Skrzydła Rocranon

Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 3)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

35. dzień starości, port: Sotham
Choć ze mnie, nie chwaląc się, stary wilk wielkomorski, co niejedno sztormisko przeżył i krakenom w paszcze plwał, wyznam, że radością i ulgą napełnił me serce widok portu Sotham. Jakeśmy znaleźli się na redzie, zarządziłem po kwaterce rumu dla załogi, gdy tylko nasi wielce szacowni armatorzy ze statku zejdą, a towar zostanie rozładowany. Po prawdzie ani Lord Montcort, ani Pan Keffar nie zechcieli mnie wtajemniczyć w ich plany, ale dość marnym wyglądzie ichmościów i nosach, które mieli spuszczone na kwintę, zmiarkowałem, że cosik musiało nie pójść po ich myśli na tej całej wyprawie. Gdym raz przechodził obok ich kajuty – a było to tego wieczora, gdy wszyscy podróżnicy zażyczyli sobie wina na rozgrzewkę – usłyszałem jakoweś śmiechy, które jednak brzmiały bardziej jak jękliwe szlochy, a nad wszystko wybijał się głos szanownego pana Montcorta, który ani chybi miał już nieźle w czubie: „A pochwęęę do mieeeecza maaacie?” – Pewnikiem w tych wszystkich leśnych ostępach sporo oręża zgubić musieli!

Ale do rzeczy. Gdyśmy już szczęśliwie w Sotham zacumowali, Losowi niech będą dzięki, sprawdziłem uszkodzenia statku i wygląda na to, że naprawy nie potrwają zbyt długo, a do tego nie będą zbyt kosztowne. Oj, ucieszy się Pan Keffar jak nic!
Pierwszego dnia po doprowadzeniu naszego „Kalmarka” do porządku poluzowałem ździebko dyscyplinę i zezwoliłem załodze zejść na ląd. Nie całej, ma się rozumieć. Zadzierżystej Eadburh wydałem rozkaz, by pozostała ze mną na pokładzie, albowiem… [kleks] mielim jeszcze… przeprowadzić dokładną inspekcyę całej ładowni. Każdego z jej zakamarków. Bez wyjątku. Oj, pracowity był to dzień, ileż w tej młódce energii! [kleks]

36. dzień starości, port: Sotham
O czym to ja… Ach, tak. Następnego dnia obudził mnie cudny dźwięk jej donośnego niczym dzwon okrętowy głosu: „Mewa nasrała…? I może jeszcze narzygała? Na mewę zwalasz? Na mewę? Szoruj poklad!” – Zuch dziewczynisko, drugiej tak srogiej bosmanicy ze świecą by szukać! Gdym na pokład wyszedł, cała załoga, choć zmizerowana i skacowana po wczorajszych wybrykach na lądzie, przykładnie czyściła i szorowała cały pokład, od dziobu do rufy. W końcu taki statek jak „Kalmar” musi porządnie się prezentować!
Z tej okazji nalałem sobie kieliszeczek tego dobrego winka, które jeszcze po naszych armatorach zostało, i udałem się na pokład, by te huncwoty pod okiem swego srogiego kapitana jeszcze większym migiem się zwijały. Nawet niezawodny Vyncis, sternik nad sternikami, wiedział jak mi się przypodobać, co i raz dolewając mi winka. Ach, leniwy dzień w porcie, żyć, nie umierać!

Nadszedł w końcu czas na codzienne odwiedziny w kapitanacie i rozmowy z kupcami. Na ulicach mówią, że ani chybi wojna na wiosnę będzie, Pan Wanryk się zbroi, ludziska zapasy gromadzą, oj będzie się działo! Ciężkie czasy dla Sotham nadchodzą, ale tym lepiej dla nas, bo kupczyny zleciały się do mnie jak muchy do smakowicie im woniejącego krowiego placka, gdy tylko usłyszały, żem z pokaźnym transportem pszenicy przyjechał. Jak zwykle chciały się targować, szelmy, ale nie wiedziały, na kogo trafiły. Żadnego sprzedawania po kosztach! Tylko poważne oferty, jak idziecie do kapitana Masyma Roge, łachudry! Ha! Co to były za wyśmienite targi, pszenica zeszła na pniu! Tylko jeden jakiś niezorientowany chłystek, któremu z pyska jechało jak zdechłemu dorszowi, próbował u mnie łój zakupić. Manifestu statku nie czytał? Jaki znowu łój? Z psim chwostem się na łby pozamieniał?!

42. dzień starości, port: Sotham
Kolejny tydzień, kolejne opłaty portowe, wydatki na zaopatrzenie i wyładunek towaru nieco uszczupliły kasę statku. Kupczyków dziś jak na lekarstwo. Załoga nieco się nudzi, więc za przyzwoleniem Panienki Mabon (Losowi składam dzięki, że się o tym Pan Keffar nie dowiedział!) odszpuntowalim beczkę wina dla nudzącej się ździebko załogi w nagrodę za szczęśliwe ukończenie rejsu. Niechaj się rozgrzeją, bo pogoda coraz gorsza, zimny deszcz i wiatr nas nie oszczędzają. Nie wiedzą jeszcze, moczymordy pieruńskie, że od rana czekają ich ćwiczenia na wantach pod czujnym okiem i z pomocą ciętego języczka dorodnej [kleks] Eadburh. Ach, co za zasób przekleństw ma ta dziewucha, cały dzień mógłbym ich słuchać!

44. dzień starości, port: Sotham
Wczoraj sprzedalim z całkiem dobrym zyskiem wszystkie skrzynki kamieni półszlachetnych, co to jeszcze od ostatniego rejsu w ładowni zalegały. Pozostałe beczki wina też zeszły za całkiem, chwalić Los, przyzwoitą cenę, choć kupiec, łachudra, nieźle się dziś targował.

49. dzień starości, port: Sotham
Dziś w końcu pozbylim się szkła, którego skrzynki wymoszczone morską trawą o ból głowy mnie przyprawiały przy każdym większym podmuchu wiatru na pełnym morzu. Jakim cudem dowieźliśmy ten towar w całości, Los jeden wie. Na szczęście jakiś młody handlarzyna, któremu ledwie sypnął się wąs pod nosem, połknął haczyk, gdym mu wychwalał ten towar pod niebiosa, jako że szklane flasze można wszak jakim zacnym trunkiem napełnić i sprzedawać możnym po odpowiednio zawyżonej cenie. Zachwycony pomysłem handlarzyna obiecał mi nawet procencik od zysków, niebożątko. Rozczulił mnie… Ma się ten łeb do interesów, niech dunder świśnie!

56. dzień starości, port: Sotham
Jużem myślał, że nikt więcej się nie zainteresuje towarem, gdy nagle znów pojawił się tamten Śmierdziel sprzed dwóch tygodni i jął wypytywać o łój. „Dajże spokój, człeczyno! Jużem ci mówił, żeśmy łoju nie przywieźli”, huknąłem nań może nieco niepolitycznie, ale na swe usprawiedliwienie dodam, żem śpieszył się do Eadb[przekreślone] na statek, sprawdzić jak tam sobie beze mnie radzą. Okazało się, że ten fajtłapa nawet nie pamiętał poprzedniej wizyty u mnie i zawstydził się bardzo po mych słowach. A co! Niechaj ma nauczkę!

61. dzień starości, port: Sotham
Ten cholerny łój! Los śmieje mi się w twarz! Chciałem nakupić nieco towarów, żagle rozwijać i w drogę wyruszyć, bo już w tym zatęchłym porcie wszyscy gnuśniejem, i kto się napatoczył jako pierwszy? Kupiec, co właśnie do Sotham zjechał z całym ładunkiem łoju w pękatych słojach! Jeszcze cenę wygórowaną sobie za to zażyczył. A idźta mi z tym do czorta! Po nocach mi się to świństwo będzie śniło, tfy!, tak jak wtedy gdym raz z łojem płynął i zaśmiardł mi się cały ładunek i dwa tygodnie w tym smrodzie pędziliśmy do najbliższego portu. Kaftan musiałem nowy kupić, bo stary tak przesiąkł tym smrodem, że żadna dziewka za mną nawet nie spojrzała! Wysłałem tego miłośnika łoju do wszystkich… to jest do Śmierdziela, który bez łoju chyba po nocach źle sypia, niechaj sobie turkaweczki razem pogruchają nad cenami tego towaru i dadzą mi wreszcie spokój, do licha!

Na szczęście Los był łaskawy, bom później napotkał dwóch kupców, którzy z kopalni srebra towaru nawieźli i wypatrywali okazji do sprzedaży. Jeden z nich, szelma, zbyt ostro się targował, więc śmy się nie dogadali, oj nie, tym bardziej, że towaru miał co kot napłakał. Albo naszczał, bo zaprezentowana przez niego ruda srebra na zbytnio zanieczyszczoną mi się wydawała i pewnie bym dobrej ceny w innych portach za nią nie otrzymał. Za to drugi handlarz, co mu się dobrze ze ślepi patrzyło, już łacniej dał się namówić na opuszczenie ceny, więc interes ubilim. Wyczytałem z jego zacnego, pobrużdżonego troskami oblicza sporą ulgę. Po kilku głębszych wyjawił mi, że od zniszczenia pomostu Povolda jest nienajlepiej, kopalnie srebra kiepsko przędą, Wanryk wprowadził nowy podatek, więc o zarobek ciężko, przeto chwycili się ze wspólnikami ostatniej deski ratunki i postawili na sprzedaż za granicę. Okazało się, że kupiec to wynajęty za ciężkie pieniądze przez zdesperowaną gildię górniczą przedstawiciel ligi handlowej, mający zagwarantować im godny zarobek. Tym bardziej mnie ten interes uradował, gdym się dowiedział, że porządnym, w znoju i trudzie pracującym obywatelom mogę pomóc swą skromną osobą. W gruncie rzeczy Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej Masym Roge ma miękkie serce. To właśnie przez to ma takie powodzenie u pań, nie chwaląc się!

63. dzień starości, port: Sotham
Decyzja podjęta! Za cztery dni podnosimy kotwicę i wyruszamy do Daminster! Ahoj, przygodo! Zaczęlim statek do drogi przygotowywać, prowiantować i układać towar w ładowni. Czcigodny Pan Simeon po konsultacji ze swymi walecznymi towarzyszami nakazał wynajęcie czterech łuczników i czterech żołnierzy piechoty, abyśmy w razie potrzeby mogli w drodze stawić czoła większym niebezpieczeństwom, takim jak te przeklęte diabły morskie, tfy! Że też nasz kurs wypada akurat przez głębiny na ich terytorium!

67. dzień starości, w drodze do Daminster
Cała naprzód! Dziś wypłynęlim w końcu na pełne morze. Kurs na Daminster! Za cztery i pół dzionka, jeśli Los będzie łaskaw, ujrzymy wieże portowe. Kłopotam się nieco, co mnie tam na lądzie spotka, bom w całym tym galimatiasie zapomniał, żem, łasy na kobiece wdzięki, to i owo obiecał pewnej okrutnie rozmiłowanej we mnie dziewoi kilka latek temu i od tego czasu skrzętniem ten port omijał. Żebym się tylko na nią nie natknął! I oby Eadburh czego nie zmiarkowała, bo mi kości wszystkie jak nic porachuje! Straszliwa z niej zazdrośnica! Ech, cóż ja poradzę, że tak te baby rozum na mój widok tracą…

69. dzień starości, pełne morze
Pierwsze pełne dni na morzu. Każdy żagiel pięknie postawiony, żadnych chmur burzowych na horyzoncie, nie jest źle, chwalić los. Wiatr dmie z zachodu, od dziobu, więc nieco pohalsować trza, przez co nam się trochę podróż wydłuży. Na razie podróżujem drugi dzień blisko połowę wolniej niż to zwykle bywa na naszym dzielnym „Kalmarku”. Ale co tam. Wolej kilka dni więcej na morzu niźli jakieś sztormy sakramenckie, jak to się nam ostatnio przytrafiło, tfy!

Zaraz przed podniesieniem kotwicy przyjęlim też na pokład, ku memu utrapieniu, trzech pasażerów, kompletnych szczurów lądowych. Jeden z nich to jakiś wychudzony pacykarz, ciągle wystawia te, jak im tam, sztalugi i inne rupiecie na pokład, wzdycha w stronę zachodzącego słońca, i bazgrze te swoje bohomazy na świetnym płótnie żaglowym, co za marnotrawstwo! Ostatnio siedział każdego wieczora na dziobie i ślepia w linię horyzontu wlepiał, gdy słońce zachodziło. Do roboty uczciwej by się wziął, darmozjad jeden! Poczciwy Vyncis próbował mnie mitygować, że on niby jaki wielki hartysta, ten cały Wili z Turnerii (gdzie to w ogóle jest?!), że kto znaczny w Daminster za jego usługi jakoby zapłacił… A niech mnie drzwi do własnej kajuty ścisną, jak takie bohomazy wielką sztuką nazwać można!

zachod-slonca-turner.jpg
Bohomaz Wiliego z Turnerii. Ostatnio jak Łysy Jomund popił,
wymsknął mu się, wypisz-wymaluj, taki sam paw na pokład, i w kolorze, i w kształcie!

Dwójka pozostałych pasażerów jest jeszcze gorsza. To jakieś alchemiki czy inne nakukowce, jak chcą żeby ich zwać. Jeden duży, chudy, drugi mały, gruby. A żeby im psy mordy lizały! Czemu ja się na nich zgodziłem? Nic im się nie podoba, a to kręcą nosem na hamaki, że kołyszą, to znowu na pokład, że wieje, na morze, że nie ma delfinów, na polewkę, że za słona i że płacili za jakieś potrawy z zamorska brzmiące „olinkluzif”, a nie polewkę i suchary dwa razy dziennie… Nasz kuk Kivrin to przeca prosty człek, skąd on ma niby wiedzieć, jak takie jadło robić, hę? Toż to statek handlowy, nie bankiet u księcia! Te marudy pieruńskie dobrze płacą, to prawda, ale ciągle wyłażą na pokład, mieszają jakiesik specyfiki, domagają się ciszy i spokoju, zajmują kambuz (za to też dopłacili!) i gdy coś tam pichcą, z kociołka wydobywa się pieruńsko śmierdzący siwy dym. Tłumaczą, że to oksperymenty. Jako żywo nie słyszałem o takim specjale. Pytałem Kivrina, ale też nie słyszał. Ale może to i dobrze, bo żreć bym czegoś takiego, sądząc po zapachu, nie chciał. Starałem się z sił wszystkich być dla nich dobrym gospodarzem i zębiska zaciskać, myśląc o zarobku, alem nie zdzierżył, gdy jednego dnia przyłazi ten drągal i pyta, czy nie mam dla niego kilku słojów… łoju, bo potrzebuje do tych swoich oksperymentów. ŁOJU! Na klejnoty mego pradziada, dzięki którym spłodził piętnaścioro potomstwa, ŁOJU się takim synom zachciewa?! Ja już im łój pokażę, cholernikom jednym, ażeby w beczkach ze skisłymi śledziami siedzieli do końca życia!!! Do Daminster wpław dopłyną w tych swoich pludrach zasmarkanych! Nawet nie wiedzą, jakie szczęście mieli, że akurat Vyncis wszedł do mej kajuty i zdołał wyciągnąć tego łachudrę na pokład, nim się zeźliłem do reszty!!!

