zagrożeniu bogatsi o wiedzę jaką o Thilleopessi przynieści bohaterowie. Niestety Oethed zachorował i jego siły są coraz mniejsze, ale stary naukowiec ciągle pracuje. To oni sugerują, że czasowe wycofanie się ryboludzi w morze, może mieć związek z ich naturą fizjologiczną i zimą, która najwyraźniej im nie służy. Kapłani podejrzewają, że ryboludzie wrócą kiedy tylko nadejdzie wiosna.

Simeon zaniepokojony odwiedza Oetheda. Starzec mimo złożenia do łoża boleści nie traci nic ze swojej energii i błyskotliwości. Dzieli się z alchemikiem swoimi najnowszymi pomysłami.

Drużyna postanawia w końcu odwiedzić Lorda Arnljorna. W bogatej posiadłości mają możliwość obejrzenia i dotknięcia niesamowitych cudów magicznych. Ceny niestety są bardzo wysokie i pomimo zachwytu, bohaterowie postanawiają jeszcze trochę się zastanowić nad ofertą zakupu gdyż lord nie zamierza spuścić z cen.

Trwają gorące rozmowy nad możliwością zakupu magicznych przedmiotów od lorda. Jednak ceny są niemałe. Handlowe geny odzywają się w Mabon:
- Wiecie. Możemy wydać teraz dużo pieniędzy, ale warto pomyśleć, za co jutro kupimy chleb?
Montcort odpowiada z wielką powagą w głosie:
- No a wiecie, że mamy Mabon, więc to nie będzie znów taki mały wydatek.

Mabon zainteresowana szczególnie kulą widzenia, stara się dowiedzieć, czy dzięki niej będzie w stanie zobaczyć co stało się z jej bratem, jednakże Simeon niszczy jej nadzieję, tłumacząc jaka jest prawdziwa istota działania tego przedmiotu magicznego. Drużyna opuszcza posiadłość Lorda Arljorna. Nikt nie spostrzega, że Feste swoimi zwinnymi rączkami kradnie kulę widzenia.

W gildii drużyna zastaje gości. Lady Heelia Pebrook, matka Haldena, jednego z uczniów Simeona, który pozostał w lesie Quynoth w czasie ostatniej wyprawy awanturników, szuka syna aby pospieszyć go do powrotu do domu. Jego ojciec raniony w starciach z elfami w Pajęczej Kniei może umrzeć w każdej chwili. Simeon dzieli się z kobietą zapasem napojów leczniczych i obiecuje, w miarę swoich możliwości, poinformować syna o jej odwiedzinach.

Przed Gildią Alchemiczną stoi jakiś obcy żołnierz i wyraźnie zagradza do niej drogę bohaterom, czym budzi wściekłość Keffara. Ta rośnie tylko, kiedy wojak pyta, kim są, ale kiedy już „łaskawie zezwala” na wstęp do środka, dzielnego Ostrojczyka trafia szlag.
- No nie! Stoi przed NASZĄ gildią i się rządzi!!!
Simeon uspokajająco strofuje kolegę:
- Keffar, siad!

Lady Helia Pebrook przybyła w odwiedziny do swego syna Haldena (jest to druga postać Robsona, chwilowo na tajemnych naukach u elfów). Tłumacząc powody odwiedzin, nadmienia, że ojciec Haldena został ciężko ranny i rodzina potrzebuje chłopaka aby objął pozycję głowy rodu. Montcort zmartwiony proponuje pomoc:
- A może jesteśmy w stanie pomóc z ranami pani męża?
Keffar szepcze Montcortowi na ucho:
- Pst! Nikt nic nie mówił o małżonku. Wspomniała tylko, że chodzi o ojca Haldena.

Tymczasem Feste przyznaje się do kradzieży magicznej kuli. Towarzysze są wściekli ale Mabon postanawia pomóc młodemu kuglarzowi i wspólnie udają się do Lorda Arljorna aby oddać magiczny przedmiot. Szlachcic natychmiast nakazuje schwytać oboje i zamknąć w zamkowym lochu.

Opuszczając kolekcjonera, Festemu coś „niechcący" przylepiło się do ręki. Tym czymś była kosztująca małą fortunę kula magicznego widzenia. Feste, czując się coraz bardziej źle ze swoim uczynkiem, przyznaje się do niego drużynie, wzbudzając prawdziwą furię. Łajaniom nie ma końca, ale zaraz po nich przychodzi zastanowienie, jak wybrnąć z nieciekawej sytuacji i co zrobić z magiczną kulą? Nuadu wpada na pomysł:
- Wystrzelmy to cholerstwo za mury miasta, niech sobie szukają!
- No chętnie! – dodaje Montcort. – Ale nie mam takiej wielkiej procy, żeby wystrzelić tego czarnego jełopa!

Złe wieści reszcie drużyny przynosi Werdi. Arljorna naciska aby parę złodziejaszków powiesić. Wychodzi na jaw, że Lord jest poplecznikiem i przyjacielem Lorda Gilliana, Starszego nad monetą Lorda Wanryka. Lord Montcort osobiście wstawia się za przyjaciółmi u wpływowego kolekcjonera, przyrzeka własną pomoc w potrzebie w zamian za uwolnienie Mabon i Festego. Arljorn zgadza się stawiając dwa dodatkowe warunki. Feste ma opuścić miasto i nie pokazywać się w nim, zaś Mabon będzie miała raz w tygodniu przychodzić do jego posiadłości, aby czytać mu księgi. Montcort przystaje na oba warunki.

Mabon postanawia udać się z Festem do lorda-kolekcjonera i dopilnować, by błazen oddał skradziony przedmiot właścicielowi. Niestety z powodu pewnego nieporozumienia, oboje zostali pochwyceni przez żołnierzy lorda-kolekcjonera za kradzież magicznego przedmiotu. Do gildii przybiega znajomy strażnik miejski Nogli-Cuir z niedobrymi wieściami:
- Jutro z samego rana mają obwiesić waszego przyjaciela!
Keffar bezdusznie stwierdza:
– Oj tam, od razu przyjaciela…
Montcort na to rzuca z wyrazem zdumienia na twarzy:
- Zaraz, zaraz… rozejrzyjmy się. Nuadu jest, Keffar jest. Jakiego przyjaciela?
- Ale musimy ich wyciągnąć z lochów!
- Mabon musimy wyciągnąć – odpowiada Montcort – bo ona zarządza statkiem, który przynosi niezłe zyski!

Montcort rozmawia z lordem. Lord rzecze:
- Będę tylko oczekiwał, żebyś mi pomógł w przyszłości, kiedy o to poproszę.
- Pomogę ci, panie – odpowiada Montcort – Jeśli tylko twoja prośba nie będzie stała w sprzeczności z… – nagle zawiesza głos.
Simeon szeptem podpowiada:
- …pierwszym i drugim prawem robotyki Asimova?

Udało się doprowadzić do ugody z kolekcjonerem, ale jednym z jej warunków było to, że Feste ma natychmiast opuścić miasto. Chcąc nie chcąc, Montcort, Keffar i Nuadu zabierają kuglarza ze sobą w podróż do zamku Caer Deray. Feste nie wydaje się jednak do końca rozumieć swoich win, czym doprowadza towarzyszy do szału. Montcort z wyrzutem zwraca się do Keffara:
– Możesz wziąć na siebie trochę trudu wychowawczego?!
Keffar na to:
- Przecież ja go, kurwa, zabiję!

Znów przychodzi czas rozstania. Montcort zabiera do Caer Deray ze sobą Keffara i Nuadu, oraz “wygnanego” z miasta Festego. Simeon i Mabon pozostają związani swoimi zobowiązaniami wobec lazaretu, w którym zaczyna sie szkolenie młodych kapłanów do służby w szpitalach polowych, które już wkrótce będą bardzo potrzebne.

Simeon częściej odwiedza Oetheda, który cierpi z powodu choroby. Simeon stara się ulżyć mu środkami przeciwbólowymi. Jednak jego stan nie przeszkadza mu studiować. Oethed odnajduje informacje o bohaterze Rocranońskim, “Deszczowym dniu”, uważa że jego kości są pochowane w jednej z wiosek na południu wyspy. Żałuje, że nie może przeprowadzić wywiadu w terenie, ustne przekazy pewnie zachowały coś co mogło by rzucić więcej światła na tą sprawę. Alchemik obiecuje się tym zająć.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 4
Jak hartowała się stal

Kawalerię w dupie miałem,
bo do Kompanii się zapisałem!