73. dzień starości, pełne morze
Pogoda bez zmian. „Kalmar” to porządna łajba, co pruje fale tak szybko jak ja rwę niewieście giezła (a narwało się ich sporo, narwało…), ale nawet najzwrotniejszy bryg nic nie zdziała, gdy tak kiepskie wiatry Los zsyła. Jak będzie dobrze, do Daminster dotrzem z opóźnieniem, dopiero za trzy dni. Na szczęście na bocianim gnieździe cisza.
Chłopaki bez przerw wypatrywali najmniejszego znaku morskich diabłów, wojacy stoją w gotowości, ale póki co panował spokój. I gdym już myślał, że do końca dnia nic niespodzianego się nie wydarzy, zaczęło się. Krzyk z gniazda. Po zawietrznej statek rybacki z Argadów ze zwiniętymi żaglami. Wywiesili znak: „nie zbliżać się”. Chybcikiem wysłałem Strego na burtę, żeby im zasygnalizował, czy aby czego nie potrzebują. Odpowiedź: „Nie chcemy pomocy. Pomyślnych wiatrów.”
Wtedy Eadburh zaparła się kopytami, poczciwa z niej dziewucha, a jaka harda, gdy się na co uprze! Rzekła, że trza sprawdzić, co tam się dzieje, co jeśli to piraci lub jaka zaraza? Wtedy jak nic musim czym prędzej przekazać wieści do kapitanatu w Daminsterze. Postanowiła z dwoma łucznikami i czterema marynarzami podpłynąć bliżej w jednej z szalup, żeby zbadać sprawę. A tak mnie tymi swoimi ślepkami świdrowała, tak się uśmiechała, i mrugała, że nie mogłem jej odmówić. Oj, zalazła mi za skórę ta bestyjka!

Spuścilim szalupę. Jak tylko zbliżyła się do Argadyjczyka, a ma dzielna bosmanica zaczęła wykrzykiwać coś do załogi statku, przez jego burtę wychylił się jakiś łysy, postawny marynarz i jak nie ryknie z grozą w oczach, jakby krakena zobaczył: „SPIERDALAAAAĆ! ONA SIĘ NIE ZATRZYYYMAAA!” Eadburh krzyczy: „Co takiego?” i słyszy w odpowiedzi: “ŁAWICAAA!”
Po tym krzyku marynarza Eadburh od razu zmiarkowała, że czas nogi za pas brać i zarządziła odwrót. Załoga szalupy zaczęła wiosłować co sił, sama bosmanka rzuciła się do wioseł. I w samą porę, bo jeszcze niedawno jaśniutkie niczym gatki młodej panienki niebo nagle poczęło szarością przedziwną się zasnuwać. W powietrzu coś zawisło… Gdym się dokładniej przyjrzał temu statkowi, na rufie ujrzałem… Wciórności! To był prawdziwy chaosycki mag, niech mnie rekiny zeżreją! Wtedym wszystko pojął: to był statek morskich kłusowników! Ten dziki mag, od stóp do głów pokryty jakimiś dziwacznymi tatuażami, wykrzykiwał coś na wietrze, który szarpał połami jego kusej, rozchełstanej tuniki i rozpuszczonymi włosiskami. Wymachiwał umięśnionymi łapskami… i mym oczom ukazał się przerażający widok. To prawda, co stare wygi morskie gadały po karczmach! On zbierał w dłonie błyskawice! Kuliste! Powietrze wokół jego dłoni poczęło groźnie rozbłyskiwać, z niebios słychać było coraz groźniejsze pomruki, a i wiatr przybrał na sile, budząc ze snu morskie bałwany. „Moja biedna kruszyna, Eadburh, do licha, byle tylko mi zdążyli!” – takem myślał w chwili słabości. Ale zaraz się w garść wziąłem, zawezwałem załogę do gotowości, wszystkie dłonie na pokład!, podbiegłem do burty i dalej łajać te rybaczyny od siedmiu boleści! Szkoda jeno, że na wszystko było już za późno. Ten oparszywiały mag, nogi mu z dupska powyrywam, jak go kiedy jeszcze gdzie przyuważę, i nakarmię nim mięsożerne rybska mórz południowych, odkrawając po kawałeczku, gdy jeszcze żyw będzie… ten pieruński kuglarz… jak nagle nie zbierze sił i nie walnie w morską głębinę lśniącym niczym błyskawica pociskiem!

Potem wszystko naraz zamarło, by zawrotnie przyspieszyć. Pamiętam tylko krzyki, ryk fal wdzierających się na pokład wraz z plaskiem padających nań ogłuszonych ryb i dźwięk miotanych przez Vyncisa przekleństw, nakazującego chłopakom wciągać szalupę.
Szczęściem ani Eadburh ani nikomu z mej załogi nic się nie stało, popili się tylko wody i nieco oberwali deszczem ryb, które wypluło morze, więc i poturbowani byli. Jednakoż z żalem odnotować muszę, iż niejaki Perkaty Jon, jeden z łuczników, nie wrócił już do nas cały. Ciężkie rybsko spadło nań, całkiem go otumaniając, a fala morska zmiotła go z szalupy. Nieborak pływać nie umiał i zaraz na dno poszedł, oby Los był dlań łaskawy. Odprawim stosowną ceremonię, gdy tylko znajdziemy się na spokojniejszych wodach.
A żeby ich pogięło, żeby ich nogi grzybica zeżarła! Dziady sakramenckie, żeby wasze kuśki zmieniły się w kiszone śledzie! Żeby morskie pąkle wam poprzywierały do, za przeproszeniem, odbytów! Ja już wam pokażę, niech no się tylko znów spotkamy, zawszone kłusowniki, że nie zadziera się z Kapitanem Żeglugi Wielkomorskiej, Masymem Roge!

Cóż to był za paskudny dzień. Już chylił się ku końcowi, gdy ten parchaty pacykarz Wili wlazł do mej kajuty bez pukania i nie w porę, gdyśmy właśnie z Eadburh [kleks] [przekreślenie] wyznaczali dalszy kurs. Chciał, psiajucha, swoje najnowsze dziełko nam zaprezentować, co je był wymalował po naszym ostatnim spotkaniu z Losem… i morskimi kłusownikami. Eadburh się te bohomazy niby nawet spodobały, ale cóż ona wiedzieć może o tym, jak całe życie na pokładzie wśród majtków przepędziła! Może jaki naiwny szlachcic to kupi, ale ja bym na to nigdy nie wydał złamanego kła.

morscy-klusownicy-turner.jpg
Wili z Turnerii zatytuował to szkaradzieństwo, nie wiedzieć czemu, „Pokłosie chaosu”.
Kto tam by się wyznał na tych chędożonych hartystach…

76. dzień starości, port: Daminster
W końcu dopłynęlim do Daminster, cali i zdrowi. Losowi niech będą dzięki! Trza się czego mocniejszego napić dla zdrowotności. I spędzić z Eadburh chwil kilka. [kleks]

View
Skrzydła Rocranon cz. 96 - Chram Thileopessii

Feste
kuglarz
4 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

Poszukiwacze nakarmieni przez ogry starają się, pod czujnym okiem strażnika, nawiązać kontakt z mieszkańcami jaskiń. Wyraźnie widać zainteresowanie obu stron sobą nawzajem. Mabon z gałganów przygotowuje małą laleczkę dla ogrzych dzieci, o które wkrótce pośród nich wybucha dość gwałtowny spór. To małe badanie ogrzej społeczności przynosi tylko jedno odkrycie. Wszystkie one, od najmniejszego, mają na ramieniu, w pobliżu karku wypalone znamię o konkretnym kształcie.

Podczas oficjalnego spotkania dyplomatycznego (khe khe) z ogrami nadszedł czas na zgodne z etykietą przedstawienie wszystkich członków drużyny. Obowiązek ten spada na Montcorta, który mówi kilka miłych słów o każdym z towarzyszy:
- Oto Keffar zwany Twardzielem, dzielny wojownik, który wsławił się pokonaniem wielu wrogów. A oto Feste. No, to idźmy dalej. Oto Wieki Wude….

Mabon robi szmacianą lalkę dla jednego z ciekawskich ogrzych dzieci. Montcort radośnie rozszyfrowuje jej działania:
- Mabon robi z gałganków laleczkę voodoo, krótkim ruchem wbija sztylet w oko i malec umiera. Dobrze tak gnojowi!!!

Nagły ryk nadchodzący gdzieś od wejścia do jaskiń ogrów budzi entuzjazm, do osady wraca wódz ogrów Lagdush, ta wielka istota, która przewodziła humanoidom w ataku na obóz bohaterów. Lagdush straszliwie ryczy rozstawiając wszystkich po kątach, jego wojownicy ciągną za sobą opierające się osły awanturników obładowane ich porzuconym ekwipunkiem. Na widok złapanych ludzi Lagdush rusza w ich stronę ze wściekłością, jednak Okrogowi udaje się zabrać go gdzieś na bok i krótko z nim porozmawiać.

Mag nie ma jednak dobrych wieści dla bohaterów. Lagdush we wściekłości zapowiedział, że oskuruje ludzi za to co zrobili. Okrog podejmuje kolejną próbę rozmowy z wielkim ogrem i między nimi dochodzi do gwałtownego sporu. Tymczasem bezsilni bohaterowie muszą przyglądać się jak pozostałe ogry rozgrabiają ich rzeczy, przymierzają ich ubrania, przedrzeźniają ludzi budząc wesołość wśród swoich pobratymców.

Okrog wraca jednak z lepszymi wieściami. Udało mu się przekonać Lagdusza, który położył się właśnie spać, aby spór rozstrzygnąć pojedynkiem. Jeden z bohaterów może stanąć do honorowej walki w dole z samym wodzem, a jeśli wygra, ludzie będą wolni. Pojedynek jednak ma toczyć się do śmierci jednej ze stron.

Długo trwała dyskusja nad strategią jaką ma przyjąć drużyna w tej ciężkiej sytuacji. Jasnym od razu się wydawało, że jeśli ktokolwiek miałby szansę z wielkim wodzem to tylko i wyłącznie Keffar. Plany jakby mu tu potajemnie pomóc w szansach na zwycięstwo, wkrótce wszystkie zostały przekreślone. Pojedynek miał być honorowy, a poza tym szansa wykrycia oszustwa postawiła by więźniów w jeszcze gorszej sytuacji. Pozostało tylko dobrze wyspać się przed kolejnym dniem, co też uczyniono.

Feste przed pojedynkiem przyskakuje do Keffara i rozmasowuje mu ramiona. Potem wyskakuje przed niego i robi kilka bokserskich ruchów i uników. Montcort stwierdza:
- Patrzcie go, Festoterapeuta!

Nad wielkim dołem w ziemi, uzbrojonym w zaostrzone pale, ustawiły się ogry oczekujące dobrej walki. Keffar zsunął się na dół przyglądając się broni rozwieszonej na ścianach prymitywnego ringu. Będzie można po nie sięgnąć jeśli tylko walczący się zdecydują. Jego przeciwnik był już na miejscu, pewny siebie i rozgrzany, dopingowany rykiem swoich pobratymców. Ludzie co prędzej sami zaczęli dopingować swojego herosa wiedząc, jak samotnie musi czuć się naprzeciw tego potwora.

Zagrzewamy Kefara do walki:
- Keffar jest dzielny, on moze wszystkim walczyć, on się może się nawet posługiwać miękkim porem! – rzuca Montcort.
- No z tego, co dziewczyny po tawernach opowiadaly, to faktycznie… – mówi Nuadu.

Trzeba dbać o morale podczas walki, przoduje w tym Montcort:
- Jak ogry krzyczą, skandują, to ja im pomagam: oni wołają LAGDUSH, a ja dodaję PEEDAŁ! Wiecie, jak Maximus!

Montcort po jednym z uderzeń skanduje:
- Lugdush może kawał ogra! Dostał w torbę – już nie pogra!
Nuadu się dołącza:
- Lugdush w dziurze w łeb go wali, ale dupy nie ocali!!!
Montcort nie chce być dłużny:
- Lugdush, Lugdush ty chuju!
Montcort obgryza paznokcie, martwi się, co jeśli Lugdush obróci Keffara na brzuch? Po czym skanduje:
- Błąd Lugdusha, nas nie wzrusza. Ruch Keffara nas powala!
- Keffar nie walcz niczem skorek, tylko szybko kop go w worek! – rzuca Nuadu.
- Keffar, co robisz? – pyta MG. Keffar zaczyna się zastanawiać.
- Keffar łap topora i zajeb mu w wora!!! – krzyczy Montcort.
- Łap za stylisko! I dopuść go blisko! – precyzuje Nuadu.

Nagle pada sygnał i zaczyna się walka. Keffar bez namysłu biegnie w stronę zawieszonego topora i zdobywa go mimo, że w jego kierunku wyciągają się ręce dopingujących ogrów. W ostatniej chwili piruetem odskakuje z toru ruchu szarżującego Lagdusha, który najwyraźniej stwierdził, że załatwi sprawę bez broni. Jeszcze z półobrotu Keffar wyprowadza cios i czubek topora rozcina grubą skórę ogra. Ubita ziemia dołu zrasza pierwsza krew.

Kilkadziesiąt następnych sekund to próby złapania odpowiedniego do wybranego rodzaju walki dystansu. Przy ogłuszającym ryku kibicujących topór Keffara raz po raz dosięga wroga, ale nie na tyle mocno aby zmniejszyć jego parcie do zadawania potężnych, zamaszystych ciosów. Przerażenie na twarzach ludzi zmienia się w ulgę, kiedy po potężnym lewym sierpowym trafiającym w bok głowy Keffara, ten otrząsnął się niby kaczka z deszczu.

Kiedy już wydaje się, że ten taniec potrwa przez dłuższy czas Keffar nieszczęśliwie ślizga się na plamie krwii lekko tracąc równowagę. Lagdush nie traci ani sekundy, wykorzystuje zachwianie się przeciwnika i całym cieżarem swojego ciała wpada na niego powalając go na ziemię, choć nie pozbawiając broni. Keffar w dramatycznych próbach próbuje wydostać się z potężnego uścisku ogra jednak bez skutku. W końcu wbija palce w otwartą przez jego topór ranę na plecach Lagdusha to jednak tylko rozjusza go bardziej. Błyskawicznym wyrzutem ciała ogr zmienia położenie i zakłada bolesną dźwignię.

Awanturnicy z zapartym tchem patrzą jak na dnie dołu Keffar wije się z bólu, pod coraz bardziej górującym nad nim przeciwnikiem. Kiedy już wydaje się, że wkrótce podda się, nagle znajduje miejsce do podważenia bloku i wydostaje się z łap Lagdusza, błyskawicznie odtacza się na bok i jak sprężyna staje na nogi. Ogr z błyskiem w oku rusza w jego kierunku wietrząc dobry moment na przyciśnięcie swojego przeciwnika, odbija ledwo w próbie schwycenia lecący ku niemu topór, cofa się pół kroku i ponownie szarżuje.

Łapiący resztki tchu Keffar unosi topór do poteżnego ciosu z górnej kwarty, jednak Lagdush wpada na niego i łapie krzyżowym uściskiem na wysokości brzucha i unosi do góry. Potężny uścisk miażdży Keffara uniemożliwiając zadanie czystego ciosu bronią. Ostrojczyk zbiera się na ostatni wysiłek i pionowym ciosem trzonka topora uderza w głowę ogra, próbując zmusić go do zwolnienia uścisku. Traf chce, że w tym samym momencie Lagdush odchyla głowe w geście triumfu i dramatyczny cios Keffara trafia w okolice jego oka, gruchocąc kości jarzmową i skroniową.

Przez ciało ogra przechodzi jakby prąd. Puszcza wojownika i zataczając się próbuje dotknąć swojej twarzy, po której płynie wylana zawartość oka mieszając się z krwią. W końcu pada na kolana i na twarz. Nie żyje. Przerażeni awanturnicy spoglądają ku kibicującym ogrom, bojąc się ich reakcji na śmierć wodza. Ci jednak podnieceni doskonałą walką, którą właśnie obejrzeli nadal ryczą, tupią, walą pięściami we włochate torsy składając hołd zwycięzcy. Keffar cieżko opiera się na stylisku topora łapiąc oddech i nie wierząc we własne szczęście.

Po zabiciu ogra przez Keffara Robson stwierdza:
- Achievement unlocked: Keffar Ogrobójca.

Okrog wieści zakończenie rytuału. Walka odbyła się wedle świętych zasad, nie zostały naruszone żadne jej warunki i ludzie powinni zostać zwolnieni. Jego zdanie popiera Gorbul, nowy wódz ogrów. Magowi udaje się jeszcze odzyskać co nieco ekwipunku dla bohaterów i zgodnie z obietnicą wskazuje im miejsce zamieszkiwane przez kapłanów Thileopessi. Jak się okazuje bohaterowie przeszli w tych okolicach ledwo dwa dni wcześniej, nim napatoczyli się na kolonię Geonidów.

Chram kapłanów jest rozczarowujący. Ta niewielka, drewniana budowla obecnie chyli się ku ruinie. Zamszone deski pokryte są otoczakami i pleśnią, częściowo zapadły dach łączy się ze stertą śmieci i kamieni po których biegają maleńkie jaszczurki. Wydaje się, że to miejsce nie jest zamieszkane, kiedy nagle część “kamieni” unosi się i okazuje się być zdegenerowany jaszczuroludziem. Z jego twarzy wystają kamienne wyrostki, plecy pokryte są wrośniętymi w skórę muszlami, całe ciało oplata wilgotna pleśń, a jedno oko wydaje się być kompletnie pokryte bielmem. Charcząc i świszcząc zaczyna mówić coś co wydaje się mieć mały związek z rzeczywistością. Nie tylko ciało, ale i umysł tego biednego stworzenia zostały zdegenerowane.

Awanturnicy i tak próbują dowiedzieć się czegoś o Thileopessi i sposobu w jaki można go wezwać na pomoc ludziom. Gdzieś z ciemności wyłania się kolejny jaszczuroludź, będący w równie złym stanie co pierwszy. Na dźwięk imienia Thileopessi jaszczuroludzie ożywają, w ich oczach pojawiają się ślady dawnej swiadomości, w ich głosie pojawia się nadzieją. Ta jednak szybko gaśnie kiedy okazuje się, że wśród bohaterów nie ma przywódcy ludzi, którego nazywają Robertem “Deszczowym dniem” Dyleyem, a co ważniejsze, że nie dzierży ze sobą reliktu. Bez reliktu i wodza ludzi, nie da się obudzić Thileopessi, aby spełnił swoje dawne przysięgi.

Po znalezieniu (tak lekko 5 sesj później, niż planowaliśmy) legendarnych, jaszczurczych kapłanów Tilleopessi, gracze nie posiadają się ze szczęścia: teraz to już na pewno misja się nam powiedzie i ocalimy miasto! Okazuje się jednak, że nic nie wskóramy bez pewnego ważnego miecza – reliktu, który najprawdopodobniej znajduje się daleko stąd. Wściekły Montcort nie wytrzymuje:
- Kurwa, tak dymaliśmy po lesie, w deszczu, wilki, elfy, tyle niebezpieczeństw, ogry, i co? Wracamy z pustymi rękami! I teraz mamy lecieć z powrotem do Sotham, szukać miecza… a potem znowu wrócić przez lasy, deszcz i wilki, ogry… I co? I wtedy jaszczuroludzie powiedzą: “A pochweee do mieeeczaa maaaaaciiieee?”

Dalsza rozmowa z kapłanami nie ma sensu. Awanturnicy opuszczają jaskinie pod Łysą Górą i las Quynoth i strapieni niewesołymie myślami ruszają na wybrzeże, gdzie czekać ma na nich kapitan Masym Roge z ich transportem, kogą “Kalmar”. Niestety w umówionym miejscu nie ma statku, a na wschodzie, nad zatoką kła zbierają się ciemne, burzowe chmury. Po dwóch dniach koga jednak dociera, nieco poszarpana sztormem w jaki wpadła w drodze powrotnej i wyprawa kończy się szczęśliwie w porcie miasta Sotham.

KONIEC

View
Skrzydła Rocranon cz. 95 - Z deszczu pod rynnę

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

Drużyna liże rany po niefartownych spotkaniach w jaskiniach. Obóz rozbity na zboczu łysej góry, pośród drzew, ma zapewnić spokój i ukrycie. Mabon zajmuje się rannymi kiedy Nuadu z Montcortem udają się na polowanie, z którego wracają z królewskim łupem w postaci wielkiego jelenia. Tak czas mija do wieczora okraszony jeszcze występami-popisami Montcorta i Festego. Tego dnia bohaterowie nie mają już w planach kolejnego podejścia do eksploracji podziemi.

Bruna ujęta wsparciem jakiego udzielił jej poprzedniego dnia Montcort, zaczyna się zachowywać dziwnie w jego obecności. Sokolnik pozostawiony na warcie sam na sam z dziewczyną stara się unikać jej zalotów, choć efekty są nieco mizerne. Z “ratunkiem” przychodzą mu odgłosy przedzierających się przez las istot. Para czym prędzej wraca do obozu i budzi resztę towarzyszy.

Postawiona w alarm drużyna uprząta obóz i przygasza ognisko kiedy Montcort biegiem rusza na zwiad. Wkrótce wraca z niedobrymi informacjami. Na obóz idzie cały oddział ogrów. Awanturnicy postanawiają zastawić pułapkę. Pozorują posłania tak, aby obóz wyglądał na pogrążony we śnie, a sami chyłkiem rozmieszczają się w okolicznych gęstwinach, czekając na nadejście wrogów. Wkrótce okazuje się, że siły przeciwnika są być może zbyt wielkie aby sobie z nimi poradzić. Do opuszczonego obozu wkracza jedenastu ogrów, dowodzonych przez ogromnego lidera.

Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Mabon, Nudau i Montcort szarpią przeciwników, to pokazując się im to niknąc w lesie, wystrzeliwują strzały, które ręką Nuadu kładą jednego z wrogów, wtedy ci na rozkaz wodza gaszą pochodnie. Nerwowa atmosfera zaczyna się udzielać rozdzielonym w ciemnościach towarzyszom, postanawiają się wycofać w stronę jeziora. Tylko Montcort szarpie jeszcze celnymi strzałami wrogów, odciągając ich od uciekającej grupy, a nawet zabija jednego kiedy celnie rzucona przez Nuadu, zapalona pochodnia znów na chwilę rozświetla fragment plądrowanego przez ogry obozu.

Zapamiętały w swojej podjazdowej działalności Montcort nagle w osłupieniu odkrył, że stoi oko w oko z jednym z ogrów, który z ochydnym uśmiechem zdzielił go potężną maczugą. Nie było czasu na uniki, łowca przyjał cios starając się złagodzić jego moc, niemal tracąc przez to czucie w ręku. Nie było na co dalej czekać, rzucił w mrok między drzewami i wkrótce zniknął z oczu wolniejszemu i mniej zwinnemu przeciwnikowi.

Uciekający przełykali gorycz porażki. Okazało się, że przechtrzyli samych siebie, zostawiając na pastwę ogrów dużą część ekwipunku, dwa osły i swoje posłania. Jedyną pociechą było to, że unieśli cało skórę.

Nasze obozowisko pod jaskinią zaatakowały ogry, postacie zdążyły je opuścić tylko z kilkoma przedmiotami w rękach, cały ekwipunek przepadł. Jesteśmy zdruzgotani stratą. Chwilę później na sesji pojawia się Parasit, więc gracze próbują wykorzystać okazję:
- Szybko, powiedz, że masz na sobie plecak!
- Keffar! Pierwsza Twoja deklaracja na sesji: “zabrałem wszystkie wasze plecaki!” – mówi szybko Robson.
- I oba osiołki! – dodaje Mabon, oblizując się.

Nad jeziorem drużuna natrafia na kolejne łodzie ogrów. To nimi przypłynąć musieli nocni goście. Postanawiają ukraść je, pozostawiając swoich przeciwników środka transportu. Wkrótce do drużyny dołącza nieco spóźniony Nuadu i w ostatniej chwili ranny Montcort, bo wśród drzew za nim widać już pochodnie i słychać nawoływania pościgu. Drużyna postanawia po raz kolejny dostać się na brzeg podwodnego jeziora i korzystając z nieobecności ogrów zbadać jego brzeg. Przezornie lądują z dala od przystani, wyciągając z niemałym wysiłkiem łodzie na wysoki brzeg. Wkrótce okazuje się, że pośród utraconego w obozie ekwipunku były niemal wszystkie pochodnie. Awanturnicy mają do dyspozycji tylko jedną

Pomimo braku światła, Mabon i tak postanawia zbadać jaskinię. Przywołuje swoje szamańskie moce i już wkrótce ciemności nabierają kształtów świata duchów otaczającego to miejsce. Nuadu nie zgadza się aby szamanka poszła sama, więc mimo tego, że kompletnie nic nie widzi, rusza za nic trzymając lewą dłonią pleców jej tuniki. Onieśmielona widokiem świata duchów Mabon rusza na zwiad, z przerażeniem patrząc jak w falach jeziora przewala się czarna, oślizła tusza jakiegoś stwora.

Gdzieś głębiej w korytarzach podziemnego kompleksu jaskinii Nuadu i Mabon zaczynają słyszeć odgłosy jakich stworzeń. Wtedy postanawiają zawrócić, ale jest już za późno. Nagle w asyście kilku słów mocy rozpala się białe światło ujawniające złotookiego, ogrzego maga, z burzą czarnych włosów, otulonego w luźną szatę magiczną nie zakrywającą dokładnie magicznych tatuaży pokrywających jego ciało. Za nim w pewnej odległości czai się dwóch ogrzych wojowników gotowych na każdy rozkaz maga. Mag nie wydaje się obawiać przybyszy. Przedstawia się jako Okrog, posługując się z pewnym wysiłkiem nieco archaiczną odmianą języka argadyjskiego. Nalega aby bohaterowie zostali jego gośćmi i w jego legowisku wyjawili mu powód swojej tu obecności. Mabon i Nuadu zdają sobie sprawę, że mogą nie mieć innego wyjścia, jak przyjąć ofertę Okroga, dlatego wyjawiają mu istnienie pozostałych członków drużyny, po których mag wysyła dwóch swoich pobratymców.

Bohaterowie tłumaczą się Okrogowi, zdjęci trwogą przed nim i jego ochroniarzami.
Nuadu – Właściwie to… my szukamy kaplanow Tileopessii…
Mabon – I może już sobie pójdziemy

Wkrótce cała drużyna trafia do jaskiń, w których codzienne swoje życie toczą ogry. Wkoło ciekawie i podejrzliwie łypią na przybyszów baby i dzieciaki ogrowskie, nie przerywając swoich codziennych czynności. Prymitywne to osiedle wydaje się być samowystarczalne, karmione tym co złowią i upolują mężczyźni, a kilkanaścioro bawiących się (czasem w dość makabryczny sposób) ogrzątek, pozwala stwierdzić, że humanoidy mają się tu całkiem dobrze.

W ogrzym obozowisku przed oczami maluje nam się scena jak z losowej wioski z głębi Amazonii, nagie lub półnagie dzikie ogry prowadzą życie codzienne:
- Jeden ogr wyciera siusiora z zamiłowaniem…- opisuje MG.
- Bo zobaczyl Mabon?
- Stara, pomarszczona ogrzyca o oklapniętych cycach zajmuje się przygotowaniem posiłku… – kontynuuje niezrażony MG. Gracze, na przykład taki Fox, mają jednak inną wizję:
- … i woła: synku, synku wytrzyj dobrze siusiora, bo obiad podaję!

Scenka rodzajowa z ogrzej wioski. Ogrzątka walą kijami w wodę.
- Co oni robią?
- Taka zabawa, wiecie…
- Klepanie ryby.