Leśną dróżką przebiegły dwie dziesiątki rekrutów, rycząc w rytm kroków prosta piosenkę intonowaną przez jednego z dziesiętników. Spod ciężkich buciorów tryskała darń, a utytłani niemożebnie rekruci dymali z pełnym obciążeniem do punktu ześrodkowania 10 kilometrów dalej. W kolczugach, brygantynach, z żelaznymi hełmami na głowach, z mieczem, przydziałowym nożem lub sztyletem i uwaleni błotem od stóp do głów wyglądali jak prawdziwi weterani, do których było im jeszcze daleko.
W tym czasie specgrupa Nuadu czekała pod brunatno-zielonymi płachtami maskującymi. Zamaskowani gałęziami, byli niemal nie do wypatrzenia na swoich pozycjach strzeleckich. Z oddali usłyszeli śpiew nadciągających żołnierzy. Nuadu kucnął, rozejrzał się, wystawił zaciśniętą dłoń z kciukiem w dół. Sekcja z ciężką kuszą naciągnęła kołowrotem cięciwę i nałożyła ćwiczebny bełt zakończony woreczkiem z piaskiem miast stalowego bełtu. Dwójka osłony przygotowała łuki i krótkie miecze. Ostatni, dywersant, sprawdził naciąg liny. Śpiew narastał, wreszcie można było dostrzec Tyvaite – dowódcę Dziesiątki Zielonej, który prowadził swoich żołnierzy. Dywersant pociągnął za sznur, z głośnym trzaskiem zerwał się mechanizm zwalniający i przed biegnącymi rozbiły się dwa dzbany z wodą. Nim ktokolwiek zareagował kusznik posłał pocisk prosto w dziesiętnika. Tyvaite dostał prosto w podbrzusze, zakwilił, rzucił „kurwąmacią” i zwinął się z bólu na ścieżce. Jego żołnierze, z pewnym opóźnieniem, ale całkiem sprawnie rozsypali się po okolicznych zaroślach i przygotowali do walki.
Kilka minut później policzono straty. Po stronie „specgrupy” padła sekcja snajperska, zasypana strzałami przez żołnierzy Dziesiątki Niebieskiej. Po stronie zaatakowanych było dwu zabitych (zastrzelony dziesiętnik i jeden z żołnierzy „spalony” oliwą z rozbitych dzbanów) i trzech ciężko rannych.
- Kurwa wasza wsiurska jebana mać! – rzucił sierżant Lambout a potem szpetnie zaklął – Gdzie, pytam, była czujka bando niedorobionych gamoni?! Safer!
Młody żołnierz próbował coś tłumaczyć, ale zamilkł speszony pod ciężkim spojrzeniem sierżanta.
- Dupa z ciebie nie żołnierz. Po ćwiczeniach trafiasz do Różowej.
Safer spuścił zawstydzony głowę. Dziesiątka Różowa. W skrócie Cioty. Rzadko kiedy liczyła dziesięciu żołnierzy. Czasem było ich trzech, czasem piętnastu, jak wtedy, gdy pozorowany szturm na wzgórze zakończył się gigantycznymi stratami. Najgorsza kara w Kompanii, służyć z różową szmata na łbie. Można było czołgać się w pyle, łykać łzy i krew, można było dostać w pysk od sierżanta, ale być Ciotą?
3 kilometry dalej setnik Nuadu z wrodzonym sobie wdziękiem omawiał przeprowadzenie i skutki zasadzki, w wyniku której zginęło 40 % specgrupy. Naprawdę są gorsze rzeczy niż służba w Różowej.

View
Skrzydła Rocranon cz. 98 - Słudzy ciemności, którzy wychodzą z cienia

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Poważnie wzięto do siebie informację o możliwym ataku na lazaret. Simeon zatrudnia dodatkowych ludzi do obrony gildii sądząc, że planowany atak może być próbą odwrócenia uwagi. Bohaterowie sami skupiają się na lazarecie, ale podczas kolejnych dni atak nie nadchodzi. Mabon wypytując miejscowych znajduje “dom” Ricsy, przylepiony do ściany jednego z domów w slumsach, drewniany sześcian do którego trzeba wspiąć się po drabinie. Ulicznik nie jest najszczęśliwszy z odwiedzin, nawet wygląda jakby się nieco obawiał co mogą dla niego przynieść kiedy ktoś zobaczy go z młodą szamanką? Rozmowa nie rzuca więcej światła na informację o możliwym rabunku, Mabon zauważa tylko, że Ricsa jest czymś przestraszony.

W końcu nadchodzi to, na co przygotowali się świetnie bohaterowie. Do gabinetu, pod osłoną nocy włamują się dwie mroczne postaci. Nie wiedzą, że Keffar z Simeonem zastawili tu na nich pułapkę. W niedużym pomieszczeniu dochodzi do panicznej szamotaniny kiedy pojawia się magicznie wywołana przez Simeona mgła a jak z pod ziemi wyrasta potężna postać Keffara ucharakteryzowanego na jakąś potworną abominację. Przyczajona na zewnątrz gabinetu Mabon barykaduje drzwi uniemożliwiając złodziejom ucieczkę. Przewaga Keffara jest bezsprzeczna nad dwoma, jak się okazuje, młodymi złodziejaszkami, którzy wkrótce lądują jęcząc w worze sznurowanym ciasno przez Simeona. Obaj mężowie nie wiedzą, że pod drzwiami nie ma już szamanki…

Dwóch NPC napadło na lazaret w dzielnicy biedoty, w którym charytatywnie pracują Simeon i Mabon. Drużyna podejrzewała, że atak może nadejść, więc dobrze się przygotowała i gdy napastnicy się pojawili, wszyscy byli gotowi. Atakujący właśnie dostają wciry od Keffara i Simeona. Simeon okłada laską jednego z nich, który woła do towarzysza okładanego pięściami mocarnego Keffara z Ostrojów, znanego z osobliwej diety:
- Pomóż mi! Pomóż mi!
- Nie mogę, trzyma mnie ten Czosnkopaszczy!

Na zewnątrz lazaretu, jak co noc, w ukryciu czekał Nuadu. Nie wiedział nic o wydarzeniach, które miały miejsce wewnątrz, ale jego uwagę przykuł wóz, który zatrzymał się na ulicy w pobliżu pilnowanego miejsca. Krzyk w lazarecie zmusza Nuadu do działań. Postanawia zbliżyć się do wozu, w końcu staje twarzą w z woźnicą, którego wzrok mówi wszystko. Wie po co tu jest, a łowca jest dla niego przeszkodą. Obaj obnażają broń gotowi do walki.

Pojedynek. Atakujący brzydal z wielkim, czerwonym, pofałdowanym nochalem wielkości dorodnej bulwy wyjmuje dwa noże, trzymając po jednym w każdej dłoni. Wkurzony Nuadu płynnym ruchem wyciąga… coś dłuższego i znacznie groźniejszego. Dwa krótkie, ostre jak brzytwa miecze. Niezwykle dynamiczna, filmowa scena dobiega jednak końca, gdy Nuadu otwiera usta:
- Te, Kalafior, rzucaj te scyzoryki!

Mabon słuchała szamotaniny wewnątrz gabinetu, kiedy nagle do jej uszu dotarł krzyk od strony sali chorych, ruszyła tam zaciekawiona i spotyka jednego z chorych, którego również zwabiły niepokojące dźwięki. Mabon wysyła mężczyznę sprawdzić źródła hałasu, sama mając oko wciąż na drzwi gabinetu. Mężczyzna niepewnie stąpa w głąb korytarza i wchodzi do sali chorych. Nagły trzask wyładowania elektrycznego i blask fioletowego światła zlewa się w jedno z widokiem wylatującego z sali mężczyzny. Jego ciało nieruchomo zaległo na podłodze. Szamanka szarpie drzwi, żeby ostrzec Simeona i Keffara o nowym niebezpieczeństwie.

Nagły błysk fioletowego światła na sekundę odwraca uwagę Nuadu, to wystarczy aby woźnica dostrzegł swoją szansę. Rzuca się z kozła na łowcę celując paskudnie wyglądającym nożem w okolice jego szyi. Nie docenił jednak swojego przeciwnika. Nuadu z trudem odbija cios i następne cofając się, aż w końcu łapie dystans umożliwiający kontratak. Broń jęczy metalicznie kiedy klingi stykają się ze sobą z wielkim impetem. W końcu Nuadu zaczyna przeważać, pierwszy, jeszcze słaby cios dosięga ciała woźnicy, kolejny, znacznie mocniejszy zwala go na kolana. Z ran płynie gęsta, w świetle księżyca czarna jak noc krew. Wtedy jednak ze środka lazaretu, przez okno, wychodzi kolejny przeciwnik.

Keffar dobiega do sali chorych i zanim nawet do niej wchodzi czuje zapach krwi i ozonu. Chory, którego Mabon posłała aby sprawdził hałasy leży poparzony bez ruchu w pokoju. W sali jest jednak jeszcze gorzej, chory z otwartą, pustą klatką piersiową i szeroko otwartymi w przerażeniu oczami mógłby być jedynym świadkiem horroru jaki tu się rozegrał. Keffar widzi że przez okno własnie wyszła jakaś wysoka postać z długimi, czarnymi, poskręcanymi kudłami. Bez namysłu rzuca się w jego stronę.

Wysoki, wytatuowany, długowłosy mężczyzna o szalonych spojrzeniu i zakrwawionych aż po łokcie dłoniach musiał być chaosyckim czarodziejem. Nuadu szybko ocenił dystans i wiedział, że nie zdąży do niego dobiec, kiedy szeroko gestykulując rękoma mężczyzna rozpoczynał inkantację zaklęcia. Dziki łowca ruszył w stronę wozu aby znaleźć osłonę, ale wtedy noc rozbłysła fioletowym światłem i wdzierające się w ciało języki piorunów rzuciły nim przez burtę aż za pojazd.

Keffar dostrzegł znikającego w ciemnościach Nuadu i wrzasnął w stronę czarodzieja. Ten kilkoma długimi krokami dotarł już do wozu i chwyciwszy żylastą ręką burtę podciągał się na niego. Czarodziej odwrócił się i nim Keffar zdążył wyjśc przez okno, kolejne błyskawice dosięgnęły ostrojskiego wojownika. Nuadu podniósł się zza wozu stękając głośno, a Keffar mimo bólu ruszył w stronę towarzysza.

Mabon dotknęła stygnącego ciała mężczyzny w korytarzu zdając sobie sprawę, że nie będzie dla niego w stanie już nic zrobić. Pewnie ruszyła w stronę sali chorych, gdzie musiała zmierzyć się z horrorem wypatrszonego ciała ich pacjenta. Podbiegła do okna w momencie kiedy wytatuowany mężczyzna na wozie zakończył właśnie rzucanie swojego zaklęcia. Jej towarzysze szukają schronienia. Nie namyślając się wiele Mabon postanawia uśpić przeciwnika zaklęciem. Spleciony na szybko czar ma jednak zgoła inne działanie. Odporny na zaklęcie czarownik nagle dostrzega jej obecność, za to jak długi pada na ziemię Keffar, zapadając w magiczną drzemkę.

Mabon ryknęła ze wściekłości i sama zaczęła kierować swój umysł w stronę duchów, mając wrażenie że wszelka obecność, która codziennie dawała jej siłę osłabła, jakby nawet istoty nadprzyrodzone bały się tego mężczyzny z szopą czarnych włosów i oszalałymi oczami. Pchnęła w całą nienawiścią w stronę czarodzieja najmocniejszy impuls swojej mocy, na jaki było ją stać. Każdego normalnego człowieka powaliła by od razu, dosłownie wyrywając jego duszę z fizycznego ciała, ale czarodziej tylko ryknął krótko z bólu, a szamanka zobaczyła jak rozdwaja się jego osobowość i nagle prócz ludzkiej formy widziała szalejącą z bólu demoniczną postać o twarzy z setkami oczu i bezdenną paszczą. Wizja trwała jednak krótko, oba jestestwa połączyły się, a oczy czarodzieja z nienawiścią spoczęły na szamance.