Mabon wyjawia Okrogowi powód wizyty drużyny w jaskiniach pod Łysą Górą i prosi o pomoc w odnalezieniu kapłanów Thileopessi. Okrog skłonny jest takiej pomocy udzielić, ale jednocześnie wiąże odwiedziny ze zniknięciem dwójki samców poprzedniego dnia i sądzi, że wódz Lagdush będzie chciał z nimi najpierw porozmawiać. Mag na zakończenie rozmowy obiecuje się wstawić za ludźmi przed wodzem, zwłaszcza chętny jest po temu gdy otrzymuje dar od Nuadu, wspaniałą lunetę.

Awanturnicy zostają pozostawieni sami sobie w jaskinii pełnej ogrów i powoli starają się nawiązać kontakt z jej mieszkańcami, zwłaszcza z ciekawskimi dzieciakami. Wkrótce jednak nadchodzi do to nieuniknione. Z wyprawy poza jaskinię wraca wódz Lagdush ze swoimi wojownikami.

Feste wbił kolejny poziom, więc czas na rzut na punkty życia:
- WOW! 13 PŻ na 4d4! – tryumfuje Mijau.
- O cholera, jaki rzut! – mówi Robson z podziwem.
- Tak, tak, odczuwam pewien dyskomfort… – mówi MidMad, orientując się, że właśnie stała się postacią w drużynie o najniższej liczbie PŻ.

View
Skrzydła Rocranon cz. 94 - Gra w kamienie

Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Drużyna postanawia wspólnie przeszukać jaskinię nad podziemnym jeziorem. Na zewnątrz ma pozostać jedynie Bruna i zająć się dobytkiem towarzyszy. Mimo poczucia zagrożenia i niepewności bohaterowie wiosłują mocno, aby jak najszybciej wyciągnąć łódź na wysoki brzeg z daleka od nabrzeża, które odnalazł Keffar. Kiedy w końcu docierają w tamto miejsce, ognisko jest już wygaszone, a na brzegu leżą rybackie sieci, których wcześniej tutaj nie było. Keffar odnajduje ślady prowadzące na zachód i cała ekipa rusza za nimi.

Minimalna ilość światła ma zapewnić widoczność śladów i uniemożliwić łatwe dostrzeżenie skradających się ludzi. Grupa zbliża się do wąskiej szczeliny korytarza, kiedy zupełnie z nienacka słyszy bulgoczący głos mówiący “Proszę, proszę. A któż to nas nawiedził?”. W świetle odłoniętej lampy widać dwa wielkie, paskudne ogry, którym udało się podejść drużynę.

Montcort próbuje ułagodzić stworzenia i popchnąć rozmowę w kierunku interesującym drużynę, czyli kapłanów Thileopesi. Ogry widząc, że mogą coś ugrać, obiecują wskazać miejsce zamieszkania kapłanów, ale w zamian chcą od ludzi zapłaty. Zażarte targi krążą wokół jedzenia, które mają dostarczyć bohaterowie. Ogry są zainteresowane świeżym mięsem w ogromnych ilościach, które obiecuje Keffar. Kiedy już wydaje się, że wkrótce umowa zostanie zawarta, jeden z ogrów dorzuca do stawki Mabon, oblizując się lubieżnie.

Ogry twardo się targują, gracze na to stawiają ultimatum:
- Damy wam dwa jelonki i pokażecie nam drogę do kapłanów!
- MIELONKI!? – rozlega się nagle pełen niedowierzania głos w tle. Mabon burczy w brzuchu.

Ogry są wściekłe, żeby nas przepuścić, domagają się mięsa. ktoś wpada na genialny pomysł:
- Dajmy im lembasy, to ich zabije!

Jeszcze chwilę trwają przekomarzanki, ale drużyna już wie, że z targów nic nie będzie. W końcu cierpliwość ogrów kończy się i kiedy jeden z nich sięga w kierunku Mabon, otrzymuje potężnego kuksańca od Wudego, a reszta drużyny rusza do boju.

MG grozi Montcortowi:
- Jak masz napięty łuk i czekasz, to może ci się strzała wymsknąć…
Jego towarzysze wyjaśniają ze smutkiem:
- Montcort ma problemy z przedwczesnym… Tym.. no…
- Zwolnieniem cięciwy.
- Właśnie.

Walka jest bezpardonowa, a pierwszą jej ofiarą staje się odważny Wude, którego potężny cios maczugą rozkłada na ziemi. Mabon dopada do niego, gotowa użyć swojej magii leczącej, a reszta dwoi się i troi w walce z wrogami. Gdyby nie potężne ciosy Keffara, różnie mogło by potoczyć się to starcie, ale to właśnie one rozkładają wrogów, których kieszenie szybko przeszukują awanturnicy. Oba ciała zawleczone na brzeg jeziora lądują w jego ciemnych czeluściach.

Wude dostał potężny cios od ogra, ale z pomocą pospieszyła Mabon i uleczyła go. Montcort wyjaśnia:
- Wude dostał NFZtem…
- Aż za 6 pkt.? – dziwi się Wude. – To chyba prywatną służbą zdrowia…

Mabon robi killsteala na ogrze. Parasit/Keffar smuci się. MG nie przepuszcza okazji do podrażnienia się z graczem:
- Sorry, Parasit, za ogra wszystkie PD chyba dostanie Mabon…
- A ile PD jest za Mabon? – rzuca rzeczowo Parasit.

Kiedy do uszu awanturników docierają odległe głosy kolejnych ogrów, postanawiają zmienić obszar poszukiwań i wyruszyć na północ wzdłuż jeziora i ku wschodowi. Wciąż przy minimalnym świetle, świadomi obecności czegoś potwornego w wodach jeziora, niepokojeni przez nieprzyjemne zapachy zgnilizny i odgłosy toczących się kamieni, bohaterowie prą na wschód.

W wodach mrocznego jeziora pływa jakiś potwór:
- Widzieliście to? Tam… czarne… długie… obślizgłe… – duka przerażona Mabon.
- Wude! Schowaj to! – krzyczy Nuadu.
- Przestań, Mabon, Wude to też człowiek! – strofuje towarzyszkę Montcort.

Nagle jeden z wielkich kamieni unosi się na dwóch przedziwnych nogach i łupie okrągłymi oczyma na Keffara, po czym jak nie zdzieli zaskoczonego wojownika ostrym kamieniem! Kolejne kamienie podnoszą się z ziemi, a w głowie Keffara pojawia się wspomnienie legendy o tych stworzeniach. Z krzykiem “To geonidzi! W nogi!” rzuca się w kierunku, z którego przybyła drużyna. Tymczasem droga jest już odcięta przez poruszające się wokół kamienne stworzenia.

Montcort kładzie jednego z zasłaniających wyjście geonidów, drugiego niemal na pył roztrzaskuje potężny młot Wudego. Kolejne stworzenia omijane w pędzie atakują prymitywną bronią i kamieniami uciekających. Jeden z ciosów dosięga Wudego i rozciąga go jak długiego na ziemi. Z pomocą wraca natychmiast Mabon, a za nią zaalarmowani jej krzykiem towarzysze. Wymieniając ciężkie razy z wrogiem drużyna wycofuje się ku jezioru, słysząc milknące za sobą głosy pogoni.

Ranni i poszarpani awanturnicy docierają do łodzi i wracają nad jezioro, ukrywając starannie środek transportu w szuwarach. Pora znaleźć Brunę i zająć się obrażeniami odniesionymi przez drużynę.

View
Skrzydła Rocranon cz. 93 - Zimne głębie, czarnej wody

Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Z ranną i nieprzytomną elfką ciągnioną na włókach drużyna rusza dalej ku celowi swojej podróży. Znalezione ślady dużego humanoida budzą niepokój. Awanturnicy mają się podwójnie na baczności. Wszyscy docierają do zbocza widzianej z daleka Łysej Góry, ale zaczyna się robić już późno i brak czasu na bliższe rozejrzenie się po okolicy. Przed rozbiciem obozu Kefffar przeprowadza zwiad, wydaje się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Okazuje się to jednak nie do końca być prawdą.

Drużyna rozbija obozowisko na Łysej Górzy. Pogoda, co tu dużo mówić, pod psem.
MG zatroskany – Macie coś na rozgrzanie?
Montcort figlarnie – Ja mam w ekwipunku krótką, różową spódniczkę…

W środku nocy jakieś niepokojące dźwięki wywabiają z obozu Montcorta i ten moment wybiera jakiś dziwny pies na dobranie się do plecaka z prowiantem łucznika. Kefffar płoszy zwierzę, które dosłownie znika (!) na jego oczach i informuje powracającego towarzysza o niespodziewanych odwiedzinach. Wkrótce okazuje się, że stworzenie wróciło i przyprowadziło swoich towarzyszy. Niestety próby dokarmiania stworzeń ochłapami tylko bardziej je rozochoca i wkrótce drużyna staje oko w oko z głodną sforą teleportujących się psów, które przeskakują od jednego do drugiego członka drużyny.

Do naszego obozowiska zawitały bezpańskie (?) psy dingo najpewniej zwabione zapachem jedzenia. Montcortowi dingo zeżarł ostatnie racje żywnościowe, więc jak to na prawdziwego przyjaciela przystało, postanowił podchrzanić trochę racji z plecaka śpiącej Mabon. Montcort podchodzi i zaczyna jej grzebać w plecaku. Zauważa to Keffar:
- A co tu nasz jaśnie hrabia ODPIERDALA?!?!?!?

Nagle rozgorzała zupełnie poważna walka, a przeciwnik okazał się naprawdę twardy. Raniony przez psa Keffar oddaje z całą zaciekłością, ale i pozostali członkowie drużyny nie próżnują. Wkrótce jedno zwierze leży martwe, kolejne ranne teleportują się z obozu. Niestety okazuje się, że wraz z nimi zniknął plecak Bruny, nad czym wojowniczka szczególnie rozpacza i we wściekłości opuszcza obozowisko. Montcort pociesza dziewczynę, zachęcając jednocześnie do powrotu ku ognisku. Tej nocy nie dzieje się już nic niespodziewanego.

Po walce drużyna liże rany. Zaczynają się też pierwsze wyrzuty.
Mabon – No i co?! Było psy dokarmiać?!
Montcort – No co? Ciebie też zawsze dokarmialiśmy!

26 dzień starości

Poranna wspinaczka ku szczycie Łysej Góry nie daje żadnych nowych odkryć. Zasnute chmurami niebo, wisząca ciężka mgła i ledwie mrzący deszcz nie ułatwiają obserwacji Za to przebudzona w obozie elfka przedstawia się jako Nimlalve i dziękuje za uratowanie jej życia. Kieruje bohaterów do podnóża góry, nad jezioro, gdzie znaleźć się ma wejście do podziemnego kompleksu jaskiń, które prócz kapłanów Thileopeshi zamieszkiwać mają groźne ogry. Usłyszawszy o nocnym ataku na obóz, mówi że stworzeniami były migopsy i że zazwyczaj nie atakują ludzi.

Nimlalve proponuje zapłatę za opiekę Mabon, i w obliczu jej odmowy obiecuje kiedyś odwdzięczyć się za pomoc, po czym odchodzi. Drużyna zgodnie z radami elfki rusza nad jezioro szukać wejścia do kompleksu jaskiń. Nad jeziorem są ślady niedźwiedzia i kolejnego ogra, a także wyraźny ślad po miejscu gdzie w miękkim nabrzeżu zarył dziób przybijającej do niego łodzi. Wkrótce odnalezione zostaje również miejsce, w którym jezioro wpływa pod górę. Niestety nie ma szans przejść suchą stopą do wnętrza Łysej Góry.

Woda jest głęboka i zimna, ale Keffar jest Ostrojczykiem i nie zamierza przestraszyć się tej przeszkody. Szybko rozdziewa się i brodząc w jeziorze, którego woda okazuje się być cieplejsza niż temperatura powietrza, zagłębia się w ciemnościach pod górą. Wkrótce znajduje brzeg pełen ślimaków i na suchym lądzie zapala latarnię po czym ogranicza jej światło do możliwego minimum.

Spacer brzegiem czarnego jak smoła jeziora trwa kilkaset metrów kiedy do uszu myśliwego docierają niepokojące odgłosy. Wkrótce w świetle małego ogniska dostrzega wysokiego, tęgiego humanoida, ubijającego coś na skałach nad wodą. Postać wkrótce odchodzi, a Keffar dociera do niewielkiej, podziemnej przystani, gdzie w świetle ogniska odnajduje kołyszące się na delikatnej fali łodzie. Keffar bez zastanowienia wsiada do jednej z nich i wkrótce zmarznięty, ale szczęśliwy melduje się przy zaniepokojonej drużynie, obozującej u brzegu jeziora pod Łysą Górą.

Keffar, Ostrojczyk płynął wpław do jaskini pod wodospadem. Wraca łodzią, cały przemoczony, a tu okazuje się, że zaraz trzeba płynąć z powrotem. Bruna od razu pyta:
– Nie powinieneś się rozgrzać po tej kąpieli?
Keffar odpowiada dumnie:
- Ja już się rozgrzałem wiosłowaniem tutaj!
- To się jeszcze rozgrzejesz w druga stronę… – dorzuca przebiegle Montcort.

View
Skrzydła Rocranon cz. 92 - Łysa góra

Feste
kuglarz
3 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl

Na górze zostaje Wude, ranny, obecnie nieszczególnie zdolny do walki, ma zająć się osłami. Keffar wysyła na zwiad Festego, który jak zwykle jest oporny – na swój zabawny, błazeński sposób, czym irytuje Montcorta. Po krótkiej chwili drużyna już w szyku schodzi w lochy wieży. Pierwszy przedsionek wydaje się bezpieczny, za to za kolejnym przejściem czeka niespodzianka. Zaskoczonych bohaterów wita salwa rzuconych oszczepów. Jeden z nich rani Montcorta.

Czasem z magicznym światem gry, przeplata się rzeczywisty. Podczas walki następuje ten oto opis mechaniki gry:
MG: Ja mam koboldem KP 7, a ponieważ jest całkowicie ciemno… muszę wypuścić kota.

Po szybkim przegrupowaniu drużyna przystępuje do szturmu, który okazuje się być pełnym sukcesem, a same koboldy wydają się być słabsze niż te, z którymi przyszło walczyć na powierzchni. W walce wyróżnia się Mabon, która do tej pory ucierpiała chyba najmniej z całej drużyny. Udaje się jej jednego z nich porządnie nastraszyć groźnym spojrzeniem a następnie idealnym trafieniem zrobić z niego shish-kebab. Gorzej radzi sobie ciężko ranna Bruna, ale jest przy niej zawsze niezawodny Keffar z magicznym toporem. Walka szybko kończy się i druzyna rusza zbadać kolejne pomieszczenie. Nieco ociąga się Feste, który próbuje odnaleźć jakiekolwiek ukryte drzwi lub mechanizmy.

Pierwsza w nowej komnacie jest Mabon, która jeszcze przed wejściem wrzuca do środka pochodnię, aby uniknąć ewentualnego zaskoczenia w ciemnościach. Niestety drużyna i tak jest zaskoczona tym co widzi, na szczęście przeciwnicy są także zaskoczeni – pochodniowym manewrem Mabon. W komnacie znajduje się kilku dobrze uzbrojonych koboldów w tym jeden wyglądający naprawdę twardo, oraz jeden w którym drużyna rozpoznaje maga. Zapowiada się trudna walka.

Sytuacje poprawia jednak Montcort który wbiega do pomieszczenia i praktycznie z przyłożenia zabija maga pojedynczym strzałem z łuku. Pozbawione wsparcia koboldy rzucają się na resztę drużyny ciągle stojącą w wejściu, aby odciąć łucznika i wykończyć go przewagą liczebną. Niestety udaje im się – Keffar i Bruna nie mogą się przebić przez masy kłębiące się w drzwiach. Na pewien szalony pomysł wpada wtedy Feste, który wykorzystuje niski wzrost przeciwników, aby nad nimi przeskoczyć – tygrysim skokiem (czy jak kto woli “na szczupaka”) i przetaczając się ląduje akrobatycznie na środku pomieszczenia. W samą porę, aby jeszcze złapać niecelnie rzucona przez Montcorta wybuchową miksturę Simeona. Natychmiast okręca się wokół własnej osi i z całych sił ciska nią w najmocniejszego przeciwnika, który staje w ogniu. Pozostałe koboldy nie stanowią już wielkiego zagrożenia dla łucznika, który wykorzystuje swoją zręczność, aby unikać ich ciosów. To daje czas pozostałym, aby przebić się przez tłum przy drzwiach. Gdy pada ostatni z koboldów tarasujących wejście, Keffar rzuca się do przodu, niestety potyka się o jedno z ciał. Przeklinając w swoim stylu niezdarność ostrojczyka Bruna rzuca się na ratunek Montcortowi. Z pomocą Festego zabijają dwóch pomniejszych koboldów atakujących Montcorta, a łucznik dobija płonącego szefa.

Walka dobiega końca. Przetrząsając pomieszczenie drużynie udaje ustalić się, że ruiny mają najwyraźniej elfie pochodzenie, ale że od dawna są opuszczone. W jednej ze zmurszałych beczek drużyna znajduje skarb – sporo drobnych monet. Najwyraźniej koboldy trudniły się tutaj dorywczo rabunkiem.

Wyczyściliśmy leże koboldów, zabiliśmy bossa, prężymy piersi z dumy, bo dodatkowo znaleźliśmy ich skarb. Nie możemy się doczekać, żeby sprawdzić, co w nim jest i zwracamy swe pytające spojrzenia na MG:
- To kto rzuca na skarb? – pyta MG.
- Hurra, skaaarb! – cieszą się gracze.
- Ale wiecie – stwierdza MG. Gracze zamieniają się w słuch. – Ten skarb jest bardzo skromny – dorzuca bezlitośnie.
Nasz smutek był bezbrzeżny.

Drużyna postanawia odpocząć w pobliżu ruin. Keffar z Bruną załatwiają opał, gdy pozostali przygotowują obóz. Mabon czeka sporo pracy z leczeniem tych wszystkich odniesionych przez drużynę ran. Na szczęście w nocy jest spokojnie i późnym rankiem bohaterowie budzą się nieco wypoczęci i gotowi do dalszej drogi.

Dzień 25 starości

Gdy w mroźnym powietrzu rozchodzi się zapach gotowanej herbaty, Feste wykorzystuje chwilę na wykonanie własnych ćwiczeń – kilka skłonów, rozciągnięć i fikołków pobudza jego zastane stawy i mięśnie. Gdy reszta pakuje obóz, Keffar i Mabon przetrząsają pobliskie zagajniki w poszukiwaniu cennych ziół – zapasy Mabon kurczą się niebezpiecznie.

Wiedząc, że mogą jeszcze potrzebować zdolności szamanki, bohaterowie pozwalają rozpocząć jej podróż na grzbiecie jednego z osiołków. Dzięki temu może więcej czasu poświęcić na medytacje czarów. Po kilku kilometrach, w przerwie między drzewami zwiadowcy dostrzegają wzgórze – Łysą Górę. Wznoszący się nad okolicą szczyt jest samotny, a ostre skały wystające to tu to tam z nagiego, pokrytego jedynie porostami szczytu doskonale tłumaczą jej nazwę. U stóp wzgórza w porannych promieniach skrzy się spore jezioro.

Nagle z lasu dobiega wołanie o pomoc. Keffar nakazuje zachować cisze i rusza z Feste na zwiad. Szybko znajdują połamane, pomazane krwią liście paproci. Feste dostrzega wśród paproci delikatna dłoń leżącą bez ruchu – w sitowi znajduje ranną elfkę, z paskudną raną na brzuchu. Nieopodal leży złamany łuk. Keffar podnosi ranną i wraca do drużyny. Gdy Mabon opatruje ranę, łowcy sprawdzają teren. Znajdują miejsce walki i ciało zabitego ashery – wężowijca oraz ślady drugiej istoty. Znając te potwory, wszystkim jeżą się włosy na karku – stwory te są śmiertelnie niebezpieczne przez swój silny jad i ogromną szybkość poruszania się. Na szczęście Mabon udaje się zatamować krwawienie i zniwelować efekty trucizny – przydały się wreszcie ostatnie lekcje u Simeona. Elfka jednak nie odzyskuje przytomności. Drużyna postanawia spowolnić marsz, ale zabrać ją ze sobą, aby dopilnować jej powrotu do zdrowia. Bohaterowie przygotowują włuki.

Tymczasem idąc tropem drugiej ashery łowcy natrafiają na polankę, gdzie bestia pożywia się na zabitej sarnie. Bez namysły Montcort posyła dwie celne strzały, którymi zabija wężowijca. Tym sposobem pełna przygód sesja kończy się. Wygląda na to, że odnalezienie kapłanów Tilleopessi nie jest takim prostym i szybkim zadaniem, a wyspa Rocranon zaprawdę miejscem pełnym niebezpieczeństw czyhających na nieostrożnych wędrowców.

View
Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 2)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

25. dzień starości, port: Ipo

Wczoraj wyruszylim z Ipo pod pełnymi żaglami, niestety nie z samego rana – a wszystko to przez te szczury lądowe, pasażerów, znaczy, co sobie umyślili do Harivik z nami popłynąć. Tak po prawdzie to było ich pięć sztuk – jakiś mydłek w wytartej kapocie, który bezustannie rozprawiał o sposobach gręplowania wełny z owiec ostrojskich, a oprócz tego rodzinka – chudy jegomość z wąsem, tęga jejmość z charakterkiem oraz dwójka berbeci. A że dobre mam serce, jakem kapitan Roge, policzyłem cenę za oba dzieciaki jak za jednego dorosłego człeka. Nawet to porządnie od pokładu nie odrosło, miejsca też wiele nie zajmą, strata żadna. Jegomość z jejmością wydawali się zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Nasza podróż jednak się opóźniła – zanim podróżni wnieśli na pokład swoje klamoty, słońce już wzeszło. A ja tak lubię odbijać bladym świtem…

Nic to. Gorsze nadeszło później. Ledwieśmy odcumowali z Ipo, gdy zażywna jejmość podniosła wielki lament, jakoby jej “słodkie dzieciątko” (niechaj skisnę jak śledź! Tak powiedziała o tym diablęciu!) zaginęło i ani chybi wypadło za burtę! Kazałem nadobnej Eadburh bić w dzwon okrętowy i wydać stosowne rozkazy załodze. Kręciliśmy się po obszarze portowym wypatrując tego obsmarkanego utrapieńca za burtą do końca wachty porannej. O, wstydzie! Chyba długo nie pokażę się w tutejszej tawernie portowej, na nabrzeżu mieli z nas zaprawdę niezłe pośmiewisko! Jejmość raz po raz dostawała spazmów przerywanych ciskaniem gróźb w kierunku mej Losowi ducha winnej załogi, swego męża i każdego, kto znalazł się w zasięgu wzroku. Chciałem to babsko zdzielić piącha między te jej kaprawe oczka, ale po prawdzie to żal mi jej męża było. Biedny chłopina widząc reakcję żony bladł coraz bardziej, podtykał jej w stosownych chwilach sole trzeźwiące i gruchał do niej “nie martw się, moja duszko, Adzio na pewno się znajdzie”! Łypał przy tym co i raz na mnie błagalnym wzrokiem, w którym mogłem wyczytać katusze, jakie przechodził – i coś mi mówiło, że nie były to katusze jeno z powodu zagubienia potomka, a dodatkowo – że ani chybi trwały tak na oko od momentu zrękowin z tą jejmością. Tak. Naprawdę wspaniałe jest życie Kapitana Żeglugi Morskiej Masyma Roge! Szczególnie, jak ma przy boku taką dorodną dziewuchę jak Eadburh… [kleks]

Taak, Eadburh. To właśnie ona sprawiła, że nasze męki dobiegły końca. Ani chybi natchniona przez Los zeszła pod pokład do ładowni i, wciórności, znalazła tam tego gówn[przekreślone], to jest, słodkie dzieciątko, które zabawiało się wydłubywaniem dziur w workach z właśnie zakupioną pszenicą i wrzucaniem ziaren do cebrzyka z resztkami smoły do uszczelniania! Myślałem, że smarkowi te jego tłuściutkie nóżki z dupska powyrywam! Eadburh mnie jakoś powstrzymała, ach słabość mam okrutną do tej kobiety, ani chybi przez to, że przypomina mi o morzu: gdy się porusza pewnym krokiem po pokładzie, aż miło popatrzeć jak jej tam wszystko co trzeba faluje!
O czym to ja… Ach, bachor. Został zapoznany ze smakiem ojcowskiego pasa – ma się rozumieć poza zasięgiem wzroku jejmości, która ani chybi wpadłaby w kolejne spazmy, że jej “słodkiemu maleństwu” krzywda się dzieje. Smarkacza do końca rejsu do Harivik pilnował na pokładzie Edhar Bezoki, niechaj wiatry smrzyjają temu żeglarzynie, aż miło było popatrzeć, jak ten piekielny malec zalewał sie łzami za każdym razem (a nawet, zdaje się wnoszac po smrodzie, raz popuścił!), gdy Edhar uśmiechał się do niego, ukazując resztki sczerniałych zębów, albo zdejmował z zabliźnionego oczodołu opaskę. Zemsta jest słodka…

26. dzień starości, port: Harivik, wieczór

Te cholerne szczury lądowe w końcu zeszły na ląd, tfy!, w końcu mogłem się zająć pracą. Harivik do najłatwiejszych portów nie należy, liczne szkiery uniemożliwiaja szybką nawigację nawet tak znamienitemu kapitanowi jak mi, dlatego wynająłem pilota i zszedłem pod pokład sprawdzić jak się ma nasza beczułka z rumem. Inspekcja zapasów żywności to podstawa!

27. dzień starości, port: Harivik

Po odwiedzeniu kilku kupców z samego rana dnia następnego okazało się, że nie mają zbyt wiele chodliwych towarów do zaoferowania. W dodatku niewielu kwapiło się do interesów. Zakupiłem trochę kamieni półszlachetnych i dobrze je ukryłem w swej kajucie, aby mieć na nie baczenie. Całkiem niezłą cenę udało mi się stargować, nie chwaląc się. Dałem załodze pół dnia wolnego, a sam opiłem sukces z Eadburh w tawernie. Oj, ma twardą głowę ta dziewucha!

28. dzień starości, port: Harivik

Postanowiłem oczekiwać na lepsze wiatry jeszcze jeden dzień, bo w końcu zgłosiło się do mnie dwóch kupców – zakupiłem wszystko, co mieli zaoferowania, coby jakoś ładownię naszego „Kalmarka” zapełnić, niech pokaże jak się sprawuje na pełnym morzu! Zakupiłem różnorakie naczynia szklane (ktoś to przecie gdzieś musi kupić, może jakie szlachcice?), a i 10 beczułek przedniego wina udało mi sie wytargować, choć lekko nie było, kupczyna wił się jak piskorz, alem w końcu targu dobił. Po załadunku byliśmy gotowi do drogi powrotnej. 410 kilometrów, wciórności, jak my to zrobim w dwa dni?! Nasi czcigodni armatorzy przykazali nam być 30 dnia starości na miejscu i odebrać podróżników… Oj, przyjdzie nam pomodlić się o sprzyjające wiatry. Wyruszamy w drogę!

Idzie nam jak z płatka. Co za przepyszny wiatr! „Kalmarek” się dzielnie sprawiał i zrobiliśmy według mych map całe 160 km zamiast spodziewanych 130! Wąchaj skisłe śledzie, kapitanie Yrghardzie ze „Sztormowego Petrela”, coś mi przy piwie w Harivik mówił, że „Kalmar” powyżej 140 km dziennie nie wyciągnie! Ta twoja rzeczna barka, co ją próbowali przerobić na statek handlowy na pewno nawet 140 km nie przemierzy, jeno pierwej przeciekać zacznie!

29. dzień starości, na pełnym morzu

Wiatr się wzmagał od rana, w dodatku wiał uparcie na wschód, w stronę Argadów, a niech to dudnder świśnie! Nagle niebo zasnuło się chmurami, na Ducha Wiatru!, przyszły chyba znikąd. Gdy pojawiła się flauta i morze całkiem się uspokoiło, już wiedziałem. Czekała nas przeprawa przez sztorm.