W tym samym momencie ranny woźnica, który nie wiadomo kiedy wspiął się na wóz, trzasnął lejcami i pojazd coraz szybciej zaczął odjeżdżać w ciemność. Zasapany Simeon dotarł kiedy widać było już tylko ciemne szkrzynie załadowane na wozie i słychać oddalające się odgłosy podków uderzających o nierówny bruk. Nim udało się dobudzić Keffara i Nuadu, po całej scenie zostają tylko makabryczne dowody w postaci martwych ciał. Złodziejaszkowie z gabinetu, korzystając z zamieszania przecięli worek i również umknęli.

Walka dobiega końca. Keffar, wielki Ostrojczyjk, zapadł w sen, gdy Mabon rzuciła czar obszarowy “Uśpienie”. Teraz towarzyszka próbuje go budzić, niestety dzielnemu Ostrojczykowi ciężko wrócić do rzeczywistości:
- Mamusiu, jeszcze 5 minut… nie chcę dziś iść na drakkar…

*
Montcort z Festem wracają do Caer Deray gdzie zaczyna się szkolenie żołnierzy z ostatniego zaciągu przeprowadzonego we wsi Maladom. Do żmudnej nieco pracy o dziwo przykłada się również Feste, budząc pewne podejrzenia szlachcica. Umysł Festego tymczasem działa na najwyższych obrotach, bo w rycerzu, któremu niedawno przyszli z pomocą w polu, walcząc z diabłami morskimi, rozpoznał poszukiwanego przez siebie paezurskiego bękarta. Wiedział, że musi jak najszybciej zawiadomić o swoim odkryciu, tymczasem jednak przebywał tutaj, z dala od możliwości dużego miasta.

Feste stara się zaprzyjaźnić z Ejlent, której młody umysł, łatwość kpienia i chęć do psot wydaje się przypadła do gustu. Feste namawia córkę kasztelana, aby oprowadziła go po okolicy, zwłaszcza aby wybrała się z nim do pobliskiej wsi o wdzięcznej nazwie Rodziczka, skąd chce sprawdzić czy może wysłać poufne listy. Sama wyprawa niewiele daje mu w głównym temacie, ale Feste ponownie rozpala w Ejlent ochotę na wyjazd z Caer Deray do Sotham razem z Montcortem.

Wkrótce do zamku przybywa kilku jeźdźców, w tym Folkho Arbolf lord na Sailltefeur, jeden z dowódców Srebrnej Kompanii. Dowódcy, w tym Montcort, mają pojechać do Sotham na naradę wojenną u Wanryka. Tego wieczoru jednak na cześć gości zostaje wystawiona uczta, podczas której sprytnymi zabiegami i nawiązując do wcześniejszej deklaracji Montcorta, Feste namawia kasztelana Jeanarta do wysłania z nimi Ejlent do Sotham. Z niewiadomych przyczyn Montcort stracił zapał do tego pomysłu, ale teraz nie miał już jak się z niego wycofać.

Ubrana w swoje najlepsze szaty, niczym dama dworu, Ejlent zostaje oddana w pieczę rycerzy, a kaszteran Jeanart po raz kolejny otrzymuje zapewnienie, że w Sotham zajmie się nią panienka Mabon, osoba ze wszech miar właściwa do tego zadania. Podróż do Sotham przebiega bez żadnych problemów i wreszcie dochodzi do spotkania dawno niewidzianych towarzyszy. W Gildii Alchemicznej, jak to jest w zwyczaju, odbywa się wesołe przyjęcie, z dużą ilością jedzenia i trunków.

Eljent do jednego z bojowych ptaków Montcorta – Szkrzydłek! Szkrzydłek! Nie będziemy krzywdzić Skrzydełka!
Montcort zły – On ma na imie Terror!
Eljent wskazując za siebie – Oj, a co na to Tutuś?
Montcort – Jaki Tutuś?
Eljent dokładnie pokazując oddziałową maskotkę – No piesek…
Montcort – NIE! On nie może się nauczyć tego imienia! NIE! Ja go nie będę przez całą pole bitwy wołał: TUTUŚ!

Późnym wieczorem, kiedy Ejlent udała się już spać, a większość “domowników” z pełnymi brzuchami i lekko szumiącymi głowami zasiadła za stołem, Keffar postanawia się podzielić z wszystkimi wiadomościami, których źródła nie może na razie ujawnić. Ostrojczyk ostrzega, że Sotham nie może zwrócić się po pomoc ku Thilleopessi. Jego źródło twierdzi, że zarówno Maximalthea, jak i Thilleopessia mają ze sobą wiele wspólnego i są zgubą. Twierdzi, że najlepiej było by wytropić wyznawców Maximathea w Dolinie Lodowego Lasu i jaszczurczych kapłanów Thilleopessi w Twierdzy Ramna Ariela i zabić ich, aby ich panowie nigdy nie powrócili. Zasępieni bohaterowie widzą, że kurczą się możliwości sięgnięcia po pomoc w wojnie i próbują wydrzeć z Keffara informacje o źródle jego wieści. Czy aby są wiarygodne? Ostrojczyk odpowiada tajemniczo, że pomoc przyjdzie, ale nie może jeszcze dziś powiedzieć jaka ona będzie.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 3
Jak hartowała się stal

Wiosenne słońce skryło się za chmurami. Smugi blasku biły przez pokrywę, sprawiając, że krajobraz nabierał nieco sennego charakteru. Od kilku dni w Kompanii Montcorta trwała unitarka – podstawowe szkolenie wojskowe, choć dla wiejskich chłopaków z okolic Sotham coś na kształt katorgi połączonej z pracą w kamieniołomach. Biegi, ćwiczenia fizyczne, pozorowane walki, po których ocierali krew z twarzy i sprawdzali chwiejące się w szczękach zęby. Lord Montcort de Sotham przechadzał się, nie reagując na stękania i westchnienia zmordowanych rekrutów.
- Zostawiliście za sobą swoje osady. Zostawiliście matki, ojców, braci i siostry. Zostawiliście dziewczyny, bo i tak nie chciały takich wymoczków. Teraz jesteście tu, z nami i my wszyscy, powtarzam, my wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną.
Montcort uważnie stawiał kroki, co chwilę zatrzymywał się, dobierał słowa. Mówił wolno, z namysłem, ale głośno i dobitnie.
- Teraz matką jest dla was sierżant Lambout, dba o was, jak o własne dzieci. Ojcem jest armia, która docenia silnych i pracowitych, a karze leniwych i tchórzliwych. Ja jestem waszym starszym bratem. Czasem, powiadam, czasem dam kuksańca, rzucę ciężkim słowem…
Zatrzymał się, kucnął, rozejrzał po leżących chłopakach, czterdziestce ogolonych na łyso, odzianych jeno w bryczesy rekrutów. Ich ciała lśniły od potu, dygotały ze zmęczenia. Montcort wstał i ruszył dalej. Minął opartego o drzewo Nuadu, który skrzywił się, splunął i pokręcił głową z niesmakiem, patrząc na tę ludzką mierzwę.
- Ale starszy brat dba o swoich, nie pozwoli ich skrzywdzić. Jest też setnik Nuadu. Setnik Nuadu to demon, szatan z najgorszych baśni. Jeśli jako dzieci baliście się, że demony czyhają pod waszymi łóżkami, w ciemnościach piwnic, to mogę wam obiecać, Nuadu na pewno tam był, widział wasze dusze, pragnął je pożreć. Teraz jest tutaj i to zrobi, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego, jeśli nie będziecie rzygać ze zmęczenia, płakać z bólu. Dlaczego? Bo każda łza, każda kropla potu wylana tutaj, to oszczędzona krew w boju. Za chwilę ruszycie dalej, zdobędziecie biegiem to wzgórze, a potem tu wrócicie. Też biegiem.
Montcort robił krok za krokiem, stawiając stopy w mocnych butach na plecach robiących pompki rekrutów.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 2
Jak hartowała się stal

Grupka rekrutów skupiła się wokół sierżanta Lambouta, który prowadził odprawę przed pozorowaną operację:
- Pozycja wroga wedle raportu zwiadowców to szczyt Głowy Cukru. Dzień wcześniej, po marszu forsownym, wróg przedostał się za nasze linie i zajął punkt dowodzenia. Zginęła obsada, oficer został wzięty do niewoli. Waszym zadaniem jest skryte podejście od strony bagniska nad Potokiem Noży, oflankowanie wroga i odbicie oficera w szybkiej i dynamicznej operacji. Pytania?!
Heny, młody kandydat na podoficera, a obecnie dowódca Niebieskiej Dziesiątki, poczochrał się w skołtuniony łeb, mimowolnie rozmazując na twarzy zielone smugi maskowania:
- Panie sierżancie, ale… to nie oficer, to pies!
Lambout spojrzał w stronę Montcorta, siedzącego w pobliżu na skrzyni z ekwipunkiem. Lord skinął lekko głową.
- Żołnierz! Ten pies to dla żołnierza Sir Burgess! Sir Burgess to pełnoprawny członek oddziału, którego pojmał wróg, a my swoich nie zostawiamy! Zrozumiał żołnierz?!
- Tak jest! A… a co jeśli Sir Burgess nie zechce iść?
Kilku rekrutów uśmiechnęło się, jeden parsknął. Wszyscy wiedzieli, że buldog nie biegał na swych krzywych łapkach, a co najwyżej dreptał świńskim truchtem, ciężko przy tym sapiąc. Zresztą najczęściej siedział przy nodze Montcorta i dumnie spoglądał na ćwiczących wojaków.
- Szeregowy Davos! – Śmieszek pobladł i wyprężył się na baczność. – Funkcja w oddziale?!
- Melduję posłusznie, panie sierżancie, że strzelec-obserwator.
Lambout uśmiechnął się złośliwie:
- Żołnierz ma wszystko umieć, żołnierz ma być gotowy do służby na każdym stanowisku! Szeregowy Davos na czas misji obejmie funkcję ładowniczego Wała!
Ćwiczebna kusza wałowa model 17 ważyła 60 kilogramów, łoże, które zwyczajowo nosił ładowniczy, to 2/3 tej wagi. Ciężka, niewygodna broń byłą utrapieniem ładowniczych, najczęściej silnych, rosłych chłopaków. Davos, chudy jak patyk mikrus, typowy zwiadowca, spojrzał w panice na potężny blok drewna i ciężki metalowy mechanizm zębaty.

View
Kilka dni w Kompanii Montcorta - odc. 1
Jak hartowała się stal

- Nazwisko?! – sierżant Lambout, 98 kilo wojskowego kurewstwa wyryczał jedno słowo prosto w pysk przestraszonego rekruta.
- Ja… ja… ja – plątał się prosty wiejski chłopak.
- Pisać, szeregowy Jajaja! – wojskowy skryba gorliwie bazgrał coś w wielkiej księdze. – Słuchajcie mnie, Jajek, mogę tak do ciebie mówić?!
Pytanie mogło równie dobrze brzmieć: „Czy mogę zerżnąć twoją siostrę?”, a Jajek i tak skwapliwie, by potakiwał.
- Ttaak! – Jajek skwapliwie potakiwał.
- A więc, Jajek, możecie być nędznym chłopem. Wsiurem, który wygnaja oborę, pasie kury, dyma owce czy co wy tam jeszcze robicie na wsi. Możecie też stać się chłopem na schwał… – Lambout spojrzał uważnie w oczy szeregowca. – Chcecie być chłopem na schwał?!
- Ttaak! – Jajek nerwowo przełknął ślinę. – Ale…
- No właśnie! Ale jesteście, Jajek, nędznym, miękkim wiejskim zwisem. Jednak my, armia, my zrobimy z ciebie prawdziwego zabójcę. Mordercę, który będzie rezał ryboludy i smażył je na ognisku. Lubicie smażoną rybę?!
- Ttaak, proszę pana – wyszeptał chłopiec.
- „Tak jest, panie sierżancie” blady wsiurze!
Jajek aż się zapadł w sobie, kiedy kropelki śliny wywrzaskiwane przez Lambouta trafiły go w twarz.
- Tak jest, panie sierżancie Blady Wsiurze. – wydukał przerażony Jajek.
Lambout napęczniał, poczerwieniał, uniósł się w sobie, za to grupka rekrutów skuliła się i zbiła w gromadkę niczym przerażone kurczęta. Zapowiadał się piękny dzień. Trwała selekcja do Kompanii Montcorta.

View
Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 3)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

35. dzień starości, port: Sotham
Choć ze mnie, nie chwaląc się, stary wilk wielkomorski, co niejedno sztormisko przeżył i krakenom w paszcze plwał, wyznam, że radością i ulgą napełnił me serce widok portu Sotham. Jakeśmy znaleźli się na redzie, zarządziłem po kwaterce rumu dla załogi, gdy tylko nasi wielce szacowni armatorzy ze statku zejdą, a towar zostanie rozładowany. Po prawdzie ani Lord Montcort, ani Pan Keffar nie zechcieli mnie wtajemniczyć w ich plany, ale dość marnym wyglądzie ichmościów i nosach, które mieli spuszczone na kwintę, zmiarkowałem, że cosik musiało nie pójść po ich myśli na tej całej wyprawie. Gdym raz przechodził obok ich kajuty – a było to tego wieczora, gdy wszyscy podróżnicy zażyczyli sobie wina na rozgrzewkę – usłyszałem jakoweś śmiechy, które jednak brzmiały bardziej jak jękliwe szlochy, a nad wszystko wybijał się głos szanownego pana Montcorta, który ani chybi miał już nieźle w czubie: „A pochwęęę do mieeeecza maaacie?” – Pewnikiem w tych wszystkich leśnych ostępach sporo oręża zgubić musieli!

Ale do rzeczy. Gdyśmy już szczęśliwie w Sotham zacumowali, Losowi niech będą dzięki, sprawdziłem uszkodzenia statku i wygląda na to, że naprawy nie potrwają zbyt długo, a do tego nie będą zbyt kosztowne. Oj, ucieszy się Pan Keffar jak nic!
Pierwszego dnia po doprowadzeniu naszego „Kalmarka” do porządku poluzowałem ździebko dyscyplinę i zezwoliłem załodze zejść na ląd. Nie całej, ma się rozumieć. Zadzierżystej Eadburh wydałem rozkaz, by pozostała ze mną na pokładzie, albowiem… [kleks] mielim jeszcze… przeprowadzić dokładną inspekcyę całej ładowni. Każdego z jej zakamarków. Bez wyjątku. Oj, pracowity był to dzień, ileż w tej młódce energii! [kleks]

36. dzień starości, port: Sotham
O czym to ja… Ach, tak. Następnego dnia obudził mnie cudny dźwięk jej donośnego niczym dzwon okrętowy głosu: „Mewa nasrała…? I może jeszcze narzygała? Na mewę zwalasz? Na mewę? Szoruj poklad!” – Zuch dziewczynisko, drugiej tak srogiej bosmanicy ze świecą by szukać! Gdym na pokład wyszedł, cała załoga, choć zmizerowana i skacowana po wczorajszych wybrykach na lądzie, przykładnie czyściła i szorowała cały pokład, od dziobu do rufy. W końcu taki statek jak „Kalmar” musi porządnie się prezentować!
Z tej okazji nalałem sobie kieliszeczek tego dobrego winka, które jeszcze po naszych armatorach zostało, i udałem się na pokład, by te huncwoty pod okiem swego srogiego kapitana jeszcze większym migiem się zwijały. Nawet niezawodny Vyncis, sternik nad sternikami, wiedział jak mi się przypodobać, co i raz dolewając mi winka. Ach, leniwy dzień w porcie, żyć, nie umierać!

Nadszedł w końcu czas na codzienne odwiedziny w kapitanacie i rozmowy z kupcami. Na ulicach mówią, że ani chybi wojna na wiosnę będzie, Pan Wanryk się zbroi, ludziska zapasy gromadzą, oj będzie się działo! Ciężkie czasy dla Sotham nadchodzą, ale tym lepiej dla nas, bo kupczyny zleciały się do mnie jak muchy do smakowicie im woniejącego krowiego placka, gdy tylko usłyszały, żem z pokaźnym transportem pszenicy przyjechał. Jak zwykle chciały się targować, szelmy, ale nie wiedziały, na kogo trafiły. Żadnego sprzedawania po kosztach! Tylko poważne oferty, jak idziecie do kapitana Masyma Roge, łachudry! Ha! Co to były za wyśmienite targi, pszenica zeszła na pniu! Tylko jeden jakiś niezorientowany chłystek, któremu z pyska jechało jak zdechłemu dorszowi, próbował u mnie łój zakupić. Manifestu statku nie czytał? Jaki znowu łój? Z psim chwostem się na łby pozamieniał?!

42. dzień starości, port: Sotham
Kolejny tydzień, kolejne opłaty portowe, wydatki na zaopatrzenie i wyładunek towaru nieco uszczupliły kasę statku. Kupczyków dziś jak na lekarstwo. Załoga nieco się nudzi, więc za przyzwoleniem Panienki Mabon (Losowi składam dzięki, że się o tym Pan Keffar nie dowiedział!) odszpuntowalim beczkę wina dla nudzącej się ździebko załogi w nagrodę za szczęśliwe ukończenie rejsu. Niechaj się rozgrzeją, bo pogoda coraz gorsza, zimny deszcz i wiatr nas nie oszczędzają. Nie wiedzą jeszcze, moczymordy pieruńskie, że od rana czekają ich ćwiczenia na wantach pod czujnym okiem i z pomocą ciętego języczka dorodnej [kleks] Eadburh. Ach, co za zasób przekleństw ma ta dziewucha, cały dzień mógłbym ich słuchać!

44. dzień starości, port: Sotham
Wczoraj sprzedalim z całkiem dobrym zyskiem wszystkie skrzynki kamieni półszlachetnych, co to jeszcze od ostatniego rejsu w ładowni zalegały. Pozostałe beczki wina też zeszły za całkiem, chwalić Los, przyzwoitą cenę, choć kupiec, łachudra, nieźle się dziś targował.

49. dzień starości, port: Sotham
Dziś w końcu pozbylim się szkła, którego skrzynki wymoszczone morską trawą o ból głowy mnie przyprawiały przy każdym większym podmuchu wiatru na pełnym morzu. Jakim cudem dowieźliśmy ten towar w całości, Los jeden wie. Na szczęście jakiś młody handlarzyna, któremu ledwie sypnął się wąs pod nosem, połknął haczyk, gdym mu wychwalał ten towar pod niebiosa, jako że szklane flasze można wszak jakim zacnym trunkiem napełnić i sprzedawać możnym po odpowiednio zawyżonej cenie. Zachwycony pomysłem handlarzyna obiecał mi nawet procencik od zysków, niebożątko. Rozczulił mnie… Ma się ten łeb do interesów, niech dunder świśnie!

56. dzień starości, port: Sotham
Jużem myślał, że nikt więcej się nie zainteresuje towarem, gdy nagle znów pojawił się tamten Śmierdziel sprzed dwóch tygodni i jął wypytywać o łój. „Dajże spokój, człeczyno! Jużem ci mówił, żeśmy łoju nie przywieźli”, huknąłem nań może nieco niepolitycznie, ale na swe usprawiedliwienie dodam, żem śpieszył się do Eadb[przekreślone] na statek, sprawdzić jak tam sobie beze mnie radzą. Okazało się, że ten fajtłapa nawet nie pamiętał poprzedniej wizyty u mnie i zawstydził się bardzo po mych słowach. A co! Niechaj ma nauczkę!