Rozpętało się piekło, ledwie zdążylim zrefować żagle. Edhar, który przywiązywał wszystkich linami, tak się zapamiętał w swym zadaniu, że z wrażenia zapomniał o sobie i prawie za burtę nie wypadł. Wichura i coraz większe fale miotały „Kalmarkiem” jak łupiną orzecha. Opiliśmy się wszyscy wody morskiej, a gdy błyskawice zaczęły walić, przyznam, że nawet ja po cichu wzywać zmiłowania od Ducha Wiatru zacząłem. Gdy kadłub wydał z siebie dziwny dźwięk, myślałem że już po nas. Do dziś nie wiem, co to było – jakaś skała podmorska, potwór z głębin, a może jeszcze co inszego? Zaczęlim nabierać wody, więc Eadburh zapędziła wszystkich do wypompowywania jej. Sternik Vyncis, co łapskami może podkowy giąć, ledwie ster trzymał, sam mu w tym pomagałem – niemal nam go kilka razy z rąk wyrwało. Wszystkim nam po głowach kołatała się jedna myśl: byle do świtu…

30. dzień starości, na pełnym morzu

W trakcie wachty cmentarnej, w nocy, wszystko się uspokoiło. Odetchnąłem z ulgą i zerknąłem w czyste teraz niebo, na którym szczęściem widać było gwiazdy. A niechby to zdechły halibut! Zniosło nas kawał drogi w kierunku Argadów. Wokół ani pół statku, pewnikiem wszystkim przyszło do portów zawinąć.
Ustawilim poprawny kurs, przygotowalim żagle, ale wiatr całkiem osłabł. Poruszamy się teraz z prędkością leciwego żółwia morskiego pełzającego po dnie, czyli z taką, do jakiej zwyczajny ten przeklęty kapitan Yrghard. Ani chybi on tym swym mieleniem ozorem po próżnicy przeklął ten rejs! Huncwot za moje własne pieniądze pił!

32. dzień starości, okolice Sotham

Kolejne dwa dni pełzniemy bez zmian w kierunku Sotham i modlimy się o wiatr. A niech to dunder świśnie! Panienka Mabon pewnie rwie włosy z głowy, a Pan Keffar to pewnie uszu mi natrze jak nic za takie opóźnienie! Żeby mi tylko z pensum nic nie potrącili!
Coby załoga się zanadto nie leniła, kazałem im naprawić szkody w towarze powstałe w ładowni oraz jako-tako podreperować kadłub. Uszkodzenie nie jest tak duże, jakem początkowo myślał, chwała niech będzie wszystkim morskim duchom! Wygląda na to, że przeciekające poszycie kadłuba da się zalepić smołą i pakułami. Pęknięcia będzie trzeba naprawić w suchym doku.

Słyszę radosne pokrzykiwanie sternika, poczciwego Vyncisa. Widać ląd! Chwalić Los, dopłynęliśmy. Kwaterka rumu dla wszystkich! Dwie dla mnie, ma się rozumieć.

View
Skrzydła Rocranon cz. 91 - Furia dzika

Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

23 dzień starości

W czasie, gdy elfim pasterzom drzew nie spieszy się na spotkanie, bohaterowie są coraz bardziej niespokojni. Czas ucieka, a oni zmuszeni są do gnuśności. Nic dziwnego, że szukają jakiegokolwiek zajęcia. Na ten przykład Mabon postanawia zbadać dokładniej fosforyzujące dziwnie, ogromne i prastare drzewa. Kontakt fizyczny z nimi jednak kończy się bardzo szybko, gdy magiczna energia niewiadomej natury przeskakuje na szamankę, mocno wstrząsając jej wewnętrzną aurą i zsyłając na nią niepokojącą wizję. Od tego czasu staje się nieco osowiała, co oczywiście rozpętuje w obozie dyskusję i niepokoje – jeszcze niedawno podobne wydarzenie doprowadziło do znacznych perturbacji charakterów Festego i Simeona. Mabon jednak uspokaja towarzyszy, że wszystko tym razem jest w porządku.

Wkrótce zjawiają się długo oczekiwani elfowie. Montort, Keffar i Halden na spółkę wyjaśniają istotę misji z którą przybyła drużyna, nawzajem uzupełniając wszelkie szczegóły. Po wysłuchaniu relacji bohaterów delegacja udaje się na naradę ze starszyzną, w czasie której drużyna zostaje uraczona posiłkiem. Apetyt jednak nie do końca dopisuje,ze względu na nerwowe oczekiwanie na decyzję gospodarzy co do pomocy. Na szczęście starszyzna pasterzy drzew zgadza się wskazać drogę do świątyni kapłanów Tilleopessi, tajemniczo wspominają także coś o championie i jego roli w sukcesie całego przedsięwzięcia bohaterów.

Po południu Halden ćwiczy nowo poznana umiejętność rzucania czarów, przy czym wydaje się, że obecni na polanie młodzi elfowie są tym żywo zainteresowani i nawet wydają się kibicować początkującemu magowi. Chcąc wykorzystać sytuację – być może elfy znów czegoś go nauczą – Halden postanawia postarać się najlepiej jak potrafi i wyczarować coś ciekawego korzystając z jedynego czaru jaki posiada – prostej sztuczki iluzji. W końcu udaje się mu wyczarować iluzję świecących motyli, które unoszą się do koron drzew. Po tym pokazie elfowie wracają jednak do swoich zajęć jakby nigdy nic. Halden martwi się, że pewnie uważają go za nieudacznika.

Jednak próbuje (z pomocą Nuadu) zagadać jeszcze raz do tych elfów wieczorem przy kolacji, tym razem odnosząc sukces – nawiązuje się ciekawa rozmowa na temat magii wśród elfów, magii jako takiej, jej natury i jej powiązań ze światem. Halden poznaje kilka teoretycznych podstaw a pod koniec rozmowy dostaje propozycję pozostania w gościnie u elfów w celu dalszego studiowania magii. To przeszło wszelkie marzenia młodego maga i nie trzeba oczywiście zgadywać jaka była jego decyzja. problemem jednak jest drużyna i konieczność powiadomienia ich o tej decyzji. Nuadu oczywiście zgodnie ze swoja milczącą naturą nie zamierza się wtrącać i zostawia Haldenowi wolny wybór, co do sposobu powiadomienia pozostałych.

Reszta drużyny w tym czasie wysłuchuje relacji elfów na temat kapłanów Tilleopesii i sposobu ich odnalezienia. Dziesięć kilometrów w dół rzeki ma znajdować się jezioro, nad którym piętrzy się samotna łysa góra. To w tym miejscu ma znajdować sie hram kapłanów Tilleopesii. Drużyna dowiaduje się, że kapłanów jest coraz mniej i że z roku na rok tracą część swojej mocy. Elfowie jednak nie są w stanie (a może nie chcą?) wyjaśnić dlaczego.

Gdy pozostali pochylają się nad mapą rysowaną przez jednego z elfich zwiadowców, Montcort zauważa, że obóz opuszcza Bruna, będąca w wyraźnie złym nastroju. Postanawia za nią pójść i dowiedzieć się co się stało. Nie udaje mu się wyciągnąć z wojowniczki powodu jej złego humoru, ani tego na kogo tym razem się obraziła, najwyraźniej zyskuje jednak jej sympatię.

24 dzień starości

Mroźny ranek budzi drużynę chłodem, skostnieniem i bólami pleców. Poza obrębem magicznych drzew leży cieniutka warstwa śniegu, jednak w porannym słońcu szybko znika. Zima zbliża się wielkimi krokami!

Gdy inni pakują obóz przed odejściem, Mabon odchodzi samotnie, aby pomedytować. Samotnie? Nie do końca. Jeszcze nie wie, że śledzi ją Feste, który chciałby się chyba odegrać za śledzenie go parę nocy wcześniej. Gdy Mabon zapada w trans widzi między drzewami swe totemiczne zwierzę – kruka. “To co widziałaś, to przeszłość”, rozlega się wtedy głos, dochodzący jakby ze wszystkich kierunków naraz. Nagle Mabon słyszy coś jakby śpiew – mantrę wypowiadaną pięknym , jednak monotonnym głosem. Udaje się w kierunku głosów i jest świadkiem jakiegoś rytuału elfów. Nagle, obok niej pojawia się przedziwna istota – podobna do elfów, lecz jeszcze bardziej delikatna. Wydaje się być ubrana w tunikę z kory i mchu – nie, zaraz, jej skóra jest korą! A sylwetka wydaje wyłaniać się z pobliskiego drzewa! Driada uśmiecha się figlarnie do Mabon, kładąc palec na ustach w geście ciszy, znika w drzewie, by po chwili pojawić się znowu – tym razem pod postacią bardzo podobną do elfa. Rusza w kierunku śpiewających strażników drzew, mając chyba ochotę zrobić im jakiś psikus. W tym jednak momencie, czający się nieopodal Feste potyka się i robi straszny hałas (specjalnie?). Wystraszona driada kryje się w swoim drzewie Mabon patrzy karcąco na Festego który tylko wzrusza rękami. Nagle! Kuglarz obrywa dostaje szyszką w czoło od chichoczącej driady. Mabon wraca obserwować elfy, gdy tymczasem Feste pieczołowicie rozgląda się za driadą, która najwyraźniej bawi się w chowanego. W pewnym momencie ją dostrzega – gdy ta znów rzuca mu coś, tym razem pod nogi. Feste szybko łapie woreczek i chowa prezent do kieszeni, tak aby Mabon nie zauważyła. W tym czasie Mabon widzi, jak elfy opuszczają polanę. Szamanka podchodzi wiedziona ciekawością do pozostawionych przez elfy miseczek – znajduje się w nich jakiegoś rodzaju kadzidło, o intensywnym, ale przyjemnym zapachu żywicy i łamanych igieł świerkowych.

Pozostali są już praktycznie gotowi do wyruszenia. Uwagę na siebie zwraca Halden, który, gdy podaje Mabon jedną z ksiąg – dotyczacą języka jaszczuroludzi i prosi o jej przekazanie Simeonowi. Prosi także o przekazanie szczerych przeprosin, za swoja ucieczkę. Gdy Montcort zdaje sobie sprawę co się właśnie dzieje, postanawia interweniować – z pozycji autorytetu próbuje przemówić młodemu magowi do rozsądku, ten jednak jest niezłomny w swej decyzji. Montcort kapituluje, gdy pozostali przyznają rację młodzieńcowi – Nuadu przekazuje Haldenowi w darze mały mieszek z doskonałymi igłami wykonanymi z rybich ości – “abyś o nas pamiętał i do nas wkrótce wrócił” – mówi.

Robson grający zwykle starzejącym się alchemikiem Simeonem obecnie gra jego uczniem Haldenem (dawniej Harderem :P). Gdy ten ostatni podjął decyzję o pozostaniu wśród elfów, gracze zaczęli się zastanawiać, kim teraz zagra Robson…
- Ale on rozsiewa te postaci po świecie!
- Ja po prostu liczę na 500+ – Robson uchyla rąbka tajemnicy.
- 500 pedeków na sesję za postać?!
- Ja mam postulat dla MG: dodatkowe 500 PD na każdą postać powyżej pierwszej na gracza!

Smartf0x bezlitośnie drwi z kolegi i jego specyficznej maniery nazywania postaci:
- A wiecie, jak się będzie nazywać nowa postać Robsona? Przyjdzie i powie „Cześć, jestem Soften!”
- Jeszcze brakuje nam Longera i Shortera.
- To będzie Chińczyk Long Wang! – wyjaśnia Robson.

Odejściem Haldena najbardziej poruszony jest Montcort, jako że on zajmował się „przysposobieniem obronnym” młodzieńca. W dodatku okazuje się, że to on ma w imieniu chłopaka przeprosić Simeona za nieposłuszeństwo. Montcort kipi ze złości, jednak Feste i Mabon mają jak zwykle swoją teorię:
- Ojoj, Montcorta chyba spotkał zawód miłosny… – spojrzenia Montcorta w stronę tej dwójki nie będziemy tu opisywać.

Drużyna opuszcza magiczny zagajnik, od czasu do czasu rzucając spojrzenia na magiczne światło, które zostaje za nimi. Przed nimi droga w nieznane i walka z nasilającą się z każdą chwilą niespodziewaną burzą śnieżna.

Drużyna nadal ze smutkiem wspomina Haldena i pożegnanie z nim, ponieważ prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczymy. Nawet Montcort zmarkotniał. Nadal nie ustają spekulacje co do nowej postaci Robsona. Gdy MG zarządza krótką przerwę, Mijau puszcza wodze fantazji:
- Montcorcie, wyczuwasz obecność przy Twoim prawym ramieniu. Odwracasz się, a tam niziołek wpatrujący się w Ciebie jak w obrazek. Gdy nawiązujecie kontakt wzrokowy, mówi dość głośno: „NO CZEŚĆ, JESTEM WASZYM NOWYM TOWARZYSZEM!”
Smartf0x zachowuje kamienną twarz. Robson zaraz podejmuje wyzwanie:
- Hej, cześć i czołem, pytacie skąd sięęę wzioooołem? Jeeeestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek a w domku światło, linę, miecz, a więc zaśpiewam jeszcze raz!…
Nie wiedzieć czemu Montcort (a może Smartf0x?) wykonał bardzo długi facepalm mentalny.

W pewnym momencie burza nasila się tak bardzo, że nawet potężni wojownicy mają problem z brnięciem dalej. Drużyna znajduje zagłębienie pod zwalonym konarem i przeczekuje niepogodę. Mabon pomaga ziołami Nuadu, któremu odezwały się jakieś zadawnione rany. Gdy przestaje padać śnieg, bohaterowie ruszaja dalej.

Drużyna wędruje przez las w niesprzyjającej pogodzie. Czarnoskóry Feste opada z sił, na szczęście obok pojawia się dzielny wojownik Wielki Wude (NPC) o hebanowej skórze i bierze błazna pod ramię, pomagając mu w tej trudnej chwili. W oddali bydło zaczyna muczeć:
- BLACK POWER!

Walcząc z silnym wiatrem w końcu udaje się dotrzeć do morza, Idąc dalej według wskazówek elfów drużyna dociera między wzgórza. Tu czeka bohaterów niespodzianka, gdyż przed sobą widzą zarys jakiś zabudowań. czyżby to był klasztor Tilleopesii? Postanawiają oczywiście to sprawdzić. Budynek wykonany jest w bardzo misterny sposób, z dobrej jakości budulca – wygląda na marmur – jednak stan samej budowli jest raczej opłakany. Widać sporą wieżę, jakieś łuki, przypory – zabudowania wyglądają no coś co rzeczywiście mogłoby być świątynią. Pamiętając uwagę o upadku kultu, bohaterowie stwierdzają, że chyba znaleźli to czego szukali. Ostrożność jednak zawsze popłaca i na zwiady zostaje wysłany Keffar, który niepostrzeżenie skrada się do budynku. Coś jest jednak nie tak – nad niewielkim strumykiem ktoś wybudował prymitywny most z drewna, zupełnie nie pasujący do reszty. Dalej łowca znajduje ślady małych humanoidów – czyżby znów gobliny albo koboldy? W sumie Hashbelu z wyspy Wichrowych Wzgórz także wspominał o kapłanach Tilleopessi. Czyżby mieli oni okazać się istotami chaosu?