61. dzień starości, port: Sotham
Ten cholerny łój! Los śmieje mi się w twarz! Chciałem nakupić nieco towarów, żagle rozwijać i w drogę wyruszyć, bo już w tym zatęchłym porcie wszyscy gnuśniejem, i kto się napatoczył jako pierwszy? Kupiec, co właśnie do Sotham zjechał z całym ładunkiem łoju w pękatych słojach! Jeszcze cenę wygórowaną sobie za to zażyczył. A idźta mi z tym do czorta! Po nocach mi się to świństwo będzie śniło, tfy!, tak jak wtedy gdym raz z łojem płynął i zaśmiardł mi się cały ładunek i dwa tygodnie w tym smrodzie pędziliśmy do najbliższego portu. Kaftan musiałem nowy kupić, bo stary tak przesiąkł tym smrodem, że żadna dziewka za mną nawet nie spojrzała! Wysłałem tego miłośnika łoju do wszystkich… to jest do Śmierdziela, który bez łoju chyba po nocach źle sypia, niechaj sobie turkaweczki razem pogruchają nad cenami tego towaru i dadzą mi wreszcie spokój, do licha!

Na szczęście Los był łaskawy, bom później napotkał dwóch kupców, którzy z kopalni srebra towaru nawieźli i wypatrywali okazji do sprzedaży. Jeden z nich, szelma, zbyt ostro się targował, więc śmy się nie dogadali, oj nie, tym bardziej, że towaru miał co kot napłakał. Albo naszczał, bo zaprezentowana przez niego ruda srebra na zbytnio zanieczyszczoną mi się wydawała i pewnie bym dobrej ceny w innych portach za nią nie otrzymał. Za to drugi handlarz, co mu się dobrze ze ślepi patrzyło, już łacniej dał się namówić na opuszczenie ceny, więc interes ubilim. Wyczytałem z jego zacnego, pobrużdżonego troskami oblicza sporą ulgę. Po kilku głębszych wyjawił mi, że od zniszczenia pomostu Povolda jest nienajlepiej, kopalnie srebra kiepsko przędą, Wanryk wprowadził nowy podatek, więc o zarobek ciężko, przeto chwycili się ze wspólnikami ostatniej deski ratunki i postawili na sprzedaż za granicę. Okazało się, że kupiec to wynajęty za ciężkie pieniądze przez zdesperowaną gildię górniczą przedstawiciel ligi handlowej, mający zagwarantować im godny zarobek. Tym bardziej mnie ten interes uradował, gdym się dowiedział, że porządnym, w znoju i trudzie pracującym obywatelom mogę pomóc swą skromną osobą. W gruncie rzeczy Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej Masym Roge ma miękkie serce. To właśnie przez to ma takie powodzenie u pań, nie chwaląc się!

63. dzień starości, port: Sotham
Decyzja podjęta! Za cztery dni podnosimy kotwicę i wyruszamy do Daminster! Ahoj, przygodo! Zaczęlim statek do drogi przygotowywać, prowiantować i układać towar w ładowni. Czcigodny Pan Simeon po konsultacji ze swymi walecznymi towarzyszami nakazał wynajęcie czterech łuczników i czterech żołnierzy piechoty, abyśmy w razie potrzeby mogli w drodze stawić czoła większym niebezpieczeństwom, takim jak te przeklęte diabły morskie, tfy! Że też nasz kurs wypada akurat przez głębiny na ich terytorium!

67. dzień starości, w drodze do Daminster
Cała naprzód! Dziś wypłynęlim w końcu na pełne morze. Kurs na Daminster! Za cztery i pół dzionka, jeśli Los będzie łaskaw, ujrzymy wieże portowe. Kłopotam się nieco, co mnie tam na lądzie spotka, bom w całym tym galimatiasie zapomniał, żem, łasy na kobiece wdzięki, to i owo obiecał pewnej okrutnie rozmiłowanej we mnie dziewoi kilka latek temu i od tego czasu skrzętniem ten port omijał. Żebym się tylko na nią nie natknął! I oby Eadburh czego nie zmiarkowała, bo mi kości wszystkie jak nic porachuje! Straszliwa z niej zazdrośnica! Ech, cóż ja poradzę, że tak te baby rozum na mój widok tracą…

69. dzień starości, pełne morze
Pierwsze pełne dni na morzu. Każdy żagiel pięknie postawiony, żadnych chmur burzowych na horyzoncie, nie jest źle, chwalić los. Wiatr dmie z zachodu, od dziobu, więc nieco pohalsować trza, przez co nam się trochę podróż wydłuży. Na razie podróżujem drugi dzień blisko połowę wolniej niż to zwykle bywa na naszym dzielnym „Kalmarku”. Ale co tam. Wolej kilka dni więcej na morzu niźli jakieś sztormy sakramenckie, jak to się nam ostatnio przytrafiło, tfy!

Zaraz przed podniesieniem kotwicy przyjęlim też na pokład, ku memu utrapieniu, trzech pasażerów, kompletnych szczurów lądowych. Jeden z nich to jakiś wychudzony pacykarz, ciągle wystawia te, jak im tam, sztalugi i inne rupiecie na pokład, wzdycha w stronę zachodzącego słońca, i bazgrze te swoje bohomazy na świetnym płótnie żaglowym, co za marnotrawstwo! Ostatnio siedział każdego wieczora na dziobie i ślepia w linię horyzontu wlepiał, gdy słońce zachodziło. Do roboty uczciwej by się wziął, darmozjad jeden! Poczciwy Vyncis próbował mnie mitygować, że on niby jaki wielki hartysta, ten cały Wili z Turnerii (gdzie to w ogóle jest?!), że kto znaczny w Daminster za jego usługi jakoby zapłacił… A niech mnie drzwi do własnej kajuty ścisną, jak takie bohomazy wielką sztuką nazwać można!

zachod-slonca-turner.jpg
Bohomaz Wiliego z Turnerii. Ostatnio jak Łysy Jomund popił,
wymsknął mu się, wypisz-wymaluj, taki sam paw na pokład, i w kolorze, i w kształcie!

Dwójka pozostałych pasażerów jest jeszcze gorsza. To jakieś alchemiki czy inne nakukowce, jak chcą żeby ich zwać. Jeden duży, chudy, drugi mały, gruby. A żeby im psy mordy lizały! Czemu ja się na nich zgodziłem? Nic im się nie podoba, a to kręcą nosem na hamaki, że kołyszą, to znowu na pokład, że wieje, na morze, że nie ma delfinów, na polewkę, że za słona i że płacili za jakieś potrawy z zamorska brzmiące „olinkluzif”, a nie polewkę i suchary dwa razy dziennie… Nasz kuk Kivrin to przeca prosty człek, skąd on ma niby wiedzieć, jak takie jadło robić, hę? Toż to statek handlowy, nie bankiet u księcia! Te marudy pieruńskie dobrze płacą, to prawda, ale ciągle wyłażą na pokład, mieszają jakiesik specyfiki, domagają się ciszy i spokoju, zajmują kambuz (za to też dopłacili!) i gdy coś tam pichcą, z kociołka wydobywa się pieruńsko śmierdzący siwy dym. Tłumaczą, że to oksperymenty. Jako żywo nie słyszałem o takim specjale. Pytałem Kivrina, ale też nie słyszał. Ale może to i dobrze, bo żreć bym czegoś takiego, sądząc po zapachu, nie chciał. Starałem się z sił wszystkich być dla nich dobrym gospodarzem i zębiska zaciskać, myśląc o zarobku, alem nie zdzierżył, gdy jednego dnia przyłazi ten drągal i pyta, czy nie mam dla niego kilku słojów… łoju, bo potrzebuje do tych swoich oksperymentów. ŁOJU! Na klejnoty mego pradziada, dzięki którym spłodził piętnaścioro potomstwa, ŁOJU się takim synom zachciewa?! Ja już im łój pokażę, cholernikom jednym, ażeby w beczkach ze skisłymi śledziami siedzieli do końca życia!!! Do Daminster wpław dopłyną w tych swoich pludrach zasmarkanych! Nawet nie wiedzą, jakie szczęście mieli, że akurat Vyncis wszedł do mej kajuty i zdołał wyciągnąć tego łachudrę na pokład, nim się zeźliłem do reszty!!!

73. dzień starości, pełne morze
Pogoda bez zmian. „Kalmar” to porządna łajba, co pruje fale tak szybko jak ja rwę niewieście giezła (a narwało się ich sporo, narwało…), ale nawet najzwrotniejszy bryg nic nie zdziała, gdy tak kiepskie wiatry Los zsyła. Jak będzie dobrze, do Daminster dotrzem z opóźnieniem, dopiero za trzy dni. Na szczęście na bocianim gnieździe cisza.
Chłopaki bez przerw wypatrywali najmniejszego znaku morskich diabłów, wojacy stoją w gotowości, ale póki co panował spokój. I gdym już myślał, że do końca dnia nic niespodzianego się nie wydarzy, zaczęło się. Krzyk z gniazda. Po zawietrznej statek rybacki z Argadów ze zwiniętymi żaglami. Wywiesili znak: „nie zbliżać się”. Chybcikiem wysłałem Strego na burtę, żeby im zasygnalizował, czy aby czego nie potrzebują. Odpowiedź: „Nie chcemy pomocy. Pomyślnych wiatrów.”
Wtedy Eadburh zaparła się kopytami, poczciwa z niej dziewucha, a jaka harda, gdy się na co uprze! Rzekła, że trza sprawdzić, co tam się dzieje, co jeśli to piraci lub jaka zaraza? Wtedy jak nic musim czym prędzej przekazać wieści do kapitanatu w Daminsterze. Postanowiła z dwoma łucznikami i czterema marynarzami podpłynąć bliżej w jednej z szalup, żeby zbadać sprawę. A tak mnie tymi swoimi ślepkami świdrowała, tak się uśmiechała, i mrugała, że nie mogłem jej odmówić. Oj, zalazła mi za skórę ta bestyjka!

Spuścilim szalupę. Jak tylko zbliżyła się do Argadyjczyka, a ma dzielna bosmanica zaczęła wykrzykiwać coś do załogi statku, przez jego burtę wychylił się jakiś łysy, postawny marynarz i jak nie ryknie z grozą w oczach, jakby krakena zobaczył: „SPIERDALAAAAĆ! ONA SIĘ NIE ZATRZYYYMAAA!” Eadburh krzyczy: „Co takiego?” i słyszy w odpowiedzi: “ŁAWICAAA!”
Po tym krzyku marynarza Eadburh od razu zmiarkowała, że czas nogi za pas brać i zarządziła odwrót. Załoga szalupy zaczęła wiosłować co sił, sama bosmanka rzuciła się do wioseł. I w samą porę, bo jeszcze niedawno jaśniutkie niczym gatki młodej panienki niebo nagle poczęło szarością przedziwną się zasnuwać. W powietrzu coś zawisło… Gdym się dokładniej przyjrzał temu statkowi, na rufie ujrzałem… Wciórności! To był prawdziwy chaosycki mag, niech mnie rekiny zeżreją! Wtedym wszystko pojął: to był statek morskich kłusowników! Ten dziki mag, od stóp do głów pokryty jakimiś dziwacznymi tatuażami, wykrzykiwał coś na wietrze, który szarpał połami jego kusej, rozchełstanej tuniki i rozpuszczonymi włosiskami. Wymachiwał umięśnionymi łapskami… i mym oczom ukazał się przerażający widok. To prawda, co stare wygi morskie gadały po karczmach! On zbierał w dłonie błyskawice! Kuliste! Powietrze wokół jego dłoni poczęło groźnie rozbłyskiwać, z niebios słychać było coraz groźniejsze pomruki, a i wiatr przybrał na sile, budząc ze snu morskie bałwany. „Moja biedna kruszyna, Eadburh, do licha, byle tylko mi zdążyli!” – takem myślał w chwili słabości. Ale zaraz się w garść wziąłem, zawezwałem załogę do gotowości, wszystkie dłonie na pokład!, podbiegłem do burty i dalej łajać te rybaczyny od siedmiu boleści! Szkoda jeno, że na wszystko było już za późno. Ten oparszywiały mag, nogi mu z dupska powyrywam, jak go kiedy jeszcze gdzie przyuważę, i nakarmię nim mięsożerne rybska mórz południowych, odkrawając po kawałeczku, gdy jeszcze żyw będzie… ten pieruński kuglarz… jak nagle nie zbierze sił i nie walnie w morską głębinę lśniącym niczym błyskawica pociskiem!

Potem wszystko naraz zamarło, by zawrotnie przyspieszyć. Pamiętam tylko krzyki, ryk fal wdzierających się na pokład wraz z plaskiem padających nań ogłuszonych ryb i dźwięk miotanych przez Vyncisa przekleństw, nakazującego chłopakom wciągać szalupę.
Szczęściem ani Eadburh ani nikomu z mej załogi nic się nie stało, popili się tylko wody i nieco oberwali deszczem ryb, które wypluło morze, więc i poturbowani byli. Jednakoż z żalem odnotować muszę, iż niejaki Perkaty Jon, jeden z łuczników, nie wrócił już do nas cały. Ciężkie rybsko spadło nań, całkiem go otumaniając, a fala morska zmiotła go z szalupy. Nieborak pływać nie umiał i zaraz na dno poszedł, oby Los był dlań łaskawy. Odprawim stosowną ceremonię, gdy tylko znajdziemy się na spokojniejszych wodach.
A żeby ich pogięło, żeby ich nogi grzybica zeżarła! Dziady sakramenckie, żeby wasze kuśki zmieniły się w kiszone śledzie! Żeby morskie pąkle wam poprzywierały do, za przeproszeniem, odbytów! Ja już wam pokażę, niech no się tylko znów spotkamy, zawszone kłusowniki, że nie zadziera się z Kapitanem Żeglugi Wielkomorskiej, Masymem Roge!

Cóż to był za paskudny dzień. Już chylił się ku końcowi, gdy ten parchaty pacykarz Wili wlazł do mej kajuty bez pukania i nie w porę, gdyśmy właśnie z Eadburh [kleks] [przekreślenie] wyznaczali dalszy kurs. Chciał, psiajucha, swoje najnowsze dziełko nam zaprezentować, co je był wymalował po naszym ostatnim spotkaniu z Losem… i morskimi kłusownikami. Eadburh się te bohomazy niby nawet spodobały, ale cóż ona wiedzieć może o tym, jak całe życie na pokładzie wśród majtków przepędziła! Może jaki naiwny szlachcic to kupi, ale ja bym na to nigdy nie wydał złamanego kła.

morscy-klusownicy-turner.jpg
Wili z Turnerii zatytuował to szkaradzieństwo, nie wiedzieć czemu, „Pokłosie chaosu”.
Kto tam by się wyznał na tych chędożonych hartystach…

76. dzień starości, port: Daminster
W końcu dopłynęlim do Daminster, cali i zdrowi. Losowi niech będą dzięki! Trza się czego mocniejszego napić dla zdrowotności. I spędzić z Eadburh chwil kilka. [kleks]

View
Skrzydła Rocranon cz. 97 - Nowe przydziały

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl
Simeon
alchemik
4 lvl

Drogi drużyny rozeszły się.

Lord Montcort de Sotham, mocą rozkazu barona Arlesa Wellsona ruszył ku Caer Deray, zamkowi swojego seniora leżącemu na południowym wschodzie wyspy, zaledwie kilka kilometrów od spokojnych wód Przesmyku Seńskiego. Miał za zadanie przeprowadzić zaciąg rekrutów do słynnej Srebrnej Kompanii, dumy barona Wellsona, a następnie rozpocząć ich szkolenie. Niespodziewanie do młodego Argadyjczyka postanowił dołączyć Feste, którego Montcort nie raz był ostro oceniać i krytykować, choć coraz częściej zdawało się, że robi to z przyzwyczajenia i sympatii, nie ze złości na paezurskiego kuglarza.

Caer Deray okazało się być ponurą, surową, kamienną twierdzą, pozbawioną zbędnych wygód. Jedyne czego było tam pod dostatkiem to żołnierzy, broni, krzyków sierżantów i zmieszanego zapachu oliwy do konserwacji uzbrojenia i końskiego nawozu. Pod nieobecność barona Wellsona zamkiem zarządza rzeczowy i nieco surowy kasztelan Eric Jeanart, którego nastolenia córka Elient wychowana w takim miejscu w niczym nie przypomina młodej damy z dobrego rodu. Twarda i zaczepna, już pierwszego wieczoru daje się we znaki nowym gościom, przeszkadzając im w wieczerzy. Feste wyraźnie nią zaintrygowany, zdziwiony słyszy jak Montcort proponuje niechętnemu kasztelanowi, aby oddał córkę pod jego komendę, aby zaznała nieco życia poza murami Caer Deray.

Wkrótce Lord Montcort wraz z Festem i oddelegowanymi pod jego dowództwo weteranami ruszają do osady Maladom, gdzie czeka już na nich miejsce w gospodzie i pierwsi rekruci gotowi do zaciągu. Przez następnych kilka dni trwa intensywna praca zwieńczona zamknięcie listy poborowych na liczbie 298 osób, w tym kilku dziewcząt. Kiedy do marszu ku Caer Deray jest już ustawiona kolumna, do osady, na zgrzanych koniach wpada trójka jeźdźców. To dwóch sierżantów i rycerz z “Promienia Porządku” formacji Palatyna Jacquesa Guiosy.

Lord Montcort staje przed pierwszym poważnym zadaniem: zaciąg wojska przed spodziewanym atakiem ryboludzi z głębin. Nadchodzi chwila na czytanie ważnych dokumentów dotyczących zaciągu. Montcort pragnie, aby Feste mu nieco pomógł zamiast płatać figle. MG pyta:
- Feste, czy masz jakieś umiejętności, które mogą ci pomóc w zajęciu się tymi dokumentami?
- Tak, umiem czytać… – zaczyna Feste.
- To może będziesz spisywał…? – pyta z nadzieją Montcort.
Feste kończy zrezygnowanym tonem:
- … ale pisać nie umiem.

Rycerz przedstawia się jako Reiner Joansa i prosi o wsparcie. Jego oddział wdał się w potyczke z morskimi diabłami i został zepchnięty do niewygodnego do obrony miejsca. Potrzebna jest dywersja na flance. Joansa przebił się ze swoimi towarzyszami by sprowadzić pomoc. Szybką decyzją Lorda Montcorta rekruci zostają odesłani do zamku Wellsona z tylko dwoma weteranami. Reszta zaprawionych w boju ludzi rusza z rycerzem, w liczbie dwunastu osób aby zamknąć flankę morskich potworów.

Manewr zaskakuje diabły i wkrótce udaje się uwolnić odcięte oddziały Joansy przy zaledwie dwóch rannych żołnierzach Lorda Montcorta. On sam zauważa że stworzenia wydają się mocno osowiałe i mało uważne w stosunku do tych, z którymi przyszło się potykać mu w czasie oblężenia Sotham. Po pożegnaniu z rycerzem Montcort najszybciej jak to możliwe wraca do Caer Deray gdzie jego rekruci zostali już rozdysponowani na kwaterach. Tej nocy śnieg pokrywa grubą warstwą cały zamek.

*
Nuadu z Keffarem wsiadają na statek do Trzewi. W czasie podróży statkiem ostrojczyka, po raz kolejny dochodzą dziwne wieści z rodzinnych strom. Jego brat, Jarl Elrert od miesięcy posyła swoich ludzi na Argady, gdzie służą we flocie Lorda Milwida z Hageavo, władcy wysp. Pokątnie mowa jest, że Elrert szuka przemytników, ale ta plotka wydaje się być wyssana z palca. Wszyscy dziwią się natomiast temu, że na takie bratanie się ze śmiertelnym wrogiem, spokojnie patrzy Valhid Biały, Tan Ipo, władca Ostroi.