Napotkaliśmy ruiny starego (elfiego?) zamczyska. Drużyna zastanawia się, co robić:
- Tam mogą być koboldy…
Robson odzywa się znienacka głosem kobolda:
- Witajcie, czy szukacie nowego towarzysza?
Montcort w końcu niemal traci opanowanie:
- Napiszcie na jukach naszego osła, że rekrutacja zamknięta!!!

Na dalsze zwiady, dla bezpieczeństwa do Keffara dołącza Nuadu i Montcort. Gdy łowcy zakradają się bliżej zabudowań, słyszą… kwiczenie dzikiej świni? Wszystko zaczyna wyglądać coraz bardziej podejrzanie. Keffar wraca przywołać resztę drużyny, gdy tymczasem pozostali widzą jak z budynku wychodzi kobold. Nie ma jednak już możliwości poinformowania Keffara. Wszyscy, łącznie z koboldem, widzą jak przez mostek bez żadnego skrępowania maszeruje Feste. Już po chwili ze środka budynku dochodzi sygnał alarmu, brzmiący jak walenie chochlą w patelnię. Z zabudowań wypadają kolejne koboldy.

Nagle skądś słychać chrumkanie dzika. Spanikowany Smartf0x oświadcza:
- Robson teraz zagra dzikiem, który chce zostac druidem!
- Tak, to będzie druid zmiennokształtny, świniołak – dopowiada uradowany Robson. – Specjalna zdolność: znajdowanie trufli!
- Potem zagra truflem – dodaje Smartf0x złowieszczo. – Albo truflą?

Drużyna postanawia wkroczyć w ruiny zamku. Mistrz Gry opisuje:
- Wbiegacie na wieżę. Czujecie zapach wielu niemytych ciał, odchodów…
- Coś jak trzeci dzień konwentu?

Drużyna rozbiega się, gdy koboldy zaczynają strzelać z łuków. Mabon, Feste i Wude kryją się za murkami rozrzuconymi to tu to tam, gdy tymczasem Nuadu i Montcort strzelają do koboldów, zabijając kilku. Keffar obchodzi budynek, szukającinnej drogi wejścia niż obsadzona koboldzimi łucznikami przednia rampa. Znajduje wyłamane drzwi, a za nimi obszerne pomieszczenie, ze schodami prowadzącymi na dół w ciemność i do góry – najwyraźniej w kierunku posterunku koboldów łuczników. Widzi jak grupa koboldów wybiega po schodach na górę. Natychmiast postanawia zaszarżować ich “z flanki” na schodach i wywołać w ten sposób panikę. Szybko udaje mu się zabić kilku. W tym momencie jednak z drugiej strony, z ciemnego otworu w podłodze wybiega kilka koboldów i… dzik, który natychmiast szarżuje na Keffara. Sytuacja robi się nieciekawa, kiedy łowca musi walczyć na dwa fronty – z koboldami z góry i dzikiem z dołu. Na szczęście nikt tu nie ma broni miotanej, a na schodach jest dość wąsko, tak, że Keffar walczyć musi jedynie po jednym przeciwniku z każdej strony.

Dzielnych śmiałków atakuje CAŁA MASA koboldów, wiele z tych stworów pada z ręki walecznych postaci, ale ciągle pojawiają się nowe. Ekipa się niecierpliwi:
- Oni chyba sobie do serca wzięli te 500+…
- Modelowa rodzina!

W tym czasie na górze Montcort co i rusz ubija kolejnego kobolda, których strzały są dla bohaterów niegroźne. Feste próbuje włączyć się do walki rzucając sztyletami i próbując sprowokować koboldów do pomyłki swoimi “występami”, jednak nie udaje mu się osiągnąć większych efektów. Wude nakazuje Mabon zostać w miejscu a sam wykonuje brawurową szarżę na frontowe schody, po drodze robiąc marmoladę z jednego kobolda za pomocą swojego wielkiego młota bojowego. Nuadu zakrada się z drugiej strony i po zwalonej kolumnie, niczym zawodowy elf z pewnej trylogii, wyskakuje na podest wieży, gdzie znajduje się główne stanowisko łuczników – przez co powoduje małe zamieszanie. Daje tym samym okazję Wudemu na przedostanie się wyżej i włączenie się do walki.

Mordercza drużyna zabija koboldy aż (nie)miło, trup ściele się gęsto. Przypominamy sobie wydarzenie sprzed kilkunastu sesji, gdy po zabiciu złowrogiego trolla okazało się, że on tylko bronił leża, w którym popłakiwały małe, [[Skrzydła Rocranon cz. 71 – Trzy trollątka | słodziutkie trollątka]] wołające za mamą. Keffar ostrzega wszystkich:
- Zobaczycie, a potem się okaże, że to przytułek dla sierot koboldzich Matki Halucyny z Mrzysnu!

W tym czasie Keffarowi na pomoc przychodzi wysłana przez Montcorta Bruna – widząc jednak kotłowaninę na schodach i hordę istot w wieży, nie decyduje się na szarżę. Zamiast tego zaczyna rzucać oszczepami, chowając się za zawalonym murkiem. Keffar jednak coraz bardziej potrzebuje pomocy – okazuje się, że dzik jest bardzo twardym przeciwnikiem i poważnie poturbował naszego łowcę. Ten nie jest dłużny i co rusz zadaje okropne rany swym zaczarowanym toporem. Dzik jednak jest chyba w amoku i nie zwraca na nie uwagi.

Na dachu Wude i Nuadu rozprawiają się z koboldami – Nuadu rusza w kierunku schodów, aby dostać się do Keffara, gdy tymczasem Wude decyduje się na ryzykowny manewr i skacze z wieży, około 5 m w dół, aby szybciej znaleźć się przy okropnie ranionej właśnie Brunie. Skok z dachu nie udaje się jednak do końca i Wuda pada na ziemie nie mogąc się długo pozbierać. Na szczęście podczas upadku połamał jednego z atakujących Brunę koboldów. Stworzeń jednak przybywa, tak, że nawet Montcort musi odrzucić łuk i bronić się w zwarciu.

Gdy już wydaje się, że nie uda się przetrwać kolejnej fali, Keffarowi nareszcie udaje się ubić dzika. Mimo, że poważnie ranny, wojownik jest nadal w lepszej kondycji niż niektórzy z pozostałych członków drużyny. Z jego pomocą szybko udaje się odrzucić kolejną falę potworów. Część z nich wycofuje się w ziejącą ciemnością dziurę w podłodze wieży.

Nastąpiła przerwa w walce z koboldami. MG zadaje tradycyjne pytanie:
- To co robicie?
- No jak to – stwierdza Montcort – idziemy strzelić kobolda w kask!

Poranieni bohaterowie dźwigają się ciężko, otaczając mroczne przejście – co się zaczęło, trzeba będzie skończyć. Mabon na ile może leczy pozostałych a Nuadu rozpala pochodnię. Gdy wszystko jest gotowe, zaciskając przemoczone od krwi rękawice na stylisku swego topora, Keffar rusza przodem.

View
Skrzydła Rocranon cz. 90 - Strażnicy drzew

Feste
kuglarz
3 lvl
Halden
uczeń alchemika
1 lvl
Keffar
łowca
5 lvl
Mabon
łowca duchów
3 lvl
Montcort
strzelec
4 lvl
Nuadu
łowca
4 lvl

20 dzień starości, obóz elfów

Wieczorem znów wszyscy gromadzą się wspólnie przy wielkim ognisku. Wśród elfów pojawia się sporo nowych twarzy, których bohaterowie nie rozpoznają. Nuadu udaje się nawiązać rozmowę z jedną z nowo przybyłych elfek, która wydaje się być zafascynowana znajomością języka elfów, którą może pochwalić się Nuadu. Jego akcent przykuwa uwagę, stąd tez musi on wyjaśnić, że nauczył się go na innym kontynencie – w paezurii. To proste stwierdzenie sprawia, że elfka, Nerwenye, tym bardziej jest zainteresowana opowieściami łowcy z dalekich krajów.

W tym samym czasie Halden szuka sposobności, aby wyrwać się spod bacznego wzroku Montcorta i spróbować zrealizować część swojego planu. W końcu udaje mu się namówić Daenaliego, aby ten zabrał go jako pomocnika do kuchni. Tam, obierając warzywa opowiada o swoich planach i o księdze, którą ma ze sobą. Elf chce zobaczyć księgę, ale Halden martwi się, co zrobi Montcort, gdy zobaczy go pałętającego się po obozie, nie chce ryzykować opuszczenia bezpiecznego schronienia w kuchni. Daenali zgadza się przynieść rzeczy młodego maga… Udaje mu się bez zwracania uwagi wyciągnąć rzeczy Haldena i już po chwili jest spowrotem. Jednak okazuje się, że księga jest zbyt skomplikowana. Radzi Haldenowi, aby porozmawiał z Ladrime, która posiada tutaj chyba największą wiedzę w zakresie magii.

Feste wymyka się po cichu do lasu, ale czujna Mabon zauważa to. Martwiąc się jeszcze, po niedawnych przygodach, o swojego przyjaciela namawia Keffara aby oboje śledzili minstrela i sprawdzili, czy nie zrobi ‘czegoś głupiego’. Tracą jednak w ciemności trop. Rozglądając się bezradnie Mabon nie dostrzegają, gdy w pobliżu pojawia się bezszelestnie jeden z elfów. Gdy Mabon go dostrzega, omal nie dostaje zawału – elfowi udało się podejść niezauważenie na odległość wyciągniętego ramienia! Przy takim wyczynie, nawet Keffar zwątpił w swoje umiejętności tropienia. Elf nic nie mówiąc, gestem nakazuje iść za sobą. Prowadzi dwójkę przyjaciół do wielkiego zwalonego drzewa, po czym znika. W zagłębieniu pod korzeniami Keffar dostrzega pochyloną sylwetkę Festego, który… rozpala ognisko.

Mabon z Keffarem chodzą po lesie, szukając Festego, który się gdzieś zawieruszył. Wkrótce spotykają elfiego strażnika. MG opisuje sytuację:
- Elf coś mówi śpiewnie w swoim języku, uśmiecha się i wskazuje wam drogę w ciemność.
Mabon i Keffar nie znają tego języka i nic nie rozumieją. Z pomocą przychodzi im Nuadu, który udając mowę elfa, tłumaczy, szeroko się uśmiechając:
- Idźcie tam, ludzie, tam są kociołki, w których gotujemy obcych!

Gdy ogień zaczyna wesoło trzaskać łotrzyk wstaje i zaczyna się rozglądać z zakłopotana miną, tak jakby czegoś szukał. W pewnym momencie jego wzrok napotyka Mabon i Keffara. Trefniś jest zmieszany i nie za bardzo wie jak się wytłumaczyć ze swoich poczynań (miał w planach przygotowanie trucizny ze zdobytych składników) – tak więc zamiast wyjaśnień postanawia przejść do kontrataku i zaczyna wypytywać co to Mabon i Keffar sami po nocach robią w krzakach tak daleko od obozu? Zmieszana Mabon jąkając się i czerwieniąc tłumaczy, że to tylko z troski poszła za nim, aby upewnić się, że wszystko ok i że z Keffarem to nic a nic nie znaczy. Suma sumarum, po dłuższej wymianie zdań i paru uszczypliwości ze strony Festego, cała trójka wraca do obozu. Feste zaś zastanawia się przez resztę wieczoru skąd wytrzasnąć naczynka.

Rozkojarzona po spotkaniu w lesie i oskarżeniach Festego Mabon postanawia zajrzeć do świata duchów. Gdy wszyscy zajmują się swoimi sprawami szamanka wykonuje jeden ze swoich rytuałów i zapada w trans. Cała polana ożywa niesamowita ferią barw magicznych żył drzew i bogactwem żwawych dusz zwierząt. Szczególnie jej uwagę przyciąga niewielki, ale jasno świecący duch oposa, który przysiadł na pobliskim drzewie. Mabon wyciąga rękę i karmi ducha tak jak zwykłe zwierzę, resztką kolacji, co napawa jej dusze dziwnym spokojem i harmonią…

21 dzień starości

Drużyna budzi się o świcie i zaczyna zwijać obóz. Zaspana Mabon jest jak zwykle głodna, więc wyciąga skądś udko z kurczaka i zaczyna je wcinać. Zdumiony Keffar pyta:
- Skąd je masz?
- Z wczoraj! – pada odpowiedź.
- Jak by ją wziąć za nogi i wytrzepać – myśli na głos Nuadu – pewnie wypadłoby masę żarcia!
Jak zwykle Montcort O Ciętym Języku nie może się powstrzymać od przedrzeźniania koleżanki:
- „O, to jadłam dwa tygodnie temu! O, a to marchewka! A nie, to nie do jedzenia…”

Elfy znów zniknęły wcześnie rano. W obozie został praktycznie sam Daenali, który od rana stara się wymyślić jakąś rozrywkę dla naszych bohaterów. Razem z Nuadu postanawiają nałapać ryb na obiad, gdy tymczasem Montcort wpada na cudowny jego zdaniem pomysł szkolenia dla Haldena: pójdziemy tropem elfów. Haldenowi nie jest to w smak, ale Daenali wyjaśnia, że razem z elfami jest też Ladrime – to nieco ożywia markotnego młodzieńca. Wyruszają w trójkę z Keffarem.