W Trzewiach pozmieniało się podczas wielomiesięcznej nieobecności bohaterów. Osada buduje palisadę, mówi się o napiętych stosunkach z centaurami żyjącymi na zachodzie. Kupiec Zyvalt dobrze zarabia na swoim układzie z Ligą Handlową i obecnie nie ma sobie równych wśród miejscowych kupców, jednak nie wszyscy chcą z nim współpracować i część rybaków i rzemieślników oddaje swoje towary kapitanowi Petlaminowi, z którym bohaterowie ucięli sobie przyjemną rozmowę. Petlamin mówi również o nieumarłych w Lesie Szeptów i że ich znajomy Luca narzeka na biznes.

W końcu przyjaciele docierają do Talzanii, w której zadomowili się już niewolnicy, uwolnieni ze statku przez Nuadu. Również Gilan i Ulian, młodzi kochankowie z wyspy sennej znaleźli tu własny, szczęśliwy dom. Nuadu i Keffar witani ciepło przez mieszkańców leśnego sioła, rozdali prezenty. Szczególne zachowali dla Theidy, krajanki Nuadu, którą wydostał z rąk handlarzy ludźmi i młodziutkiej Imary, której oczy pełne były radości na widok Keffara.

W sercu Ostrojczyka na nowo pojawiły się uczucia tak nieczęste dla wielkiego wojownika. Kiedy zaproponował Imarze, że zabierze ją ze sobą do Sotham, ta bez wahania przystała na to, jednak jej matka miała inne zdanie. Straszną awanturą i wymachiwaniem drewnianą chochlą zaczął się dla Keffara kolejny dzień. Aby uspokoić matkę wybranki obiecał ożenić się z nią w Talzanii najbliższej wiosny. Dopiero wtedy spokój wrócił do osady, a dwaj przyjaciele do Sotham.

Wieczorem, w romantycznych okolicznościach, Keffar obiecuje pewnemu młodemu dziewczęciu ślub. Dziewczę się płoni i zgadza, po czym ucieka do domu. Rano wpada przyszła teściowa, wymachując groźnie wielką chochlą:
- Gdzie ten bałamut zasmarkany?! Ja mu dam! Dziewczynie do głowy głupot nakładł!
Keffar opiera się o zdobioną ościeżnicę i ze stoickim spokojem oraz niewinną minką mówi, patrząc na pieklącą się kobietę:
- Nuadu, to do ciebie.

Niedoszła teściowa nie daje się jednak tak łatwo zmylić i już wkrótce Keffar ucieka, truchtając wokół studni przed domem i uchylając się przed ciosami chochli, co nie zawsze się udaje (wiadomo – potencjalnej teściowej przywalić w pysk nie wypada), więc ostrojczyk zarobił kilka siniaków.
Montcort ze znawstwem komentuje wyczyny kolegi:
- Keffar przez trzy rundy wykazywał się świetną pracą nóg, jednak w czwartej kluczowym okazał się cios chochlą.

Keffar z Nuadu przywieźli do wioski ostrojskiej narzędzia w darze. W wiosce się nie przelewało i wszystkiego tam brakowało. Feste patrzy na poturbowanego Keffara i wtrąca:
- Pewnie tę chochlę też wy przywieźliście, co…?

*
Simeon postanowił zrealizować swój plan, zbudowania w Sotham lazaretu, gdzie mógłby szkolić medyków, gotowych służyć w polu przy oddziałach wojskowych jako felczerzy. W tym planie dzielni sekunduje mu Mabone, która ma ochotę przy okazji nauczyć się przydatnej umiejętności. Szybko udaje się dostać lokal od władz miejskich i kilku akolitów od Kościoła Ostatecznego Porządku. Tyle, że okazuje się, że lokal znajduje się w biednej dzielnicy miasta i wkrótce pod drzwiami dobrych doktorów ustawiają się kolejki biedaków. Simeon decyduje o tym, że trzeba im oczywiście pomóc, choć koszty utrzymania lazaretu nagle bardzo wzrosły.

Na szczęście pojawiają się również chętni do pomocy lekarzom. Kiedy do lazaretu trafia bardzo zaniedbany i mocno ranny, wysoki człowiek, okazuje się, że jest opóźniony w rozwoju i nie potrafi się przedstawić. Ludzie nazywają go Kędziorem. W zamian za pomoc zostaje z lekarzami i stara się swoją ogromną siłą pomagać jak umie. Simeon ma wrażenie, że skądś go zna, jednak nie potrafi sobie przypomnieć czy ich drogi już się kiedyś skrzyżowały.

Którejś nocy nadchodzi rozwiązania problemu finansowania lazaretu. Kiedy do drzwi Simeona wali służący Lorda Ancipa Frare szukając medyka, bohaterowie podejmują wyzwanie i operują straszliwie cierpiącego z powodu kamieni nerkowych szlachcica. Ten w dowód wdzięczności wpłaca na lazaret małą fortunę, a samych medyków dodatkowo nagradza oprawnym w złoto klejnotem.

Simeon z Mabon znający się na sztuce lekarskiej, zostają obudzeni znienacka niemiłą nowiną w środku nocy. Wkrótce wyruszają w drogę do niedomagającego lorda. Monntcort radzi dziewczynie, pamiętając jej apetyt z poprzednich sezonów:
- Zjedz coś po drodze, bo to może potrwać…
Mabon bez słowa, nie zatrzymując się, skwapliwie chowa bułeczkę do kieszeni.
Montcort widzi, co robi dziewczyna, więc komentuje:
- Na podagrę cierpi lord, Mabon cierpi na podeżrę.

Okazuje się, że lord Ancip Frare ma problemy z dość dużym kamieniem nerkowym. Simeon zastanawia się nad najskuteczniejszym sposobem leczenia:
- Podamy jakieś leki przeciwbólowe… dużo piwa pić… i jeszcze ultradźwięki…
- To może Mabon zacznie śpiewać?
Mistrz Gry opisuje cierpienia starego lorda.
- Lord wył z bólu tak rozdzierająco, że wszystkie psy z okolicy zaczęły wyć. Zyskał przydomek “Banshee”.
- I wył tak głośno, że aż trzy baby w sąsiedztwie zmarły z przestrachu! – dorzuca radośnie Nuadu.

Pewnej nocy Mabon zostaje obudzona przez jednego z zaprzyjaźnionych uliczników, niejakiego Riksę. Ten dzieli się z nią informacją, jakoby lazaret miał się wkrótce stać miejscem napadu. Nie chce powiedzieć skąd wie o tym, jednak kiedy prosi, aby podczas obrony mienia i rannych nie ucierpieli żadni jego chłopcy, Mabon rozumie, że Ricsa zaryzykował dużo ujawniając rzeczy, które powinny zostać ukryte.

W tej trudnej chwili do Sotham wracają Keffar i Nuadu.

View
Skrzydła Rocranon cz. 96 - Chram Thileopessii

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

Poszukiwacze nakarmieni przez ogry starają się, pod czujnym okiem strażnika, nawiązać kontakt z mieszkańcami jaskiń. Wyraźnie widać zainteresowanie obu stron sobą nawzajem. Mabon z gałganów przygotowuje małą laleczkę dla ogrzych dzieci, o które wkrótce pośród nich wybucha dość gwałtowny spór. To małe badanie ogrzej społeczności przynosi tylko jedno odkrycie. Wszystkie one, od najmniejszego, mają na ramieniu, w pobliżu karku wypalone znamię o konkretnym kształcie.

Podczas oficjalnego spotkania dyplomatycznego (khe khe) z ogrami nadszedł czas na zgodne z etykietą przedstawienie wszystkich członków drużyny. Obowiązek ten spada na Montcorta, który mówi kilka miłych słów o każdym z towarzyszy:
- Oto Keffar zwany Twardzielem, dzielny wojownik, który wsławił się pokonaniem wielu wrogów. A oto Feste. No, to idźmy dalej. Oto Wieki Wude….

Mabon robi szmacianą lalkę dla jednego z ciekawskich ogrzych dzieci. Montcort radośnie rozszyfrowuje jej działania:
- Mabon robi z gałganków laleczkę voodoo, krótkim ruchem wbija sztylet w oko i malec umiera. Dobrze tak gnojowi!!!

Nagły ryk nadchodzący gdzieś od wejścia do jaskiń ogrów budzi entuzjazm, do osady wraca wódz ogrów Lagdush, ta wielka istota, która przewodziła humanoidom w ataku na obóz bohaterów. Lagdush straszliwie ryczy rozstawiając wszystkich po kątach, jego wojownicy ciągną za sobą opierające się osły awanturników obładowane ich porzuconym ekwipunkiem. Na widok złapanych ludzi Lagdush rusza w ich stronę ze wściekłością, jednak Okrogowi udaje się zabrać go gdzieś na bok i krótko z nim porozmawiać.

Mag nie ma jednak dobrych wieści dla bohaterów. Lagdush we wściekłości zapowiedział, że oskuruje ludzi za to co zrobili. Okrog podejmuje kolejną próbę rozmowy z wielkim ogrem i między nimi dochodzi do gwałtownego sporu. Tymczasem bezsilni bohaterowie muszą przyglądać się jak pozostałe ogry rozgrabiają ich rzeczy, przymierzają ich ubrania, przedrzeźniają ludzi budząc wesołość wśród swoich pobratymców.

Okrog wraca jednak z lepszymi wieściami. Udało mu się przekonać Lagdusza, który położył się właśnie spać, aby spór rozstrzygnąć pojedynkiem. Jeden z bohaterów może stanąć do honorowej walki w dole z samym wodzem, a jeśli wygra, ludzie będą wolni. Pojedynek jednak ma toczyć się do śmierci jednej ze stron.

Długo trwała dyskusja nad strategią jaką ma przyjąć drużyna w tej ciężkiej sytuacji. Jasnym od razu się wydawało, że jeśli ktokolwiek miałby szansę z wielkim wodzem to tylko i wyłącznie Keffar. Plany jakby mu tu potajemnie pomóc w szansach na zwycięstwo, wkrótce wszystkie zostały przekreślone. Pojedynek miał być honorowy, a poza tym szansa wykrycia oszustwa postawiła by więźniów w jeszcze gorszej sytuacji. Pozostało tylko dobrze wyspać się przed kolejnym dniem, co też uczyniono.

Feste przed pojedynkiem przyskakuje do Keffara i rozmasowuje mu ramiona. Potem wyskakuje przed niego i robi kilka bokserskich ruchów i uników. Montcort stwierdza:
- Patrzcie go, Festoterapeuta!

Nad wielkim dołem w ziemi, uzbrojonym w zaostrzone pale, ustawiły się ogry oczekujące dobrej walki. Keffar zsunął się na dół przyglądając się broni rozwieszonej na ścianach prymitywnego ringu. Będzie można po nie sięgnąć jeśli tylko walczący się zdecydują. Jego przeciwnik był już na miejscu, pewny siebie i rozgrzany, dopingowany rykiem swoich pobratymców. Ludzie co prędzej sami zaczęli dopingować swojego herosa wiedząc, jak samotnie musi czuć się naprzeciw tego potwora.

Zagrzewamy Kefara do walki:
- Keffar jest dzielny, on moze wszystkim walczyć, on się może się nawet posługiwać miękkim porem! – rzuca Montcort.
- No z tego, co dziewczyny po tawernach opowiadaly, to faktycznie… – mówi Nuadu.

Trzeba dbać o morale podczas walki, przoduje w tym Montcort:
- Jak ogry krzyczą, skandują, to ja im pomagam: oni wołają LAGDUSH, a ja dodaję PEEDAŁ! Wiecie, jak Maximus!

Montcort po jednym z uderzeń skanduje:
- Lugdush może kawał ogra! Dostał w torbę – już nie pogra!
Nuadu się dołącza:
- Lugdush w dziurze w łeb go wali, ale dupy nie ocali!!!
Montcort nie chce być dłużny:
- Lugdush, Lugdush ty chuju!
Montcort obgryza paznokcie, martwi się, co jeśli Lugdush obróci Keffara na brzuch? Po czym skanduje:
- Błąd Lugdusha, nas nie wzrusza. Ruch Keffara nas powala!
- Keffar nie walcz niczem skorek, tylko szybko kop go w worek! – rzuca Nuadu.
- Keffar, co robisz? – pyta MG. Keffar zaczyna się zastanawiać.
- Keffar łap topora i zajeb mu w wora!!! – krzyczy Montcort.
- Łap za stylisko! I dopuść go blisko! – precyzuje Nuadu.

Nagle pada sygnał i zaczyna się walka. Keffar bez namysłu biegnie w stronę zawieszonego topora i zdobywa go mimo, że w jego kierunku wyciągają się ręce dopingujących ogrów. W ostatniej chwili piruetem odskakuje z toru ruchu szarżującego Lagdusha, który najwyraźniej stwierdził, że załatwi sprawę bez broni. Jeszcze z półobrotu Keffar wyprowadza cios i czubek topora rozcina grubą skórę ogra. Ubita ziemia dołu zrasza pierwsza krew.

Kilkadziesiąt następnych sekund to próby złapania odpowiedniego do wybranego rodzaju walki dystansu. Przy ogłuszającym ryku kibicujących topór Keffara raz po raz dosięga wroga, ale nie na tyle mocno aby zmniejszyć jego parcie do zadawania potężnych, zamaszystych ciosów. Przerażenie na twarzach ludzi zmienia się w ulgę, kiedy po potężnym lewym sierpowym trafiającym w bok głowy Keffara, ten otrząsnął się niby kaczka z deszczu.

Kiedy już wydaje się, że ten taniec potrwa przez dłuższy czas Keffar nieszczęśliwie ślizga się na plamie krwii lekko tracąc równowagę. Lagdush nie traci ani sekundy, wykorzystuje zachwianie się przeciwnika i całym cieżarem swojego ciała wpada na niego powalając go na ziemię, choć nie pozbawiając broni. Keffar w dramatycznych próbach próbuje wydostać się z potężnego uścisku ogra jednak bez skutku. W końcu wbija palce w otwartą przez jego topór ranę na plecach Lagdusha to jednak tylko rozjusza go bardziej. Błyskawicznym wyrzutem ciała ogr zmienia położenie i zakłada bolesną dźwignię.

Awanturnicy z zapartym tchem patrzą jak na dnie dołu Keffar wije się z bólu, pod coraz bardziej górującym nad nim przeciwnikiem. Kiedy już wydaje się, że wkrótce podda się, nagle znajduje miejsce do podważenia bloku i wydostaje się z łap Lagdusza, błyskawicznie odtacza się na bok i jak sprężyna staje na nogi. Ogr z błyskiem w oku rusza w jego kierunku wietrząc dobry moment na przyciśnięcie swojego przeciwnika, odbija ledwo w próbie schwycenia lecący ku niemu topór, cofa się pół kroku i ponownie szarżuje.

Łapiący resztki tchu Keffar unosi topór do poteżnego ciosu z górnej kwarty, jednak Lagdush wpada na niego i łapie krzyżowym uściskiem na wysokości brzucha i unosi do góry. Potężny uścisk miażdży Keffara uniemożliwiając zadanie czystego ciosu bronią. Ostrojczyk zbiera się na ostatni wysiłek i pionowym ciosem trzonka topora uderza w głowę ogra, próbując zmusić go do zwolnienia uścisku. Traf chce, że w tym samym momencie Lagdush odchyla głowe w geście triumfu i dramatyczny cios Keffara trafia w okolice jego oka, gruchocąc kości jarzmową i skroniową.

Przez ciało ogra przechodzi jakby prąd. Puszcza wojownika i zataczając się próbuje dotknąć swojej twarzy, po której płynie wylana zawartość oka mieszając się z krwią. W końcu pada na kolana i na twarz. Nie żyje. Przerażeni awanturnicy spoglądają ku kibicującym ogrom, bojąc się ich reakcji na śmierć wodza. Ci jednak podnieceni doskonałą walką, którą właśnie obejrzeli nadal ryczą, tupią, walą pięściami we włochate torsy składając hołd zwycięzcy. Keffar cieżko opiera się na stylisku topora łapiąc oddech i nie wierząc we własne szczęście.

Po zabiciu ogra przez Keffara Robson stwierdza:
- Achievement unlocked: Keffar Ogrobójca.

Okrog wieści zakończenie rytuału. Walka odbyła się wedle świętych zasad, nie zostały naruszone żadne jej warunki i ludzie powinni zostać zwolnieni. Jego zdanie popiera Gorbul, nowy wódz ogrów. Magowi udaje się jeszcze odzyskać co nieco ekwipunku dla bohaterów i zgodnie z obietnicą wskazuje im miejsce zamieszkiwane przez kapłanów Thileopessi. Jak się okazuje bohaterowie przeszli w tych okolicach ledwo dwa dni wcześniej, nim napatoczyli się na kolonię Geonidów.

Chram kapłanów jest rozczarowujący. Ta niewielka, drewniana budowla obecnie chyli się ku ruinie. Zamszone deski pokryte są otoczakami i pleśnią, częściowo zapadły dach łączy się ze stertą śmieci i kamieni po których biegają maleńkie jaszczurki. Wydaje się, że to miejsce nie jest zamieszkane, kiedy nagle część “kamieni” unosi się i okazuje się być zdegenerowany jaszczuroludziem. Z jego twarzy wystają kamienne wyrostki, plecy pokryte są wrośniętymi w skórę muszlami, całe ciało oplata wilgotna pleśń, a jedno oko wydaje się być kompletnie pokryte bielmem. Charcząc i świszcząc zaczyna mówić coś co wydaje się mieć mały związek z rzeczywistością. Nie tylko ciało, ale i umysł tego biednego stworzenia zostały zdegenerowane.

Awanturnicy i tak próbują dowiedzieć się czegoś o Thileopessi i sposobu w jaki można go wezwać na pomoc ludziom. Gdzieś z ciemności wyłania się kolejny jaszczuroludź, będący w równie złym stanie co pierwszy. Na dźwięk imienia Thileopessi jaszczuroludzie ożywają, w ich oczach pojawiają się ślady dawnej swiadomości, w ich głosie pojawia się nadzieją. Ta jednak szybko gaśnie kiedy okazuje się, że wśród bohaterów nie ma przywódcy ludzi, którego nazywają Robertem “Deszczowym dniem” Dyleyem, a co ważniejsze, że nie dzierży ze sobą reliktu. Bez reliktu i wodza ludzi, nie da się obudzić Thileopessi, aby spełnił swoje dawne przysięgi.

Po znalezieniu (tak lekko 5 sesj później, niż planowaliśmy) legendarnych, jaszczurczych kapłanów Tilleopessi, gracze nie posiadają się ze szczęścia: teraz to już na pewno misja się nam powiedzie i ocalimy miasto! Okazuje się jednak, że nic nie wskóramy bez pewnego ważnego miecza – reliktu, który najprawdopodobniej znajduje się daleko stąd. Wściekły Montcort nie wytrzymuje:
- Kurwa, tak dymaliśmy po lesie, w deszczu, wilki, elfy, tyle niebezpieczeństw, ogry, i co? Wracamy z pustymi rękami! I teraz mamy lecieć z powrotem do Sotham, szukać miecza… a potem znowu wrócić przez lasy, deszcz i wilki, ogry… I co? I wtedy jaszczuroludzie powiedzą: “A pochweee do mieeeczaa maaaaaciiieee?”

Dalsza rozmowa z kapłanami nie ma sensu. Awanturnicy opuszczają jaskinie pod Łysą Górą i las Quynoth i strapieni niewesołymie myślami ruszają na wybrzeże, gdzie czekać ma na nich kapitan Masym Roge z ich transportem, kogą “Kalmar”. Niestety w umówionym miejscu nie ma statku, a na wschodzie, nad zatoką kła zbierają się ciemne, burzowe chmury. Po dwóch dniach koga jednak dociera, nieco poszarpana sztormem w jaki wpadła w drodze powrotnej i wyprawa kończy się szczęśliwie w porcie miasta Sotham.

KONIEC

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.