W tym czasie Feste zaczepia Mabon i dopytuje się, tym razem bez świadków, co tak naprawdę łączy Mabon z Keffarem – widać chłopak wziął sobie wczorajsze spotkanie ‘do serca’. Mabon jak zwykle ma problemy z rozmawianiem na takie tematy i czerwieniąc się uroczo zapewnia, że nie ma żadnych powiązań i że nie ma o czum mówić, a w ogóle to może dobrze byłoby zmienić temat i pozbierać nieco ziół w lesie. Razem udają się na pobliską łączkę, gdzie… znajdują rozerwanego na strzępy królika. Nie zdążyli jeszcze pomyśleć, że coś jest nie tak, gdy z lasu szarżuje na nich wielka stonoga! Szybko zrywają się do biegu, pamiętając opowieści Keffara o śmiertelnie groźnych i jadowitych aszerach. Udaje im się uciec, po drodze jednak gubią drogę. Mabon postanawia użyć magii, aby wykryć właściwy kierunek. Gdy już wydaje jej się, że w miarę rozróżnia strony świata, ustanawia kierunek. Po kilku minutach ostrożnego skradania się gęsty dotąd las zaczyna się przerzedzać, a przed nimi wydaje się otwiera się polanka. Feste jest pod wrażeniem zdolności Mabon, jednak po chwili okazuje się, że to jednak nie obóz elfów, a wielka polana wypełniona wysokimi paprociami. Mabon wyczuwa, że coś jest nie w porządku z magia tutaj, dlatego postanawiają pójść brzegiem i nie zanurzać się w dziwnie wybujałe krzaki. Około kilometra dalej wynurzają się w pustym obozie. Gdzie podziali się wszyscy?

Po kilku godzinach ‘szkolenia’ Montcort postanawia schować się Haldenowi, dla psikusa, i zobaczyć jak młody chłopak sam poradzi sobie w lesie. Okazuje się, że Halden jest niezrażony. Jednak zamiast szukać łucznika, postanawia sam wrócić do obozu. Dzięki wyczuciu i swoim ostrym zmysłom udaje mu się zlokalizować rzekę i pójść jej brzegiem we właściwym kierunku. Montcort podąża za nim, obserwując z ukrycia. Gdy około południa udaje się Haldenowi, a następnie dwóm łowcom wrócić do obozu, zastają Nuadu i Daenaliego przy przygotowaniu posiłku złożonego ze złowionych ryb – zapowiada się kolejna suta uczta. Dopiero po chwili dociera do przyjaciół fakt, że nigdzie w obozie nie ma Festego i Mabon. Daenali przypomina sobie, że nie widział ich od rana. Drużyna szybko organizuje się w celu wykonania akcji ratunkowej, po śladach szybko docierają do martwego królika i tropów co najmniej dwóch aszer. Tych jednak nigdzie nie widać. Drużyna idzie dalej po tropach spodziewając się najgorszego. Na niebie pojawiają się burzowe chmury i zaczyna padać. Przemoczeni do suchej nitki mijają polane z paprociami i w końcu docierają do obozu, gdzie znajdują winnych, od jakiegoś czasu schowanych pod płachtą i grzejących się przy ognisku… Widząc nietęgie miny zmoczonych towarzyszy Feste tylko wzrusza ramionami i uśmiecha się rozbrajająco.

Gdy wieczorem pojawiają się elfy, Eron przyprowadza nieznajomego, ubranego od stóp do głów w strój złożony z liści i gałązek idealnie pasujący do aktualnej pory roku. Wyjaśnia, że nazywa się on Gonarfin i będzie to przewodnik do opiekunów drzew. Nieznajomy nie odzywa się wiele i drużyna nie uzyskuje dodatkowych informacji.

Przy ognisku Feste postanawia zorganizować występy i śpiewa rzewną piosenkę miłosną. Wszystko byłoby dobrze, gdyby na końcu nie okazało się, że bohaterowie poematu to dwaj mężczyźni. Na koniec Feste zamaszyście kłania się i uśmiecha się w kierunku Montcorta. O co chodziło trefnisiowi? Tego Montcort nie jest w stanie pojąć…

Haldenowi udaje się uzyskać pomoc Nuadu i porozmawiać z Ladrime. Ta ogląda księgę i po jej zamknięciu zadaje pytanie: dlaczego Halden zaczyna od tak trudnej wiedzy? Ten jest zmieszany i odpowiada tylko, że to dlatego iz nie ma dostępu do innej wiedzy, a sam nie wie jak się uczyć. Ladrime nakazuje mu gestem podążać za sobą i prowadzi go poza krąg ogniska. W ciszy i spokoju rozpoczyna naukę prostego zaklęcia. Wolno wykonuje wszelkie ruchy i obserwuje jak Halden je powtarza. Wielokrotnie każe powtarzać parę słów. Wreszcie, gdy Haldenowi wydaje się, że minęły wieki, Ladrime przerywa i udaje się znów w kierunku obozu. Gdy zasiadają przy ognisku do Haldena pochodzi elf z dziwnymi narzędziami, które okazują się służyć do wykonywania tatuaży. Między kciukiem a palcem wskazującym lewej ręki Haldena elf wykonuje pojedynczy, delikatny symbol, po czym kłania się i odchodzi. W ten sposób Halden poznał i zapamiętał swój pierwszy czar.

22 dzień starości

Wczesnym rankiem Gonarfin budzi drużynę i ponagla do szybkiego marszu. Widocznie coś dzieje się w lesie. Idąc na zachód drużyna napotyka dwóch elfów, ubranych maskująco tak jak Gonarfin, oraz stos ludzkich (!) ciał naszpikowanych strzałami. Szybko jednak bohaterowie zauważają, że są to ciała istot nieumarłych. Widocznie udało im się przebyć rzekę. Gonarfin tym bardziej nalega na pospiech. Po długim, forsownym marszu na horyzoncie pojawia się jakaś dziwna, bursztynowo-zielona łuna. Gonarfin wskazuje przed siebie i mówi: Strażnicy Drzew. Bohaterowie schodząc ze ścieżki i zanurzają się w lesie. Las staje się czystszy a drzewa znacznie potężniejsze i rzadziej rosnące. W pewnym momencie Gonarfin zatrzymuje się – w odległości około 100 metrów od kręgu ogromnych drzew – w ich korze widać cieki żywiczne, które opalizują tym dziwnym, magicznym światłem. Aura spokoju i niezmierzonych wieków promieniuje z tego miejsca. Z braku lepszych pomysłów bohaterowie idą w ślad za przewodnikiem. Mija godzina czekania, która nie dłuży się, gdyż rzadko ludzie mogą być świadkami takiego cudu natury jakim jest ten las. Zadumę przerywa pojawianie się trzech elfów – ku zdumieniu drużyny – starych, posiwiałych i pomarszczonych, jak zwyczajni ludzie! Widać w ich twarzach jednak szlachetne rysy elfów, a z postawy bije dostojeństwo wielu wieków życia. Krótkie powitanie i… mimo, że Montcort i Nuadu chcieli od razu wyłożyć cel misji, strażnicy drzew odkładają rozmowę na jutro! Postrzeganie upływu czasu przez elfy jest po prostu dla naszych bohaterów nie do zrozumienia.

Starcy odchodzą, Gonarfin znika. Drużyna nie za bardzo wie co ze sobą zrobić. Nie wiedzą nawet czy mogą przebywać w obrębie drzew. Po krótkiej obserwacji otoczenia Nuadu wreszcie zauważa elfa – jednego z mieszkańców świętego gaju – i wypytuje go o zwyczaje i prawa panujące w tym lesie. Przepisy wydają się być jasne – poza obszarem magicznych drzew możemy zachowywać się jak zawsze – ale z umiarem. Natomiast krąg drzew jest miejscem uświęconym i nie wolno w nim zabijać ani niszczyć żadnego żywego stworzenia czy rośliny.

Podczas rozbijania obozu, na skraju świętego lasu, Montcort i Keffar odkrywają, że niektóre z drzew są żywe! Jedno właśnie wstało i odmaszerowało… Byłby to może szok, gdyby nie fakt, że z jednym drzewcem ale dużo mniejszym!) mieli już do czynienia podczas obrony przełęczy Zimowego Kła. Dzień kończy się, gdy każdy z bohaterów zajmuje się swoimi sprawami. w szczególności Halden zostawiony samemu sobie przez Montcorta ma wreszcie czas aby czytać księgę. Zasypia marząc o chwale i potędze czarnoksiężnika.

View
Koga „Kalmar” - Dziennik kapitański (cz. 1)

Koga „Kalmar”
Prywatny dziennik kapitański (fragmenty)
Masym Roge
Kapitan Żeglugi Wielkomorskiej

18. dzień starości, port: Trzewia
A niech to dunder świśnie, flauta z samego rana! Na początku rejsu? Niepomyślny to znak. Wiatr wzmógł się szczęśliwie na sam koniec porannej wachty, choć, wciórności, niewiele. Załoga sprawia się cosik niemrawo, trza ich będzie trochę przećwiczyć, gdy wypłyniem w dalszy rejs. Zobaczą, jak się żegluje pod kapitanem Roge! Dobrze, że przynajmniej tą fest babę bosmanem zrobili, gdy huknie na jednego z drugim, aż miło posłuchać… no i popatrzeć, ma się rozumieć, jest na co. Jak to mój dziadunio mawiali, baba ma być taka, coby jak ją w zadek trzaśniesz, policzki się jej trzęsły. Dziadunio wiedział, co gadał, cztery żony miał w końcu, a co jedna, to bardziej rozłożysta, choć sam kościsty jak szczapa. Gadał, że niby w łożu miękko mieć musi… i wiedział, co gadał, wciórności. Ta tutaj Eadburh jak nic łoże umie sobą wymościć. Ciekawym czy ta młódka piła kiedy grog z kapitanem? O czym to ja…

[…]

Słaby wiatr sprawił, że rzucilim cumy w Trzewiach dopiero na wieczór.
Po spotkaniu z kupcami podług życzenia panienki Mabon okazało się, że nijak nie są naszym ładunkiem soli zainteresowani. Cwany kupiec o kaprawych oczkach, Zyvalt chyba go wołali, próbował nawet zbić cenę, alem nijak nie mógł na to przystać. W końcu zacny zarobek mi przyobiecano z zysków, dziesięc od sta! Ten cały Zyvalt jest jakoby przedstawicielem rybaków z Trzewi łowiących ostrzyce, alem łatwo zmiarkował, że to całe jego przedstawicielowanie polega głównie na napychaniu własnych kieszeni. Kapitan Roge zna takich jegomościów nie od dziś!

Jużem chciał odchodzić z tamtego miejsca, ale Zyvalt, niechybnie widząc, że nie dam się na jego sztuczki nabrać, chciał mnie zażyć z innej mańki i powiedział, że ma do sprzedania gigantyczną rybę! Niech mnie kule biją, większego dziwoląga nie widziałem. Takiej ryby zresztą też nie. Trzymają to bydle długości 8 metrów w zmyślnie skonstruowanym baseniku nieopodal portu, rybsko paskudne i stare, mawiają, że z 50 lat ma jak nic! Jeden z drugim zakładali się o to, czy da się na niej jeździć jakoby na koniu. Ech, w Trzewiach zawsze ludziskom durne pomysły w łbach się lęgły! Nic tu po nas, czas podnieść kotwicę! Ale najpierw czas do balwierza, może ma jaką pomadę do włosów.

20. dzień starości, port: Ipo
Chwalić bogów, wiatry nam zaczęły sprzyjać. Zawinęliśmy do Ipo bez przeszkód i stanęliśmy na kotwicowisku, nie cumując w porcie, coby grosza przyoszczędzić. Przy okazji przećwiczyłem załogę na okoliczność szybkiego rzucania i podnoszenia kotwicy, coby się te moje szkorbutniki zbytnio nie leniły. Ta cycata Eadburh niezłą ma rękę, a w zasadzie to żem powinien napisać „łapsko”, he he. Cóż ona tymi łapskami potrafi wyrabiać! [kleks] Umie tych bęcwałów nieźle do roboty pogonić. Takiego babska mi na pokładzie trza było, a wredne toto prawie jak trzecia żona mego dziadunia! Tylko, że tamta zbyt obrotna była i szybko się zmiarkowała, że dziadunio człek łasy na wszelkie pokusy i oprócz jej łoża lubi też przydybać dojareczkę na sianie. Oj, dostało się dziaduniowi warząchwią…

24. dzień starości, port: Ipo
Negocjacyje z kupcami do najłatwiejszych nie należały, alem robił, com mógł. Nawet w Ipo słyszeli o kapitanie Roge i wiedzą, huncwoty jedne, że mnie nie oszukają! Sól udało się mi sprzedać z całkiem zacnym zyskiem 90 kłów (minus opłaty portowe i rozładunek). A ledwiem ogłosił, że szukam nabywców na nasz ładunek srebra, kupczyki jęły się pchać do mnie na wyprzódy i dalej się targować kto da więcej! Jeden był szczególnie zdesperowany, mówiąc że jego zleceniodawca skłonny jest zapłacić całkiem ładną sumkę, jeśli targu dziś ubijemy. No to cóżem miał robić? Srebro sprzedałem, zarabiając jakiejsik 150 procent, czyli 3600 kłów! Jakem kapitan Roge, taki interes dawno mi się nie trafił! Oj, podumać mi przyjdzie, co z zarobkiem zrobię, gdy na ląd zejdę!

Gdym się targował o cenę srebra, sprzątnęli mi sprzed nosa całkiem porządny ładunek broni – 200 włóczni. Za grosz ci Ostrojczycy taktu nie mają, że też nie poczekali na mnie z ubiciem targu. Próbowałem się wywiedzieć, kto śmiał mi z onucami w handel wchodzić, ale zastrachany kupczyna, co to jeszcze mleko pod nosem ma, wybąkał coś o ludziach Jarla Erlerta skupujących broń na potęgę. Co się na tych Ostrojach dzieje? Ani chybi wszyscy się szaleju najedli, że tacy w gorącej wodzie kąpani. Chyba, że i do nich ryboludy zawitały… a może coś inszego się kroi? Cokolwiek to będzie, obyśmy zdążyli podnieść kotwicę i obrać kurs na powrót na południe zanim nam w tym przeszkodzą…

Udało się też zakupić ładunek pszenicy w miłej dla trzosika cenie, już liczę te kły, gdy zawiniemy choćby do Sotham! Przyjąłem też na pokład 4 podróżnych do Harivik, naszego kolejnego celu podróży. Będą się pewnie plątać po pokładzie, szczury lądowe, ale przynajmniej dzięki nim pokryć się uda nie takie znowu niskie ostrojskie opłaty portowe.

Gdym świętował pomyślne załatwienie interesów w pobliskiej tawernie „Pod kiszoną płetwą rekina”, słyszałem, jak ludziska już gadać zaczęli o mym sukcesie ze srebrem. Jakiś jednooki jegomość twierdził, jakoby Tan Vahlid potrzebował srebra, a jego kompan go wyśmiewał – no bo i po co Tanowi jeszcze więcej srebra?

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.